Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

czwartek, 17 grudnia 2015

Rozdział 17


Po akcji z demonem wszystko powoli wracało do normy, choć ciężko nazwać życie, które prowadziłam normalnym. Lewis został jeszcze parę dni, przez które pilnował, by nie znajdować się w jednym pomieszczeniu z Ann, potem jednak musiał wracać do domu, bowiem załatwił sobie jakąś robotę w miasteczku. Harry wyjechał na parę dni, by poszukać jakiś tajemniczych artefaktów, które potrzebne były nieznanym nam łowcom z drugiego końca kraju. Pod jego nieobecność, odebrałam milion telefonów, trzy razy podszywałam się pod FBI, a także szukałam informacji o potworach, o których istnieniu nawet nie miałam pojęcia. Anna i Wer wspierały mnie jak mogły, głównie jednak zajmowały się szukaniem roboty. Wyglądało na to, że w całym kraju panują hordy potworów, a tylko w naszej okolicy ani widu ani słychu nawet zwykłego ducha.
- Widocznie jesteśmy tak skuteczne, że wytępiłyśmy wszystko w promieniu 200km - stwierdziła kwaśno Anna, odrzucając kolejną gazetę na stos tych już przejrzanych.
Kiedy wrócił Harry pochwalił nas, że tak godnie go zastąpiłyśmy. Prawda była taka, że umierałyśmy z nudów, a jedynym wybawieniem były codzienne telefony z Japonii.
- Tu kolejny telefon Harry'ego Evansa. Jeśli masz problem to dobrze trafiłeś, przy telefonie Alice Morgan, w czym mogę pomóc? - wyrecytowałam standardową formułkę, nawet nie patrząc na wyświetlacz.
- Moim problemem jest to, że od ukochanej dzieli mnie jakieś 10 tysięcy kilometrów...
- Więc do niej wróć - uśmiechnęłam się na dźwięk głosu Jacka. - Ona pewnie też za tobą tęskni...
- Mam taką nadzieję. Co u was? - zainteresował się.
- Stare nudy - westchnęłam. - Harry wrócił dziś rano, teraz odsypia, Anna poszła na zakupy, Wer na strzelnicę, a ja nadal robię za centralę telefoniczną...
- Właśnie słyszałem. Macie jakąś robotę na oku?
- No właśnie nic. Przez ostatnie 3 dni pomogłam łowcom z całego kraju w tropieniu okami, kitsune, hordy demonów i duchów, a nawet jakiegoś starożytnego krwiożerczego bóstwa. Kiedy jednak przeglądamy gazety to nic, zupełnie nic - pożaliłam mu się.
- Pomyślałaś, żeby poszukać coś dalej? - podsunął mi myśl Jack.
- Żeby raz. Patrzyłam nawet, ale jak już coś znalazłam, to 800km stąd, więc wystarczyło zadzwonić do znajomych łowców, którzy rozprawili się z tym w jedno popołudnie...
- No to pech, rzeczywiście... - zgodził się Jack.
- Może po prostu wsiądę w pierwszy samolot do Japonii i pojadę wam pomóc, co?
- Oj, obawiam się, że masz za słabą głowę do tej roboty... - zaśmiał się Jack.
- A skąd możesz to wiedzieć? - obruszyłam się. - Przecież nigdy ze mną nie piłeś...!
- Ha, racja. Trzeba to szybko nadrobić, słońce.
- Postarajcie się szybko rozprawić z tym duchem, dobrze?
- Jesteśmy na dobrej drodze. Udało nam się załatwić już kilka, ale te najbardziej kłopotliwe wciąż wymykają się nam z rąk... Mamy pewien plan, ale jest trochę ryzykowny, więc traktujemy go jako wyjście awaryjne.
- Uważaj na siebie - poprosiłam. - I na Robbiego też.
- Jasne. Muszę kończyć, bo zaraz przegadam z tobą moją kolację i jutrzejsze śniadanie... Wybacz, ale nie będę głodował z miłości...
Roześmiałam się do słuchawki i pożegnałam się z Jackiem. Odłożyłam telefon z błogim uśmiechem, czując się tak lekko i przyjemnie jak chyba nigdy. Chwilę tonęłam we własnych myślach, w końcu jednak pomyślałam, że miło by było przygotować obiad. Musiałam z tym jednak poczekać na Annę, która poszła na zakupy, bowiem lodówka na razie świeciła pustkami.

