Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

środa, 5 lutego 2014

Rozdział 15

Unforgiven Metalliki wyrwało mnie ze snu. Na oślep zaczęłam macać półkę przy łóżku w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w końcu go znalazłam i odblokowałam, aby móc odczytać sms, oślepiło mnie światło ekranu. Odczekałam chwilę i odczytałam wiadomość. „Kochanie, zgubiłem trop, a coś mi mówi, że powinienem być blisko Ciebie. Spotkajmy się w miasteczku Welling. Kocham Cie i bardzo tęsknie.” Spojrzałam na zegarek, dochodziła północ, a ja wiedziałam, że już dziś nie zasnę. Tak bardzo chciałabym mieć Adama teraz, tu przy sobie. Niestety będę musiała poczekać do rana. Jako, że i tak już nie miałam szansy zasnąć, wyjęłam z pod łóżka torbę podróżną i zaczęłam pakować swoje ubrania. W pewnym momencie z kieszeni jeansów wypadło rodzinne zdjęcie. Podniosłam je i usiadłam, opierając się plecami o łóżko. Spojrzałam na nie i z trudem powstrzymałam łzy. Miałam na nim może z trzynaście lat i akurat wygrałam zawody sportowe. Trzymałam złoty puchar, a w oczach taty widać było dumę. Szkoda, że bycie łowcą niszczy wszystko, począwszy od kariery na rodzinie skończywszy.
- Łowca musi być twardy – szepnęłam do siebie i schowałam fotografię do kieszeni.
Spakowałam resztę potrzebnych rzeczy i zeszłam na dół. Dziewczyny oczywiście jeszcze spały, dopiero dochodziła druga. Jak to miałam w zwyczaju włączyłam telewizor, akurat leciały widomości sportowe. Kolejna wygrana drużyny piłkarskiej, wygrana w tenisie i to co na chwilę przykuło moją uwagę. Jakiś skoczek, mama pewnie by go od razu poznała, ale ja nie, pozbierał się po niedawnym upadku. Ale to nie jest ważne.
- Nie przegrywa ten co upada, tylko ten który nie chce się podnieść – to jest ważne, jego słowa, słowa które zawsze powtarzała mama.
W kilka chwil wyłączam telewizor i zaczynam nerwowo bawić się pierścionkiem zaręczynowym. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziła mnie Ann i zapach frytek. To Alice starała się urozmaicić naszą jajeczną dietę.
- Czemu spałaś na dole? – zapytała Ann.
- Dostałam smsa od Adama i myślałam, że już nie zasnę – nie skłamałam.
- Śniadanie – w pokoju pojawia się Alice z miską gorących frytek.
Podnoszę się i siadam do śniadania zapominając o zmartwieniach. Jedzenie jest lekarstwem na wszystko. Po śniadaniu dałam dziewczyną czas na spakowanie się, a sama sprawdziłam w jakim stanie jest moje „maleństwo”. Na szczęście Imapala okazała się sprawna i mogłyśmy od razu wyruszyć. Harry postanowił zostać w domu, bo nie był jeszcze w stu procentach sprawny i pozbierany po przygodzie z ghulem. Usiadłam wygodnie za kierownicą i włączyłam radio. Z głośników popłynęły dźwięki November Rain Gunsów. Ann siedziała obok i szukała jakiejś roboty przy pomocy laptopa, a Alice drzemała z tyłu. Droga zajęła nam niecałe trzy godziny. Kiedy tylko zaparkowałam pod motelem i zobaczyła Adama, prawie rozwaliłam drzwi „maleństwa” o stojący obok słupek. Wybiegłam z samochodu i wtuliłam się w Adama. Dopiero teraz czułam, że wszystko jest na swoim miejscu.
- Kocham cię – wyszeptał mi do ucha.
- Czuję się jak w babskim filmie – wypaliłam.
Adam się zaśmiał, dołączyłam do niego.
