Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 13

Wracaliśmy do Harry’ego, kiedy nagle zadzwonił telefon. Pokazałam gestem Adamowi, żeby ściszył radio i odebrałam.
- Panna Morgan?
- Tak… - odparłam podejrzliwie. Nie miałam pojęcia, kim jest mężczyzna po drugiej stronie.
- Doskonale się składa – ucieszył się. – Gdzie jesteście?
- Słucham…? – wykrztusiłam totalnie zdezorientowana. – Przepraszam, z kim rozmawiam? – otrząsnęłam się z szoku i w końcu zadałam pytanie, od którego powinnam zacząć.
- A… To Harry nie dzwonił? Nic, trudno. Potrzebuję waszej pomocy, ponoć jesteście w pobliżu – mówił dalej tak, jakbyśmy się znali od lat.
„Wariat” – pomyślałam, jednak nadal zachowałam spokojny ton głosu.
- Przepraszam, ale nadal się pan nie przedstawił…
- Jaki pan….? Dave jestem – mogłam się założyć, że wyszczerzył się do słuchawki. – To co? Wpadniecie? Mam dla was robotę, a Harry twierdzi, że macie wolny termin…
-Yyy… momencik… - zasłoniłam słuchawkę dłonią i zwróciłam się do reszty. – Słuchajcie, dzwoni jakiś wariat i twierdzi, że Harry go do nas odesłał ze sprawą… Co mam mu odpowiedzieć…?
- Spław – mruknęła Anna.
- Zaraz, zaraz… a jak ma na imię? – zainteresował się Adam.
- Dave.
- Nie znam – mruknęły jednocześnie dziewczyny.
- A mnie obiło się o uszy – odparł Adam. – Dasz mi go do telefonu?
Oddałam mu bez żalu słuchawkę. Rozmawiał chwilę, po czym mi ją oddał.
- Ok, kochanie – zwrócił się do Wer - skręcaj na zachód. Mamy robotę do wykonania.
***
Dave okazał się nie za wysokim, długowłosym facetem. Jego aparycja poniekąd pokrywała się z moją opinią, że nie jest do końca normalny psychicznie. Adam, który zrelacjonował nam pokrótce rozmowę, uprzedził nam, że Dave jest specyficzną osobą.
- Rodzice kiedyś z nim pracowali, jak byłem mały – odparł lakonicznie, kiedy zapytałyśmy skąd go zna. – Więc tylko kojarzę, że ktoś taki istnieje…
Dave powitał nas na podjeździe niewielkiego domku z garażem. Miał na sobie znoszoną skórzaną kurtkę i wystrzępione wyblakłe jeansy. Uśmiechnął się na nasz widok i rozłożył ramiona.
- Kochani… Jak dobrze was widzieć… - nim zdążyliśmy uciec, wyściskał nas wszystkich. – Harry bardzo was zachwalał…
- Mmm… w końcu jesteśmy fachowcami… - mruknęła Wer.
- Jesteś łowcą, tak…? – upewniłam się, bo kompletnie nie pokrywał się ze wzorcem łowcy jaki do tej pory sobie wypracowałam.
- Aaa… to musi być nasza kochana Alice… Ten jedwabisty głosik – uniosłam brwi, ale powstrzymałam się od komentarza. – Oczywiście, że jestem łowcą, choć nieco w stanie spoczynku. Zajmuję się raczej… zbieraniem informacji. Ale proszę, wejdźcie do środka.
Mieszkanie wyglądało nawet przytulnie, choć było nieco zagracone. Większą jego powierzchnię zajmowały się wszelkiej maści urządzenia elektroniczne.
- A, to moje małe centrum dowodzenia wszechświatem. Raczej nie dotykajcie, nie wszystkie kable są izolowane.
Odsunęłam się jak najdalej od sprzętu.
- Macie na coś ochotę? Kawa, herbata?
- Nie dziękujemy – odmówiła grzecznie Wer, chyba nie mniej oszołomiona ode mnie. Sposób bycia Dave’a kompletnie zbijał z tropu.
- No siadajcie, siadajcie… Skoro Alice już została rozpoznana, to strzelam, że dwie pozostałe damy to siostry Wilde, równie znane co ich rodzice… Tylko która jest która? – zainteresował się.
- Ja jestem Anna, a to Wer – odezwała się Ann. – A to Adam Ward, narzeczony mojej siostry.
- Proszę, proszę, miłość… cudowna sprawa…
- Ok, dowiemy się w końcu co to za robota? – powoli traciłam cierpliwość.
- Chodzi o moją znajomą – Dave nagle spoważniał. – Polowała w okolicy i od kilku dni nie mam kompletnie z nią kontaktu…
- Jaką sprawą się zajmowała? – zainteresowała się Wer.
- Badała sprawę dziwnych śmierci. Totalny mix. Wilkołak, duch i wampir, wszystko w okolicy. Cassie stwierdziła, że te sprawy są ze sobą powiązane, choć na to nie wyglądało. No i teraz jej nie ma…
Wyglądał na naprawdę załamanego. Musiało mu bardzo na niej zależeć…
- Jest ci bliska, prawda? – Ann widocznie doszła do takiego samego wniosku.
- Tak… ale nie w ten sposób, o którym myślicie. Jest dla mnie jak młodsza siostra… Ok, zajmiecie się tym?
- Tak, jasne – odparł Adam w imieniu nas wszystkich.
- Ok, to zaraz dam wam na nią namiary i jutro zaczniecie poszukiwania…
- Jutro? – zdziwiłam się.
- Tak, dziś przecież imprezujemy – odparł, wprawiając nas w jeszcze większe osłupienie.
- Jaka impreza? – wyjąkałam.
- Twoja urodzinowa! – zawołał i otworzył lodówkę pokazując nam ogromny czekoladowy tort. – Bez obawy, to nie ja piekłem…
Patrzyłam na niego osłupiała. Ja sama zapomniałam, że to dzisiaj… Ostatnio nie miałam głowy do takich rzeczy.
- Skąd wiedziałeś…? – udało mi się wykrztusić.
- Ja wiem wszystko, kochaniutka – puścił mi oko i wręczył nóż. – To co? Kroimy, czy będziemy tak stać…?
***
Kolejną rzeczą, której dowiedziałam się o Davie było to, że jeśli jakaś informacja jest w internecie, to się przed nim nie ukryje. Jeśli jej tam nie ma, również. On wiedział o nas wszystko! Gdyby nie to, że był jaki był, to zaczęłabym się go bać.
- Alice, czemu nie mówiłaś, że masz urodziny? – zapytała Wer, podchodząc do mnie.
- Bo zapomniałam – wyznałam zgodnie z prawdą. – Zresztą ostatnie urodziny, które świętowałam nie skończyły się zbyt pomyślnie…
- Dlaczego… A, tak. Racja, wspomniałaś… - zorientowała się Wer. – W każdym razie życzę ci wszystkiego najlepszego – przytuliła mnie i podeszła do Adama.
Nagle z głośników gruchnęła bliżej nieokreślona muzyka, a obok mnie zmaterializował się Dave.
- To co? Tańczymy?
- Ja nie umiem… - odparłam, ale było za późno.
- Umiesz, umiesz – nie zwracając uwagi na moje protesty pociągnął mnie na środek salonu i targał na wszystkie strony. W żadnym wypadku to nie przypomniało tańca.
Reszta włączyła się do zabawy. Paradoksalnie było to najlepsze przyjęcie urodzinowe, jak miałam. Może dlatego, że było całkowicie niespodziewane.
Nagle Adam wyszedł na zewnątrz przykładając do ucha telefon. Wer natychmiast ruszyła za nim. Po kilku minutach wróciła sama. Miała tak poważną minę, że Dave od razu wyłączył muzykę.
- Gdzie Adam? – zapytała Ann.
- Musiał jechać – westchnęła Wer. – Harry wpadł na trop demonów, które zabiły jego rodziców – odwróciła się i ruszyła na górę. Nam zresztą nie trzeba było więcej wyjaśnień.
Każde z nas przecież zrobiłoby to samo.