***&***

Całą drogę na strzelnice moje myśli zaprzątał dziwny sen z Lewisem, nawet nie wiem dlaczego zaczęłam o nim myśleć. Walczyły we mnie dwie natury, jedna  pragnęła w końcu się wygadać, a druga zakopać we własną skorupę. Na razie żadna z nich nie potrafiła wygrać, byłam rozbita. Na miejscu wtopiłam się w tłum i szybko dałam ujść moim emocjom robiąc z tarczy bezgłową parodię człowieka. Poczułam się dużo lepiej. Nie potrzebowałam już wyżalić się komuś, potrzebowałam za to roboty. Jednak jak na złość ostatnio nic nadzwyczajnego się nie działo. Żadnych potworów, jakby pozapadały się pod ziemię. Niestety ostatnio dość często się to nam zdarzało.        
- Jak tam? – obok pojawił się Karl.
- Nudno jak nigdy – zażartowałam.
- Słyszałem od Harry’ego, że próbowałaś się rozerwać, dosłownie, przejażdżką – usłyszałam wyrzut.
- Przypadkiem skasowałam Maleństwo – kolejny strzał prosto w głowę.
- To do ciebie niepodobne. Chcesz pogadać? – Karl autentycznie się o mnie martwił.
- Nie, już wszystko sobie poukładałam – posłałam mu najładniejszy z moich uśmiechów.
Jestem Weronika Wilde i nie mam zamiaru nikomu się zwierzać. Karl odwzajemnił uśmiech i zniknął, gdzieś na tyłach strzelnicy. Wzięłam głęboki wdech i wróciłam do strzelania. Nie zdziwiło mnie to zbytnio, ale wszystkie moje obawy cudownie się ulotniły. Cały żal, wyrzuty sumienia, całe to gówno, w które ostatnio zamieniło się moje życie.
Na strzelnicy spędziłam jakieś trzy do czterech godzin, ale Karl już się nie pojawił. Pewnie pojechał na robotę, albo coś takiego. Zmęczona wróciłam do domu Harry’ego prosto na obiad, czyli jajka sadzone i ryż. Ach, te jajka. Alice podśpiewywała coś w kuchni kończąc ten majstersztyk kulinarny. Jak ta miłość wpływa na ludzi. Ann rozmawiała na ganku przez telefon z Robbiem, a Harry najzwyczajniej w świecie szukał czegoś w swoich starych księgach. Ten widok był tak zwyczajny, że byłam skora uwierzyć, że nic strasznego nigdy nas nie dotknęło. Może to właśnie naprawdę charakteryzuje łowców? Nasze życie jest tak kruche, że potrafimy wyciskać z niego jak najwięcej, nawet w obliczu prawdziwej katastrofy… potrafimy żyć dalej mimo strat, które ponieśliśmy… 
Padał drobny śnieg, wszędzie było biało. Jedyne co psuło ten bajeczny krajobraz była czerwona krew. Jej strużka ciągnęła się obok odcisków ludzkich stóp. Tata gestem pokazał mi, abym była cicho i podążała za nim. Kurczowo zaciskałam palce na moim pistolecie, naładowanym srebrnymi kulami. Cicho jak myszy skradaliśmy się za demonem. Nagle coś wyskoczyło zza krzaków i rzuciło mną o drzewo. Broń wypadła mi z ręki…
- Odłóż to, a nie stanie jej się krzywda – powiedział demon, do mojego ojca, który w niego mierzył.
Tata nie słuchał. Bestia wyprowadziła cios, który złamał mi rękę w łokciu. Zabolało i to dość porządnie. Chwilę później rozległ się strzał i demon w postaci czarnej mgły opuścił ciało i zniknął. Rozejrzałam się, jednak to nie tata strzelił… ojciec gdzieś zniknął. Życie uratował mi mężczyzna o ciemnobrązowych włosach z kilkudniowym zarostem. Podbiegł do mnie i kucnął przede mną. Jego ciemnobrązowe oczy przewiercały mnie na wylot.
- Jak się nazywasz? – zapytał.
- Weronika – uniosłam brodę do góry.
Wtedy zza drzew wyszedł mój ojciec.
- Dzięki za pomoc – powiedział lekko nieszczerze.
- Nie ma za co. Łowcy muszą sobie pomagać. 
- Zaraz wracam. Zajmiesz się nią?
Mężczyzna tylko kiwnął głową. Nie rozumiałam dlaczego tata mnie zostawia. Przecież to niebezpieczne.
- Ile masz lat? – zapytał mój wybawiciel.
- Piętnaście – jęknęłam, bo przypadkiem ruszyłam ręką.
- Postaraj się nią nie ruszać. Mój syn też złamał rękę na akcji, mając piętnaście lat – mężczyzna lekko się uśmiechnął. – Tak w ogóle to się nie przedstawiłem, jestem John.
- Miło mi. Gdzie do cholery jest mój tata?
- Naprawdę przypominasz mi Deana – szepnął bardziej do siebie, niż do mnie.
- Chodź skarbie – znikąd pojawił się tata. – Jeszcze raz dzięki.
- Nic takiego – odparł. – Pamiętaj, że rodzina jest najważniejsza – szepnął mi na ucho i odszedł.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu Alice. Wróciłam do jedzenia obiadu. Zupełnie nie wiem dlaczego akurat ta sytuacja mi się przypomniała. To jedno z tych wspomnień, które kazały mi się zastanowić, jak wiele tata był w stanie poświęcić dla roboty… czy wtedy był gotów dać mnie skrzywdzić? Co by się ze mną stało, gdyby nie ten łowca?
Po obiedzie pozmywałam po nas wszystkich. Jak ja nienawidzę zasady „Zmywa ostatni”. Dziewczyny znowu się gdzieś zaszyły z telefonami. Ja za to siadłam w salonie obok Harry’ego i pomogłam mu posortować nowe papiery.
 - Znasz wielu łowców prawda? – zapytałam Harry’ego.
- Tak, a co?
- A znasz jakiegoś Johna?
- Nigdy nie słyszałem. Pewnie nie z okolic.
- Zapewne – odparłam i poszłam do siebie.
Wzięłam prysznic i wpakowałam się do łóżka. Dawno nie byłam tak zmęczona. Śniłam… stąpałam po lodzie, który wcale nie był zimny. Miałam na sobie jeansy, czarny T-shirt i zieloną kurtkę. Rozejrzałam się. Byłam sama… Zaczęłam biec, aż nogi zaczęły mnie boleć, ale nie przemieszczałam się. Nagle przede mną pojawiła się Virginia. Jednak tym razem się nie odezwała tylko wskazała palcem za siebie. Obejrzałam się i ujrzałam Johna.
- …nadejdzie też dzień, gdy losy obu rodzin, podobnych jak tafle lustra, skrzyżują się. Podobni jak dwie krople wody, staną naprzeciw siebie, a ich wspólna potęga widoczna będzie z daleka – zabrzmiał głos Virginii w mojej głowie.
Obudziłam się nagle i spostrzegłam, że już świta. Cichutko zeszłam na dół i w biblioteczce zaczęłam szukać informacji na temat nawiedzeń przez sny. Tak jak myślałam, nic nie zalazłam. Ja po prostu świruję.