- To ja idę mi i Alice załatwić pokój – mruknęła Ann i zniknęła we wnętrz motelu.
- A ja idę zrobić zakupy – powiedziała Ruda i ruszyła w kierunku jedynego sklepu w mieście.
- Dobra, chodźmy do pokoju – powiedział Adam i pociągnął mnie w kierunku budynku. Kątem okaz zauważyłam bardzo nerwowo zachowujące się dwie kobiety, ale zignorowałam to i podreptałam za ukochanym. Nasz pokój był taki jak zwykle, obskurny i brzydki, ale nie przeszkadzało mi to. Postanowiłam wziąć prysznic. Kiedy tak stałam pod ciepłymi strugami wody, zaatakował mnie nagły napad irracjonalnego lęku. Nie potrafiłam określić jego źródła, chwilę zajęło mi ogarnięcie się z tego dziwnego napadu. Owinięta w ręcznik wyjrzałam przez okno, aby pozbyć się resztek paniki i zobaczyłam wyryty w sąsiednim murze napis „Croatoan”. Zignorowałam ten akt wandalizmu i wyszłam z łazienki. Tak jak się spodziewałam Adam nie dał mi się ubrać, ponownie wylądowałam pod prysznicem. Po godzinie leżałam wtulona w niego i czułam się szczęśliwa, przez chwilę nie czułam się łowcą, czułam się zwykłą młodą kobietą.
Miałam dziesięć lat i nie mogłam spać. Po cichu podreptałam do pokoju Adama.
-Śpisz? –zapytałam szeptem.
- Nie. Coś się stało?
- Nie mogę zasnąć – szepnęłam i usiadłam na skraju łóżka.
Adam z cichym jękiem wygrzebał się z pościeli. W okolicach żeber miał brzydkie ślady od uderzeń kablem. Objął mnie delikatnie i pogłaskał po plecach.
- Możesz spać w moim łóżku – zaproponował.
- A Ty?
- Mogę spać na ziemi.
Spojrzałam w jego błękitne oczy i poczułam dziwne mrowienie w okolicy mostka.
- Mogę spać z tobą? – zapytałam nieśmiało.
Nie odpowiedział, bałam się, że mnie źle zrozumiał.
- Dobrze – szepnął w końcu.
Weszłam do łóżka, a on położył się obok. Ostrożnie ułożyłam głowę na jego zdrowych żebrach i wsłuchiwałam się w bicie serca.
- Gdybym stał się potworem – zaczął nagle – i nie byłoby ratunku, a poprosiłbym cie o to, zabiłabyś mnie?
- Tylko, jeśli byłaby to ostateczność, – szepnęłam – bo wiem, że zrobiłbyś to samo.
Za oknem usłyszałam dziwny hałas. Wyjrzałam i zobaczyłam jak jacyś młodzi chłopcy wszczynają bójkę. Nagle jeden ugryzł drugiego i zwiał. Patrzyłam oniemiała na ten obrazek, aż usta Adama na mojej szyi nie wyrwały mnie ze zdumienia. Dziwne było jak moje ciało na niego reagowało, miałam kilku chłopaków, ale nigdy nie było to coś takiego. Nie wiem co bym zrobiła gdyby zabrakło Adama.

***&***


Załatwienie pokoju w motelu, w którym zatrzymał się Adam zajęło nam zaledwie parę minut. Postanowiłyśmy jednak dać im czas się sobą nacieszyć po tak długiej rozłące i ruszyłyśmy z Ann na podbój miasteczka. Nie było w nim zasadniczo nic ciekawego, nie różniło się niczym od setek innych, które mijaliśmy jadąc na polowanie. Coś jednak przykuło moją uwagę.
- Ann, spójrz na tego faceta… - szturchnęłam brunetkę, kiedy siedziałyśmy w kawiarni i wcinałyśmy lody. To naprawdę była najciekawsza rzecz, jaką można było robić w Welling.
- No? – odwróciła się i podążyła za moim wzrokiem. – O co ci chodzi?
