Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

czwartek, 7 stycznia 2016

Rozdział 18

Po powrocie z „wiedźmińskiej” roboty, w mojej głowie tłukła się na okrągło tylko jedna myśl. Jedna, jedyna. Cały czas rozmyślałam nad tym, dlaczego tamta sprawa tak bardzo zwróciła moją, uwagę, co było w niej tak niezwykłego. Odpowiedź była mi doskonale znana.
- Idziemy spać? - zapytała Lisa, koło trzeciej w nocy, kiedy oczy zamykały nam się tak, że nie widziałyśmy ekranu telewizora.
- Mhm... - mruknęłam. - Skoczę tylko na górę do łazienki, okej?
- Jasne, przygotuję nasze śpiwory – kiwnęła głową.
Weszłam po schodach i skierowałam się do łazienki. Po drodze jednak zauważyłam uchylone drzwi do pokoju Rogera. W środku paliło się światło.
- Nie śpisz...? - zapytałam, wsuwając głowę do środka.
Miał na uszach słuchawki i był całkowicie pochłonięty grą. Podeszłam bliżej i popukałam go w ramię. Wrzucił pauzę i uśmiechnął się na mój widok.
- Alice. Skończyłyście? - zapytał.
- Mhm, idziemy spać – odpowiedziałam. - A tobie jak idzie?
- Kończę powoli – odparł z lekkim żalem. - Jeszcze nie skończyłem, a już nie mogę się doczekać trójki.
Roześmiałam się.
- To graj wolniej...!
- Nie da się – pokręcił głową. - Sama zobacz.
Choć jeszcze przed chwilą oczy zamykały mi się ze zmęczenia, przysuwam sobie taboret, ale Roger ustępuje mi miejsca na wygodnym skórzanym fotelu. Siadłam wygodnie i przysunęłam sobie myszkę.
- Ciasteczko? - podsunął mi talerzyk.
- Nie, zjadłam chyba roczny zapas popcornu – wymownie poklepałam się po brzuchu. - No, ok. Więc co mam robić?
Roger wytłumaczył mi na czym polega moja misja, wyłączyłam pauzę i ruszyłam na podbój Novigardu. Szło mi nawet nieźle, przyjaciel ostrzegał mnie przed niebezpieczeństwami, więc grę przechodziłam w miarę bezboleśnie, a misja zakończyła się sukcesem.
- I co teraz?
- Podjedź do niego, założę się, że ma dla ciebie jakieś zadanie – wskazał jakąś postać NPC.
I tak zaczęłam kolejną misję.
- Alice! Myślałam, że się utopiłaś w tej łazience...! - w drzwiach stanęła rozczochrana Lisa, jakieś czterdzieści minut później.
- A nie, nawet tam nie dotarłam – odparłam, oddając klawiaturę Rogerowi. - Przepraszam, zagadaliśmy się...
- Zagadaliście się... - Lisa wywróciła oczami. - Idziesz spać, czy kończysz misję?
- Zaraz przyjdę – odparłam, ponownie zakładając słuchawki.
- Jakoś w to nie wierzę, ale ok. Jak coś, wiesz gdzie mnie szukać.
Lisa wróciła do salonu, a my znów pogrążyliśmy się w świecie „Wiedźmina”. Graliśmy tak długo, aż zaczęło świtać. Akurat udało nam się skończyć przedostatni rozdział.
- No – ziewnął Roger. - Chyba starczy na dziś.
- Mhm – zgodziłam się, czując jak opadają mi powieki. - Chyba stoczę się na dół – mruknęłam, a głowa opadła mi na ramię Rogera.
- To zostań tu – powiedział jeszcze, nim zasnęłam. Ale mogło mi się wydawać.
- Alicje, zrobisz obiad? - zaczepił mnie Harry. - Muszę pojechać na chwilę do miasta,  a dziewczyny są zajęte.
- Tak, jasne – kiwnęłam głową, od razu kierując się do lodówki w poszukiwaniu inspiracji do stworzenia jakiegoś smacznego posiłku.
- Aha, Alice? - zawołał mnie jeszcze Harry.
- No - spojrzałam na niego znad drzwi lodówki.
- Tylko niech to nie będą jajka, okej?
Roześmiałam się natychmiast odłożyłam pudełko jajek. Jako, że reszta lodówki nie zainspirowała mnie zbytnio, cofnęłam się do salonu i włączyłam laptopa w poszukiwaniu jakichś prostych przepisów. 
Przeglądając przepisy na zapiekanki ziemniaczane, moją uwagę przykuła ikonka portalu społecznościowego. Przez chwilę wahałam się, ale ostatecznie otworzyłam stronę. Do kuchni weszła Anna, więc przełączyłam z powrotem na przepisy.
- Co robisz? - zapytała, wyciągając z szafki butelkę soku.
- Gotuję – odparłam.
- To widzę – wywróciła oczami. - Czy to będzie coś jadalnego?
- Mam nadzieję – pokazałam jej język. - A ty co porabiasz?
- Robię Harry'emu porządek na strychu. Znalazłam na przykład to – pokazała mi ładny miedziany wisiorek o jakimś fantastycznym kształcie.
- Ładny – pokiwałam głową. - Powinno być gotowe za jakąś godzinę, więc nie zakop tam się za głęboko w kurzu.
- Mhm, powodzenia, nie spal domu – puściła mi jeszcze oko i wróciła na górę.
Zaczęłam obierać ziemniaki, przygotowałam naczynie żaroodporne i wzięłam się do gotowania. Moje myśli jednak krążyły po manowcach, tak że o mało nie dodałam do ziemniaków cukru zamiast soli. Ostatecznie wstawiłam zapiekankę do nagrzanego pieca, mając nadzieję, że udało mi się nic nie pomieszać.
I teraz już nic nie odwracało mojej uwagi od otworzonej strony. Zawiesiłam place nad klawiaturą i przez chwilę się wahałam, ale w końcu wstukałam w pole wyszukiwania „Roger Preston” nim zdążyłam pomyśleć, że pewnie będę tego żałować.
Strona ładowała się przez chwilę, nim udało mi się zobaczyć jej zawartość. Przez chwilę przeglądałam ostatnie wpisy, łącznie z życzeniami urodzinowymi sprzed paru dni. Potem przeszłam na stronę z informacjami i z zaskoczeniem stwierdziłam, że dostał się na swoje wymarzone studia na Harvardzie. Sama przed sobą udałam brak zainteresowania informacją „Status: wolny”.
- Alice?
Błyskawicznie zatrzasnęłam klapkę laptopa i odwróciłam się do Harry'ego, który właśnie wszedł do kuchni.
- Tak? - zapytałam nieco nerwowo.
- Zadaje się, że coś się fajczy...
Zaklęłam pod nosem i rzuciłam się w kierunku pieca, próbując ratować zapiekankę. Okazało się, że przypaliła się tylko odrobinkę, ja za to poparzyłam sobie opuszki palców. 
- Kucharką chyba nie zostanę – westchnęłam, oceniając moje dzieło. - Zawołaj dziewczyny – mruknęłam do Harry'ego zanoszącego się śmiechem. - I nie śmiej się tak! Ty też będziesz musiał tego spróbować – wycelowałam w niego widelec, a on czym prędzej uciekł z kuchni.
***&***


Kiedy w środku nocy dotarłyśmy do Harry’ego, marzyłam tylko o śnie. Wzięłam gorący prysznic, ubrałam pierwszą lepszą koszulkę i położyłam się spać. Ku mojej uciesz nie śniło mi się nic niepokojącego, a już na pewno nie nawiedzona wieszczka. Obudziłam się wyspana i dopiero, kiedy przebierałam się w stare, dziurawe, poplamione jeansy i flanelową koszulę w kratę, zauważyłam, że spałam w koszulce Adama. Przygotowałam się na atak bezpodstawnego bólu, ale ten nie nastąpił. Nie zmieniło to faktu, że miałam ochotę zakopać się w pościeli i nigdy nie wyjść. Nie zrobiłam tego, bycie łowcą sprawia, że takie rzeczy są niedozwolone. Rozbity emocjonalnie łowca to martwy łowca. W kuchni czekało na mnie śniadanie. Zjadłam dwie kanapki z jajkiem i ruszyłam na podwórko. Wychodząc wpadłam na zamyśloną Alice, ale wyminęłam ją i pognałam w kierunku szczątków Impali. Z czułością poklepałam karoserię i poszłam do garażu po pudła z częściami, chłopcy dobrze się spisali. Później udałam się do szopy po narzędzia i kiedy miałam już zaczynać, zauważyłam rozczochrane włosy Karla. Podbiegł do mnie, a na jego twarzy pojawił się uśmiech. Odwzajemniłam go.
- W samą porę. Ile można na ciebie czekać? – zażartowałam.
- Przepraszam, musiałem znaleźć koszulkę, aby nie oszołomić cię moim nagim torsem.
- Widziałam cię bez koszulki i szału nie ma – droczyłam się dalej.
- Sama chciałaś – zażartował zdejmując biały top.
Miał ładne umięśnione ciało, jedynie parę blizn na brzuchu i ramionach psuło efekt, nie wspominając o tych na plecach. Gdyby nie przykry zbieg okoliczności pewnie wiódłby zwykłe życie z jakąś śliczną, miłą dziewczyną z sąsiedztwa. Chociaż ja osobiście lubię takie życie. Ciągła adrenalina i gdyby nie kruchość takiej rzeczywistości, byłoby idealnie.
- Będę miała koszmary – jęknęłam.
Po tych słowach Karl rzucił się na mnie i uwięził w niedźwiedzim uścisku. Jego zapach, lekko korzenny, skojarzył mi się z bezpieczeństwem. Ciepło bijące od jego ciała było dla mnie takie naturalne, a jednocześnie jakieś obce.
- Wszystko okey? – spytał Karl.
- Nie, ale nie jestem gotowa, aby o tym mówić – pierwszy raz odsłoniłam przed nim tę część mnie, która nie jest twarda i niezniszczalna.
Karl odsunął mnie od siebie, spojrzał w moje oczy i kiwnął głową na znak, że to rozumie i poczeka.
- Chodźmy składać Maleństwo – powiedziałam.
Karl założył koszulkę i już mieliśmy zabrać się do roboty, kiedy na podwórko wbiegł Lewis, a za nim podążała Anna.
- Nie pokazuj mi się na oczy! – krzyczała moja siostra.
- Ja przyszedłem do Weroniki – bronił się chłopak.
- Przyznaj, że po prostu nadal na mnie lecisz – kontynuowała Anna.
- Ktoś tu cierpi na megalomanie – rzuciłam złośliwie.
- Nie wpieprzaj się! – krzyknęła Anna i sobie poszła.
Coś z nią ostatnio nie w porządku. Jest coraz bardziej wredna i nerwowa. Chyba brak Robiego rzucił jej się na mózg.
- Nie przejmuj się nią – powiedziałam z pokrzepiającym uśmiechem.
Jak dobrze, że Lewis nie pojawił się kilka minut wcześniej. Jak wyjaśnilibyśmy mu ilość blizn na ciele Karla?
- Bierzmy się za naprawy, bo nigdy jej nie uratujemy – powiedziałam wesoło.
Co trzy głowy to nie jedna, a co sześć rąk to nie dwie, więc po połowie dnia byliśmy już w jednej trzeciej naprawiania. Lewis musiał wracać do domu.

- Do zobaczenia – pomachał nam.

- Pa – odrzekł mu Karl.

- Uważaj na Annę – dorzuciłam i również pomachałam.