***&***

Wszyscy siedzieliśmy w salonie, lecz każdy zajmował się czymś innym. Harry segregował papiery i jednocześnie rozmawiał przez telefon, w jakimś dziwnym języku, którego nie rozpoznałam, Weronika czyściła broń i uzupełniała wyposażenie bagażnika, a Anna buszowała w starych księgach i robiła notatki. Stwierdziła, że skoro na razie nie mamy roboty to się poedukuję, tak na przyszłość. Właśnie rozprawiała się z jakimś grubaśnym tomiszczem traktujących o dżinach, kiedy spłynęło na mnie natchnienie. Zanurkowałam w stosie gazet, które miały zostać wykorzystane jako rozpałka, jako, że nic w nich nie znalazłyśmy. Chwilę przerzucałam je z jednej strony na drugą, nie zwracając uwagi na pełne zdziwienia spojrzenia reszty.
- Alice, dobrze się czujesz? - zapytała z troską Anna. - Przewertowałyśmy je już ze trzy razy i doszłyśmy do wniosku, że nic tam nie ma... pamiętasz?
- Tak, ale... - wyciągnęłam ze stosu jedną gazetę i odłożyłam ją na bok. - To niemożliwe, żeby w okolicy nic się nie działo. Musi się dziać, a skoro nie zwróciło naszej uwagi, to musi się dobrze maskować...
- Alice, piłaś coś? - zapytała Wer. - Zachowujesz się jak na haju...
- Nie, herbatę rano tylko - warknęłam, do pierwszej gazety dorzucając drugą. W międzyczasie zdążyłam zrobić w salonie niezły bałagan.
- Możesz nam powiedzieć, co robisz? - zapytał łagodnie Harry, próbując nieco ogarnąć papiery, ale wyrwałam mu je z rąk, dostrzegając nagłówek, który mnie zainteresował. Porzuciłam pobojowisko i wróciłam na kanapę z trzema numerami.
- Mogę, tylko dajcie mi sekundę... - szybko przebiegłam wzrokiem artykuły, które zwróciły moją uwagę, a następnie szybko wklepałam do komputera kilka haseł. Sapnęłam z zadowolenia i rzuciłam gazety na stolik do kawy. - No, kochani, chyba znalazłam nam robotę!
Anna spojrzała na mnie z powątpieniem i postukała się w czoło.
- Alice, trzy razy czytałam ten artykuł. Robota zwykłego nożownika...
- ...tylko z nieco większą zabawką - dokończyłam, wskazując fragment tekstu, z którego wynikało, że patolog rozpoznał w narzędziu zbrodni duży miecz.
- Rany, ludzie mają czasem swoje odpały - zbagatelizowała Wer. - Niektórym sprawia przyjemność trzymanie w pokoju ostrych przedmiotów... Spójrz na Harry'ego i przypomnij sobie jak wygląda jego piwnica...
Nie skomentowałam tego, tylko pokazałam im kolejny artykuł. Kolejna ofiara została rozpłatana mieczem praktycznie na pół podobnie jak i w trzecim przypadku.
- No i? - dopytywała się Wer.
- Szczerze? Przypomina mi to styl zabijania pewnej osoby... - powiedziałam, odwracając w ich stronę ekran komputera.
- Osoby...? - zdziwił się Harry, który siedział z boku i nie od razu dostrzegł, co pokazałam dziewczynom.
- "Witcher"...? - zdziwiła się Anna. - A co to niby takiego?
- "Wiedźmin"? - spróbowałam, o mało nie łamiąc sobie języka. - Najbardziej oczekiwana gra przyszłego roku...? - próbowałam dalej, jednak nie wyglądały na zorientowane w temacie. - Ej, a ponoć to wy tu macie polskie korzenie...
Wer zabrała mi komputer i zaczęła przeglądać stronę, powoli kiwając głową...
- Ok, teraz coś zaczynam kojarzyć... - Harry odebrał od niej komputer i wraz z Anną dalej czytał o grze. - Ale jak na to wpadłaś...?
Przełknęłam ślinę. Na ten temat niekoniecznie chciałam rozmawiać. Nie teraz, gdy...
- Mój... dawny znajomy nałogowo grał w tę grę. Kiedy... kiedy jeszcze wszystko było w porządku - wyjaśniłam mętnie.
- Nie, nie było... - odezwała się po chwili Wer. Podniosłam wzrok i wiedziałam, że mnie przejrzała. - Nie było w porządku, bo wtedy nie znałaś jeszcze nas.
Uśmiechnęłam się na te słowa i zaproponowałam, że przygotuję herbatę, bo zapowiadało się, że w końcu znaleźliśmy jakiś trop. Tak naprawdę potrzebowałam na chwilę zostać sama.
Weronika od razu odgadła powód mojego zmieszania, ale nie chciałam by i reszta o nim wiedziała. Teraz, kiedy pomiędzy mną i Jackiem ponownie wszystko było w porządku nie chciałam myśleć o Rogerze. Ale widać musiało mi się zdarzyć, skoro pozornie niezwiązane z sobą morderstwa niemal od razu skojarzyły mi się z jego ukochaną grą...
- O, cześć! - Lisa otworzyła mi drzwi. 
Przywitałam się z nią i weszłam do środka, ściągnęłam buty i ubrałam "moje" papcie. Lisa już kręciła się w kuchni i przygotowywała wyżerkę na naszą noc filmową. Mikrofalówka pracowała cicho, a ze środka dochodziły odgłosy pierwszych pękających ziaren kukurydzy. 
- Jej, myślałam, że zwariuję do tej osiemnastej - westchnęła Lisa. - No, wiesz, rodzice wyjechali i w sumie jestem sama.
- Sama? - zdziwiłam się.
- Nooo... wiesz, w sumie jest Roger, ale wczoraj dostał drugą część tej jego ulubionej gry i nie da się go oderwać nawet na posiłek... - westchnęła. - Nie przeczę, fajna jest, no ale bez przesady... Rodzice przymykają na to oko, bo wiedzą, że jak już pogra parę dni, to wróci do normalności. Każdy ma jakiegoś bzika, zresztą są wakacje...
- Pomóc ci coś? - zapytałam jak zwykle.
- Nie, tylko zaleję herbatę, jak się woda zagotuje. Wszystko gotowe - uspokoiła mnie Lisa. - Możesz spróbować się z nim przywitać, choć myślę, że... - urwała, bo w drzwiach kuchni stanął Roger.
- Czemu nie mówisz, że Alice przyszła? Przywitałbym się - uśmiechnął się do mnie swoim zniewalającym uśmiechem. 
- Myślałam, że nie ma dla ciebie nic ważniejszego niż ta gra... - odcięła się Lisa.
- Owszem, ale Alice, to Alice - podszedł do mnie i przytulił na przywitanie. Pachniał tak jak zawsze... cudownie męsko. - To co? Zanim zaczniecie oglądać te wszystkie babskie filmy, wpadniesz na górę? Dwójka jest jeszcze lepsza niż jedynka - zapewnił mnie.
- Roger, ona tylko z grzeczności interesuje się tym twoim... jak mu tam...? - westchnęła Lisa, wywracając oczami.
- "Wiedźminem", Lis! - rzuciłam już ze schodów, bo moja przyjaciółka nie miała racji. Gra naprawdę była wciągająca i choć nie byłam takim zapalonym graczem jak mój przyjaciel, to byłam ciekawa jakie innowacje wprowadzili w drugiej części gry.
- Alice... woda się zagotowała... drugi raz - Wer sprowadziła mnie na ziemię.
Zamrugałam, gwałtownie wracając do rzeczywistości. Chwyciłam parujący czajnik i rozlałam do przygotowanych bezwiednie szklanek. Wer wzięła tacę i zaniosła do salonu.
- Idziesz? - krzyknęła w progu.
- Zaraz, jeszcze wygrzebię jakieś ciastka... - zaczęłam otwierać kolejne szafki, nie mogąc sobie przypomnieć, w której dziś rano widziałam opakowanie wafelków. W końcu znalazłam, w szafce pod zlewem. Nie zastanowiłam się nad faktem, że to nieco dziwne miejsce na ciastka, tylko ułożyłam je na talerzu i wróciłam do salonu.

***&***

Wpakowałam potrzebne rzeczy do bagażnika Dodge Chargera i wymalowałam białą farbą znaki ochronne od wewnętrznej strony klapy. Zatrzasnęłam bagażnik i spojrzałam tęsknym wzrokiem na moją Impalę. Będę musiała się nią zająć, kiedy już wrócimy. Samo zdobycie części zajmie mi kupę czasu.
- Cześć Wer – odwróciłam się i ujrzałam Lewisa i Karla.
- Hej. Co wy tu robicie?
- Przyszliśmy zapytać Harry’ego, czy nie ma dla nas jakiejś fuchy, bo wieje nudą.
Nagle naszedł mnie genialny pomysł.
- A nie chcielibyście wyhaczyć mi potrzebne części do poskładania mojego Maleństwa?
- Nie ma sprawy – Karl posłał mi uśmiech.
- Będę niezwykle wdzięczna.
Z domu wyszła Ann, wyniośle ignorując Lewisa, a za nią Alice.
- To do zobaczenie – powiedziałam do chłopaków i wpakowałam się do auta.
Miejsce roboty wcale nie było jakość blisko, jechałyśmy tam ponad pół dnia, aż w końcu naszym oczom ukazało się wielkie pole zapełnione kolorowymi namiotami rodem z filmów fantasy. Zaraz za polem rozpoczynał się dość ciemny las. Po lewej, jakiś gościu przebrany za niewiadomo-co prezentował okazale wyglądające miecze, morgensterny i inne takie bajery. Po prawej dziewoje w różnego rodzaju sukniach wabiły mężczyzn swym urokiem. Wprost wspaniałe miejsce dla kogoś takiego jak ja. Kogoś kto nie lubi cosplayu i tym podobnych głupot.
- Dzień dobry FBI – Ann pokazała odznakę jakiemuś gościowi przebranemu z maga.
- Fajne podróbki, ale w Wiedźminie nie ma FBI.
- Ale… my wcale… - zaczęła się jąkać Alice.
Wiedziałam, że do tego dojdzie. Odciągnęłam dziewczyny na bok i oparłam się o maskę Dodge'a.
- Pozostaje tylko wmieszać się w tłum – mruknęłam.
- Dobra, to Alice zobaczy ciała, a ja zdobędę jakieś kostiumy – komenderowała Ann.
- A ja zostanę i…?
- … spróbujesz kogoś oszołomić swoimi urokiem. Tylko nie dosłownie.
Przystałyśmy na taką propozycję i Ann wraz Alice zabrały auto. Rozejrzałam się za potencjalną ofiarą mojego podrywu, ale to ona znalazła mnie pierwsza. Wysoki chłopak z czarnymi włosami, spiętymi w kucyk i nieziemsko błękitnymi oczami. Ubrany był w  lnianą koszulę, na której miał skórzany napierśnik. W ręce dzierżył miecz o ślicznej rękojeści. Podszedł do mnie i uśmiechnął się oszałamiająco.
- Dlaczegoż taka śliczna dziewoja nie przywdziała sukni?
- Bo jej siostra zapomniała zabrać naszych kostiumów – mruknęłam.
- Zwą mnie Oliver i z chęcią zaoferuję ci jedną z sukni mej siostry Lany.
- Dzięki, jestem Weronika, ale mów mi Wer.
Oliver zaprowadził mnie do jednego z namiotów, w którym spotkaliśmy rudzielca o elfiej urodzie.
- Hej Lana to Weronika. Zapomniała kostiumu, masz coś dla niej?
- Cześć. Ta powinna być idealna.
Dziewczyna wyjęła ze skrzyni zieloną, prostą suknie z rozszerzanymi rękawami. Zrzuciłam z siebie kurtkę.
- To ja zaczekam na zewnątrz – Oliver wymknął się z namiotu.
Założyłam suknię i przejrzałam się w lustrze. Efekt był oszałamiający.
- Dzięki. Jest genialna – powiedziałam.
- Polecam się na przyszłość.
Wyszłam z namiotu i wpadłam wprost na plecy Olivera.
- Przepraszam – mruknęłam.
- Chodź przedstawię cię królowej.
To chyba lekkie przegięcie. Zaraz poznam cały ten obóz i jeszcze zacznę wierzyć w tę rzeczywistość.
- Nie trzeba – zaprotestowałam.
- Okey. Więc co taka dama jak ty chce robić?
- Podoba mi się tamten namiot, w którym robi się bransoletki ze sznureczków – skłamałam.
Oliver zaprowadził mnie tam. Przedstawił brązowowłosej Walerii i zostawił z grupką podekscytowanych dziewcząt. Świetnie.
- Hej słyszałaś, że Meridę znaleziono rano nadzianą na miecz w lesie? – jedna dziewoja szepnęła do drugiej.
Nadstawiłam ucha.
- Słyszałam podobno podpadła królowej… Ale przecież Narcyza tak naprawdę nie rzuca klątwy. To tylko wygłupy – zaprotestowałam blondynka w typie Eowiny.
- Wiem, ale z pozostałymi było dokładnie tak samo.
- Policja mówi, że to jakiś psychopata, a oni się na tym znają.
Ledwie się powstrzymałam od parsknięcia śmiechem. Policja tylko myśli, że się na tym zna.