- Nie sądzisz, że zachowuje się… dziwnie? – zapytałam z lekkim niepokojem. Facet dreptał nerwowo wkoło fontanny i pocierał nerwowo ręce. Miałam wrażenie, że ma ochotę kogoś rozszarpać…
- Widać miał gorszy dzień… - skwitowała Ann, wzruszając ramionami. – Dasz wiarę, że nic kompletnie się nie dzieje w okolicy? – płynnie zmieniła temat. - Totalny brak duchów, wampirów, wilkołaków, duchów, zombie, wiedźm, duchów, zmiennokształtnych, duchów, demonów, duchów…
- Wiesz, że już cztery razy powtórzyłaś „duchów”? – zapytałam ze śmiechem, jednak wciąż nie mogłam oderwać wzroku od faceta. Coś było z nim nie tak…
- No, bo ostatnio było o nich głośno… - wyjaśniła. - Serio, pozbyłabym się tak dla relaksu jakiegoś ducha, a nie wiedźmy, demony, ghule i co tam jeszcze. Stary dobry duch, raz na jakiś czas nie zaszkodzi…
- Ech, te rozterki łowcy – westchnęłam. Facet zniknął z pola widzenia i poczułam się spokojniej. Co prawda wydawało mi się, że słyszałam krzyk… Wydawało mi się. Tej wersji się trzymajmy.
Chciałam kontynuować rozmowę, ale komórka w kieszeni moich jeansów zaczęła wibrować, więc przeprosiłam Ann i wyszłam na zewnątrz żeby porozmawiać. Kiedy nacisnęłam zieloną słuchawkę zerknęłam na wyświetlacz, ale było już za późno. Do tej pory ignorowałam te telefony, ale teraz musiałam w końcu odebrać…
- Alice, ignorujesz mnie – w jego głosie słyszałam pretensję. Ale głównie tęsknotę. Tak wielką, że aż zabolało.
- Jack…
- Nie podoba mi się sposób, w jaki skończyła się nasza ostatnia rozmowa – coś w jego głosie sprawiało, że czułam się podle. – A na dodatek mnie unikasz. Ile nieodebranych połączeń masz ode mnie.
- Ogółem 34, dzisiaj jedynie 5 – wykrztusiłam, sama sobie się dziwiąc, że wiem to tak dokładnie.
- Czy to ma mi coś zasugerować…? – w jego głosie słyszałam autentyczną obawę. Obawę przed tym, że powiem mu to…
To co było prawdą.
- Jack, ja… Ja muszę kończyć – natychmiast przerwałam połączenie. Nie dlatego, że chciałam uniknąć odpowiedzi na niewygodne pytanie, choć to też. Głównym powodem było jednak ciało młodej kobiety, o które omalże się nie potknęłam.
Zniszczenia dokonane na jej ciele świadczyły o tym, że ktoś dosłownie rozszarpał ją gołymi rękami. Leżała w bocznie uliczce, więc jeszcze nikt jej nie zauważył, choć do głównej ulicy było zaledwie paręnaście metrów. Nawet stąd widziałam Ann siedzącą przy oknie kawiarni.
Uklęknęłam przy ciele i sprawdziłam, czy nie ma śladów siarki, ektoplazmy… czy czegokolwiek, co potwierdziłoby mój domysł, że nie było to ani bestialskie zabójstwo, ani robota dzikich zwierząt. Nic takiego jednak nie znalazłam. Wysłałam anonimową wiadomość na policję i wróciłam do Ann.
- Jest źle – mruknęłam i gestem zachęciłam ją do wyjścia na zewnątrz.
- Kto dzwonił? – błędnie pomyślała, że dostałam jakieś złe wieści przez telefon. – Coś nie tak u chłopaków? – zaniepokoiła się.