***&***

Dave był bardzo związany z Cassandrą, traktował ją jak siostrę. Jako, że wiedziałam jak to jest martwić się o rodzeństwo bardzo zaangażowałam się w tę sprawę. Na początek dostaliśmy zdjęcie, z którego spoglądała uśmiechnięta młoda dziewczyna z brązowymi włosami z wiśniowymi i fioletowymi pasemkami. Była dość ładna i miała śliczne brązowe oczy. Ze zdjęcia można było wywnioskować, że dziewczyna ma silny charakter. Oprócz tego Dave dał nam jej numer telefonu i adres mieszkania, wraz z kluczami. Postanowiłyśmy od razu przeszukać jej kawalerkę. Dom znajdował się na obrzeżach miasta i był mały, więc przeszukanie go nie zajęło nam dużo czasu. Nagle zadzwonił mi telefon.
- Cześć kochanie - usłyszałam w słuchawce głos Adama.
- Cześć, co słychać?
- A nic ciekawego. Dzwonię tylko, żeby ci powiedzieć, że sprawa się trochę skomplikowała i nie dołączę do was dziś.
- Nic się nie stało. Uważaj na siebie kochanie - odparłam.
- Też cię kocham - powiedział i się rozłączył.
Dziewczyny patrzyły na mnie wyczekująco. Nic nie powiedziałam tylko spojrzałam na materiał zebrany przez Cassie. Było tam kilka wycinków z gazet. W jednym artykule pisano o mężczyźnie rozszarpanym przez dzikie zwierze, a w innym o kobiecie, która udławiła się żyletką. Przypadki nie były powiązane, ale działy się w tym mieście i do normalnych nie należały.
- Trzeba zbadać sprawy, które badała Cassandra - stwierdziłam.
- To całkiem sensowny pomysł - stwierdziła Ruda, ale nadal patrzyła na mnie podejrzliwie.
- Mamy trzy dziwne sprawy, które się wcale ze sobą nie łączą - mruknęła Ann, bardziej do siebie niż do nas.
- Dzikie zwierze, połknięte żyletki i nakłucia na szyi - potwierdziłam.
- Wilkołak, duch i wampir? - zdziwiła się Alice.
- Raczej wątpię - stwierdziłam cierpko.
- Więc co?
- To musimy ustalić - wyjaśniła Ann.
Przebrałyśmy się w strój FBI i wraz z Ann poszłyśmy zobaczyć zwłoki. Alice została u Dava i pomagał mu znaleźć jakieś informacje w książkach lub internecie. Cassandra faktycznie miała rację, że coś te sprawy łączy. Każda miała w telefonie komórkowym, które otrzymałyśmy wraz z rzeczami osobistymi ofiar, małe płócienne woreczki z podejrzaną zawartością. Ukryłam je w staniku, bo mój strój niestety nie posiadał kieszeni i wróciłyśmy do Dave'a. Łowca bezbłędnie odkrył z czym mamy do czynienia. Winna okazała się czarownica. Musieliśmy tylko jeszcze odkryć kto nią był. Odkrycie pierwszej i jedynej podejrzanej osoby zajęło Dave'owi z zegarkiem w ręku trzy minuty. W tym czasie odkrył, że wszystkie ofiary znały niejaką Dianę Jackson. Zdążył też sprawdzić, że pracuje w pobliskim pubie i kończy za dziesięć minut zmianę.
- Jest coś czego nie wiesz? - spytałam zaskoczona.
- Bardzo mało informacji można znaleźć na twój temat.
- Cenię swoją prywatność.
- I bardzo dobrze, bo nie wiesz kiedy ktoś może coś wykorzystać przeciw tobie, zapamiętaj to - Dave zachowywał się dość dziwnie.
- Idziesz? - do pokoju weszła Alice.
Łowca spojrzał jeszcze na mnie znacząco.
- Już idę.
Postanowiłyśmy poczekać na Dianę w uliczce za pubem, przez którą musi przejść wracając do domu.


***&***

Kiedy usłyszałam kroki odetchnęłam głęboko i policzyłam do dziesięciu. Potem odsunęłam się od ściany, akurat kiedy kobieta skręciła w boczną uliczkę, więc stanęłam z nią twarzą w twarz. Wyrwał jej się cichy okrzyk zaskoczenia. Za jej plecami dostrzegłam cień, którym musiała być Wer.
- Przestraszyła mnie pani… - ponieważ nadal nie ustępowałam, próbowała mnie minąć, jednak zagrodziłam jej drogę. – Co pani robi?
- Musimy porozmawiać – odparłam spokojnie.
Odwróciła się, ale Wer pojawiła się nagle u wylotu uliczki. Kobieta obróciła się w moją stronę.
- Co tu się dzieje? – wyglądała na zdenerwowaną.
- Chcemy tylko wyjaśnić jedną sprawę – odparła Wer, przykładając jej do pleców pistolet.
- O co chodzi? – teraz była jedynie przestraszona. – Wezwę policję!
- Przestań… wiedźmo – warknęłam. – Jak powiesz dlaczego zabiłaś tych ludzi, to zapewnimy ci szybką i bezbolesną śmierć…
- Ale… o czym wy mówicie? O co tutaj chodzi? – wyjąkała.
- Nie udawaj – sarknęła Wer. - Żyletki? Atak wilkołaka? Lub wampira? Mówi ci to coś?
- Ja… dobrze. Wiem o co wam chodzi. Ale to nie ja… - westchnęła. – Jesteście łowcami, prawda?
- Brawo, gratuluje spostrzegawczości, wiedźmo – tym razem to ja sarknęłam. – Skoro nie ty, to kto?
- Myślę, że mógł to być… mój były mąż.
- Uważasz tak, bo…? – zapytałam.
- Bo parał się magią. Czarną magią. Dlatego od niego odeszłam…
Ponad jej ramieniem zerknęłam na Wer i kiwnęłam głową. Warto byłby jej posłuchać.
- Okej, zaprowadź nas do domu, to zweryfikujemy twoją prawdomówność. Jeżeli nie znajdziemy dowodów, to opowiesz nam o twoim mężu.
- Byłym mężu – poprawiła mnie. – Dobrze, zaprowadzę was. To niedaleko…
- Tylko bez sztuczek! – ostrzegła Wer, opuszczając nieco pistolet. Teraz celowała w kolana. – Lepiej żebyśmy nie znalazły u ciebie nic podejrzanego.
- Obiecuje, że nie znajdziecie nic gorszego niż preparat na mole… - odparła z godnością i ruszyła w dół uliczką.
 ***
- No dobra, nic tu nie ma – stwierdziłam oczywistość. W domu nie znalazłyśmy nic dziwnego poza kulkami naftaliny. To była jedyna rzecz, która mogłaby wzbudzić czyjekolwiek zainteresowanie. Poza tym dom był sterylnie czysty i urządzony bardzo minimalistycznie.
- Mówiłam – Diana posłała nam kwaśny uśmiech.
- Aha i przepraszam za tę wiedźmę… - mruknęłam. – Nie miałam na myśli nic złego…
- Cóż nie jestem taka pewna – mruknęła, ale uśmiechnęła się do mnie. – Dlaczego szukacie tej wiedźmy?
- Bo zabiła już trzy osoby w okolicy – wyjaśniła Wer. - A na dodatek zniknął łowca, który na nią polował.
- To ciekawe… - zmyśliła się Diana. - Nie zauważyłam w okolicy… A jak się nazywał?
- Nazywała – poprawiłam. – Cassandra Clark. Znasz ją? – zapytałam, bo zbladła nagle.
- To… to moja kuzynka. Mówicie, że zaginęła?
- Spokojnie, na pewno nic jej nie jest – uspokoiła ją od razu Ann, która dołączyła do nas, gdy Diana prowadziła nas do swojego domu.
- To… to na pewno sprawka mojego męża – mocno zacisnęła usta. – Nie wiedziałam, że posunie się do takich rzeczy…
- O co chodzi? – zapytała Wer.
- Byliśmy małżeństwem przez siedem lat, kiedy odkryłam, że zajmuje się magią – wyjaśniła Diana. - I to taką niezbyt bezpieczną. Powiedziałam mu, że jeśli tego nie rzuci to odejdę. Jednak to było dla niego ważniejsze niż ja…
- Nadal go kochasz – zauważyłam. To było widać.
Nie odpowiedziała. Odpowiedź była oczywista.
- Arthur na początku nie przejął się moim odejściem, ale potem zaczął do mnie wydzwaniać, pisać. Musiałam zmienić numer telefonu, maila, adres… wszystko. Uciekłam, ale w końcu mnie znalazł. Myślę, że te zabójstwa… one miały zwrócić moją uwagę, miały być groźbą. Ale mnie nie było wtedy w mieście, więc wiadomość dotarła do mnie z opóźnieniem. Nie zadziałało, ale tajemnicze morderstwa zainteresowały Cassie…
- A twój eks doszedł do wniosku, że ukochana kuzynka to doskonały materiał na szantaż… - dokończyłam.
- Właśnie. Cassie jest dla mnie jak siostra, choć widzę jak słabo ją znam. Nie miałam pojęcia, że jest łowcą, nigdy mi o tym nie mówiła. Podobnie jak dopiero nie dawno dowiedziałam się o jej specyficznych zainteresowaniach…
- Zainteresowaniach? – zdziwiła się Wer.
- Nieważne – zbyła pytanie Diana. – Znajdziecie ją?
- Znajdziemy – obiecała Ann. – A Arthurowi wybijemy z głowy takie podłe szantaże.
- Dziękuję – odpowiedziała kobieta.
Ann i Wer ruszyły do wyjścia. Diana zatrzymała mnie w progu.
- Bardzo zależy mi na tym, aby Cassie nic się nie stało, ale… Nie róbcie mu krzywdy, dobrze? – poprosiła cicho.
- Miłość ma wielką moc – odparłam – ale rzadko ma moc zmieniania złych ludzi w dobrych. Nie ty jedna wierzysz, że masz szansę go zmienić swoją dobrocią…
- Proszę… On…
- Zobaczę, co da się zrobić – obiecałam, choć nie byłam pewna czy dam radę dotrzymać obietnicę.