 ***&***
 
Anna podrzuciła mnie do kostnicy i pojechała skombinować kostiumy. Umówiłyśmy się na telefon, więc wyciągnęłam moją odznakę, która tym razem zadziałała prawidłowo i już po chwili miałam dostęp do ciał oraz do zabezpieczonych narzędzi zbrodni. Okazało się, że nie udało mi się wygrzebać wszystkich gazet ze stosu i ofiar jest więcej.  Dwie rozpłatane na pół, łącznie z idealnie rozciętym kręgosłupem, trzecia dla odmiany w poprzek, a dwie przeszyte strzałami. Owe strzały właśnie miałam okazję obejrzeć.
Choć nie byłam ekspertem w tej dziedzinie, strzały wyglądały na robione ręcznie, z lotkami z piór jastrzębia. Wyglądało to bardzo znajomo...
- Poczęstuj się - Roger wskazał talerzyk z wafelkami ułożonymi w okrąg, kiedy weszliśmy do jego pokoju.
- Widzę, że się zdrowo odżywiasz - zaśmiałam się i bez skrępowania przyciągnęłam sobie drugie krzesło i zaczęłam chrupać ciasteczko.
Chłopak wznowił grę, która zachwycała grafiką. Co jak co, ale polscy twórcy gier to jednak perfekcjoniści...
- A, właśnie. Zapomniałem ci powiedzieć, że książki już doszły. Jak chcesz, to możesz je sobie pożyczyć - wskazał na regał, gdzie stała równiutko ułożona cała saga, w oparciu o którą stworzono grę.
- Dzięki, może potem - westchnęłam. - Na razie mam mnóstwo lektur na lato...
- Obiecaj, że przeczytasz - pogroził mi palcem. -Chcesz zagrać?
- Mam obrócić w niwecz całą twoją pracę ostatnich godzin? - zaśmiałam się. - Wolę popatrzeć...
- To patrz. To trudny moment. Mam do wykonania misję z łuczniczką Milvą - tłumaczył mi cierpliwie. 
- Jest driadą? - zapytałam.
- Nie, ale była przez nie wychowana - jego postać ruszyła biegiem przez las za wspomnianą łuczniczką. Z podziwem patrzyłam na perfekcyjnie naśladujące ludzkie ruchy postaci, dbałość o szczegóły. Na jednym ze zbliżeń dostrzegłam, że lotki strzał wykonane są z piór jastrzębia. Wyglądały jak żywe.
- Wow - westchnęłam. - Postarali się - przyznałam.
- Lubię misje z Milvą - wtrącił Roger.
- No, jest na co popatrzeć - zażartowałam, a chłopak trzepnął mnie w ramię.
- Chodziło mi o to, że jest zabójczo skuteczna. Potrafi z daleka powalić przeciwnika jednym strzałem prosto w oko...
Odłożyłam strzałę na miejsce i spojrzałam na ofiarę. Była to młoda kobieta. Nic w jej wyglądzie nie wskazywało na to, że została zaatakowana, oprócz dziury na miejscu lewego oka, które zostało usunięte już przez patologa, bowiem niewiele z niego zostało.
Opcja, że to jednak zwykły nożownik zafascynowany "Wiedźminem" była coraz mniej prawdopodobna, zwłaszcza gdy odkryłam na mostku kobiety jakby wytatuowany znak wiedźmiński. Nie mógł być to jednak tatuaż, gdy przyjrzałam mu się dokładniej. Podobne znamiona miały pozostałe ofiary, dokładnie w tym samym miejscu.
- Dziwne... - mruknęłam do siebie. Przez chwilę zastanawiałam się co zrobić z tą informacją. Wyszłam z prosektorium i zadzwoniłam po Annę.
Podjechała po kilku minutach i wyglądała na nieźle wnerwioną.
- Pół godziny uganiam się, za strojem, który sprosta wymaganiom mojej wybrednej siostry, a kiedy w końcu udaje mi się coś znaleźć, ta dzwoni, że dla niej mamy nie szukać, bo już sobie załatwiła...! - marudziła zirytowana, kiedy wpakowałam się do samochodu. - Na tylnej kanapie jest twój strój, mam nadzieję, że dekolt ci nie przeszkadza...
Rzuciłam okiem na sukienkę, ale nie zauważyłam nic podejrzanego. Dopiero kiedy Ann zatrzymała się, byśmy mogły się przebrać, zobaczyłam ją w pełnej krasie.
- Chyba sobie żartujesz...! - wykrzyknęłam, oglądając sukienkę z bardzo głębokim wycięciem z przodu, przesłonionym lekką czarną siateczką. Sukienka trzymała się praktycznie tylko na ramionach, bowiem z tyłu miała niemalże całkowicie odkryte plecy.
- Tylko to było w twoim rozmiarze - Ann pokazała mi język, sama przebierając się wysokie botki, lnianą koszulę, napierśnik i skórzane spodnie.
Westchnęłam, związałam włosy w solidny warkocz i wskoczyłam z powrotem do samochodu, ukrywając pod sukienką pistolet.
- A i z tyłu masz jeszcze sztylet do kompletu, choć z tego co wiem, to chyba strój jakiejś czarodziejki, więc bronić powinnaś się raczej jakimiś czarami, czy coś...
Nie skomentowałam tego, jedynie mocniej zacisnęłam zęby, modląc się, by sukienka nie zjechała ze mnie w najmniej odpowiednim momencie.
***
Kiedy dojechałyśmy z powrotem na miejsce konwentu, czy jakkolwiek to nazwać, w końcu przyjrzałyśmy się uważniej odbywającej się tu imprezie. Częściowo w dużej hali widowiskowej, a częściowo na ogromnym trawniku przed rozłożone były stoiska oferujące różne atrakcje. Namioty ciągnęły się aż do granicy lasu. Ktoś wcisnął mi składaną na kilka części ulotkę z ramowym harmonogramem wydarzenia, które trwało już od paru dni.
- Święta Melitele! Ale ekstra strój! - zachwycił się nagle ktoś za moimi plecami. Jakiś gość przebrany za nilfgaardzkiego rycerza gapił się na mnie jak w obrazek. - Merigold! Jak żywa!
- Erm... dzięki - mruknęłam.
- Normalnie mnie oczarowałaś - roześmiał się, jednak szybko ostudziłam jego zapał w zawieraniu znajomości.
- Uważaj, żebym cię nie zaczarowała... w coś mało sympatycznego - nonszalancko pogłaskałam rękojeść sztyletu, który przypięłam do ozdobnego paska, spinającego moją sukienkę w talii. Facet się odczepił, a Anna obserwująca tę scenę wywróciła oczami.
- Nic by ci się nie stało, jakbyś czasem poflirtowała, wiesz?
- Nie jestem w tym dobra - mruknęłam.
- Jasne - sarknęła.
- Poszukajmy lepiej Wer - westchnęłam, sprawdzając, czy sukienka leży tak jak powinna, czyli czy nie pokazuje więcej niż bym chciała i ruszyłam w tłum. - A przy okazji przydałby się nam ktoś zorientowany w temacie...
- Może zadzwonimy po Dave'a? - zaproponowała Ann. - O ile już się gdzieś tu nie kręci...
Dave wydawał się sensownym pomysłem. Nim jednak rozważyłam ten pomysł coś przyciągnęło moją uwagę.
Bez uprzedzenia skręciłam nagle, pociągając za sobą Ann. Stanęłam przed stanowiskiem, gdzie można było postrzelać z łuku. Opiekowała się nim jasnowłosa drobna dziewczyna - idealny cosplay Milvy. Zauważyła moje zainteresowanie i skinęła bym podeszła bliżej.
- Chcesz spróbować łowów, pani? - zapytała.
- Nie sądzę, bym była w tym dobra... Param się raczej magią - wskazałam na swój strój, mimowolnie powoli wczuwając się w klimat tego miejsca.
- Więc może ty spróbujesz, pani...? - zwróciła się do Ann.
- Żadna ze mnie pani... - mruknęła, ale wzięła z jej rąk łuk i ustawiła się naprzeciw słomianej tarczy.
Kobieta pomogła jej się ustawić i pokazała jak naciągnąć cięciwę. Kiedy zobaczyła, że Ann radzi sobie całkiem nieźle znów do mnie podeszła.
- Widzę, że to nie pierwsza tego typu impreza? - zapytała porzucając kanonowy sposób mówienia.- I przy okazji jestem Mary, ale wszyscy mówią mi tu Minevra.
- Alice - przedstawiłam się. - Wręcz przeciwnie, w życiu na czymś takim nie byłam i byłabym wdzięczna, gdybyś mnie nieco oświeciła, bo w sumie to trafiłyśmy tu, w sumie  przypadkiem...
- Jasne...! - wywróciła oczami. - Triss Merigold jak malowana, a wmawia mi, że nie jest w temacie...
Sklęłam w myślach mój rzucający się w oczy strój i zwróciłam uwagę na leżące na stole łuki i strzały.
- Sami je wyrabiacie? - zapytałam, podnosząc na wysokość oczu strzałę identyczną z tą, która widziałam w prosektorium.
- Tak, to pióra jastrzębia... Sztuczne, bo prawdziwych zieloni nam nie pozwolili użyć - skrzywiła się. - Ale wyglądają prawie jak te Milvy.
- Tak jak ty - uśmiechnęłam się półgębkiem, kiedy podeszła do nas nieco zdyszana Anna.
- No, wystrzelałam wszystko. Jak na pierwszy raz, chyba poszło mi nieźle - stwierdziła, a Minerva spojrzała w kierunku tarczy.
- Święta Melitele! Przecież wszystkie trafiły w środek...! - wykrzyknęła.
- Nie... Jedna poleciała do lasu, bo mnie skurcz złapał przy ostatniej... - skrzywiła się Anna, masując przedramię.
Łuczniczka spojrzała na nią z uznaniem i poszła wyciągnąć strzały z tarczy, a my dyskretnie się ulotniłyśmy.
- Dowiedziałaś się czegoś? - zapytała Anna.
- Niewiele... ale daj mi chwilę... - mruknęłam wertując harmonogram. Sądząc po zaplanowanych imprezach, konwent odbywał się z okazji ogłoszenia dnia oficjalnej premiery trzeciej części gry, która miała mieć miejsce w przyszłym roku. Wszyscy fani zjechali się, by dyskutować o tym, co przyniesie nowa gra. Dlatego część prelekcji była poświęcona zwiastunom i skrawkom informacji, które udało się wyciągnąć od producentów.
Powoli w mojej głowie zaczynała się kształtować jakaś teoria, ale nie byłam pewna czy dobrze kombinuję.
- Coś mi świta - mruknęłam do Ann. - Ale najpierw znajdźmy Wer.