Wróciliśmy z Karlem do pracy i w okolicach obiadu mieliśmy już ponad połowę zrobioną. Biorąc pod uwagę ogrom zniszczeń, było to naprawdę coś wielkiego.

- Czas coś przekąsić – mruknęłam i odłożyłam narzędzia.

- Taki brudny mam do obiadu siąść? – spytał Karl, kiedy weszliśmy do domu.
Przewróciłam oczami, zdjęłam koszulę i w staniku poszłam umyć ręce. W drodze powrotnej założyłam jakąś bluzę i siadłam do stołu. Karl również się umył, ale tym razem nie zdjął koszulki. Alice podała nam jakąś ziemniaczaną zapiekankę, która z powodu jej rozkojarzenia, była lekko zwęglona.
- Świeża dawka węgla, abyśmy nie mieli jego niedoboru – szepcze do mnie Karl.
- Jak popijesz dużą ilością wody to będziesz miał węglowodany – odszepnęłam.
Alice spojrzała na nas z pod byka, więc szybko nałożyliśmy sobie porcje i zaczęliśmy jeść. O dziwo nie było takie złe i co najlepsze, nie miało w sobie jajek. Po obiedzie, odwiozłam Karla do domu. Maleństwo miałam zamiar skończyć następnego dnia.
- Kiedy będziesz już gotowa na zwierzenia, pamiętaj że zawsze możesz na mnie liczyć – powiedział chłopak, pocałował mnie w czoło i wyszedł.
Dziwne uczucie rozlało się po moim ciele. Odpaliłam auto i wróciłam do Harry’ego, jedyne na co miałam teraz ochotę to porządna robota.
***&***
Siedziałam na werandzie przed domem i popijałam malinową herbatę. Wiatr lekko rozwiewał mi włosy, kiedy bujałam się na huśtawce. 
- Alice.
Obróciłam głowę. Siedział obok mnie. W swojej koszuli w kratę i przetartych czarnych jeansach. Ze zmierzwioną czarną czupryną i smutkiem w brązowych oczach.
- Alice – powtórzył Roger. - Alice, co się z tobą dzieje...?
- Ale o czym ty mówisz? - zapytałam, nie mając pojęcia, dlaczego jest taki zmartwiony.
- Oddalasz się ode mnie, Alice. Ode mnie, od Lisy, od rodziców... Dlaczego ciągle nie ma cię w domu...?
Lisa? Rodzice...? Dom...?
- Ale... - rozejrzałam się. Weranda wyglądała jak zawsze, przez okno widziałam mamę przygotowującą kolację i George'a czytającego gazetę. Obok na stole leżała jego policyjna czapka.
- Alice – dotknął mojej twarzy. - Wróć do mnie, tęsknię za tobą. Tylko ty mi zostałaś.
- Ja... - nagle dom i rodzice zniknęli, oboje znaleźliśmy się w ciemności. Sami.
- Tylko ja i ty – mówił dalej Roger. - Ty masz mnie, a ja ciebie. Nie ma nic więcej, nic więcej się nie liczy...
- Miałeś o mnie zapomnieć – przypomniałam mu.
- A ty o mnie – uśmiechnął się krzywo. - Ale nie potrafisz, co?
- Nie potrafię – zgodziłam się z nim.
Uśmiechnął się na te słowa i przyciągnął mnie do siebie. Nie opierałam się przed pocałunkiem, był bardzo słodki i przyjemny.
- Tęsknię za tobą – powiedział, gdy się od siebie już odsunęliśmy. - Przyjedź do mnie, proszę. Zaczniemy wszystko od nowa. Bez potworów i bez łowców. Ja i ty, jak za dawnych lat.
- Roger, chciałabym, ale... Ale nie mogę tak po prostu tego zostawić. To cześć mnie.
Zmarszczył brwi. Choć nadal trzymał mnie w objęciach, zaczął się jakby oddalać. Coraz bardziej i bardziej, jakby coś odrywało go ode mnie.
- Wróć do mnie – jego głos był dziwnie daleki. - Tylko ty możesz mnie uratować...
Gwałtownie usiadłam na łóżku. Oddychałam ciężko, moje ciało bardzo dziwnie zareagowało na ten sen. Z jednej strony byłam przerażona, z drugiej ten pocałunek podrażnił jakąś dawno zapomnianą strunę w mojej duszy.
Wiedziałam, że oglądanie jego profilu było złym pomysłem.
Byłam bardzo pobudzona. Szybkie zerknięcie na telefon, uświadomiło mi, że jest dopiero kilka minut po trzeciej. Wstałam, ubrałam bluzę i zeszłam do kuchni. Zaparzyłam sobie herbatę, siadłam przy stole i odpaliłam laptopa.
Popijając ciepły napój przeglądałam wiadomości z okolic w poszukiwaniu roboty. Potrzebowałam czegoś, co mogłoby odciągnąć moje myśli od Rogera. Miałam nadzieję, że już dawno udało mi się wyrzucić go ze swojego serca, ale on nadal twardo w nim tkwił. Musiałam się go stamtąd pozbyć, by raz na zawsze odciąć się od dawnego nie-łowczego życia.
Problem w tym, że to nie było takie łatwe.
Nie potrafiłam się skupić na przeglądanych stronach, a myśli ciągle wracały do snu. Roger mnie potrzebował. Został sam – Lisa i ojciec nie żyją, on jest na studiach, z dala od domu i cioci Amelii. Potrzebował kogoś, kto wyjaśniłby mu co i jak, kto pokazałby mu, jak żyć z tym co przeżył rok temu.
Ale ja przecież obiecałam sobie, że nie uczynię z niego łowcy.
„Łowca może być szczęśliwy tylko z łowcą” - te słowa niespodziewanie pojawiły się w mojej głowie, wypowiedziane zachrypniętym głosem Jacka. Dlaczego jednak w odniesieniu do Rogera... Czy gdyby był łowcą...
Czy to by cokolwiek zmieniło?
Potrząsnęłam głową i spojrzałam na telefon. Szybko dodałam w głowie parę godzin i bez wahania wybrałam numer. Odebrał po dwóch sygnałach.
- Coś się stało? - zapytał nim zdążyłam się odezwać.
- Nie, wszystko okej – uspokoiłam go.
- Alice, przecież u was jest środek nocy – uświadomił mnie Jack, nieco spokojniejszym głosem.
- Nie możesz tak nerwowo reagować, za każdym razem gdy niespodziewanie zadzwonię – upomniałam go. - Nie mogę się stać twoją piętą Achillesową, Jack.
- Już nią jesteś, słoneczko – przerwał mi. Jak dobrze było słyszeć jego głos...! - A teraz mów co się stało.
- Nic – mruknęłam. - Po prostu nie mogę spać i szukam jakiejś roboty. A jak u was?
- Powoli do przodu – odparł. - Męczy mnie już ta robota. Robbie jest niespokojny, bo jego bracia nadal się nie odnaleźli, chyba stracił nadzieję, że znajdziemy ich w jednym kawałku, a Matt zaparł się, żeby wyłapać to cholerstwo co do ostatniego. Więc siedzimy tu i się głowimy...
- Potrzebujecie może pomocy? - zapytałam. Może wyjazd do Japonii, dobrze mi zrobi...?
- Nie, na razie dajemy sobie radę. Nie wiem jak długo jeszcze bez ciebie wytrzymam. Naprawdę, dwa tygodnie i to rzucam – w jego głosie wyczułam tony, które sprawiły, że aż zrobiło mi się gorąco.
- Jack? - mruknęłam.
- No?
- Miałam sen – zaczęłam. - Śniło mi się, że mój dawny przyjaciel mnie potrzebuje.
Westchnął.
- Czy to ten przyjaciel? - zapytał, a ja nawet nie zastanawiałam się skąd wiedział.
- Pomyślałam, że powinieneś wiedzieć – powiedziałam.
- Chcesz do niego jechać? - zapytał, a w jego głosie pojawiło się coś twardego.
- Nie – odparłam natychmiast. - To zamknięty rozdział w moim życiu.  Tęsknię za tobą, wiesz?
- Wiem – odpowiedział, jednak jego głos zdradził mi, że zmartwiła go wiadomość o moim śnie. - Ale, Alice...?
- No?
- Jeśli... Jeśli coś między nami miałoby się kiedyś zmienić... Uprzedź mnie, dobrze?
Zagryzłam wargę. Jack wiedział, jak ciężko mi się było odciąć od tamtego życia. I od Rogera. Wiedział, jak głęboka łączyła nas więź.
- Dobrze, ale obiecuję, że nic się nie zmieni – zapewniłam go, naprawdę pragnąc by tak się stało. Jack był najlepszym, co mogło mi się przytrafić.
- Nie obiecuj rzeczy, których nie możesz być pewna – odparł i rozłączył się bez słowa, nim zdążyłam coś odpowiedzieć.
Odłożyłam telefon i wróciłam do wiadomości. Sen i rozmowa z Jackiem tak bardzo wytrąciły mnie z równowagi, że niewiele z tego do mnie docierało. Kilka napaści na ludzi, ataki drapieżników, wszystko w okolicy dwóch niedużych miasteczek niedaleko stąd. Jednak nic, co by mogło przyciągnąć naszą uwagę...
Od śmierci rodziców minęły 3 lata. Od śmierci Lisy i pana Prestona rok.
 „...ofiary znaleziono niedaleko lasu pomiędzy Downriver a Highriver z szarpaną raną na klatce piersiowej...”
To naprawdę nie jest dużo czasu. Ale z drugiej strony od śmierci rodziców Anny i Wer minęło trochę ponad rok.
Ale one są łowcami.
Ale ja ponoć też.
„...mieszkańcy Downriver podejrzewają, że za atakami stoją mieszkańcy z sąsiedniego miasteczka. Ludzie z Hightriver o to samo podejrzewają swoich sąsiadów...”
Jak wiele jeszcze spraw muszę rozwiązać, by w końcu się o tym przekonać? Jak wiele duchów, demonów i wampirów zabić, by poczuć się w pełni łowcą.
Jak wiele czasu muszę spędzić w objęciach Jacka, by zapomnieć o Rogerze...?
Jak...
- Alice, zrobiłaś przynajmniej dla nas kawę...? - do kuchni weszła rozczochrana Wer w samej piżamie.
Spojrzałam na zegar. Dochodziła siódma. Kiedy minął ten cały czas...?
- Nie, nie zauważyłam, że już ranek...
- Od której nie śpisz? - Wer przyjrzała mi się bliżej.
- Od trzeciej...? - mruknęłam. - Jakoś tak. Zaraz zrobię kawy, przyda nam się.
Wer siadła na moje miejsce i poprzeglądała wiadomości. Nalałam wody do czajnika i nasypałam do szklanek kawy.
- Znalazłaś coś ciekawego? - zapytała.
- Nic, same normalne rzeczy – ziewnęłam. - Trochę dzikiej zwierzyny, paru psycholi... Gdzie te czasu, gdy robota sama pchała się w ręce...? - mruknęłam, zalewając kawę.
- Same nudy mówisz...? - zakpiła Wer, odwracając w moją stronę ekran.Zdjęcie przedstawiało młodego chłopaka z rozszarpaną klatką piersiową, które oglądałam kilkadziesiąt minut wcześniej.
- No tak, dzikie zwierze, nic co by nas interesowało – podałam jej kawę, wzruszając ramionami.
- „...patolog oprócz licznych ran szarpanych, jakby od szczęk wilka, wskazał bezpośrednią przyczynę zgonu – wykrwawienie, poprzez rozerwanie głównych naczyń krwionośnych spowodowane wyrwaniem serca” - zacytowała, patrząc na mnie dziwnie. - Byłaś na tej stronie trzy razy – wskazała historię przeglądarki – i nie zauważyłaś tak oczywistej oczywistości...?
- Widać kiepski ze mnie łowca – westchnęłam, chowając się za kubkiem, a ona wywróciła oczami.
- Alice, wszystko ok? - zapytała Wer. - Jesteś ostatnio jakaś nieswoja. Ostatnio zachowywałaś się tak po powrocie z Lewistown.
Zacisnęłam mocniej usta. Weronika za w szybko łączyła fakty. Ale w sumie musiała. Od tego często zależało jej życie.
- Wszystko w porządku, naprawdę – odpowiedziałam, nieco za szybko, by dała się nabrać. Chciała drążyć temat, ale uratowała mnie Anna wpadająca do kuchni.
- Ooo, kawa...! - zabrała Wer kubek sprzed nosa nim ta zdążyła zaprotestować. - Alice, czytasz mi w myślach. Co tam macie?
- Sprawę mamy – wycedziła Wer, wpatrując się w swój kubek w jej rękach. - Trzeba obudzić Harry'ego, musi nam pomóc się przygotować...
- Okej, załatwię to – zawołała Ann, kierując się w kierunku drzwi, Wer jednak ją wstrzymała.
- ...ale najpierw zaparzysz mi kawę, którą mi wypiłaś.
Ann zerknęła na w połowie pusty kubek i na siostrę. A potem znów na kubek.
- Sama sobie zaparz – wzruszyła ramionami i wyszła z kuchni.
Wer cicho zaklęła po nosem.
- Ciesz się Ruda, że nie masz rodzeństwa – rzuciła do mnie, podnosząc się ciężko z miejsca.
Nie skomentowałam tej „rudej”, wykorzystując sytuację, by zejść Wer z oczu. Była stanowczo zbyt domyślna, by nie zauważyć mojego podłego nastroju i rozterek. To było coś z czym powinnam poradzić sobie sama.
Pytanie tylko, czy sprawa wilkołaka, która pojawiła się nam na horyzoncie miała mi to ułatwić, czy też wręcz przeciwnie.
Obawiałam się, że jednak to drugie.
***&***