***&***

Wymyśliłyśmy, że najlepiej jeśli Diana zadzwoni do Arthura i zaproponuje mu rozmowę. Nie był to głupi pomysł, ale nie był też do końca bezpieczny. Czekałyśmy przyczajone, aż przekroczy on próg domu Diany. Wtedy rzuciłam się na niego, a on przyłożył mi pięścią z sygnetem w twarz i polała się krew. Rozciął mi brew, ale ja się nie poddałam i obezwładniłam go, a potem dziewczyny pomogły mi go związać.
- Gdzie jest Cassie? - zapytała Diana drżącym głosem.
- Nic jej nie jest, siedzi zamknięta w bagażniku.
- Zaraz wracam - mruknęła Ann i wyszła.
Zapewne poszła wyciągnąć Cassie z bagażnika.
- Czemu to robisz? - spytała Diana.
- Bo chce byś wróciła - Arthur zaczął się miotać na krześle.
- Powiedziałam ci już co musisz zrobić - mruknęła.
Arthur szepnął coś Dianie na ucho, a ta go rozwiązała.
- Co ty wyprawiasz! - wrzasnęła na nią Ruda.
- Dogadaliśmy się - puściła do niej oczko i pocałowała Arthura.
W tym momencie do pokoju weszła Ann z Cassandrą. Diana od razu przytuliła zdezorientowaną kuzynkę.
- Ty skurwielu! - warknęła tylko ta w kierunku Arthura i wyszła.
Poszłam za nią. Dreptała w kierunku bazy Dave'a.
- Może cię powieść? - spytałam.
- Z chęcią - muszę przyznać, że ślicznie się uśmiechała.
Wsiadłyśmy do Impali i nie czekając na dziewczyny ruszyłam. Cassandra podkręciła radio, kręciła nas ta sama muzyka. Jazda nie zajęła nam długo. Dave bardzo wylewnie powitał Cassie.
- Jesteś śliczna - mrugnęła do mnie.
- Cassie - zbeształ ją Dave, a ja niezbyt ogarniałam o co chodzi.
- No co? - oburzyła się. - Jak ty powiesz komplement komuś kto ci się podoba to jest dobrze, a ja nie mogę?
W tym momencie skapowałam o co chodzi.
- Mam chłopaka - skwitowałam.
- Zadzwoń jak zerwiecie - zażartowała Cassie.
- Z chęcią - puściłam do niej oczko i przytuliłam na pożegnanie.
Później jeszcze tylko zgarnęłam dziewczyny i ruszyłam w drogę do Harry'ego.
*********************************************************************************
Przepraszamy za taką krótką notkę, ale (jak zwykle trzeba się tłumaczyć, bo jesteśmy winne):
1) Tym razem plan wydarzeń rozdziału tworzyła Szal i średnio to przypadło do gustu Szur, która Was za to bardzo przeprasza.
2) Rozpoczął się sezon Skoków Narciarskich, Puchar Świata i te sprawy, co jak to zwykle bywa powoduje u Szur objawy zbliżone do choroby psychicznej.
3) Wena Szal zaginęła w akcji, a Wena Szur ma humory i ciągle zmienia obiekt zainteresowania.
Bardzo serdecznie przepraszamy, S&S

niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział 12

- I jak się czujesz?
- Całkiem nieźle – Jack poklepał się po temblaku i uśmiechnął się do mnie szeroko. – A co dla mnie masz?
Minęły dwa dni od naszego polowania na wampiry i Jack nadal dochodził do siebie po bliskim spotkaniu z Angeliką. Udawałam, że nie widzę jego spojrzeń i uśmiechów, ale w końcu musiałam przyznać, przynajmniej sama przed sobą, że nie jest mi tak obojętny jak bym chciała…
- Magiczny rosół Harry’ego – postawiłam miskę na stoliku i usiadłam obok niego na kanapie.  – Jak zjesz, to zmienię ci opatrunek.
- Praktyczniej byłoby to zrobić najpierw… Będziesz mnie karmić?
- Znowu…? – westchnęłam. – Myślę, że dasz już radę…
- Ale ja nie chcę dawać sobie rady – uśmiechnął się do mnie łobuzersko i przyciągnął do siebie.
Wywinęłam się i chwyciłam miskę.
- Nie gadaj tylko jedz…
Posłusznie wykonał polecenie, ale kiedy pochyliłam się żeby odłożyć miskę pociągnął mnie na swoje kolana.
- Co ty…? – nie dał mi dokończyć.
- …wyprawiasz? – zapytałam po chwili lekko zakłopotana. Już drugi raz znienacka mnie pocałował…
- Nie widać?
Odwróciłam wzrok.
- Nie obiecuj sobie zbyt wiele. Ja… ja nie potrafię…
- No dobra – odwrócił mnie w swoją stronę. – Czy jestem dla ciebie za stary?
- Nie. Nie robi mi to różnicy, dopóki nie jesteś starszy od mojego ojca…
- Czy moja aparycja cię odstręcza?
- Wręcz przeciwnie – westchnęłam.
- Czy którakolwiek z moich cech charakteru cię odpycha?
- Oprócz natręctwa? Nie.
- Więc jak on ma na imię? – zapytał niespodziewanie.
Jego pytanie tak mnie zaskoczyło, że aż odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Roger.
- I?
- I nic – burknęłam.
- Właśnie – uśmiechnął się szeroko i znów mnie do siebie przyciągnął.
Tym razem nie protestowałam. Przecież…żyje się tylko raz, prawda?
***
Obudziłam się z głową na ramieniu Jacka. Musiałam zasnąć, kiedy przeglądaliśmy wieczorem gazety w poszukiwaniu jakiejś roboty. Jego ramię już prawie się zagoiło i lada dzień mieliśmy ruszyć do akcji. Szybki rzut oka na zegar powiedział mi, że jest już prawie rano.
- Jak się spało?
- Za dobrze… Miałam ci zmienić opatrunek…
- To nie ważne – bawił się moimi włosami. To było takie… urocze.
- Poświęciłaś się, żeby nie zatruć mu życia – zauważył nagle po chwili milczenia.
- Możliwe, że to tak wygląda z boku… - westchnęłam. – Ale prawda jest głębsza. Przyjaźniliśmy się od dziecka, wiec był przypomnieniem tego, co ja musiałam dawno temu porzucić. Był wyrzutem sumienia po śmierci Lisy. Byłby nieustanną obawą. Byłby ultimatum dla pierwszego napotkanego demona. Byłby ciągłym wrażeniem, że zniszczyłam mu życie… To idealne życie, które ja musiałam porzucić…
- …bo jesteś łowcą – dokończył, odgarniając mi włosy za ucho. – A łowca może być szczęśliwy tylko z łowcą.
Pocałował mnie w szyję i przysunął mocniej do siebie. Zaplotłam mu ręce na karku i poddałam się pieszczotom.
Jego pocałunki były coraz bardziej sugestywne, a moje opory wydawały się coraz mniej podstawne, kiedy nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i Ann wpadła do środka.
- Macie coś…? – zatrzymała się gwałtownie w drzwiach i stanęła jak zamurowana.
- Same nudy – Jack kompletnie niespeszony, wysunął palec spod ramiączka mojego stanika, które strzeliło z cicha. – Myślę, że nie powinniśmy wybrzydzać, więc jak wpadniecie na trop jakiegoś ducha to też dajcie nam znać, ok?
- Jasne… - Ann wycofała się szybko i zamknęła za sobą drzwi.
- Czy to była aluzja? – zapytałam.
- Absolutnie – odparł, bawiąc się brzegiem mojej bluzki. – Ślicznie wyglądasz, kiedy się rumienisz…
- Nie jestem przyzwyczajona…
- Żyje się raz, pamiętasz? – przerwał mi, kładąc palec na ustach. – A ja bardzo bym chciał, żeby to twoje życie działo się gdzieś blisko mojego… Mówię serio – dodał, widząc, że chyba mu nie dowierzam.
- Łowcy nie tworzą szczęśliwych związków…
- A Adam i Wer? A Anna i Robbie? Co zawsze chcesz być outsiderem?
- Chcę pamiętać kim naprawdę jestem – odparłam.
- Łowcą, kochanie, łowcą – pocałował mnie w czoło. – A ja, dopóki będę w pobliżu, nie pozwolę cię skrzywdzić. Bo właśnie tego ci w tym życiu brakuje, prawda? Poczucia bezpieczeństwa.
- I normalności – zgodziłam się. – Zwykłej, codziennej normalności.
- Więc czemu się przed nią bronisz? – tym razem pocałował mnie w nos.
- Bo to nie jest moja normalność…
- Ale może być – pocałował mnie delikatnie, a ja pomyślałam, że to wcale nie głupi pomysł. Że może dam radę…
Może dam radę być szczęśliwa?
***
Telefon zadzwonił, kiedy wspólnie jedliśmy śniadanie. Za każdym razem, kiedy moje spojrzenie krzyżowało się ze wzrokiem Ann, któraś z nas szybko odwracała wzrok. Do Wer musiała już dotrzeć jakaś informacja, bo uśmiechała się do mnie dziwnie.
- Halo? Matt? Gdzie jesteś? – Jack uciszył nas gestem. – W Japonii?! No jasne, wiem… Ale tak zaraz…? Wiesz ile będzie trwać podróż? Jacyś łowcy…? Jak się nazywali? No, dobra… ale… Nie, nic takiego… Po prostu… Dobra, wiem, obiecałem. Nic, będę jak tylko złapię jakiś samolot, ok?
Odłożył telefon na stół i westchnął ciężko.
- Dzwonił mój kumpel. Jest w Japonii i potrzebuje pomocy. Jakaś plaga shojo… Mówił strasznie chaotycznie, zwłaszcza, że dwóch łowców, którzy mu pomagali, nagle zniknęli – podniósł wzrok i spojrzał na Robbiego. – Ci łowcy to twoi bracia.
***
Było jasne, że pojedzie. Robbie. Jego dwaj starsi bracia zniknęli tajemniczo w Japonii, jak mógłby nie jechać?
A Jack? Jack obiecał kiedyś swojemu kumplowi, że mu pomoże, choćby nie wiadomo co. Tym „nie wiadomo co” byłam w tym wypadku ja.
- Nie pojechałbym, gdyby nie to, że… Matt kiedyś uratował mi życie. Jestem mu to winien…
- Rozumiem… - westchnęłam, podając mu pistolet. – Takie jest życie łowcy – bardzo nie chciałam by zabrzmiało to ironicznie, ale niestety nie udało mi się.
- Wrócę tak szybko jak się da – podszedł do mnie i wziął mnie w ramiona. – Tylko nie oglądaj mi się za jakimiś facetami, ok?
- Jasne, pobawię się w Penelopę luby Odysie – uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. – Uważaj na siebie. I na Robbiego też. Niech nie robi głupot.
- Martwisz się o niego jak o brata – zauważył.
- Ann, Wer, Adam, Robbie, Harry… Teraz to oni są moją rodziną. Bo innej już nie mam – westchnęłam.
- Obiecuję ci, że wrócę – przyciągnął mnie do siebie i ostatni raz pocałował.
Nie wyszłam na podjazd. Patrzyłam jak dołącza do Robbiego, który właśnie żegnał się z Anną.
„Co jak co, ale do facetów to ja szczęścia nie mam” – westchnęłam w myślach –„Albo to ja ich muszę zostawić, albo oni mnie. Pytanie tylko, co jest gorsze…”
Gdzieś w głębi duszy wiedziałam, co było dla mnie gorsze. Ale teraz za nic bym się do tego nie przyznała…