***&***


Na moje szczęście i nieszczęście z namiotu wytargała mnie wściekła Ann.
- Co ty do jasnej cholery robisz? – odciągnęła mnie w odludne miejsce.
- A jak myślisz?! – warknęłam. – Wykonuje twoje polecenie… zdobywam informacje u źródła. 
- Że co proszę? – wtrąciła się Alice.
Poprawiłam swoją sukienkę i zauważyłam kogoś znajomego. Nie zważając na nic pobiegłam za znajomymi kolorowymi włosami. Ponownie intuicja mnie nie myliła.
- Hej – powiedziałam .
- O… hej, widzę, że się za mną stęskniłaś – Cassie mnie przytuliła.
- Ślicznie wyglądasz – pochwaliłam dziewczynę.
- Dzięki ty też – puściła do mnie oczko.
Stara dobra Cassandra. Chociaż jedno urozmaicenie.
- Wy, jak mniemam, w sprawie tych morderstw.
- Mhm… a ty? – spytałam.
- Robota trafiła się gratis – Cassie posłała mi zmartwiony uśmiech.
Ann i Alice w końcu mnie dopadły.
- Co to do cholery było?! – Myślałam, że Alice mnie rozerwie.
- Pogoń za marzeniami – zażartowałam.
Cassie wybuchła śmiechem.
- Hej – wydusiła z siebie Ann.
- Podejrzewam, że to Narcyza – wróciłam do rozmowy z Cassandrą.
- Mam ten sam tok myślenia, chociaż królowa nie wygląda na kogoś takiego i nie jest wiedźmą, sprawdziłam z Davem.
- On też tu jest? – wtrąciła się Alice.
- Jasne.
Jak na zawołanie zza zakrętu wyszedł Dave, przebrany za białowłosego gościa z mieczem. Postanowiłam się  nie odezwać, aby nie skrytykować jego wyglądu. Trzeba przyznać, że rzadko mi się to zdarza. Alice na jego widok prawie zakrztusiła się śliną.
- Serio? – spojrzała na niego z pod przymrużonych powiek.
- Geralt jak się patrzy.
- Wcale nie.
- Możecie przestać?! – wyskoczyła wkurzona Ann. – Mamy sprawę do rozwiązania.
- Ann ma rację – poparłam siostrę.
Cassie obracała w palcach pasmo moich włosów i nagle przestała.
- Spróbujmy uwieść Narcyzę. Może czegoś się dowiemy – zaproponowała.
- Ale niby kto ją uwiedzie? – spytała Alice.
Wzrok Cassandry skierował się na Dave’a.

- Chyba musiałaby by mieć nierówno… bez urazy – mruknęła Ann.
- Chyba ma, bo kręciła się obok nas cały poranek – powiedziała Cassie.
To przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Wysłałyśmy, więc Dave’a na romantyczną audiencję u królowej, a same rozdzieliłyśmy się i węszyłyśmy dalej. Ja z Cassie, a Alice z Ann. Ku naszemu niezadowoleniu, nic ciekawego się nie wydarzyło, więc z Cassandrą postanowiłyśmy potajemnie sprawdzić jak Dave’owi idzie zdobywanie informacji. Na szczęście stali przed namiotem. Obserwowałyśmy z daleka, ale coś mu się te zaloty nie udawały. Co gorsza zauważył nas i musiałyśmy wyjść z ukrycia. Narcyza od razu się ożywiła.
- Cassie – uśmiechnęła się.
W jej oczach pojawiło się coś takiego… czemu od razu nie odgarnęłyśmy, że Narcyza ma coś wspólnego z naszą Cassie? Przecież nikt normalny nie poleciałby na Dave’a.