- Nie, w Japonii spoko – odparłam, nieco fałszywie. Wątpię by Jack czuł się teraz „spoko”. – Spójrz za to na to – wskazałam na ciało kobiety, które właśnie było otaczane taśmą policyjną. Szybko działa tutejsza policja, nie ma co… Ale możliwe, że ktoś wcześniej ode mnie powiadomił władze o ofierze.
- Czy coś…? – zapytała szeptem Ann, kiedy próbowałyśmy przebić się prze tłumek gapiów. – Cholera, zapomniałam odznaki…
- Nie, nic nienormalnego – pokręciłam głową. – Ale nie wierze w dzikie psy…
- Może jakiś psychol…? – spróbowała Ann z powątpieniem.
- Tutaj? – zakpiłam. – To chyba najnudniejsze miasteczko w USA! – coś nagle mnie tknęło. – powtórz raz jeszcze to, co mówiłaś w kawiarni…
- Ale co?
- No to o duchach, wiedźmach…
- A… Duchy, wiedźmy, wampiry, duchy, wilkołaki, zombie… - urwała. – Zombie – powtórzyła.
- Wracamy do motelu – zarządziłam.
W motelu doszłyśmy do wniosku, że to nie zombie. Obserwując ludzi w drodze do naszego pokoju zauważyłyśmy więcej oznak pewnego zdenerwowania. Ann zdecydowała się zostać i poszperać w necie, a ja odnalazłam odznakę FBI i postanowiłam dowiedzieć się nieco więcej o ofierze oraz zajrzeć do biblioteki. Pożegnałam się z Ann, poprawiłam pistolet na pasku spodni i ruszyłam zdobywać informacje.

***&***

Ogarnęłam się nim Adam zdążył wstać. Byłam już spakowana, bo skoro Ann znalazła ciekawą robotę to nie było powodu, żeby siedzieć tu bezczynnie.  Pogładziłam oczko pierścionka zaręczynowego i usiadłam na łóżku. Nagle do pokoju wpadła sprzątaczka i rzuciła się na mnie z pazurami. Broniłam się, ale ona była nienaturalnie silny. Już miała rozorać mi szyję, kiedy usłyszałam strzał i kobieta padła martwa na ziemię. Adam pomógł mi wstać i mocno mnie przytulił.
- Coś tu jest nie tak – mruknęłam.
Adam tylko kiwnął głową i zabrał nasze bagaże. Zeszłam nas wymeldować. Recepcjonistka patrzyła na mnie dzikim, głodny wzrokiem. Rzuciła się na mnie, podobnie jak sprzątaczka, ale Adam znowu był szybszy. Dwa trupy w przeciągu kilku minut nigdy nie świadczą nic dobrego.
- To nie jest zbieg okoliczności – powiedziałam. – Musimy znaleźć Annę.
Pobiegłam do pokoju, który moja siostry dzieliła z Alice i zobaczyłam jak jakiś facet próbuje ją ugryźć. Sekunda i leżał martwy z kulką w głowie. Pomogłam siostrze wstać.
- Zombie apokalipsa – zażartowałam.
- Słyszałam, że w pobliskiej szkole są schrony – powiedziała Ann trzeźwo.
- Okey, to zawsze jakiś plan – powiedział Adam i podał Annie zapasową spluwę.
Szkoła była niedaleko, ale i tak zdążyła rzucić się na nas jakaś dzika staruszka, dwóch budowlańców, roznosiciel gazet i na dokładkę jakiś osiłek wychodzący z siłowni. Dostanie się do budynku szkoły było jednak niczym w porównaniu z próbą udowodnia kobiecie, która nie chciała nas wpuścić, że nie jesteśmy zainfekowani.
- Ona jest w ciąży. Chce pani mieć na sumieniu i ją i dziecko? – wypalił nagle Adam wskazując mnie.
- No dobrze – mruknęła kobieta i wpuściła nas do środka.