Na początku jak zwykle wzięłyśmy się za zdobycie informacji. Najlepszym do tego miejsce był oczywiście lokalny bar, a Downriver miał tylko jeden. I tak znalazłyśmy się na miejscu później niż planowałyśmy, bo niejaki Harry zapragnął zrobić nam wykład na temat wilkołaków. Jakbyśmy nie były już wystarczająco poinformowane. Przecież zabicie paru z nich nie sprawia, że wiemy jak je zabić… ach ten Harry. Siadłyśmy w rogu i czekałyśmy na kelnerkę. Oczywiście zamówiłam hamburgera, a Alice i Ann jakieś sałatki. Starałam się wyłapać z szumu rozmów jakieś ciekawe informacje, ale przecież byłoby to zbyt proste. Odkryć wszystko pierwszego dnia? A gdzie zabawa? Myślałam, że ta sprawa pomoże mi odzyskać chociaż odrobinę dawnej mnie… ale to nie takie proste, bo dawna ja już nie istnieje. Jedyne co mogę zrobić to się ogarnąć i wrócić do bycia świetnym łowcą.
- Wydaje mi się, że to jednak nie dla nas – powiedziała Alice, dłubiąc widelcem w sałatce.
Jak na razie nie zjadła ani gryza. Spojrzałam na nią znad mojego na wpół zjedzonego hamburgera. Ona chyba żartuje.
- Alice, na pewno dobrze się czujesz? – zapytałam z ustami pełnymi jedzenia.
Ann zgromiła mnie wzrokiem. Wywróciłam oczami i spojrzałam wymownie na Rudą.
- Nic nie wskazuje… - zaczęła Alice.
- Och, daj spokój. Powinniśmy obejrzeć ciała, może to cię upewni – Anna znowu pokazała swoją wredną stronę.
Alice uciekła wzrokiem w kierunku swojej sałatki. Wcisnęłam w siebie ostatni kawałek hamburgera i podeszłam do baru.
- Hej, ślicznotko – barman puścił do mnie oko.
- Poderwałeś już chociaż jedną na ten tekst? – zapytałam z politowaniem.
- Przeważnie jakaś desperatka się trafia – uśmiechnął się.
- A wyglądam ci na desperatkę? – droczyłam się nadal.
Przyjrzałam się barmanowi. Miał długie brązowe włosy, spięte w kucyk i ciemnobrązowe oczy, które wydały mi się dzikie. Postanowiłam wykorzystać sytuacje i może coś wyciągnę z tego flirciarza.
- Nie, ale nigdy nie zaszkodzi spróbować – odpowiedział. – Więc czego się napijesz?
- Jestem Weronika. Co polecasz, - spojrzałam na tabliczkę z imieniem – Adamie?
Szlag. Kocham zbiegi okoliczności.
 - Coś nie tak? Dziwnie zareagowałaś na moje imię – barman naprawdę zaczął się martwić.
- To nic. Po prostu mój były tak się nazywał – skłamałam.
Wer ogarnij się.
- Jak można stracić taką dziewczynę – chyba wpadłam mu w oko. – Polecam naprawdę dobrą whisky.
- Powiedzmy, że się skuszę – posłałam mu zachęcający uśmiech.
Barman złapał przynętę i przygotował dla mnie whisky.
- Znasz jakieś dobre miejsce na nocleg? – zapytałam.
Alkohol okazał się być naprawdę wyborny, czego nie spodziewałam się po takim miejscu.
- Motelik na granicy z lasem – odpowiedział.
- Słyszałam, że grasuje tam jakieś dzikie zwierze – przeszłam do zasadniczej części rozmowy.
- Podobno. Zginęły trzy osoby, ale władze już złapały tego wilka – uspokajał mnie Adam.
- Dzięki – powiedziałam i oddałam pustą szklankę.
Udałam się do samochodu i cierpliwie czekałam na dziewczyny. Zjawiły się po kilku minutach.
- To szukamy jakiegoś noclegu i rano do kostnicy? – zapytałam.
- Idealny pomysł – odmruknęła Anna.
Zignorowałam jej humory i zawiozłam nas pod polecony motel. Wzięłyśmy jeden pokój, jak zwykle, na fałszywe nazwiska. Poszłam wziąć prysznic, a w tym czasie Anna włączyła swojego laptopa. Siadam obok Rudej na łóżku.
- Ogarnij się. Widać, że coś cię gryzie. Łowca nie powinien dać się ograniczyć uczuciom. Może chcesz pogadać? – spytałam.
- I kto to mówi – prychnęła Alice.
- Ucz się na moich błędach – powiedziałam spokojnie. – To, że nie zwierzam się tobie, nie znaczy, że z innymi nie rozmawiam…
- Ciekawe z kim – prychnęła Ann.
- Próbuj komuś pomagać, a i tak ci się oberwie – marudziłam do siebie.
Owinęłam się kocem i zasnęłam na kanapie. Obudziłam się o piątej i nijak nie mogłam dalej zasnąć. Wyszłam z pokoju i trafiłam do czegoś w rodzaju saloniku z jakimś starym telewizorem. Włączyłam pierwszy lepszy kanał. Trafiłam akurat na końcówkę szóstej części Harry’ego Pottera. Z braku innego zajęcia, zaczęłam oglądać. Kiedy byłyśmy z Ann młodsze, czasem oglądałyśmy różne filmy, ale ta seria akurat nigdy nie przypadła mi do gustu. Główny bohater był dla mnie nienaturalny… Tej części nie widziałam, skończyłyśmy z Anną na czwartej. Oglądałam tak filmy, dopóki dziewczyny nie wstały. Trafiłam na "Gwiezdne Wojny", moją ulubioną część i gdyby nie fakt, że miałyśmy robotę, chyba spędziłbym tak cały dzień. To było tak dziwnie normalne, jak życie, którego łowcy nigdy nie doświadczą.
Pojechałyśmy do kostnicy, a fałszywe odznaki nas nie zawiodły.
 ***&*** 
- Ugh, to nie wygląda fajnie – skrzywiła się Ann, oglądając pierwsze zwłoki, a raczej to, co z nich zostało.
- Co ty nie powiesz...? - sarknęła Wer, pochylając się nad drugim ciałem. Naciągnęła mocniej lateksowe rękawiczki i sięgnęła w głąb klatki piersiowej. - Hmm... zobaczmy czego tu brakuje... - posłała mi spojrzenie nad trupem.
- Przestań, załapałam – warknęłam, opierając się o ścianę. Naprawdę nie musiała mi udowadniać, jak kiepska była moja linia obrony przed myślą, że mamy do czynienia z wilkołakami. - Możemy uznać, że dotarło do mnie, że to wilkołak i stąd wyjść...?
- Aż tak bardzo przeszkadza ci towarzystwo trupów...? - zdziwiła się Wer, ściągając rękawiczki i wyrzucając je do kosza. - Okej, możemy już iść – wzruszyła ramionami.
Wyszłyśmy z kostnicy i wsiadłyśmy do auta. Wer odpaliła silnik i ruszyła z powrotem do naszego moteliku w Downriver. Siedząc na tylnej kanapie rozmyślałam nad naszą sprawą.
- A może to coś się tylko podszywa pod wilkołaka...? - zastanowiłam się na głos.
- Alice, do jasnej cholery! - Wer zahamowała tak gwałtownie, że aż zawisłam na pasach. Nie przejmując się tym, że stoi na środku drogi, ani nie włączając nawet świateł awaryjnych, odwróciła się w moim kierunku.
- Albo natychmiast przyjmiesz do wiadomości, że to wilkołak albo możesz wracać do Harry'ego jeszcze dzisiaj! Co się z tobą, do cholery, dzieje?!
- Byłabyś genialnym psychologiem, Wer – mruknęłam. - Nic, wszystko okej. Jedź już, trzeba się rozprawić z tym wilkołakiem...
- Masz się natychmiast pozbierać do kupy, bo jak mi cię coś rozszarpie, to znajdę cię choćby w piekle! - zagroziła mi jeszcze, nim wrzuciła jedynkę i ruszyła z piskiem opon.
- Jak się dzielimy? - zapytała Ann, kiedy Wer wjechała na niewielki ryneczek w miasteczku.
- Mogę poprzeglądać gazety i znaleźć coś co łączy ofiary – zaproponowałam.
- A ja poszukam czegoś podejrzanego – rzuciła Ann. - Może warto by było podjechać do tego drugiego miasteczka, co ty na to Wer?
Weronika posłała mi uważne spojrzenie. Przez chwilę miałam wrażenie, że zaproponuje mi pomoc, jednak musiało mi się wydawać, bowiem szybko odwróciła się do Ann.
- Dobry pomysł. Widzimy się wieczorem – rzuciła do mnie i obie wsiadły do samochodu. Trzy minuty później nie było po nich śladu.
Weszłam do biblioteki i poprosiłam o dzienniki z kliku ostatnich tygodni. Zasiadłam w kącie czytelni i pogrążyłam się w lekturze.
A było co czytać.
Od prawie pół roku w okolicy trup ścielił się gęsto. To, co miałyśmy okazję podziwiać w kostnicy to żniwo ostatnich dwóch tygodni. Zaczęło się od niejakiego Tristana Wooda, nastoletniego mieszkańca Higherriver. Zaledwie parę dni później zabito Fleur McKinnon, która z kolei była mieszkanką Downriver. Od tego czasu przynajmniej raz na dwa tygodnie pojawiał się jakiś trup – raz po jednej, a raz po drugiej stronie lasu. Trochę jak w jakiejś chorej grze w ping-ponga...
Zagłębiając się w historię morderstw, zauważyłam, że ofiary zarówno z jednej jak i z drugiej strony były ze sobą dość blisko.
...Katie, przyjaciółka niedawno zamordowanego Freda...”
...sąsiad przedostatniej ofiary, Helen Carter...”
...pani Lynch jeszcze nie otrząsnęła się po śmierci swojej córki, a cios jaki była utrata jej młodszego syna spadł na jej barki...”
Wszystkie te fragmenty układały się w skomplikowaną i mało przejrzystą układankę. Wzięłam dużą kartkę papieru i zaczęłam spisywać to wszystko skrupulatnie w punktach. Ostatecznie po kilku godzinach spędzonych w bibliotece udało mi się w miarę zrozumieć, co tu się wydarzyło.
Zebrałam moje notatki, oddałam gazety i wróciłam do motelu. Wer i Ann jeszcze nie było, zaparzyłam więc sobie herbaty i dla zabicia czasu otworzyłam sobie pamiętnik mamy.
Akurat otworzyło mi się na stronie o wilkołakach.
Jak ja kocham zbiegi okoliczności...
Szybko przerzuciłam kilka kartek i pogrążyłam się w lekturze. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam z głową na notatniku.
- Alice, chcę ci pomóc... proszę, pozwól mi.