***&***

- Więc co robimy? - Ann poprawiła swój strój i rozejrzała się w poszukiwaniu jakiegoś punktu zaczepienia.
- Ja muszę się przebrać, to cholerstwo jest diabelnie niewygodnie – mruknęłam, próbując nie myśleć o tym, jak bardzo niestabilna jest sukienka na moich ramionach.
- Nie ma mowy, idealnie odwracasz uwagę...! - wykrzyknęła Ann i niestety miała całkowitą rację.
- Czegoś szukacie, moje drogie? - podszedł do nas, a w sumie do mnie jakiś mężczyzna, z wyglądu przypominający osiłka. Pocieszyłam się myślą, że mam przy sobie broń i uśmiechnęłam się wymuszenie.
- Nie nie trzeba, dajemy radę, lepiej może już pój...
- Chyba, że możesz powiedzieć nam coś ciekawego o królowej – Ann przerwała mi w pół słowa, uśmiechając się niewinnie.
Osiłek z trudem oderwał ode mnie wzrok.
- Co?
Ann kopnęła mnie dyskretnie w nogę. Miałam ochotę zabić ją wzrokiem i odmówić udziału w tym przedsięwzięciu, ale czego się nie robi dla roboty...?
Przywołałam na twarz najbardziej zalotny uśmiech jaki byłam w stanie wyprodukować i odrzuciłam włosy na plecy, tak jak to się robi w filmach. Poczułam jak sukienka lekko mi się zsuwa z ramienia, ale udałam, że tego nie zauważam.
- Wiesz, jesteśmy nowe i nie do końca zorientowane – zrobiłam smutną minkę. - Jakbyś mógł nas trochę wprowadzić, to byłybyśmy naprawdę wdzięczne...
- Jasne, mogę ci co nieco opowiedzieć... - zgodził się natychmiast, totalnie ignorując Ann. Ta oczywiście natychmiast to wykorzystała i mówiąc bezgłośnie „poszukam Wer” zmyła się zanim zdążyłam pomyśleć w jaki sposób ją później zabiję.
Teraz musiałam się skupić na moim „adoratorze”.
Ruszyliśmy więc na spacer po terenie konwentu. Powoli zmierzchało, miał więc on znamiona romantycznej schadzki, co mój towarzysz potraktował dość dosłownie. Próbowałam zachować jak największy dystans, a jednocześnie wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji.
- Jestem strażnikiem królowej – mówił, próbując objąć mnie w pasie. Udałam, że muszę zawiązać buta. - Pilnuję jej namiotu, żeby nikt niepożądany nie wchodził.
- A więc pilnuje swojej prywatności... - zagaiłam.
- Bywa tajemnicza – odparł, kierując nas w stronę lasu. Nie spodobał mi się ten kierunek. - Czasami słychać jak się z kimś kłóci, choć nikt nie wchodzi. Możliwe, że musi czasem rozładować emocje, jest ostatnio bardzo nerwowa...
- Czyżby miała jakieś zatargi z kimś...? - zapytałam niewinnie.
- Skąd wiesz? - zapytał podejrzliwie, patrząc na mnie z góry.
- Ja, ech... - zarumieniłam się koncertowo, przesunęłam nogę tak, by uwidocznić szerokie rozcięcie sukni i mój towarzysz nie miał już więcej pytań. - Wracajmy może, bo trochę zimno się robi i ciemno – mruknęłam, uciekając z zasięgu jego ramion, nim zdążył mnie znów objąć.
To powstrzymało go tylko na kilka minut. Nie zdążyliśmy odejść za daleko, gdy znów próbował naruszyć moją przestrzeń osobistą. Tym razem nerwy mi puściły.
- Trzymaj łapki przy sobie, bo możesz je stracić... - warknęłam.
- Hej, hej maleńka... - przestał się miło uśmiechać. - Ja tu ci wszystko opowiadam, a ty tak do mnie niemile...? Coś mi się chyba należy w zamian, co...? - znów podszedł bliżej.
- Owszem, mogłeś sobie na mnie popatrzeć i za to nie oberwać. Jeśli się nie cofniesz i nie zostawisz mnie w spokoju, mogę szybko przestać być taka wyrozumiała...
Nie cofnął się. I popełnił błąd.
Kiedy zostawiłam go zwijającego się z bólu na skraju lasu, podwinęłam suknię i ruszyłam szybko w poszukiwaniu reszty ekipy. Znalazłam ich w pobliżu samochodu Wer i od razu naskoczyłam na Ann.
- Czyś ty oszalała, zostawiasz mnie z tym wariatem gapiącym się tam gdzie nie powinien i sobie idziesz jak gdyby nigdy nic! Masz szczęście, że nic mi nie zrobił...! - dopiero teraz dostrzegam ich marsowe miny. - Ej, a gdzie jest Cassie?
- Poszła do Narcyzy – odpowiedział mi Dave.
- A to nie ty powinieneś tam teraz być? - zapytałam podejrzliwie, w końcu łapiąc porządny oddech.
- Okazało się, że Narcyza ma z naszą Cassie wiele wspólnego – poinformowała mnie delikatnie Ann.
A. Aha. Rozumiem.
- Więc teraz z nią jest?
Dave pokręcił głową.
- Kiedy długo nie wracała podeszliśmy do Narcyzy, ale ta powiedziała, że już dawno wyszła. A nigdzie jej nie ma... - dodał zmartwiony.
- Jak kamień w wodę, nikt jej nie widział, odkąd zostawiłyśmy ją z królową – dodała Wer.
- Nie ufam tej całej naszej królowej – powiedziałam i opowiedziałam im, co usłyszałam od mojego napalonego adoratora, nie szczędząc Ann wrogich spojrzeń spode łba.
- Wygląda na to, że ktoś ja porwał – podsumował Dave, akcentując mocno słowo „ktoś”. - Erm, Alice? - rzucił, przyglądając mi się dziwnie.
- No? - zapytałam i zerknęłam na siebie. - Cholera, czemu nic nie mówicie?! - warknęłam na dziewczyny, nerwowo poprawiając skąpy dekolt sukienki, który w wyniku biegu odsłonił jeszcze więcej niż osobiście uważałam za przyzwoite. - A ty co się gapisz? - wygarnęłam również uśmiechającemu się głupio Dave'owi. - Już nigdy się nie dam wrobić w podryw dla dobra śledztwa...!
- Dobra, zamknijcie się już – uciszyła wszystkich Wer, jako jedyna nie przyłączając się do ogólnej wesołości, którą niestety udało mi się wywołać sowim strojem. - Zdaje się, że mamy przyjaciółkę w tarapatach. Jak w ogóle mogliśmy na to pozwolić...?!