Byłam wdzięczna Adamowi za to szybkie kłamstwo. Dobrze, że nie wypaliłam czegoś głupiego i nie schrzaniłam jego pomysłu. Od razu daliśmy się do wyznaczonej klasy pełnej przestraszonych ludzi, dzieci i dorosłych. Usiadłam pod oknem i zaczęłam analizować sytuację. To nie może być atak zombie, bo z doświadczenia wiem, że wygląda to trochę inaczej, więc co? Ann usiadła obok i zaczęła zaplatać włosy w warkocz. W pobliżu jakaś kobieta bandażowała innej ranę od ugryzienia na przedramieniu. Czas zwolnił. Kobieta z ugryzieniem zwęziła źrenice i rzuciła się na tę pierwszą. Zachowywała się jak dzikie rozwścieczone zwierze. Ktoś rzucił się na pomoc i nim „zombie” kogoś ugryzła, padła na ziemię, martwa. To Adam oddał celny strzał, jak dobrze mieć go w pobliżu. Ktoś zabrał ciało kobiety, a ja nadal czułam się jak w szklanej kuli. Alienowała mnie od otoczenia, nie wiem dlaczego, ale czasem tak miałam. Zimna obojętność oblepia mnie całą i nie pozwala myśleć.
- Ciekawe co z Alice – powiedziała Ann i nieświadomie rozbiła szklany klosz.
- Mam nadzieję, że jest na tyle mądra, że nic jej nie jest – mruknęłam.
- Ja też – odparła Ann i spojrzała na wyświetlacz komórki. – Brak zasięgu, cholera – warknęła.
Adam się nie odzywał, ale mocno trzymał moją dłoń. Przez chwilę naprawdę pragnęłam by jego słowa były prawdziwe, pragnęłam mieć normalne życie z gromadką naszych wspólnych dzieci i biszkoptowym labradorem, biegającym po ogrodzie naszego domu. Przez tę miłość do niego bardzo zmiękłam, jak na łowcę.
- Kiedy to się skończy, serio zrobimy sobie dziecko? – zapytałam szeptem.
Spojrzał na mnie z dziwną miną.
- Jeśli tylko chcesz, ale najpierw musimy się pobrać – odszepnął.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale do klasy wpadła Ruda.
- Ja pierdole! – takiego słownictwa się po niej nie spodziewałam.

***&***


W drodze do biblioteki rzucił mi się wydrapany na ścianie domu napis CROATOAN. Ta nazwa coś mi mówiła… Coś złego. Dręczyło mnie to, ale ponieważ do kostnicy miałam bliżej niż do biblioteki, najpierw postanowiłam skorzystać z mojej odznaki.
Wylegitymowałam się przed wejściem do prosektorium i już po kilku minutach mogłam obejrzeć ciało. Z rozmowy z policjantem dowiedziałam się, że w tym tygodniu to już trzeci podobny przypadek. Poprzednie dwa morderstwa popełniono jednak na obrzeżach miasteczka, tak że winą obarczono dziki zwierzęta…
„Aha, jasne…” – pomyślałam, przyglądając się śladom po paznokciach na ciele poprzedniej ofiary. Nic jej nie mogło łączyć ze znalezioną dziś przeze mnie kobietą. Denatem był mile wyglądający starszy pan. To znaczy zakładam, że wyglądał mile, bo raczej niewiele zostało z jego twarzy…
Wizyta w prosektorium niewiele mi powiedziała poza jedną rzeczą – to nie zombie. Zawsze był to jednak jakiś szlak, więc wysłałam do Wer wiadomość. Poprawka, chciałam wysłać – telefon odmówił mi nagle posłuszeństwa.
- Co, do cholery…? – mruknęłam do siebie i potrząsnęłam aparatem, nic to jednak nie pomogło. – I po co ja kupowałam to badziewie…
Zrezygnowałam z próby skontaktowania się z resztą ufając, że sami dojdą do tych samych wniosków co ja i ruszyłam do biblioteki.
Przez całą drogę tajemnicze słowo tłukło mi się po głowie. Dobrze je znałam, ale nie potrafiłam go z niczym skojarzyć. Z niczym prócz… mamy.