- Nie, odejdź! - krzyczę, odsuwając się od niego. - Już nic nas nie łączy!

Roger jednak nie daje za wygraną.

- Pozwól mi więc stać się częścią twojego świata, Alice. Na nowo – jego ciepłe brązowe oczy wpatrują się we mnie błagalnie.

- Nie! - odwracam się i odchodzę kilka kroków. Wtedy jednak słyszę krzyk.

Wielka bestia zatapia właśnie pazury w jego klatce piersiowej, rzeźbiąc w niej krwawe rysy. Roger krzyczy głośno, a ja odruchowo wyciągam pistolet załadowany srebrnymi kulami i powalam napastnika. Podbiegam do niego i przykładam dłoń do rany, próbując zatamować krwawienie.

- Wszystko będzie dobrze, nie pozwolę ci umrzeć...

- Alice... - przykłada dłoń do mojej twarzy, a ja pochylam się, by lepiej słyszeć jego słowa. - Ważne, że jesteś przy mnie. Już nigdy mnie nie zostawiaj, dobrze...?

- Dobrze – mówię, a Roger przyciąga mnie do siebie i mocno całuje.
Obudziłam się, gwałtownie siadając na łóżku. Przez chwilę nie wiedziałam gdzie się znajduję, czując tylko na wargach ciepło jego ust. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że tym co mnie obudziło, był świdrujący dźwięk telefonu. Rzuciłam się w jego kierunku i szybko odebrałam połączenie.
- No wreszcie! - po drugiej stronie powitał mnie jak zawsze miły i radosny głos Wer. - Ile można dzwonić...?!
***&***