***&***

Jak mogliśmy dać porwać Cassie? Nie mogłam w to uwierzyć.
- Co z nas za łowcy skoro ją straciliśmy? – zapytał Dave.
- Normalni – odparła Alice. – Znam ich dość krótko, a Wer porwano już kilka dobrych razy.
- Ciekawe czemu akurat ją? – rzuciła Anna.
- Porywają najatrakcyjniejszych – mruknęłam.
Nic nie trzymało się kupy. Przecież Cassie nie podpadła Narcyzie, a mimo to została porwana. Może to faktycznie ona zabijała i się zorientowała, że jesteśmy łowcami.- Ogarnijmy jakiś plan – zaproponowała Alice.
- Ile wiemy? – spytał Dave.
- Narcyza jest człowiekiem, więc coś jej pomaga… - zaczęła Anna.
- … coś czego nie znamy – dodał Dave.
Nie mogłam ich słuchać tylko wyszłam z namiotu w noc i… wpadłam na Olivera. Uśmiechnął się do mnie szeroko.
- Gdzie taka piękna dama się ukrywała? – zapytał.
- Nie mam nastroju – powiedziałam.
Mina, którą zrobił chłopak od razu sprawiła, że zrobiło mi się przykro. Nie powinnam przejmować przyzwyczajeń Alice i odtrącać wszystkich facetów. Zwłaszcza teraz, kiedy… nie miałam już dla kogo się powstrzymywać.
- Przepraszam – mruknęłam.
Złapałam go za dłoń i odciągnęłam kawałek od namiotu. Moje serce rozpadało się na tysiąc kawałków… wspomnienia Adama tak bardzo bolały.
- Co chciałbyś porobić? – zapytałam.
- Mogę pokazać ci coś niezwykłego – rozchmurzył się Oliver.
Kiwnęłam przytakująco głową i dałam się prowadzić przez ciemne tereny, oświetlone jedynie ogniskami. Z każdą sekundą dalej oddalaliśmy się od wioski. Las był coraz gęstszy. Ale przed nami majaczyło dziwne światło. Wyostrzyłam zmysły, aby szybko się obronić, jeśli będzie trzeba. Jednak tego się nie spodziewałam. Przed nami rozciągała się magiczna polana z fluorescencyjnymi kwiatami. Obok jednego z nich siedziała piękna kobieta. Jej karnacja była jasna, a włosy długimi kaskadami opadały na nagie plecy.
- Miałeś nikogo nie przyprowadzać – oburzyła się.
- Nie jesteś człowiekiem – wyrwało mi się.
- Jestem wróżką – oburzyła się kobieta.
Jej odpowiedź mnie oszołomiła.
- Jak Dzwoneczek? – zapytałam głupio.
- Ona jest kimś więcej – uśmiechnął się Oliver. – Przywołałem ją i …
- Co do cholery?! – przerwałam mu. – Więc to wy zabiliście tych ludzi?! Po co?!
Zaczęłam dygotać ze złości. Cholera, nie wiedziałam jak zabić wróżkę. Nie wiedziałam nawet, że coś takiego istnieje.
- Uspokój się. Nikogo nie zabiłam – oburza się dziewczyna.
- Więc kto?! Jest jakaś druga, żądna krwi wróżka?!
- Bystra jest, a nie wygląda – wróżka zwróciła się do Olivera.
Teraz już w ogóle nic nie rozumiałam.
- Słuchaj, Oliver mnie przywołał, ale nie mógł mnie zniewolić, co nie spodobało się Narcyzie, która chciała mnie wykorzystać. Sama przywołała sobie wróżkę, ale związała ją z sobą i stąd te śmierci – wyjaśniła wróżka.
- To może byś ją powstrzymała? – spytałam z nutką goryczy.
- Nie mogę – oczy dziewczyny posmutniały. – Trzeba zniszczyć zaklęcie wiążące.
- Jak?
- Nośnikiem zaklęcia, jest peleryna Narcyzy. Wystarczy ją spalić…
Nie potrzebowałam więcej. Biegiem wróciłam do namiotu i od razu Anna się na mnie wydarła.
- To wróżka! – wykrzyknęłam ignorując ją.
- Ktoś tu się za dużo „Piotrusia Pana” naoglądał – sarknęła Alice.
- Trzeba spalić płaszcz Narcyzy – kontynuowałam niezrażona.
Znowu zostałam zignorowana, więc postanowiłam nie marnować czasu. Od razu udałam się do namiotu Narcyzy. Środek okazał się być większy, jakby zaczarowany. Na środku stało ogromne łoże, a na nim była związana Cassie. Nagle zakręciło mi się w głowie, a obraz zaczął się rozmywać i nie stałam już w namiocie. Byłam na środku polany pokrytej białym śniegiem. Bose stop nie odczuwały mrozu, a na sobie miałam jedynie białą męską koszulę i czarne koronkowe majtki. Przede mną rozciągał się widok na jezioro pokryte cienkim lodem. Pod jego taflą ujrzałam uwięzionego Adama. Zaczęłam walić w lód, aż ten zaczął pękać. Jednak, kiedy całkiem zniknął, nie było już Adama, a jedynie ja osuwałam się na dno. Czułam jak ubranie nasiąka wodą i czekałam, aż jezioro mnie przykryje. Zamknęłam oczy i nagle ktoś wyciągnął mnie z wody.
- Nie dam ci się poddać – znałam ten głos, ale nie potrafiłam sobie przypomnieć do kogo należy.
Otworzyłam oczy i znowu stałam w namiocie. Tym razem Cassie nie była związana, a obok siedziałam smukła dziewczyna o jasnej karnacji i niezwykle jasnych włosach.
- Co to było?! – warknęłam.
- Czar obronny. Przedstawia w postaci przenośnej naszą potencjalną przyszłość – jej głos był hipnotyczny.
- Musisz jej pomóc – jęknęła Cassie. – Ona jest zniewolona.
Rozejrzałam się w poszukiwaniu płaszcza, ale nigdzie go nie zauważyłam.