- Słoneczko, podaj mi notatki…
- Dobrze, mamusiu – posłusznie podreptałam  do salonu i z trudem ściągnęłam ze stołu plik białych kartek zapisanych schludnym pismem mojej mamy. Ile sił w krótkich nóżkach pobiegłam do niej z powrotem.
- Dziękuję, kochanie – pogłaskała mnie po głowie i pocałowała w czoło. – Pobawisz się teraz grzecznie? Ja mam dużo pracy…
- A opowiedz mi wieczorem bajkę? – zapytałam z nadzieją.
- Dobrze, opowiem, ale musisz obiecać, że będziesz grzeczna…
- Będę! – zapewniłam, a mama pochyliła się nad notatkami. – Mamusiu…?
- Tak, Alice? – zapytała nieco już zmęczonym głosem.
- A o czym mi opowiesz…?
- Dzisiaj może o… „Mayflower”, o tym jak pierwsi osadnicy przypłynęli tutaj, do Ameryki…
- A będą duchy?
- Nie, dzisiaj bez duchów… Dziś mam już ich po dziurki z nosie. No, leć już – poprosiła. – Jak chcesz, możesz iść do Lisy, ale wróć zanim zrobi się ciemno…
- Dobrze, mamusiu – pocałowałam ją w policzek i popędziłam do przyjaciółki.
- W czymś mogę pomóc? – z zadumy wyrwał mnie zrzędliwy głos bibliotekarki.
- „Mayflower” – palnęłam, wciąż mając przed oczami twarz mamy. – To znaczy… Tak, poproszę coś o „Mayflower”.
- Coś konkretnego? – zapytała irytująco wysokim głosem.
- Najlepiej powiązane z hasłem „croatoan” – dodałam. Miałam niejasne wrażenie, że wspomnienie mamy opowiadającej mi o osadnikach i napis na murze się ze sobą łączą… i na dodatek mają sporo wspólnego z tymi zabójstwami…
- Nie ma czegoś takiego – stwierdziła bibliotekarka, po wpisaniu haseł do systemu.
- To tylko o „Mayflower” poproszę – zgodziłam się zmęczonym głosem.
Dostałam pokaźnych rozmiarów kupkę książek, z którymi usadowiłam się w kącie czytelni. Telefon nadal nie nadawał się do użytku. Westchnęłam i wyłączyłam go by nie marnować energii.
Przez kilka minut przebijałam się przez suchy, nic niewnoszący tekst. Mama, jako historyk, bardzo dużo uwagi poświęcała tej historii, więc znałam ją niemalże na pamięć. Nie bardzo jednak widziałam powiązanie z tym tajemniczym napisem. Z poczuciem dreptania w kółko ponownie włączyłam telefon i spróbowałam dodzwonić się do Harry’ego. O dziwo, udało mi się.
- Telefon ożył, słuchaj Harry, jest sprawa… - zaczęłam.
- No?
- Mówi ci coś nazwa croatoan? – zapytałam bez ogródek.
- Coś mi się obiło o uszy… czekaj… - mamrotał do siebie przez chwilę, a w słuchawce słyszałam trzaski sugerujące, że grzebie na półce z książkami… - Przykro mi, Alice, ale nie mogę ci pomóc. Już kiedyś, ktoś… Wiem! – ożywił się nagle. – Jack kiedyś mnie o to pytał, ale jemu również nie byłem w stanie pomóc. Zadzwoń do niego, może wie coś więcej…
- Jesteś pewien, że nic nie znajdziesz…? – zapytałam. Nie uśmiechało mi się dzwonienie teraz do Jacka.
- Sorry, szukałem ostatnio dla Jacka właśnie i totalna klapa. Nigdzie nic nie ma…
- Okej, dzięki – westchnęłam i się rozłączyłam, ale wpadłam na kolejny pomysł. Nie byłam pewna, czy był dobry, ale w ostateczności…
Długo szukałam numeru, ale w końcu znalazłam. Połączenie zostało odebrane po drugim sygnale.