Jeśli kiedykolwiek narzekałam na ofiary, same rzucające się pod nogi, to byłam głupia. Już dwie godziny obserwowałyśmy okolicę i nic podejrzanego się nie działo. Nudy… Szkoda, że musiałam to robić akurat z Anną. Gdyby była tam Karl, raczej nie miałabym problemów z zajęciem czymś czasu. Prawda jest taka, że miałam mało okazji do prowadzenia z nim sprawy. Głównie dlatego, że bałam się go narażać… wolałam nie widzieć jak staje oko w oko z niebezpieczeństwem… mogłabym nie myśleć racjonalnie… zupełnie jak w stosunku do Ann. Moje myśli za bardzo zbłądziły, więc postanowiłam skupić się na obserwacjach.
Siedziałam w samochodzie taty z Karlem i czekałam, aż wróci. Był zły, że Harry wysłał mnie do pomocy Karlowi, chyba go nie lubił. Tata w ogóle był sceptycznie nastawiony do „nowych” łowców. Trochę tak jakby prawo do bycia łowcą mieli tylko ci z dziada, pradziada. Z doświadczenia wiem, że czasem ci z przypadku są lepsi w te klocki.
- Ulubione danie? – zapytałam.
- Co tak łatwo? Hamburger.
Z nudów graliśmy w pytania. Miało to trochę mało sensu, ale cóż poradzić skoro nam się nudziło.
- Ulubiony film? – odwdzięczył się Karl.
- Krwawy sport – puściłam mu oczko.
Przesunął stopy tak, że znalazły się na moich kolanach.
- Nie za wygodnie ci?- rzuciłam.
- Nie. Zmarnowałaś pytanie – pokazał mi język. – Postać filmowa, w której się podkochuję?
Wywróciłam oczami.
- Hermiona.
- Skąd?...
- Oczy ci się świecą jak na nią patrzysz – zalotnie zatrzepotałam rzęsami.
- Wcale nie.
Karl zaczął mnie łaskotać. Był silniejszy i nie miałam się jak wyrwać.
- Ciekawe, czy podoba ci się jakaś prawdziwa dziewczyna – próbowałam go zepchnąć, bez skutku.
- Jedna – spojrzał na mnie i przez moment miałam wrażenie, że zaświeciły mu się oczy.
Nagle tata zapukał w szybę. Jego mina świadczyła, że nie jest zadowolony z tej bliskości.
Zamrugałam szybko, aby wrócić do rzeczywistości. Tata myślał wtedy, że Karl na mnie leci… i może miał rację. Tyle, że ja nie byłam nim zainteresowana… podświadomie nadal czekałam na Adama… a teraz go nie ma. Wzięłam głęboki wdech i zaproponowałam Annie, że przejdę się po okolicy. Siostra zgodziła się, a ja wyszłam z samochodu. Zapięłam zieloną kurtkę i podeszłam do granicy z lasem i spokojnie szłam wzdłuż linii drzew. Nagle w oczy rzucił mi się biały kolor. Podeszłam bliżej i znalazłam ciało. Pokazałam gestem Annie, aby podeszła. Nie czekałam na siostrę, tylko podeszłam bliżej. Trupem okazała się być młoda dziewczyna o płomiennorudych włosach. Na jej palcu lśnił pierścień z białego złota w kształcie węża. Jedyne co był w niej dziwne to wystające z ust kły… wilcze kły. Ciało pozbawione było serca.
- Co robimy? – zapytała Anna.
- Nie wiem… musimy pozbyć się kłów, a potem można wezwać gliny.
Anna kiwnęła głową i zgrabnym uderzeniem wybiła ofierze zęby. Szybko i profesjonalnie… Po chwili zawiadomiłyśmy miejscowe władze i zniknęłyśmy wraz z autem w jakieś odludne miejsce. Tam spokojnie wybrałam numer Alice. Kolejne sygnały, a ona nadal nie odbierała. Zaczęłam się już martwić, kiedy w końcu odebrała.
- No wreszcie! – warknęłam do telefonu. - Ile można dzwonić...?!
- Zasnęło mi się – odburknęła w odpowiedzi Ruda.
- Jak dalej będziesz takim łowcą, to będziesz martwa – mruknęłam.
- Mam coś…
- My też, do zobaczenia za kilka minut w motelu – rozłączyłam się.
Dotarłyśmy nawet szybciej niż planowałam. Od razu popędziłyśmy do pokoju, gdzie Alice już przeglądała stronę miasteczka.
- … zamordowana Ginny… - przerwała, widząc nas. – Kolejne morderstwo.
- Wiemy, my ją znalazłyśmy i ona była wilkołakiem – powiedziała Anna.
-Aha - mruknęła Alice. - W takim razie... - dodała zamyślona, wyciągając z szuflady duży plik kartek. - wygląda na to, że mamy do czynienia z wojną klanów.
Spojrzałyśmy na nią nic nie rozumiejąc. Ruda po chwili dokładnie opisała nam co odkryła. W końcu cała ta sprawa zaczęła mieć jakiś sens. Postanowiłam pojechać do Highriver, aby potwierdzić dane Alice. Siostrę zostawiłam z Rudą. Dopiero w połowie drogi uświadomiłam sobie, że nie wiem jak mam upewnić się, że część mieszkańców to wilkołaki. Zaklęłam siarczyście i zatrzymałam się przy pobliskim barze. Wpadłam na pewien pomysł. Weszłam do środka i zamówiłam piwo. Barman miał platynowoblond włosy i złośliwy uśmiech. Na moim palcu widniała srebrna obrączka Adama. Przy odbieraniu kufla, niby przypadkiem dotknęłam dłoni chłopaka. Syknął cicho.
- Przepraszam – powiedziałam cicho.
Jego zdezorientowana mina, po chwili zniknęła.
- Słyszałam, że jest was tu sporo – puściłam do niego oko.
- Jesteś łowcą? – syknął.
Wywróciłam oczami.
- Gdybym nim była, pchałabym się do baru pełnego wilkołaków w pojedynkę? – spytałam bawiąc się pierścionkiem.
- Więc czego chcesz? – nachylił się do mnie.
- Igrać z ogniem – posłałam mu zalotne spojrzenie. – Wpadnę jutro – odłożyłam kufel i wyszłam.
Co ja najlepszego wyrabiam? Z bijącym sercem wróciłam do motelu. Dziewczyn jeszcze nie było. Oby tylko złapał przynętę. Jednak do zrealizowania planu potrzebna nam będzie jakaś pomoc. Same nie damy sobie rady z dwoma klanami wilkołaków. Opadam zrezygnowana na łóżko. Schowałam obie obrączki do schowka w samochodzie, tam gdzie ich miejsce. Po dwudziestu minutach wróciła Anna i Alice. Potwierdziły nasze przypuszczenia, ale nie chciały mi zdradzić jak to zrobiły. W końcu Anna poszła zadzwonić do Harry’ego, a Alice przegrała w „kamień, papier, nożyce” i musiała dzwonić do Dave’a.
***&*** 
Wraz z Anną podeszłyśmy na ryneczek w Downriver, który wyglądał jak lustrzane odbicie sąsiedniego miasteczka. Wysiadłyśmy z auta i postanowiłyśmy nieco się rozejrzeć. Miasteczko wyglądało całkiem normalnie.
- Co robimy? - zapytała Ann.
- Wygląda na to, że coś się musiało wydarzyć pół roku temu. Dotąd to były dwa bardzo spokojne miasteczka. Dopiero niedawno zaczęła się ta wojna – mruknęłam. - Musi się tu roić do wilkołaków...
- Tylko jak je poznać...? - zastanowiła się Ann. - Przecież nie będę każdego namawiać, żeby się przemienił...
- Rzeczywiście raczej kiepski pomysł... - zgodziłam się. - Myślisz, że srebro nam pomoże...?
- Zobaczymy – mruknęła Ann i weszła do najbliższego pubu, wyciągając z kieszeni zerwaną srebrną bransoletkę.
Podeszła do wysokiego kontuaru i nachyliła się nad blatem.
- Whiskey – rzuciła w kierunku barmana.
- Dla ciebie? - zwrócił się do mnie.
- Cola z lodem – odparłam. Na zdziwione spojrzenie Ann mruknęłam. - Nie pozwolę ci prowadzić po whiskey.
- To tylko trzy kilometry - wywróciła oczami.
Barman pojawił się z naszymi napojami. Ann odebrała od niego swoją szklankę i niby niechcący upuściła bransoletkę za kontuar.
- Ups...! - zawołała. - Przepraszam, gapa ze mnie. Mógłby mi pan ja podać? Jestem do niej bardzo przywiązana...
Barman posłał jej uważne spojrzenie i schylił się za barem. Po chwili bransoletka wylądowała z powrotem w dłoni Ann, która nie dała po sobie poznać, że coś jest nie tak.
Upiłam łyk coli i rozejrzałam się po barze. Pomysł z bransoletką nie wypalił, musiałyśmy znleźć inny sposób.
- Zaraz wrócę – mruknęłam do Ann.
Wyszłam na zwenątrz i wybrałam numer do Harry'ego. Telefn numer 5, dla ścisłości (przypadki pilne, ale nie nagłe, linia informacyjna).
- Tu telefon numer pięć Harry'ego Evansa. Nie mogę rozmawiać, proszę zadzwonić... - rozłączyłam się, nim poczta głosowa dokończyła swoją gadkę.
- W takim razie może trójka.... - mruknęłam do siebie.
- Tu telefon numer trzy, Harry'ego Evansa, do spraw nagłych i pilnych. Nie mogę...
Westchnęłam głośno i wybrałam ostatni numer.
- Alice, co się dzieje!? - odebrał niemal natychmiast, zaniepokojony.
- Nic się nie dzieje – uspokoiłam go. - Telefony „nie nagłe” nie odpowiadają, więc musiałam zadzwonić na linię „Harry ratunku, mordują nas, przyjedź na ratunek!”.
- Aaa... No tak. Zapomniałem, że zleciłem Karlowi małą modernizację przy antenie, więc z zasięgiem może być nieco kiepskawo – zmieszał się Harry. - A po co dzwonisz?
- Czy wilkołaki reagują na srebro? - zapytałam prosto z mostu.
- Jasne, raczej nie są zadowolone z jego dotyku, bo je po prostu parzy... Lepiej nie tratuj wilkołaka srebrem, bo nawet jak trafi ci się milusi, to może się zrobić nieprzyjemnie... - wyjaśnił Harry. - A co?
- W takim razie to po prostu nie był wilkołak – mruknęłam do siebie. - Nic, dzięki Harry. Zdaje się, że mamy tu grubszą sprawę...
- Potrzebujecie pomocy? - zapytał.
- Damy radę – uspokoiłam go. - Jak coś będę dzwonić.
Harry rozłączył się, a ja wróciłam do baru. W drzwiach jednak natknęłam się na Annę.
- Już wszystko wiem – rzuciła do mnie i ruszyła przed siebie. Nie pozostało mi nic innego jak pójść za nią.
- Jak?! - dogoniłam ją. - Przecież barman nie był wilkołakiem...!
- Owszem. Ale jego przyjaciel z sąsiedniego miasta i owszem – wyjaśniła mi Ann, nie pytając skąd wiem. - I srebro jak najbardziej działa...
- Wiem – przerwałam jej. - Co wiemy?
- Na razie nic – mruknęła Anna, kierując się do motelu. - Mam się jutro zgłosić po więcej info. I mamy się nie wychylać, bo ponoć kroi się tu gruba impreza...
- No i super – mruknęłam, wchodząc do pokoju, gdzie już czekała na nas Wer.
Ustaliłyśmy, że przyda nam się pomoc. Anna poszła więc zadzwonić do Harry'ego (ostrzegłam ją, żeby wyjątkowo zadzwoniła na „jedynkę”), a ja zagrałam z Wer w „papier-kamień-nożyce” o to, która ma zadzwonić do Dave'a.
Przegrałam.
- Czeeeść, słoneczko! - przywitał mnie jowialnie.
- Nie pozwalaj sobie! - z miejsca poczułam jak podnosi mi się ciśnienie.
- Już nie pamiętasz, kto ratował ostatnio twoją rudą główkę przed niedobrymi wróżkami...?
- Nie jestem ruda! - oburzyłam się. - I wcale nie potrzebowałam twojej pomocy... aż tak bardzo.
- Więc teraz pewnie też jej nie potrzebujecie, co? - zapytał przekornie, a ja prychnęłam zirytowana. Wer spojrzała na mnie wymownie, a ja wywróciłam oczami. Miałam wielka ochotę, rzucić słuchawką i udusić zarówno Dave'a jak i Wer.
- Może trochę – wycedziłam. - Do akcji dywersyjnej na tyłach – dorzuciłam, żeby nie pomyślał sobie zbyt wiele.
- Więc przyznajesz, że sobie beze mnie nie radzicie, tak? - upewnił się Dave.
- Nie – zareagowałam ostro. - Po prostu... - zawiesiłam się, szukając jakiejś dobrej wymówki.
W tym momencie do pokoju weszła Ann i bezgłośnie przekazała nam, że „Harry zaraz kogoś do nas wyśle”.
- …po prostu za mną tęsknicie, tak? - zapytał słodkim głosikiem, od którego aż mi się zrobiło niedobrze.
- Chciałbyś – sarknęłam. - Po prostu tu przyjedź i nie zadawaj głupich pytań! - błyskawicznie przeszłam do konkretów, by mieć tę rozmowę już za sobą. Dave jak nikt potrafił mnie wkurzyć w ciągu zaledwie kilku sekund. Szybko podałam mu adres i rozłączyłam się czym prędzej.
- Będzie tu jutro rano – rzuciłam do Wer. - Jeszcze raz mnie w coś takiego wpakujesz...! - zagroziłam.
- Los zadecydował – pokazała mi język. - Idę pod prysznic.
Wer zniknęła za drzwiami łazienki, a my z Ann również zaczęłyśmy się przygotowywać do snu, powoli tworząc zarys planu. Zapowiadał się męczący dzień.
***
- Pobudka, księżniczko!
Widok, który zastałam po otworzeniu oczu, długo jeszcze będzie mnie prześladował w sennych koszmarach.
- Dave, wara z łapami! - warknęłam, kiedy próbował ze mnie ściągnąć kołdrę. - Która w ogóle jest godzina...?
- Szósta siedemnaście – poinformował mnie radośnie. - Gotowe na małe łubu-du?
Spojrzałam na Wer i Ann chrapiące jeszcze smacznie na sąsiednich łóżkach. Nie wyglądały na gotowe.
- Daj nam się ubrać – ziewnęłam. - I zjeść śniadanie.
- Jajecznica na boczku może być? - wyszczerzył się, a do mnie w końcu dotarł smakowity zapach.
- Co wy macie wszyscy kota na punkcie tych jajek? - mruknęła Wer spod kołdry. - Fetysz jakiś, czy jak...?
- Dobra, to ja idę przygotować coś dla bardziej wybrednego podniebienia, a wy się ubierzcie. Nie chcę wyjść na pedofila – mrugnął do nas zawadiacko i zniknął nim zdążyłam czymś w niego rzucić.
Wspomniałam, że sypiam w samej bieliźnie...?
Trzydzieści minut później zajadaliśmy wspólnie śniadanie. Oprócz jajecznicy na stole pojawili się również całkiem smaczne kanapki. Wer oczywiście zjadała jajecznicę, nim ktokolwiek zdążył ją tknąć. Fascynowała mnie pojemność jej żołądka...
Wtajemniczyłyśmy Dave'a w szczegóły ustalonego wczoraj planu i postanowiliśmy się podzielić.
- To ja z Ann pojadę do Highriver, a wy poogarniacie tutaj, co? - zaproponowała Wer, nim zdążyłam się sprzeciwić.
- Ale...
- Wygląda na to, że znów pracujemy razem, słoneczko – Dave objął mnie ramieniem, które szybko strząsnęłam z siebie.
- Ręce przy sobie! - przypomniałam mu.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
- Kogo zaś niesie...? - mruknęła Wer podnosząc się.
- Widzisz? - zwróciłam się do Dave'a. - Tak zachowują się ludzie kulturalni. PUKAJĄ.
Wilde otworzyła drzwi i stanęła jak wryta.
- Karl?! Co ty tu robisz?
Karl wszedł niepewnie, witając się ze wszystkimi. Podszedł do Wer i cmoknął ją na powitanie w policzek.
- Harry mnie przysłała. Żebym, cytuję: „nie zrobił mu jeszcze większego bałaganu w kablach” - uśmiechnął się do Wer.
- To może w takim razie ja się zabiorę z Alice i Dave'm – zaproponowała nagle Ann, posyłając mi jakieś bliżej nieokreślone spojrzenie. - Coby nie musieli się ze sobą sami męczyć...
- Ej, praca z naszą rudą rusałką to sama przyjemność...! - oburzył się Dave.
- Dzięki, że ratujesz mnie przed niebezpieczeństwem pseudoromantycznego tete-a-tete – weszłam mu w słowo, zwracając się do Ann. - Pasuje wam taki układ? - spojrzałam na Wer i Karla.
- Jasne – kiwnął głową. - Tylko czy ktoś mi w końcu wyjaśni o co tu w ogóle chodzi...?
***&***


Obecność Karla działała na mnie jednocześnie uspokajająco i dezorientująco. Że też Harry musiał go przysłać.
- Idę na podryw, a ty zostań tu i go znokautuj – powiedziałam do Karla i weszłam do baru.
Od razu siadłam przy barze i czekałam, aż barman się odwróci.
- Piękna nieznajoma – mruknął, kiedy mnie zauważył.
- A więc mogę liczyć na uroczą noc? – zadałam to pytanie z udawaną niechęcią.
- Arthur, wychodzę! – krzyknął blondyn.
Zgrabnie przeskoczył bar i ruszył za mną. Podeszliśmy do samochodu i wtedy wyskoczył Karl i łupnął gościa czymś ciężkim w głowę.
- Dobra robota – mruknęłam, chociaż zrobiło mi się nieprzyjemnie.
Dziwnie się czułam, atakując, kogoś kto mi nic nie zrobił. Nawet myśl, że to wilkołak, nie sprawiła, że mój nastrój się poprawił. Wpakowaliśmy chłopaka do bagażnika i podjechaliśmy pod motel. Zaparkowaliśmy w ciemności, aby nie rzucać się w oczy i wyciągnęliśmy blond wilkołaka. Odprowadziliśmy go do naszego pokoju. Dobrze, że w recepcji notorycznie nikogo nie było. Przywiązaliśmy go do krzesła i chlusnęliśmy mu w twarz wodą. Od razu się ocknął i spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Coś mi mówiło, że jednak jesteś łowcą – mruknął cicho. – To twój kochaś?
- Spieprzaj! – warknął Karl.
No tak, jego nienawiść do wilkołaków od początku była większa niż do innych potworów.
Pokazałam mu gestem, żeby zostawił to mnie. Poszedł do „salonu” pooglądać telewizję i zostawił mnie z blondynem.
- W sumie to nawet nie wiem jak masz na imię – powiedziałam.
- A to coś zmieni w sposobie zabicia mnie? – prychnął.
- Nie mam zamiaru cię zabić – odparłam.
Naprawdę tak pomyślałam. Przesunęłam moich blond włosach i próbowałam coś wymyślić.
- Ja jestem Weronika – spróbowałam tej zagrywki.
- Czego tak naprawdę chcesz? – spytał.
- Informacji – mruknęłam.
Zauważyłam, że majstrował coś przy więzach.
- Na razie związałam cię liną, ale mam też srebrny łańcuch – uprzedziłam go.
Przestał poruszać dłońmi. Z jego twarzy powoli znikała pewność siebie.
- Jestem Tom, okay? Pytaj o co chcesz.
Wyraz jego twarzy sprawił, że wbrew instynktowi łowcy, zrobiło mi się go żal.
- Słuchaj Tom, chcę tylko wiedzieć o co tu chodzi? Czemu wilkołaki zaczęły nagle się mordować?
Chłopak wziął głęboki wdech.
- Wszystko było okay. My żyliśmy w Highriver, żywiliśmy się zwierzętami, a on w Downriver robili co chcieli. Tyle, że potem ten ich Daniel zaczął podrywać Emmę… Oba klany się nienawidzą, a on kochają się w najlepsze – opowiadał Tom.
Przysunęłam sobie bliżej krzesło i słuchałam.
- Brat Emmy, Fred wkurzył się i doszło do bójki… ten potwór zabił go z zimną krwią. Nasi się zemścili i to się teraz ciągnie.
Kiwnęłam głową ze zrozumieniem. Do pokoju wszedł Karl. Załadował pistolet i wycelował w Toma. Chłopak zamknął oczy. Nie krzyczał, nie błagał, nie prosił…
- Karl? – szepnęłam.
Chłopak spojrzał na mnie. Wiedziałam, że rany na plecach dawno się zabliźniły, ale te na sercu, jeszcze nie.
- Może nam się jeszcze przydać – powiedziałam spokojnie.
Złapałam delikatnie lufę pistoletu i pociągnęłam, a chłopak posłusznie mi ją oddał. Zaczął dzwonić mój telefon.
- Co tam Ruda? – zapytałam, bo wyświetlił mi się jej numer.
- To ja, Ann, pomyliłam telefony... Mamy problem, przeciwny klan zaraz tu będzie.
- Jak to? – zaczęłam pakować broń do torby.
- Szukają jednego z nich, Toma czy coś, ale jego tu nie ma… Porwała go jakaś "sexi blond laseczka" - rzuciła złośliwie.
- Gdzie jesteś? – wiedziałam już jak to się skończy.
- Obrzeża lasu.
- Już idziemy.
Rozłączyłam się i oddałam Karlowi pistolet. Podeszłam do Toma i rozwiązałam mu nadgarstki. Karl spojrzała na mnie pytająco.
- Chcą go odzyskać. Inaczej będzie wielka rzeź.
***&***