***&***

Ann stała przy samochodzie Jacka i wtulała się w Robbiego. Czułam się jak intruz, tak podglądając ich zza firanki. Chłopak patrzył tępo w przestrzeń za moją siostrą, gładząc ją po plecach. Na tyle na ile go poznałam, wiedziałam, że bez ważnego powodu nie zostawiłby Ann. Usłyszałam, że Jack właśnie wychodzi, więc również ruszyłam na podwórko.
- Wrócę do ciebie - Robbie pocałował Ann.
- Kocham cię - powiedziała moja siostra i wręczyła mu mały srebrny sztylet, który dostała ode mnie na dziesiąte urodziny.
Nie był to jakiś tam sztylet, był on przekazywany przez łowców, wręczało się go komuś na kim bardzo ci zależało, to duży zaszczyt otrzymać go. Adam dał mi go, kiedy miałam dziesięć lat, stara zasada mówiła, że nie można go przetrzymywać.
- Kocham cię i nie przestanę - chłopak pocałował Ann ostatni raz i wsiadł na miejsce pasażera.
Jeszcze chwilę patrzyłam za znikającym samochodem. Moja siostra usiadła na tarasie.
- Przykro mi - powiedziałam.
- Wiesz, byłam gotowa na to, że jak to łowca zginie gdzieś po drodze, więc łatwiej mi się pogodzić z taką stratą. Najważniejsze, że żyje - uśmiechnęła się.
- Tak, to najważniejsze.
- Wiem, że to nie najlepszy moment, ale dzwonił Steven - Harry pojawił się w drzwiach.
- Co chce? - skojarzyłam, że to musi być jakiś łowca.
- Załatwia robotę, ale znalazł coś czym aktualnie nie może się zająć.
- Zaraz przyjdziemy - powiedziała Ann.
Harry tylko kiwnął głową.
- Dasz radę? - spytałam siostrę.
- Mhm...
Wstała i poszłyśmy do środka. Alice jak zwykle krzątała się w kuchni, a Harry spisywał coś na kartce, rozmawiając przez telefon. Kiedy tylko nas zobaczył, pożegnał się i rozłączył.
- Trzy zgony, w przeciągu miesiąca - zaczął bez owijania w bawełnę.
- Coś szczególnego? - zapytała Alice, wchodząc do salonu z kanapkami.
Ruda wyglądała na rozkojarzoną po odjeździe Jacka. Nie umiałam się pozbyć wrażenia, że miedzy nimi coś było lub nadal jest. Ogarnęłam swój chaos w głowie i skupiłam się na słowach Harry'ego.
- Nie ma powiązań miedzy ofiarami, z wyjątkiem śmierci.
- Jaka to była śmierć? - spytałam.
- Wygląda to na rozszarpanie przez dzikie zwierzę.
- Wilkołak? - spytała Ann.
- Z ciał ofiar nic nie zniknęło, jeśli można to tak nazwać.
- Okey. Wyjedziemy rano? - spytałam.
Ann kiwnęła głową.
- To ja idę do siebie.
Zostawiłam za sobą całe zamieszanie panujące w salonie i poszłam na górę. Nie lubiłam siedzieć bezczynnie, za dużo wtedy myślałam, dlatego ucieszyła mnie wiadomość o tej robocie. Poszłam wziąć prysznic. Stałam pod strumieniami ciepłej wody, śpiewając, ładnych parędziesiąt minut. Kiedy wyszłam, owinięta tylko w ręcznik, Adam czekał na mnie na łóżku. Poklepał miejsce obok siebie. Podeszłam do drzwi i zamknęłam je, a później usiadłam obok Adama. Chłopak pocałował mnie namiętnie i zsunął ręcznik...
***
Leżałam wtulona w Adam i nuciłam Unforgiven. Chłopak oddychał miarowo i głaskał moje plecy.
- Co cię gryzie? - zapytał nagle.
- Nic - skłamałam i, nim zdążył coś odpowiedzieć, pocałowałam go.
Co niby miałam mu powiedzieć? Że martwi mnie nieuchronność przeznaczenia? A może, że miewam koszmary, a jakaś martwa wieszczka powiedziała wprost, że schrzanię sobie i innym życie? Nie, jestem łowcą i muszę myśleć jak łowca. Moje problemy, to moje problemy i kropka. Nikomu nie muszę się zwierzać i tak będzie lepiej. Spojrzałam na zegarek i niechętnie wygramoliłam się z łóżka. Adam obserwowała jak zakładam zwykłe jeansy, czarny T-shirt i zieloną koszulę, a później jak wiążę włosy w kucyk, cały ten czas nie odezwał się ani słowem.
- Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim - powiedział w końcu.
Kiwnęłam głową, przerzuciłam przez ramie jasnobrązową kurtkę i ruszyłam do drzwi.
- Kocham cię - Adam ruszył za mną.
- Wiem - pocałowałam go i zostawiłam w pokoju.
W kuchni Alice już przyrządzała śniadanie. Tym razem naleśniki, a nie, jak to u łowców bywa, jajecznicę.
- Hej - przywitałam się. - Pomóc ci?
- Hej. Możesz zanieść talerze i rozłożyć je na stole.
- Powinnaś powiedzieć, że nie potrzebujesz pomocy - sarknęłam.
- Było nie pytać - pokazała mi język.
Cieszyłam się, że Alice tak dobrze znosi rozstanie z Jackiem. A może tak dobrze maskuje uczucia? Nie byłam pewna, to Ann zawsze umiała odczytywać nastroje, nie ja. Z każdym dniem miałam coraz większe wrażenie, że jestem zupełnie niepotrzebna i nieużyteczna. Nawet nie wiem kiedy przy stole pojawił się Harry, Adam i Ann. Rozmawiali o robocie, ale ja nie umiałam się na tym skupić. Postanowiliśmy wyruszyć zaraz po śniadaniu.