- Siemasz, maleńka!
- Cześć, Dave… mam sprawę – odparłam.
- No, co tam zaprząta twą maleńką rudą główkę?
- Nie jestem ruda – warknęłam odruchowo. – Mówi ci coś nazwa „croatoan”?
- Nie – palnął od razu.
- Miałam na myśli, czy byłbyś w stanie czegoś poszukać na ten temat. W miarę szybko, jeśli łaska… - uściśliłam, wspinając się na wyżyny cierpliwości.
- Byłbym.
- Dave… Czy mógłbyś mnie nie denerwować?
- Mógłbym.
- Dave… - zaczynałam tracić cierpliwość.
- No, już, już… Myślisz, że jak się mieszka na takim zadupiu jak ja, to internet hula jak przeciąg w stodole…? Odpowiedź brzmi: nie.
- Domyśliłam się – westchnęłam. – I?
- I klapa. Podejrzewam, że historia z „Mayflower” jest ci znana? – zapytał.
- Czasem śni mi się po nocach. Nic, zupełnie?
- Opuszczona osada, napis „croatoan” wydrapany na drzewie, ani śladu po ludziach. Koniec.
- A może jakaś etymologia? Wierzenia? Bajki? Skojarzenia? Cokolwiek?
- Przykro mi – mruknął strapiony Dave.  – Pogrzebię jeszcze jednak, bo mnie zaintrygowałaś i jak coś zadzwonię…
- Jak się dodzwonisz… Zdaje się, że z zasięgiem tutaj jeszcze gorzej niż z twoim internetem… Hula jak przeciąg w próżni – sarknęłam i się rozłączyłam.
Nie było wyjścia. Musiałam zadzwonić do Jacka.
Chwilę czekałam, próbując zebrać siły. Do biblioteki wszedł jakiś nerwowy facet i cicho rozmawiał z bibliotekarką. Odwróciłam wzrok i skupiłam uwagę na telefonie. W końcu z westchnieniem wybrałam numer z listy kontaktów.
Odebrał dopiero po siódmym sygnale. Milczał, jakby czekał co mam mu do zakomunikowania.
- Harry mnie do ciebie odesłał – powiedziałam poprzedziwszy wypowiedź głębokim wdechem. – Potrzebuję pomocy.
- Co się stało? – jego głos brzmiał strasznie sucho. Idealnie pasował do zimnego drania, za jakiego go miałam, gdy go poznałam. Ale totalnie nie pasował do Jacka, którego znałam. Nie spodziewałam się, że aż tak mnie to dotknie…
- Wiesz może coś o croatoan? – zapytałam szybko, by nie zauważył mojego wahania.
- Owszem – odparł krótko.
- I?
Przez kilka chwil panowała cisza. W końcu odezwał się bezbarwnym głosem:
- Parę lat temu, podczas łowów trafiłem na gościa, który twierdził, że to co ścigamy to croatoan. Okazało się to złym tropem, ale co nieco udało mi się dowiedzieć… znalazłem jakieś stare księgi i… W każdym razie to coś jakby zaraza, z tego co wiem. Jest bardzo rzadkie, ale cholernie niebezpieczne. Zdaje się, że ma to coś wspólnego z jakimś demonem, ale nie zgłębiałem tego, bo nie było mi potrzebne…
- Zaraza, mówisz…? A wiesz, jak się tego pozbyć…? – mruknęłam, nieco rozproszona, bo rozmowa tocząca się za moimi plecami przybrała na sile.
- Nie da się, można jedynie odstrzelić zarażone osobniki… Czekaj, wy chyba nie…? – z jego głosu zniknął poprzedni chłód, a pojawił się jedynie niepokój i szczera troska. On nie potrafił być draniem. Nie dla mnie przynajmniej.