Nasze kroki od razu skierowaliśmy do znanego już nam pubu. Dave wszedł jako pierwszy, zamówił piwo i usiadł w ciemnym kącie. Odczekałyśmy jakieś dziesięć minut i podeszłyśmy do baru.
- Wróciłyście – barman uśmiechnął się w naszym kierunku. - Co podać? Na koszt firmy – uprzedził moją odpowiedź.
- To co ostatnio – uśmiechnęła się Ann.
- A ja ciemne piwo – zadecydowałam.
Barman podał nam napoje i oparł się o blat.
- No, więc Ted? - zagaiła Ann. Ciekawe kiedy zdążyła poznać jego imię...
- Nie jest dobrze. Jest nawet bardzo źle – zaczął ze zmartwioną miną. - Mój przyjaciel Tom mieszka w Highriver. Jest tam barmanem. I jest wilkołakiem.
- Jak połowa miasteczka – wtrąciłam.
- Owszem. Wszyscy praktycznie o tym wiedzą. Nie jest kolorowo. Po drugiej stronie rzeki mieszkają sami wegetarianie...
- Kto? - wyrwało mi się.
- Wegetarianie – powtórzył Ted. - Tak nazywamy tych, którzy żywią się tylko zwierzęcymi sercami. U nas natomiast – podjął wątek – jest już z tym różnie. Do tej pory raczej nie wchodziliśmy sobie w drogę, ale...
- Coś się wydarzyło, prawda? - wtrąciła Anna. Ted kiwnął głową i dolał jej whiskey.
- Owszem. Daniel, chłopak z naszego miasteczka na śmierć zabujał się w dziewczynie z Highriver. No i zaczęli się ze sobą spotykać. Nikomu to się nie spodobało, nawyki żywieniowe jednak stanowią tu dość dużą przeszkodę. Zresztą pokój był bardzo niestabilny i byle drobnostka wystarczyła by nim zachwiać. No a potem brat Emmy się wkurzył, napadł na Daniela, wywiązała się bójka no i zginął. Od tej pory praktycznie co tydzień dochodzi do takiej sytuacji...
- Trochę jak „Romeo i Julia” - zauważyłam.
- Raczej „Bestia i bestia” - mruknęła pod nosem Ann.
Ted zignorował nasze komentarze.
- Najbardziej martwię się o Toma. Jest w to bezpośrednio zamieszany, bo Emma to jego dobra przyjaciółka, kiedyś się w niej podkochiwał. Zresztą, to ona go przemieniła – przez jego twarz przemknął jakiś cień.
Przez moment w mojej głowie pojawił się obraz Rogera. Jakby się czuł z myślą, że jego ojciec jest wilkołakiem...? A poza tym... Do głowy przyszła mi jeszcze jedna myśl. Miasteczko Highriver było dowodem na to, że możliwa jest spokojna koegzystencja ludzi i wilkołaków. Wymaga co prawda poświęcenia i dużej dozy samokontroli oraz akceptacji ze strony społeczności, ale... ale jest możliwa.
Czy to znaczy, że wujek Steven zginął niepotrzebnie?
Że wcale nie musiałam go zabijać...?
- GDZIE ON JEST...?! - z zadumy wyrwał mnie dziki ryk ciemnowłosego gościa w skórze, który właśnie wpadł do baru. - Coście z nim zrobili, sukinsyny...?!
Kilka osób zerwało się od stolika niedaleko nas szczerząc zęby. Kilka innych w popłochu ewakuowało się z lokalu. Ted odstawił butelkę, którą trzymał w ręce i w napięciu wpatrywał się w przybysza.
- Czego chcesz? - rzucił twardo.
- Już wy dobrze wiecie o co chodzi! - awanturował się przybysz. - Gdzie. Jest. Mój. Brat – wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Tom? - Ted pobladł. - Nie było go tu od przeszło dwóch tygodni...
- Nie...? - gość podszedł niebezpiecznie blisko. Na tyle blisko, że Ann dyskretnie sięgnęła po pistolet. W kącie baru błysnęły srebrne ostrza nożów Dave'a. - To ciekawe... Bo widziałem go tu dziś spętanego jak prosiaka w towarzystwie jakieś sexi blond laseczki...
Ann otworzyła szerzej oczy. Delikatnie pokręciłam głową, by się nie wtrącała.
- To nie nasza robota – odezwał się jeden z gości, którzy otoczyli go zaraz po wejściu. - Myśleliśmy, że te laseczki to wasi szpiedzy... - przeniósł wzrok na mnie i na Ann, a mnie momentalnie zrobiło się zimno. Młodsza Wilde mocniej zacisnęła dłonie na pistolecie.
- Taaak...? - zadrwił przybysz. - Czyli nie macie nic wspólnego z tą akcją w lesie...?
- Jaką akcją? - zapytał gość, który wciąż nie spuszczał z nas wzroku.
- Ten wasz lowelas idzie do lasu obłapiać naszą Emmę dziś popołudniu... chcemy mu zgotować malutką niespodziankę – zaśmiał się gardłowo.
- A to bardzo ciekawe... - odezwał się kolejny z wilkołaków z Downriver. - Bo my mieliśmy dziś
zamiar wybić z głowy tej ladacznicy zawracanie głowy Danielowi....
- Jeśli tylko ją tkniesz, gnoju...! - rzucił się na niego, jednak przewaga liczebna była po stornie miejscowych.
- Na ziemię! - krzyknęłam, spychając Ann ze stołka, jak najdalej od kłębowiska kłów i pazurów.
Podbiegł do nas Dave, upewniając się, że nic nam nie jest i dołączył do walki. Ann zerwała się na równe nogi i też chciała iść za nim, ale ją zatrzymałam.
- Chcesz, żeby cię poszatkowali na plasterki...?
- Mam broń – odparła.
- I jeszcze trafisz Dave'a – prychnęłam.
Kłębowisko wybiło witrynę i przeniosło się na zewnątrz. Dwa wilkołaki były już martwe, jednak gość z Highriver nadal się trzymał.
- Ann – zawołał Ted. - Pamiętaj co mi obiecałaś!
Ann spojrzała na niego i szybko skinęła głową.
- Zostań tu! - poleciła mu. - Zaraz zrobi się tu gorąco... Alice, idziemy!
- Dokąd? - zapytałam, ale młoda już wyskoczyła przez rozbite okno. Jakby nie można było wyjść jak człowiek, drzwiami...
- Ściągnij Dave'a i skombinuj jakiś wóz, a ja ostrzegę Wer – poleciła mi, już wykręcając numer.
- Ale... ale ja piłam – jęknęłam słabo, Ann tylko wywróciła oczami.
- Wer? Jest problem, w lesie szykuje się niezła jatka... - rzuciła do telefonu, resztę jej wypowiedzi zagłuszył dudniący ryk jednego z wilkołaków.
Wyrwałam się z letargu i podbiegłam do pierwszego lepszego wozu. Wyciągnęłam moją ukochaną nieśmiertelną spinkę i pokombinowałam w zamku. Zabawa z kabelkami pod maskę zajęła mi niecałą minutę. Robiłam się całkiem dobra w te klocki... Szkoda, ze policja nie docenia potem takich talentów pielęgnowanych w imię większego dobra...
Samochód ruszył ze zrywem. Ann prawie wpakowała mi się pod maskę. Zaklęłam głośno, kiedy niemal już w biegu zatrzasnęła za sobą drzwi.
- Gdzie Dave? - zapytała.
- Tam – wskazałam kłębowisko.
- Miałaś go zgarnąć! - zawołała.
- A co ja właśnie robię...?! - z piskiem opon wpadłam w kłębowisko, gruchocząc kości jakiemuś wilkołakowi. - Dave! - krzyknęłam przez uchylone okno.
Łowca zadał jeszcze ostatni cios i wskoczył na tylną kanapę. Drzwi zamknął, kiedy pędziliśmy już w kierunku lasu.
- Dobra, a teraz gadaj coś obiecała Tedowi – zwracam się do Ann, bez migacza skręcając w drogę gruntową. Ten samochód chyba nie był przystosowany do jeżdżenia po takich wertepach.
- Chciał, żebyśmy wykaraskały z tego bagna Toma. I zostawiły ich w spokoju, bo...
- ...bo sami się wymordują – dokończył Dave.
- ...bo dają sobie radę.
- Właśnie to widać – kiwnęłam głową w kierunku pozostawionego za nami pobojowiska.
- Dlatego musimy ich pogodzić – stwierdziła Ann.
- A ty się dobrze czujesz? - zawołałam razem z Dave'm, hamując jednocześnie gwałtownie na skraju lasu. - To że mu naobiecywałaś nie wiadomo czego...
- Oni potrafią żyć, nie krzywdząc ludzi! - krzyknęła Ann. - wszystko się posypało, bo nie potrafią zaakceptować istniejących między nimi różnic...
- To nie zmienia faktu, że są bestiami żądnymi krwi... - powiedziałam. Czyżbym próbowała uspokoić swoje sumienie...?
- O twoim wujku też byś tak powiedziała? - rzuciła gniewnie Ann, jakby odczytując moje myśli.
Zacisnęłam mocno usta i obróciłam się w jej kierunku. Nie wiem, co było w moim wzroku, ale Ann zorientowała się, że tym razem przegięła.
- Znajdźmy te wilkołacze gołąbeczki, to może uda nam się zapobiec jatce – odezwał się Dave przerywając ciężką ciszę, która zapadła w aucie. - Co wy na to dziewczynki...?
- Chodźmy – rzuciłam krótko.
Wysiadłam z auta i ruszyłam na poszukiwanie jeziorka w centrum lasu. Szłam szybkim krokiem zostawiając daleko za sobą Ann i Dave'a.
Kiedy dotarłam na skraj polany zobaczyłam niewielkie jeziorko. Nad niem rosło rozłożyste drzewo, którego gałęzie opadały do wody. Na jednym z konarów siedziała bardzo zajęta sobą para.
- Ależ romantycznie – usłyszałam za sobą zgryźliwy głos Wer.
Niesamowite jak szybko dojechała na miejsce wraz z Karlem, który wraz z Ann i Dave'm stanął nieco dalej. Wer natomiast towarzyszył nieznany mi blondyn. Szybko jednak dodałam dwa do dwóch – bez wątpienia musiał to być Tom porwany przez, cytuję: „sexi blond laseczkę”.
Wer szturchnęła swojego towarzysza w ramię.
- Emma...? - zawołał.
Ładna jasnowłosa dziewczyna oderwała się od siedzącego z nią na konarze chłopaka.
- Tom...? - zdziwiła się. - Co ty tu robisz...?! Mówiłam ci, że go kocham i go nie zostawię...!
W jednej chwili Daniel znalazł się przy nas.
- Ona nie chce mieć z tobą nic do czynienia, zrozumiałeś...? - warknął do Toma. - Jesteśmy szczęśliwi i nic nas nie rozdzieli...
- Hola, hola, spokojnie...! - przerwała mu Wer, demonstracyjnie odbezpieczając pistolet. - Jesteśmy tu tylko po to by ratować waszą skórę. Odrobina wdzięczności by się przydała, nie...?
- Musicie się stąd zwijać – powiedziałam. - Zaraz zwalą się tu wszystkie wilkołaki z okolicy i wywiąże się rzeź stulecia. A wszystko dlatego, że kochasz niewłaściwego kolesia – zwróciłam się do Emmy, która tylko zawarczała dziko. - Bez obrazy, ale trochę kiepsko żeście trafili z tymi amorami.
- Co ty możesz wiedzieć...? - warknęła. - Nic nie wiesz o prawdziwej miłości...!
Wywróciłam oczami. Dziewczyna wyglądała na młodszą od Ann, Daniel zresztą też. I ona mi będzie wypominać moje życie uczuciowe...?
- Dobra, dobra. Dość gadania, bo zaraz...
W tym momencie usłyszałam ryk, a Tom rzucił się na Emmę ratując ją przed atakiem. Daniel zawył dziko i rzucił się na napastnika. Odciągnęłam na bok Wer, która strzeliła do wilkołaka, który próbował rozerwać Toma na strzępy.
- Lepiej stąd znikajmy! - krzyknęłam, ciągnąc ją w kierunku samochodu. Wielka bitwa wilkołaków to naprawdę był problem nie na nasze głowy.
- Nie! - krzyknęła.
- Chcesz zginać za jakiegoś wilkołaka? - dalej się z nią szarpałam.
- Ale tam jest Ann! - odkrzyknęła i wyrwała mi się z uścisku.
Zalękłam bardzo brzydko. Rzeczywiście, Ann już włączyła się do walki. Za nią skoczył Dave i Wer, a za Wer Karl.
Co miałam robić? Odbezpieczyłam pistolet i ruszyłam za nimi.