***&***

- Gotowa? – zapytała Wer otwierając drzwi do Impali.
Kiwnęłam głową i wpakowałam się na tylne siedzenie. Ann usiadła obok mnie, a Adam z przodu. Wer oczywiście prowadziła.
- W porządku, Ann? – zapytałam półgłosem, kiedy ruszyliśmy. Z głośników rozlegały się dźwięki rocka.
- Tak, ok – odparła, jednak po jej głosie było słychać, że się martwi. – A ty?
- Co ja?
- Nie udawaj. Ty też zostałaś słomianą wdową…
Zagryzłam wargę i odwróciłam wzrok do okna. Bardzo nie chciałam, żeby ktokolwiek zobaczył mój wyraz twarzy. Bardzo nie chciałam, bo nie miałam pojęcia co wyraża. Skąd miałabym wiedzieć, skoro sama gubiłam się w swoich uczuciach…?
- Wróci – próbowała pocieszyć mnie Anna.
- Wiem – westchnęłam i wspomniałam pożegnanie z Harrym.
- Zacznijcie od wdowy, ale wątpię byście się czegoś od niej dowiedzieli – po raz setny powtarzał nam Harry. Po kilku ostatnich akcjach był nieco nadopiekuńczy. Może dlatego, że co rusz wracaliśmy w opłakanym stanie. Moja noga, ramię Jacka, wcześniej zmaltretowana Wer i pokaleczony Adam… Nic dziwnego, że się o nas martwił. Można by pomyśleć, że jesteśmy amatorami.
- Tutaj macie adres. I odznaki FBI. I…
- Harry… Damy sobie radę – westchnęła Wer. – Nie jesteśmy małymi dziećmi. Chodźcie, zanim zacznie nam tłumaczyć, jak naładować pistolet… - odwróciła się w kierunku auta.
- Alice, poczekaj chwilę – zatrzymał mnie Harry i odciągnął nieco na bok, poza zasięg wzroku pozostałej trójki zgormadzonej już przy Impali.
- Alice.
- Tak, Harry? – niechętnie podniosłam wzrok.
- Jack…
- Wiem, Harry. Już mi to mówiłeś. Ale ja muszę uczyć się na własnych błędach i proszę pozwól mi na to. Ja nie wiem, czy robię dobrze, ale prawdę powiedziawszy nie wiem, co powinnam robić…
- Alice – przerwał mi. – Ja wcale nie o tym chciałem ci powiedzieć.
- A o czym? – zdziwiłam się. Myślałam, że znowu będzie mnie przed nim przestrzegać.
- Znam Jacka od lat i wiem, że nie da się wykończyć byle pijanemu duchowi. I że na pewno wróci. Bo pierwszy raz w życiu widziałem, by jakaś dziewczyna zawróciła mu w głowie na dłużej niż dwa dni. By jakakolwiek dziewczyna zawróciła mu w głowie, bo zazwyczaj jest zupełnie na odwrót. A skoro ci się to udało to musi coś znaczyć… A wierz mi, że znam go bardzo dobrze. Więc głowa do góry, maleńka i czekaj na swego rycerza…
- Nie pocieszyłeś mnie Harry… - westchnęłam i odwróciłam się do Wer stojącej koło Impali i krzyczącej, że jeżeli zaraz się nie ruszę, to odjedzie beze mnie.
- Alice…
- Do zobaczenia, Harry.
- Uważaj na siebie, dziecino.
- Alice?
- Wybacz, Ann. Zamyśliłam się… Chyba lepiej będzie, jeśli się zdrzemnę.
- Możesz spać spokojnie – wtrącił się Adam. – Będziemy najwcześniej za trzy godziny.
- Zatem dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedzieli, a ja ułożyłam się do snu.
***
- Alice, wstawaj!
Przeciągnęłam się, czując, że mój kręgosłup nigdy nie będzie już prosty. Wer stała już zwarta i gotowa na chodniku przed dużą ładną willą.
- To tutaj?
- Nie, tak tylko się zatrzymałam, bo spodobał mi się ogródek – sarknęła. – Nie zadawaj głupich pytań.
- Sorry, jeszcze śpię – ziewnęłam i poklepałam się po kieszeniach. – Agentko?
- Nie tym razem. Idę z Adamem do prosektorium, a wy wypytajcie wdowę – poleciła nam Wer i odwróciła się na pięcie. – Nasz motel nazywa się „Złoty albatros”
- Ale albatrosy nie są złote… - wymamrotałam jeszcze nieco rozespana i odwróciłam się do Ann. – A która tak w ogóle jest godzina?
- Po osiemnastej. Rusz się, agentko Holmes.
- Jasne, Watson – mruknęłam i zadzwoniłam do drzwi, które po chwili otworzyła elegancko ubrana kobieta.
- Pani McFlatter?
- Tak, to ja – kiwnęła głową. Miała na sobie czarny żałobny kostium, a przyprószone siwizną włosy miała spięte w kok. Słowem, wyglądała jak typowa nauczycielka matematyki. - W czym mogę pomóc?
- Agentka Watson, agentka Holmes, FBI – przedstawiła nas Ann. - Chciałyśmy zadać pani kilka pytań o męża…
- Proszę wejść.
Usiadłyśmy na kanapie w salonie, a kobieta usadowiła się w fotelu naprzeciw.
- Ładny dom – zauważyłam. – Czy pani mąż miał wrogów?
- Nie, nie sądzę. To znaczy odkąd zaczęło mu się lepiej powodzić w firmie obawiałam się, żeby nie popadł w jakieś kłopoty, ale wszystko było bez zarzutu – nerwowo poprawiła obrusik na stoliku. – Jedynie co, to przez ostanie miesiące był bardzo nerwowy…
- Mówił pani dlaczego? – pytałam dalej.
- Nie. Pytałam, ale twierdził, że to po prostu zmęczenie i kłopoty w pracy. Ale nie wierzyłam mu. Odkąd 10 lat temu został prezesem, firma prosperowała wyśmienicie, nigdy nie mieli żadnych kłopotów. Wszystkie kontrakty kończyły się sukcesem, zyski były ogromne, pracownicy zadowoleni, klienci napływali falami… Był wybawieniem dla tej firmy. Bez niego pewnie niedługo by splajtowała. Nie było nic, czym mógłby się martwić. Dlatego zaniepokoiło mnie to… Jak widać moje obawy były słuszne…
- Niewątpliwie… - powiedziałam ze współczuciem. – Może mi pani powiedzieć, jak dowiedziała się pani o jego śmierci…?
- Zadzwonił, że wróci o dwudziestej drugiej, ale kiedy o północy nadal go nie było, zadzwoniłam do biura. Nie odbierał, więc kiedy nie wrócił przez następną godzinę pojechałam do firmy i znalazłam go w jego gabinecie… - urwała i wyciągnęła haftowaną chusteczkę do nosa. – Cały gabinet był w jego krwi – dodała ciszej, kiedy już się uspokoiła. – Potem zadzwoniłam na policję…
- Dobrze, dziękujemy pani bardzo… - zaczęłam się podnosić. Widziałam, że w tym stanie nic pożytecznego już nam nie powie.
- Chwileczkę – odezwała się nagle Ann. – Mówiła pani, że 10 lat temu pani mąż został prezesem… Jaką funkcję pełnił wcześniej w firmie?
Kobieta spojrzała na nią zaskoczona.
- To… niesamowite, ale wcześniej był jedynie… sekretarzem. Umawiał spotkania, odbierał telefony… miał mnóstwo zajęć, ale głównie nieistotnych. Tym bardziej cieszy mnie jego sukces.
- A pani? – zapytałam. – Pani również pracowała?
- Tak, jako pomoc domowa – odwróciła wzrok. – Kiedy zaczęło nam się lepiej powodzić przestałam pracować i zaczęłam dorabiać pisując artykuły do pism dla kobiet…
- Dobrze, dziękujemy bardzo… I jeszcze raz składamy szczere kondolencje – dodałam, a kobieta odprowadziła nas do drzwi.
Milczałyśmy chwilę, a kiedy oddaliłyśmy się na bezpieczną odległość, Ann nie wytrzymała.
- Serio? Sekretarz został prezesem? A pomoc domowa mieszka w willi wielkości dwóch boisk piłkarskich nie licząc ogromniastego ogrodu?
- Cóż, fart – mruknęłam.
- A firma? Same sukcesy? Zbyt piękne, by było prawdziwe, nie sądzisz?
- Jeszcze nie wiem co sądzę – mruknęłam, bo coś nie dawało mi spokoju. – Dzwoń do Wer, jestem ciekawa, czego się dowiedzieli…
Ann zamruczała coś pod nosem, ale wyciągnęła komórkę. Oddaliła się kilka kroków, a kiedy wróciła miała nietęgą minę.
- Mówią, że nic poza tym co mówił Harry. Wygląda jakby go rozszarpało jakieś dzikie zwierzę, serducho na miejscu inne narządy zresztą też, chociaż ciężko tu mówić o jakimś miejscu, bo jego wnętrzności zmieniły się w mięsną sałatkę…
- Uch, właśnie to sobie wyobraziłam… - skrzywiłam się. – A coś charakterystycznego? Siarka? Ektoplazma? Upuszczona krew?
- Nic. Może to rzeczywiście były jakieś dzikie zwierzęta…? – zapytała bez przekonania.
- Najbliższy las jest 15 mil od jego biura. Szczerze wątpię. Wer mówiła coś jeszcze?
- Spotka się z nami w motelu o 21, bo chcą jeszcze dla pewności popytać o dzikie zwierzątka. Tak dla pewności…
- Jasne – kiwnęłam głową. – Chcesz coś zjeść…?
- Mmm, umieram z głodu.
Siadłyśmy w jakiejś knajpce i zjadłyśmy po burgerze. W motelu, który niczym nie różnił się od innych wymieniliśmy informacje, jednak nie doszliśmy do żadnych konstruktywnych wniosków. Z postanowieniem, żeby następnego dnia poszperać standardowo w bibliotece, rozeszliśmy się do łóżek.
Kiedy już zagrzebałam się w cieplutkiej pościeli, komórka zawibrowała informując mnie o przyjściu SMSa.
„Dobranoc, księżniczko. Karaluchy do poduchy, a szczypawki do zabawki :*"
Uśmiechnęłam się do ekranu i z obrazem ślącej całusy emotikonki przed oczami, zasnęłam.