***&***


- Gdzie ona znowu polazła? - westchnęłam, kiedy zauważyliśmy zniknięcie Wer.
- Może nie żartowała z tym Dzwoneczkiem – zasugerował Dave, ale Ann tylko się popukała w czoło.
- Chwila, ale jak ona to powiedziała...? - coś mnie tknęło. - Wróżki, tak?
- Aha, a co? - zapytała Ann.
- Daj kluczyki do auta – rzuciłam tylko.
Ann otworzyła mi wóz, a ja wpakowałam się na tylne siedzenie, gdzie leżała moja torba i wyciągnęłam pamiętnik moje mamy. Chwilę wertowałam go nim trafiłam na odpowiedni wpis.
Michael bardzo się ucieszył, gdy powiedziałam mu, że nasze maleństwo już kopie. Z tej okazji kupił dla niego (a może dla niej?) książeczkę z bajkami. Niestety nie znalazłam tam żadnej opowieści o wróżkach ani elfach. Kiedy go zapytałam, co jeśli urodzi się dziewczynka, a nie znajdę dla niej żadnej opowiastki o wróżkach, odpowiedział:
- Wróżki wcale nie są takie miłe jak myślisz.
I opowiedział mi co nieco o tych stworzeniach, o których istnieniu poza kartami bajek dotąd nie miałam pojęcia”
Poniżej następował skreślony dłonią mojej mamy wpis traktujący o naturze wróżek. Występowały również i te dobre, ale większość z nich bywała złośliwa. Ponadto mogły być zniewolone przez odpowiednią osobę, która miała nad nimi wtedy pełne panowanie. Czar, rzucony oczywiście w odpowiednich okolicznościach, był na trwałe związany z jakimś przedmiotem. Zerwanie zaklęcia następowało po spaleniu tego przedmiotu.
- Aha. Czyli Wer jednak nie oszalała – podsumował Dave, czytając mi przez ramię. Upewniłam się szybko, że chodziło mu tylko i wyłącznie o tekst. Chyba jestem trochę przewrażliwiona.
- Czyli Narcyza uwięziła wróżkę, która dla niej zabija...? - domyśliła się Ann. - I ma jakiś zaczarowany przedmiot, który ją uwolni...?
- Zadaje się, że tak – kiwnęłam głową.
- Zdaje się, że teraz obie są w opałach – dodał Dave i bez słowa ruszył w kierunku namioty Narcyzy.
- Dave, chwila, poczekaj... - zawołałam za nim, jednak w tym momencie usłyszałyśmy stłumiony krzyk.
Ann rzuciła mi szybkie spojrzenie i natychmiast pobiegła za Dave'm. Zaklęłam cicho pod nosem, podciągnęłam po raz wtóry tego dnia spódnicę i ruszyłam za nimi, starając nie potknąć się na niewidocznych w zapadających ciemnościach kamieniach.
Wpadliśmy nieco bezwładnie do namiotu.
Cassandra leżała nieprzytomna w rogu namiotu, a Wer stała sparaliżowana naprzeciwko jasnowłosej, eterycznej dziewczyny. Na środku namiotu stała sama Narcyza z furią w oczach.
- Zabij ją! - krzyczała do dziewczyny.
- Nie...! - odkrzyknęła, ale królowa wyszeptała jakieś słowo i jasnowłosa zwinęła się z bólu, a jej dłonie zaczęły świecić.
- Ann! - rzuciłam tylko, obie wiedziałyśmy co robić.
Młodsza Wilde rzuciła się na zagrażającą bezpośrednio Weronice wróżkę, a ja zaatakowałam Narcyzę, która dostrzegła w końcu naszą obecność. Jej twarz wykrzywił wściekły grymas i odparła mój atak, niewyciągniętym nagle z rękawa sztyletem, rozcinając mi suknię na wysokości pępka. Poczułam zadraśnięcie lecz byłam zbyt skupiona na mojej przeciwniczce.
- Zabij! Zabij ich wszystkich! - krzyknęła do wróżki, która jęknęła, nie wiadomo czy z powodu mentalnej tortury sprawującej nad nią władzę kobiety, czy od uścisku, w którym uwięziła ją Anna.
Narcyza znów zaatakowała mnie swoim sztyletem, ale byłam już przygotowana i odparłam atak. Mimo to, na mojej ręce pojawiło się nowe zadrapanie. Wtedy usłyszałam krzyk Ann, która puściła wróżkę, sama zwijając się z bólu.
- Płaszcz – wyszeptała Wer, próbując się wyrwać spod paraliżującego zaklęcia. - Płaszcz...
Rozejrzałam się, jednak nagle rozbroił mnie oślepiający ból, który wybuchł w mojej głowy jak miliony petard w Nowy Rok. Padłam na ziemię, myśląc tylko o tym, że nie marzą o niczym innym jak o szybkiej śmierci, tu i teraz.
- No, to to rozumiem, kochaniutka – rzuciła Narcyza, odgarniając włosy z czoła. - Nikt nie będzie mi przeszkadzał w zemście. Nikt – powtórzyła dobitnie.
- Doprawdy? - zapytał Dave, pojawiając się nagle w polu mojego widzenia. W jednej ręce trzymał bordowy płaszcz a w drugiej zapalniczkę.
W oczach Narcyzy pojawiło się przerażenie.
- Zabij go! Zabij NATYCHMIAST!!!
Lecz nim ktokolwiek zdołał wykonać jakiś ruch, Dave rzucił obie rzeczy na ziemię i płaszcz natychmiast zajął się jasnym płomieniem.
- Ups – rzucił tylko.
Ledwie płomień ogarnął większość płaszcza, czar puścił i wróciła mi pełna zdolność do myślenia. Zerwałam się na nogi i unieszkodliwiłam Narcyzę, z której nagle jakby zeszło powietrze. Próbowała się jeszcze rzucać, ale oddałam ją w ręce Dave'a i podeszłam do wróżki, po dordze podnosząc Ann.
- Przepraszam was, nie chciałam wam zrobić krzywdy – odezwała się, nim nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć.
- Poparzyłaś mnie – wytknęła jej Ann, pokazując bąble na rękach.
- Musiałam, ona mi kazała – wskazała królową. - Kiedy odmawiam posłuszeństwa, zabiera m to energię życiową i umieram. Muszę służyć osobie, która mnie zniewoliła. Ale teraz... – spojrzała na Narcyzę, która nagle skuliła się z jękiem w objęciach Dave'a. - Teraz jestem wolna.
- Dość – powiedziałam. - Dave, jakim cudem nie uległeś...?
- Miał to – wróżka uniosła palec i koszula Dave'a odsunęła się odrobinę ukazując wiedźmiński naszyjnik.
- To? - zdziwiłam się.
- Wiedziałem, że kiedyś mi się to przyda – wyszczerzył się Dave.
- I co mamy teraz z wami zrobić? - zastanowiła się Ann.
- Trzeba je odesłać – stęknęła Wer, podnosząc się z podłogi, na którą upadła, kiedy czar prysł. - Ją i jej koleżankę, której nie udało się usidlić.
- Myślę, że możemy wziąć ze sobą także Narcyzę – odezwała się wróżka lustrując mnie od stóp do głów. - Znajdzie się tam dla niej idealne miejsce... To o wiele lepsze niż te wasze... jak im tam? A!Więzienia – dalej patrzyła się na mnie dziwnie.
- Co? - warknęłam w jej kierunku mocno już poirytowana jej świdrującym spojrzeniem.
- Nic – uśmiechnęła się dziwnie. - Ładny strój, bardzo... odważny.
Zazgrzytałam zębami.
- Wybacz nie jesteś w moim typie – wycedziłam.
- To się dobrze składa – mruknęła i podeszła do Cassie – bo zdążyłam się już zaprzyjaźnić z waszą koleżanką.
A potem ją pocałowała.

 ***&***

- Mogę z tobą pójść? – spytała Cassie, kiedy blond włosa wróżka przestała ją całować.
- Tak, ale nie ma odwrotu, poza szczególnymi sytuacjami – odpowiedziała wróżka.
Cassie kiwnęła głową. Do namiotu weszła druga wróżka, ta którą przywołał Oliver. Postanowiła też wrócić pod naciskiem Dave'a i Olivera.
- Mogę się tylko pożegnać? – spytała smutno Cassie.
- Oczywiście.
Cassie podeszła do Dave’a i go przytuliła, następnie objęła Annę i Alice. Później podeszła do mnie. Objęłam ją mocno.

- Trzymaj się – powiedziała i pocałowała mnie w policzek.
- Ty też – uśmiechnęłam się smutno.
- Wiesz co? Powinnaś umówić się z tym od striptizu – puściła do mnie oczko i złapała obie wróżki za ręce. Pojawiło się oślepiająco światło i wszystkie trzy zniknęły. Poczułam niewysłowioną pustkę. Jakby ważna część mnie zniknęła. Dlaczego ostatnio ludzie ode mnie odchodzą? No i te słowa Cassie. Siedziały mi w głowie całą drogę do domu. Ann i Alice spały, a ja jadąc nieoświetlonymi drogami rozmyślałam nad Karlem. Zahamowałam gwałtownie, kiedy uświadomiłam sobie, skąd znałam głos z wizji. To był głos Karla.
***********************************************************************
Przepraszamy za długą nieobecność. Nie będziemy się tłumaczyć, bo to nie ma sensu. Nie obiecujemy, że coś się pojawi i kiedy to będzie, ale chciałybyśmy aby jednak było i to szybko.
Za wszelkie pomyłki merytoryczne przy Wiedźminie przepraszamy
Warto zaznaczyć, że czasowo mamy około rok 2013, więc jesteśmy w trochę w plecy :(
Jeśli ktoś nadal to czyta to dziękujemy. Powinien dostać medal za cierpliwość.
Serdecznie chciałybyśmy zaprosić na bloga naszego znajomego:


Jest ciut w innym temacie, ale jest i akcja i ciekawe postacie, co wynagradza lekko niedopracowany styl (ale każdy kiedyś zaczynał) :D
Jeszcze raz przepraszamy
Wasze SKRUSZONE,
S&S