***&***

Miałam wrażenie, że gram w jakiejś nienormalnej wersji „Romea i Julii”. Autor, aby zdobyć większą publiczność, osadził ją w scenerii fantastyki. No i w końcu nadeszła upragniona scena bitwy. Naprawdę czułam się jak w innym świecie, a potem się zaczęło. Walka rozgorzała na dobre. Pierwszy raz byłam w otoczeniu tak wielu wilkołaków. Potwory zabijały się wyrywając sobie serca… i zjadając na oczach pozostałych. Zrobiło mi się niedobrze. Nie wiedziałam co robić. Strzelałam tylko w obronie własnej, atakowana przez mieszkańców Downriver. Nie spuszczałam z oka Toma. On również nie atakował, a jedynie się bronił. Blond włosy miał już całe poplamione krwią, jak dłonie i ubrania. Karl był w swoim żywiole, kochał unicestwiać te krwiożercze bestie. Jego też musiałam mieć stale na oku, nie zniosłabym gdyby mus się coś stało.  Ann, Alice i Dave też próbowali jakoś ogarnąć sytuację. Tylko ja stałam na uboczu i czułam się oszołomiona. Miałam wrażenie, że ktoś zamknął mnie w szklanym akwarium i to stamtąd przyglądałam się walce. Wilkołaki zabijały się nawzajem, ułatwiając nam pracę… było ich z każdą sekundą mniej. Klany liczące po kilkunastu członków kurczyły się w zastraszającym tempie. A ja nie potrafiłam nic zrobić… ciągle upewniałam się, że Karl żyje. Przyłapałam się na tym, że martwię się też o Toma. Uświadomiłam sobie, że on też kiedyś był człowiekiem. Co teraz czuje? Jak to jest stracić wszystko i odrodzić się na nowo? Jako bestia. Zupełnie jak Adam. Wiedziałam, że nie walczę tylko dlatego, że sytuacja Toma przypomina mi Adama. Zauważyłam, że para kochanków znika potajemnie. Później usłyszałam okrzyk bólu… to był głos Karla. Odwróciłam się w tę stronę i zobaczyłam pędzącego na mnie potwora. Za nim widziałam kolejnego pochylającego się nad Karlem, z wyciągniętymi pazurami. Puls mi przyspieszył. Miałam wrażenie, że ogłuchłam. Uniosłam broń i strzeliłam w kierunku tego drugiego, padł martwy. Jednak nie zdążyłabym zabić mojego napastnika. Szykowałam się do starcia wręcz, kiedy skoczył na niego Tom. Rozszarpał mu ramię zębami i… został rzucony na pień drzewa, które zatrzęsło się niebezpiecznie. Usłyszałam trzask łamanych kości i chłopak padł nieruchomo na zmienię. Dave potraktował go srebrną kulą, a ja nie miałam nawet siły krzyczeć. Strzeliłam do wilkołaka, który mnie zaatakował. Później strzeliłam jeszcze dwa razy… dla pewności. Walka dobiegała końca, na polanie nie został, żaden żywy wilkołak. Podeszłam do Toma, ale wiedziałam, że jest martwy i tak właśnie było. Odwróciłam wzrok od jego twarzy i podbiegłam do Karla. Objął mnie tak mocno, że nie mogłam złapać tchu.
- Karl… zaraz mnie udusisz – mruknęłam.
Poluzował uścisk, ale mnie nie puścił.
- Tak się bałem – szepnął mi do ucha. – Jestem mu wdzięczny.
Nie wiedziałam o co mu chodzi, dopóki jego wzrok nie powędrował w kierunku ciała Toma.
- Nie mógłbym cię stracić – wyszeptał i mnie puścił, bo podeszła reszta grupy.

***&***

- Wer wszystko ok? - zapytał Dave, kiedy sytuacja była już w miarę ogarnięta.
Wilde skinęła głową i wstała z pomocą Karla. Rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku Toma, ale równie szybko odwróciła wzrok.
- Wracajmy do motelu. Trzeba się spakować.
Wróciliśmy do aut. Wer odjechała wraz z Ann i Karlem, a Dave wpakował się na siedzenie pasażera.
- Ładnie to tak podwędzać cudze samochody...? - pogroził mi palcem.
- Gdyby nie ja to te bestie zrobiły by z siebie krwawą miazgę – zwróciłam mu uwagę. - A poza tym przecież jadę oddać...
Zgodnie z tym, co powiedziałam, odstawiłam auto na miejsce w stanie prawie nienaruszonym. No, oprócz rozwalonej stacyjki. I poharatanej karoserii dookoła zamka. Szczegóły.
Zastanawiałam się czy nie wejść do pubu i nie sprawdzić czy z Tedem wszystko ok, ale na myśl, że musiałabym mu powiedzieć, że jego najlepszy przyjaciel nie żyje zrobiło mi się trochę słabo. Zrezygnowałam więc z tego pomysłu i wraz z Dave'm posnułam się w kierunku motelu.
- Całkiem dobrana z nas ekipa, nie? - wyszczerzył się Dave.
- Mhm – mruknęłam, czując jak opuszczają mnie siły. To była bardzo wykańczająca walka. I fizycznie i psychicznie.
- Dawno nie walczyłem, wiesz? - gadał dalej. - Nie trzymałem w rękach moich sztyletów, odkąd...
- Dave – przerwałam mu. - Tylko nie zaczynaj mi się tu teraz zwierzać, ok?
- Czemu nie? Myślałem, że jesteśmy kumplami...?
- Tak – kiwnęłam głową. - Ale dziś naprawdę nie mam humoru, ok?
- Ok – kiwnął głową. - To w sumie jest dłuższa historia.
- Przepraszam – mruknęłam jeszcze, kiedy nagle zadzwonił mój telefon.
Odeszłam parę kroków i odebrałam.
- Tak?
- Dziękuję – usłyszałam dziewczęcy głos. Dopiero po chwili rozpoznałam Emmę. Skąd ona ma mój numer...?!
- Nie ma za co – odparłam. - Uważajcie na siebie, okej? Nie wszyscy łowcy uwierzą wam, że jesteście nieszkodliwi...
- Daniel obiecał mi, że nie będzie polował na ludzi. Odkąd jesteśmy razem nie zabił żadnego człowieka.
- Wiem – odpowiedziałam. - Ale nie wszyscy to zrozumieją. Powodzenia – powiedziałam jeszcze nim zakończyłam rozmowę.
W motelu szybko ogarnęłam swoje rzeczy i popędzana przez Wer wsiadłam do auta. Dave odjechał kilka minut wcześniej, wylewnie się z nami żegnając. Chciał zabrać ze sobą Karla, ale ten zadecydował wracać z nami, żeby łowca nie musiał nadrabiać drogi.
- A tak właściwie co się stało z twoim autem? - zapytałam, kiedy już umościłam się z Ann na tylnej kanapie.
- Z moim autem? - powtórzył. - Cóż, oględnie mówiąc zostały z niego wióry. Zaparkowałem za blisko tego pubu...
Wer włączyła jakieś mocne nuty i skupiła się na drodze, Karl zasnął a Ann uparcie unikała mojego wzroku.
- Ann...? - zaczęłam.
- Przepraszam – wyrzuciła z siebie. - Nie powinnam tego mówić, wiem ile oni dla ciebie znaczyli, zwłaszcza Roger...
Pokręciłam głową.
- Po prostu dotarło do mnie, że może był sposób by go uratować...
- Nie, to ty masz rację – pokręciła głową Ann. - Oni nie potrafili załatwić tego w pokojowy sposób. Może są jednostki, ale... Ale to tylko wyjątki, wyjątkowo silnym charakterze. Twój wujek... nawet jakby znalazł w sobie taką siłę, to... to nigdy nie pogodziłby się ze śmiercią córki, prawda?
- Prawda – skinęłam głową. - Ale i tak warto czasem się zastanowić, czy zabijanie potworów jest jedynym rozwiązaniem. Czasem okazują się bardziej ludzkie niż niejeden człowiek...
- Racja – ziewnęła Ann. - Przepraszam, ale chyba się zdrzemnę. Jestem okropnie zmęczona.
Kiwnęłam głową i sama oparłam głowę na szybie.
Podchodzi do mnie z krwawiącą raną na ramieniu. Krew ścieka powoli, spływając gładko po pistolecie, na którym mocno zaciska rękę.
- Roger, co ty robisz...? - podbiegam do niego i chwytam za ramiona.
- Razem będziemy dźwigać ten ciężar, Alice – mówi. - Już nie musisz się o mnie martwić.
- Krwawisz – mówię. - Nie próbuj mi niczego udowadniać...
- Nie chcesz mnie, bo nie jestem łowcą, bo się o mnie martwisz... - chwyta mnie za rękę, którą próbuję patrzeć ranę. - Ale ja cię kocham, Alice. Wiesz o tym. Zrobię wszystko by ze tobą być. Będę zabijał, będę znosił ból i rany. Ważne, że będę z tobą.
- Roger... - mówię, jednak nie pozwala mi dokończyć. Całuje mnie tak namiętnie jak jeszcze nigdy. Ogarnia mnie jego zapach, czuję fakturę koszuli, na której zaciskam palce, słyszę nasze przyśpieszone oddechy i gwałtowne bicie serc. Doświadczam tego, co nigdy tak naprawdę nie było nam dane. Jesteśmy tak blisko jak nigdy nie udało się nam być na jawie.
- Alice jesteśmy na miejscu – Ann szturchnęła mnie w ramię, wyrywając z ramion Rogera. Nie wiem czy jestem bardziej zawstydzona tym snem, czy żałuję, że mnie obudziła.
Wiem jedno. Choć to irracjonalne nadal czuję jego zapach i słyszę jego oddech. Tak jakby był tuż obok mnie. Jakaś część mnie domaga się jego obecności.
Domaga się tak bardzo, że jego brak mnie aż fizycznie boli.
***&***