***&***

Z rana postanowiłyśmy iść do baru coś zjeść, a przy okazji posłuchać plotek. Ta... plotki to idealne źródło informacji, bez cenzury, skrótów i ułagodzeń. Ludzie po prostu są bezlitośni. Adam w tym czasie poszedł na policję, dowiedzieć się czegoś. Usiadłyśmy na rozwalającej się kanapie. Podszedł do nas na oko dwudziestoletni chłopak.
- Co podać? - zapytał z rozbrajającym uśmiechem.
Ann spojrzała na niego i zamrugała zdezorientowana.
- Hamburger z podwójnym serem - powiedziałam.
Chłopak zanotował coś w notesie.
- Tortille - powiedziała Alice, nie odrywając oczu od telefonu, do którego się dziwnie uśmiechała.
- Okey. A dla ciebie ślicznotko? - chłopak puścił oczko do Ann.
- Jestem Ann.
- Paul - chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej, a myślałam, że to już niemożliwe.
- Wezmę sałatkę z kurczakiem.
Chłopak napisała coś szybko na kartce i wyrwał ją.
- Już się robi, a tu masz mój numer.
Odszedł w kierunku baru i zniknął w kuchni.
- Co to było? - zapytała Alice.
- To się nazywa flirt - rzuciłam od niechcenia.
- Wiem jak to się nazywa. A Robbie?
- Co cię to obchodzi?! To moja sprawa!
Ann wściekła się i przeniosła na drugi koniec knajpki.
- Dzięki - warknęłam.
- Tolerujesz to?
- To jej życie.
Wtedy z kuchni wyszedł Paul i przyniósł mi hamburgera, a Alice tortille. Następnie ze zdezorientowaną miną poszedł na drugi koniec, aby postawić przed Ann sałatkę. Następnie usiadł obok niej i ją przytulił. Nie musiałam tam być, aby wiedzieć, że moja siostra płacze.
- Patrz co zrobiłaś! - warknęłam wściekła na Alice.
Zabrałam swojego hamburgera, zapłaciłam za niego w barze i poszłam do auta. Po jakichś dziesięciu minutach przyszła Ann. Miała lekko zaczerwienione oczy.
- Kocham Robbie'ego - powiedziała lekko drżącym głosem.
- Wiem - odparłam.
- Paul trochę go przypomina. Ma podobne podejście do życia i takie same lekko bezczelne spojrzenie. Stwierdziłam, że dobrze mieć kogoś z miejscowych po naszej stronie.
- Nie musisz się tłumaczyć - przytuliłam ją.
- Czekaj, dostałam smsa.
Odsunęłam się, a Ann wyjęła jedną ze swoich komórek.
- Robbie pisze, że sprawa jest dość skomplikowana, ale postara się wrócić jak najprędzej i mnie kocha - streściła na głos Anna. - Odpiszę, że tęsknię i też go kocham.
***
Nie czekałyśmy na Alcie, tylko pojechałyśmy pod motel, gdzie czekał Adama.
- Nic nowego - powiedział od razu.
- U nas też - pocałowałam go.
Coś mi się wydaje, że nasz związek zaczyna przypominać marną komedię romantyczną.
- Ann, co się stało? - Adam też zauważył zaczerwienione oczy mojej siostry.
- Pokłóciłam się z Rudzielcem.
- Nie słuchaj jej, ona jest dziwna.
Właśnie miedzy innymi to kochałam w Adamie, empatię.
- Dzięki - usłyszałam za sobą zgryźliwy głos Rudej.
- Ann, przepraszam. To twoje życie i powinnam mieć je gdzieś - powiedziała Alice.
- Spoko - odparła Ann i poszła do motelu.
Alice ruszyła za nią. Adam pocałowała mnie namiętnie.
- Może mała przejażdżka? - zaproponował.
Kiwnęłam głową, a po chwili już jechaliśmy na jakieś odludzie. Adam zaparkował w pobliżu lasu i wyjął butelkę Jacka Danielsa. Napił się łyczka i podał mi.
- Kocham cię - wymruczałam i zdjęłam z niego koszulę.
- Nigdy mi się to nie znudzi - odparł i zabrała się za zdejmowanie ze mnie ciuchów.

***&***

Naprawdę nie chciałam zranić Ann. Czasem powinnam się ugryźć w język. Ale kiedy widziałam jak flirtuje z Paulem, tym silniej dopadły mnie wątpliwości. Chwilę wcześniej rozmawiałam z Jackiem, który…
Tak naprawdę nie wiedziałam, co do niego czuję. Bałam się, że jest po prostu substytutem…
Substytutem Rogera.
Dziewczyny nie zaczekały na mnie i pojechały do motelu, więc powałęsałam się nieco po mieście. Próbowałam dowiedzieć się czegoś w naszej sprawie, ale nie trafiłam na nic ciekawego. Jedyną zastanawiającą rzeczą było to, że było to miasto ludzi sukcesu. Dobrze prosperujące firmy, wybitni malarze, piosenkarze, aktorzy… Niesamowite historie miłosne rodem z bajki, nagłe bogactwa… Coś mi tu śmierdziało, ale nie wiedziałam co. Postanowiłam wrócić do motelu gdzie zostawiłam dziennik mamy i porządnie go przewertować.
Wpadłam na nich przed motelem, akurat kiedy o mnie rozmawiali. Przeprosiłam Ann, a Wer z Adamem zmyli się gdzieś. Wolałam nie wnikać gdzie i w jakim celu. Zasadniczo domyślałam się w jakim, ale to naprawdę była ostatnia rzecz, która była w centrum mojego zainteresowania.
- Raz jeszcze cię przepraszam, Ann - powiedziałam, kiedy zostałyśmy same. - Ja po prostu... Sama mam problem...
- Spoko, nie musisz się tłumaczyć... Masz coś ciekawego? - zapytała Ann.
- Nie, tylko same sukcesy... Właśnie miałam sprawdzić... - w tym momencie zadzwonił mój telefon.
- Tak? – zapytałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Dostałem ten numer od kogoś, kto obiecał mi pomoc… - usłyszałam znajomo brzmiący głos.
- Z kim rozmawiam…? – coś mi świtało, ale nie potrafiłam go dopasować.
- Mam na imię James. Osoba, która dała mi ten numer miała mi pomóc w sprawie mojej dziewczyny, Angeliki.
O cholera. James. Kompletnie o nim zapomniałam…
- A tak, już pamiętam. Tak, to ja, mam na imię Alice… - wyjaśniłam nerwowo, gorączkowo zastanawiając się co ja mu mam tak właściwie powiedzieć…
- Miałaś mi pomóc… Angelika… Nadal nie wróciła, nie mam pojęcia, gdzie jest…
- Ona nie żyje, James – postanowiłam grać w otwarte karty. – Przykro mi, ale nic nie mogłam zrobić…
- Ale co…
- Nie chcesz wiedzieć… - przerwałam mu. – Nie dzwoń więcej na ten numer – zakończyłam połączenie i odłożyłam telefon na stół.
- Kto to był? – zainteresowała się Ann.
- Skutki uboczne poprzedniej sprawy – zbagatelizowałam, choć znowu dopadły mnie wyrzuty sumienia. Nie dość, że nie udało mi się uratować Angeliki, co zasadniczo było niemożliwe, to na dodatek zbyłam jej chłopaka krótkim „nie żyje”. Ale tak będzie dla niego lepiej. Im mniej wie, tym jest bezpieczniejszy. Już wystarczająco dużo osób pociągnęłam za sobą…
- Mówiłaś, że masz jakiś pomysł – Ann ponownie oderwała mnie od ponurych rozmyślań.
- Nie pomysł, a… - i znów zadzwonił telefon. Prychnęłam zirytowana i znów bez patrzenia odebrałam.
- Co tym razem?! – warknęłam do słuchawki.
- Też cię kocham, dostałaś okres?
- Nie, nie dostałam. Jack, to nie było zabawne – momentalnie się uspokoiłam. – A to nie jest dobry moment na rozmowę…
- Zawsze jest dobry moment, żeby powiedzieć komuś, że się za nim tęskni i że się go kocha. Bo w zasadzie tylko tyle chciałem powiedzieć…
- A… - z wrażenia aż mnie zatkało.
- A poza tym, dziękuję, u mnie wszystko ok – w tle słychać było jakiś szum. -  A, i Robbie was pozdrawia. Matt też. A co u was?
- Mamy do rozwiązania jakąś tajemniczą sprawę i właśnie usiłuję dojść do tego, na co polujemy, ale ciągłe telefony nie dają mi dojść do słowa. Zatem ja też cię kocham, tęsknię i do widzenia. Uważaj na siebie, pa! – rozłączyłam się i natychmiast wyłączyłam telefon.
- Jakaś nerwowa dzisiaj jesteś… - zauważyła Ann.
- Jakoś tak wyszło – mruknęłam. – Miałam zamiar przejrzeć dziennik mamy, bo coś mi świta… - nerwowo kartkowałam notatnik, a Ann zaglądała mi przez ramię. – Bo jak na jedno miasteczko, coś za dużo tutaj szczęścia. I trupów, ostatnio…
- Tutaj! – zawołała nagle Ann, łapiąc mnie za nadgarstek. Moja ręka zawisła nad stroną zatytułowaną „Demon z rozdroży”.
Odetchnęłam głęboko.
- Okej, mamy to. Dzwoń do Wer, a ja czegoś poszukam na ten temat.

***&***

W drodze powrotnej trafiliśmy z Adamem na miejsce zbrodni. Tłum gapiów, policja, czyli to co zwykle. Przedarliśmy się przez tłumi i zobaczyliśmy zmasakrowane ciało, jakby rozszarpane pazurami. Zadzwonił mój telefon.
- Tak?
- Wer, wracajcie. Wiemy co to - powiedziała Ann i się rozłączyła.
Pokiwałam na Adama ręką.
- Facet rzekomo uciekał przed dużymi czarnymi psami, sąsiad myślał, że się upił.
Czarne psy...
- Dziewczyny odkryły co to i ja już chyba też - powiedziałam, kierując się do Impali.
- Więc? - zapytała Adam.
- Sukcesy, dziesięć lat, ogary piekielne... - zaczęłam wymieniać.
- Demony z rozdroży - mruknął Adam i zatrzasnął drzwi.
- Ile razy ma powtarzać, że to nie jest "maluch" - warknęłam.
- Przepraszam kochanie.
Zaśmiałam się i zaparkowałam pod motelem. Ann i Alice już na nas czekały.
- Wskakujcie - krzyknęłam.
- Sprawdziłam mapy miasteczka, jedyne nieasfaltowe rozdroża są przy wjeździe od strony wschodniej - powiedziała Ann.
Z niemałymi trudnościami dotarliśmy do tych przeklętych rozdroży. Wysiadłam i zaczęłam rękami rozgarniać ziemię. Każda minuta była cenna. Natrafiłam na metalową puszkę i podałam ją Ann. Moja siostra spojrzała na zdjęcie.
- Martwy - powiedziała bezbarwnie.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze cztery razy. Następnie wyjęłam z ziemi szóste, ostatnie pudełko.
- Ta osoba musi jeszcze żyć - stwierdziłam i podałam je Ann.
- Cholera... - zaklęła i upuściła pudełko.

***&***

Tej nocy spałam bardzo źle. Dręczyły mnie koszmary. Ale nie ja jedna miałam problemy ze snem tej nocy. Ann rzucała się po łóżku prze całą noc. Nic dziwnego, w ostatnim pudełku zakopanym na rozdrożach znalazłyśmy kości obowiązkowe kości czarnego kota, ziemię cmentarną i zdjęcie Paula. Pytanie brzmiało, czego mógł pragnąć taki chłopak jak on i jak dawno temu zawarł pakt…
- Nic mu nie będzie – uspakajała ją Wer. Postanowiłyśmy następnego dnia złapać demona w pułapkę i zmusić go do zerwania paktu. Ta akcja wymagała pewnych przygotowań, więc postanowiliśmy się przespać i rano przystąpić do działania…
Tak, przespać…
Kiedy w końcu udało mi się zasnąć, śniła mi się mama. Takiego snu nie miałam bardzo dawno. Stała naprzeciw mnie w swojej ulubionej sukience w żółte kwiaty i ogromnym słomkowym kapeluszu i uśmiechała się ciepło.
- Uważaj na siebie, Alice. Pamiętaj, że nie możesz wszystkich uratować. Pamiętaj, że czasem trzeba ponieść ofiarę… Dużą ofiarę. Bo nic nie jest za darmo, kochanie…
Chciałam podejść bliżej, poprosić, by wyjaśniła coś więcej, ale rozpłynęła się we mgle. Pobiegłam w tamtym kierunku, chcąc ją odszukać, kiedy nagle wpadłam w czyjeś ramiona. Kiedy podniosłam głowę, mój wzrok padł na twarz Rogera.
- Szukałem cię. Gdzie byłaś?
- Ja… - nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Martwiłem się. A ty znowu mnie zostawiłaś. Nie rób tak więcej, Alice. Przecież wiesz, jak bardzo cię kocham. Wiesz to, prawda? – przyglądał mi się natarczywie.
- Roger, ja…
- Kochasz…?
Gwałtownie usiadłam na łóżku. Była piąta trzydzieści. Chwilę oddychałam ciężko, próbując pozbyć się sprzed oczu obrazu pełnej zawodu twarzy chłopaka. Co się ze mną dzieje? Skąd te wyrzuty sumienia…? Przecież nie robię nic złego…prawda?
I słowa mamy… Ofiara? Jaka ofiara? I kogo miałabym ratować…?
Wstałam z łóżka i podreptałam do łazienki, żeby wziąć prysznic. To mi od razu pomogło. Kiedy wyszłam z łazienki, przygotowałam śniadanie i otworzyłam dziennik mamy, żeby zacząć przygotowania do dzisiejszej akcji. Musieliśmy narysować Diabelską Pułapkę, tak, aby demon tego nie zauważył. Na nie asfaltowym podłożu będzie to trudne…
Postanowiłam, ze rozwiązanie tego problemu odłożę na później, kiedy reszta już się obudzi i zaczęłam przygotowywać pistolet z solnymi nabojami, wodę święconą i teksty egzorcyzmów. Po chwili doszłam do wniosku, że nasz sztylet na demony też może się przydać… Kiedy kończyłam spisywać egzorcyzmy, reszta powoli zaczęła się zbierać. Po kilku minutach byli już gotowi do pracy. Schowałam dziennik mamy do torby i uśmiechnęłam się do nich.
- To co? Gotowi skopać tyłek wrednemu demonowi o czerwonych oczach…
- Przestań oglądać tyle telewizji, dziecko – ostudziła mnie rozespana jeszcze Wer. – Lepiej zastanów się, co zrobimy z Diabelską Pułapką…
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli zajmiemy się tym na miejscu – zauważył Adam.
- Właśnie – zgodziłam się. – Więc zbieramy manatki i w drogę. Mamy robotę do wykonania…

***&***

Kolejny raz rozejrzałam się po otoczeniu. W ostateczności mój pomysł nie był taki zły. Odkopaliśmy kawałek żwirowej drogi i położyliśmy na niej kawałek cienkiej, kwadratowej deski z wymalowaną Diabelską Pułapką i zasypaliśmy na powrót żwirem. Mam nadzieję, że zadziała. Następnie Ann wrzuciła do puszki po kawie kości czarnego kota, trochę ziemi cmentarnej i swoje zdjęcie, wydarte z fałszywki FBI. Zakopała to na środku i czekała. Zza zakrętu wyszedł przystojny mężczyzna. Spojrzał na nas z uśmiechem i "błysnął" czerwonymi oczyma. Szedł w naszym kierunku i zatrzymał się gwałtownie, na zakopanej pułapce.
- Czemu ten chłopak podpisał pakt? - Ann wyjęła zdjęcie Paula.
- Mój faworyt. Słodziak oddał duszę za ozdrowienie ciężko chorego brata.
- Zwróć mu duszę, a brata zostaw w spokoju, albo rozwalę ci te twoją śliczną mordę! - wysapała Ann.
- Ach te siostry Wilde, jesteście prawie tak nieznośne jak bracia Winchester - odparł znudzony demon.
- Jak kto? - zapytałam zdezorientowana.
- Nieważne. Dobra, ale pakt trzeba przypieczętować - puścił do mnie oko.
Ann podeszła i zawarła umowę pocałunkiem.
- Jeszcze kiedyś do mnie przyjdziecie - powiedział, a Ann dźgnęła go sztyletem.
*********************************************************************************
Przepraszam  za kilka dni poślizgu.
Była bardzo zajęta (tłumaczą się winni), na obronę powiem, że do dziś nie miałam nawet czasu dla Supernatural
Szur :*
Mamy nadzieję, że rozdział się podoba :)
Następny jeszcze w tym miesiącu (najpóźniej ostatniego)
Wasze, S&S
P.S.
Kto ogląda dziewiąty sezon na bieżąco?
Powiem szczerze, że moim skromnym zdaniem jest genialny (jak całe Supernatural) ^^
Czekam, aż Ezekiel wróci do swojego naczynia i mam nadzieję, że będzie istotną postacią
Kevin... i nic dodać nic ująć :*
Dean <3
Sorki, że się tak wybebeszam, już kończę
Piszcie swoje opinie w komentarzach, bo jestem ciekawa
Obsesyjna, Szurnięta :*
PS2: A tutaj jeszcze bonusik od nas w postaci zdjęcia sztyletu, który Ann przekazała Robbiemu. Jest to sztylet przekazywany między łowcami z rąk do rąk. Ponoć nie należy prztrzymywac go zbyt długo, bo ciąży na nim klątwa, ale mało kto daje temu wiarę. Jednak, wiadomo, lepiej dmuchać na zimne... :)
Sztylet łowców
Szalona, S&S