Nadchodził zmierzch, kiedy podjechaliśmy pod dom Harry’ego. Ann i Alice pospiesznie wyszły z auta.
- Ruda! – zawołałam Alice.
Dziewczyna, była tak zmęczona, że nawet nie zareagowała z oburzeniem tylko podeszła.
- Odwiozę Karla. Nie czekaj cie na mnie, nie wiem czy wrócę na noc – powiedziałam, a Alice kiwnęła głową.
Jadę pod strzelnicę i parkuję na uboczu. Karl nie odzywał się całą drogę do Harry’ego i ten krótki odcinek również.
- Wszystko w porządku? – spytałam.
- Jasne. Wuja nie ma, chcesz wejść?
Nie powiedział tego w charakterystyczny dla siebie lekko żartobliwy sposób. Jego głos był smutny. Kiwnęłam głową i ruszyłam za nim. W przedpokoju zdjęłam kurtkę i powiesiłam na haczyk.
- Napijesz się czegoś? – skąd tyle zrezygnowania w jego głosie?
- Nie – odparłam cicho. – Chodź tu – pociągnęłam go na kanapę.
Unikał patrzenia mi w oczy, nigdy wcześniej tego nie robił.
- O co chodzi? – zapytałam.
Karl wzruszył ramionami. Zagryzłam wargę.
- Jestem gotowa się przed tobą otworzyć, ale to chyba nie najlepsza pora – powiedziałam cicho, wyłamując sobie palce.
- Zawsze jestem gotów cię wysłuchać – spojrzał mi w oczy.
- Nie potrafię się pogodzić ze stratą Adama… a jednocześnie czuję się podle, bo już o nim zapominam. Mam wrażenie, że on umarł wieki temu i nienawidzę się za to. Walczą we mnie sprzeczności… wszystko mi o nim przypomina… to mnie paraliżuje. Ja nie chcę tak skończyć. Rozbity łowca to martwy łowca – długo wstrzymywane łzy, zaczęły torować sobie drogę po moich policzkach.
Karl głaskał mnie po plechach. Wtuliłam się w niego i cicho łkałam. To było jak lekarstwo na moje rany… otwarcie się nie osłabiło mnie, a zaczęło wzmacniać.
- To nie twoja wina. Musisz dać sobie czas na pogodzenie się z losem… na odnalezienie siebie – szeptał mi do ucha.
- Myślisz, że Adam by mnie znienawidził, gdyby wiedział, że zdążyłam się już zakochać? – spytałam drżącym głosem, kiedy łzy ustały.
- Myślę, że byłby szczęśliwy – w głosie Karla słychać było… ból.
- Od jak dawna mnie kochasz? – odsunęłam się, aby móc spojrzeć w jego twarz.
- Zbyt długo… - odwrócił wzrok.
Ujęłam jego twarz w dłonie i pocałowałam. Cały mój i jego ból zmieszały się w tym słodko-gorzkim pocałunku. Pocałunku… na który oboje czekaliśmy zbyt długo.

***********************************************************************************
Tak jak obiecałyśmy, a nawet wcześniej :)
Może tym razem uda nam się być równie regularnymi i kolejna będzie w przeciągu miesiąca :)
Mamy nadzieję, że się podoba...
Wszelkie nawiązania do jakichkolwiek treści nie związanych z supernatural są (nie)zamierzone.
Przepraszam bardzo, jeśli w mojej części znajdą się zmiany czasu narracji. Po prostu piszę opowiadania w czasie teraźniejszym i ciężko mi "przerzucić" się na awie na czas przeszły.

Szur 
A ja (Szal) bardzo przepraszam, za kolejne herezje w sprawie "Wiedźmina". To już się więcej nie powtórzy. Na usprawiedliwinie mogę dodać, że normalnie oparłabym się na książkach, ale gra jest bardziej popularna za granicą. 
pozdrawiamy, S&S

8 komentarzy:

  1. Rozdział bardzo fajny, mimo pewnych brakujących literek :)
    Bardzo fajny pomysł z motywami z literatury.
    Akcja wartka, dużo krwi, fajne dialogi słowem super.
    Coraz bardziej lubię Dave :) Choć mam pewne opory co do stosunku dziewczyn do niego. Alice mogła by nie myśleć tylko o sobie i swoich "Rozterkach miłosnych" i wysłuchać innych.
    Poza tym powala mnie totalny brak szacunku dziewczyn do Dave`a. Rozumiem, że jest dziwny i czasem dziecinny, ale nie zmienia to faktu, że jest od nich dużo starszy.
    żeby na koniec nie wyjść na czepialskiego, zakończę czymś pozytywny.
    Świetna robota i oby tak dalej :)
    Pozdrawiam
    Zwierzak

    PS. Fajnie, ze Wer w końcu otwarła się na Karla ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za komentarz i słowa uznania :). Motywy z literatury...? *ciężko myśli* Ale o co Ci chodzi...? Aaa... o nasze niechciane dygresje? Ok, to akurat było niezamierzone ;)
      My Dave'a też lubimy. I to wcale nie jest tak że dziewczyny go nie szanują. Owszem jest od nich starszy, ale przyznajmy sobie szczerze nie zachowuje się zbyt poważnie. Jakby porównać to do SPN to trochę taki Garth zmiksowany z Ashem. Ale najistotniejsze jest to, że to taka relacja "kto sie czubi ten się lubi" bo życiwowym celem Dave'a jest wkurzanie Alice, mam czasem takie wrażenie. Ona wie, że on to robi specjalnie, a mimo to doprowadza ją to do furii. Ale nie ma to nic wspólnego z brakiem szacunku - wszystkie trzy mają do niego pełne zaufanie.
      "Rozterki miłosne" są elementem koniecznym, bo to istotne jest fabularnie potem. Musisz je znieść w dość dużej dawce jeszcze przez 2-3 notki, a potem trochę wyluzujemy :P. Będzie jeszcze więcej krwi, jatki i potworów :D
      Raz jeszcze dzięki za miłe słowa, zaraz się odezwę u Cb :>
      Szal, S&S
      PS: Wer+Karl to moje nowe OTP <3. Dobra robota, Szur! :*

      Usuń
  2. Dziewczyny... Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie Sparkle (zmieniłam nazwę już jakiś czas temu, ale to nadal ja!) Postanowiłam, że zajrzę do was tak z ciekawości, czy nadal piszecie, i jestem mile zaskoczona. Sama od ponad pół roku nie mogę się zebrać do napisania jakiejś porządnej dłuższej formy, kontynuacji jakiejkolwiek serii opowiadań czy choćby rzucenia wszystkiego w cholerę i zaczęcia od nowa. Tłumaczę to brakiem czasu, jakąś psychiczną barierą, a przede wszystkim zapewne wyszłam z wprawy i boję się, że jak coś zacznę, to nie będę w stanie dobrze tego pociągnąć i doprowadzić do końca. Wiecie, nie lubię opóźnień, nie lubię zawodzić oczekiwań moich czytelników. Pisać nie przestałam, leci już drugi rok od kiedy piszę z koleżankami rpg z rozbudowaną fabułą i masą bohaterów. Przejrzałam ostatnio WMMB i nieźle się uśmiałam z tego, jak kiedyś pisałam. Tyle błędów, stylistycznie do poprawy... Z drugiej strony jednak poczułam się dumna z samej siebie, bo teraz dopiero widzę postęp od 2011 do 2016. Matuchno, to już 5 lat...
    Nie mam teraz czasu (mówię serio, sesję mam xddd) przeczytać całości, ale pobieżnie zleciałam ten rozdział i nic dodać, nic ująć, od początku miałyście ten swój styl, takie was pamiętam ^^ Uznałam, że z szacunku do waszego wsparcia gdy byłam jeszcze świeżakiem w branży, poinformuję was osobiście, jeśli wrócę do konkretnego pisania. Przez takie poślizgi, no i oczywiście zakończenie przygody z blogiem o 1D, a także z fanpagem na Facebooku, nie ma już takich osób z zewnątrz, które mnie kojarzą i czekają na kolejne opowiadania mojego autorstwa xd Życzę wam jak najwięcej wiernych fanów, bo sama pamiętam, jakie to było miłe i budujące uczucie.
    Pozdrawiam cieplutko, Sparkle

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że pamiętamy :)
      Bardzo nam się przyjemnie zrobiło, kiedy zobaczyłyśmy Twój komentarz ♥
      Mamy ogromną nadzieję, że znajdziesz czas przeczytać mniej pobieżnie ;)
      Staramy się teraz wrócić do regularności, ale dobrze wiemy, że to naprawdę trudne do zrobienia...
      Ogromnie liczymy na to, że jednak zdecydujesz się coś publikować (nam nie przeszkadza mniejsza regularność), bo naprawdę brakuje nam Twojego stylu pisania.
      I oczywiście z największą przyjemnością zobaczymy jak bardzo się rozwinęłaś... chociaż WMMB nadal będzie należeć do moich ulubionych blogów :)
      Dziękujemy za wszystko i również pozdrawiamy cieplutko,
      Szalona i Szurnięta ♥

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Nie dobijajcie się na gg, bo już go nie mam ;) Macie jeszcze mojego maila? Podam wam kontakty so mnie

      Usuń
    4. Z mailem może być problem, zdaje się. Ale zdaje się, że masz kontakt do Szur na fb, a i ja Ci niedawno zaproszenie wysłałam ;).
      A jak nie tak, to daj znać, to spróbujemy się skontaktować w inny sposób.
      Szal, S&S
      PS: Tęskniłyśmy, wiesz? :*

      Usuń
  3. Dzien dobry,
    Szukam kontaktu z autorka Bajki o dobrym trollu z porzedniego bloga
    http://linos-historia-srodziemia.blog.onet.pl/2013/08/20/bajka-o-dobrym-trollu/
    w sprawie ewentualnej publikacji.
    Prosze o kontakt na fb.
    Katarzyna Kozak-Opsahl

    OdpowiedzUsuń