- Nie wiem jeszcze co to, ale wydrapane na ścianach napisy croatoan, raczej nie nastrajają optymistycznie…
- Alice… Uciekajcie stamtąd czym prędzej… - zrobił się śmiertelnie poważny, a w jego głosie usłyszałam nutkę przerażenia. – To naprawdę nie jest zabawa.
- Wiem, Jack. Nigdy nie była – odparłam cicho.
- Mówię serio. Zabieraj Wer i resztę i natychmiast wracajcie do Harry’ego. Natychmiast, słyszysz? – zawahał się przez moment, nim dodał. – Nie zniósłbym, gdyby coś ci się stało…
Nagle usłyszałam krzyk bibliotekarki. Bez słowa przerwałam połączenie i rzuciłam się w tamtym kierunku, wyciągając pistolet.  Przybysz przygniótł kobietę do ziemi i właśnie próbował wydrapać jej oczy. Odbezpieczyłam broń i bez większych przymiarek strzeliłam mu między łopatki. Podbiegłam do kłębowiska ciał, odsunęłam napastnika, by sprawdzić, czy kobiecie nic się nie stało. Miała liczne zadrapania na twarzy, ale poza tym, raczej nic jej nie było.
- Spokojnie, jestem z FBI – pokazałam jej odznakę. Miała rozbiegany wzrok i szaleństwo w oczach. W sumie się jej nie dziwiłam… - Wszystko w porządku?
- Tak, tak…
- Jest w mieście jakieś miejsce, gdzie nikt niepożądany się nie dostanie? – zapytałam. Jack mówił o zarazie…
- Schron w szkole – wyszeptała, a w jej wzroku pojawiło się coś dzikiego. Zorientowałam się w ostatniej chwili i zdążyłam odskoczyć, nim kobieta zdążyła mnie drasnąć. Przeładowałam pistolet i wystrzeliłam. W ostatnim momencie.
Nawet nie zauważyłam jak mocno bije mi serce. Waliło jak oszalałe. Zarażenie przez krew… Cudem tego uniknęłam. A Jack mówił, że nie ma lekarstwa...
Kobieta mówiła o schronie, więc postanowiłam się tam dostać. Coś czułam, że to tam spotkam Wer i resztę. Przeładowałam dla bezpieczeństwa pistolet, zgarnęłam jednym ruchem ze stołu notatki i wyszłam z biblioteki.
A raczej wmurowało mnie w progu.
- O ja pierdolę… - wyrwało mi się, kiedy wpakowałam się w sam środek rzezi. – O ja pierdolę…

***&***

Nagle doznałam olśnienia. Szybko wyjęłam z naszej torby mój dziennik i zaczęłam go kartkować. Po tym jak zarażeni przez ugryzienia ludzie, zaczęli atakować, została nas ledwie garstka. W końcu trafiłam na stronę z napisem „Demony różne i różniste” . Szybko przebiegłam wzrokiem po literach i znalazłam to czego szukałam. „Croatoan to imię demona, który sprowadza piekielną zarazę. Podejrzewa się, że to on jest odpowiedzialny za wyginięcie kolonialistów.”. To właśnie jego imię było wyryte na murze, wiedziałam, że skądś znam to słowo.
- Adam, to Croatoan – powiedział do niego.
- Jesteś genialna – powiedziała Ann.
- Zgadzam się – dodał Adam.
- Do zarażenia dochodzi przez kontakt z krwią – przypomniałam sobie co mówił mi tata.
Biegnę przez las i staram się dogonić Adama, ale skubany jest dla mnie za szybki. Zatrzymuję się by odetchnąć i zauważam rannego zajączka. Ostrożnie biorę go na ręce i zauważam brzydką rozległą ranę na tylnej łapie. Wyglądała jakby zaatakował go dziki ptak. Postanowiłam go opatrzyć. Wyjęłam z małego plecaczka zestaw „mała apteczka” i zajęłam się opatrywaniem łapy. O dziwno zwierze nie rzucało się i pozwoliło mi się sobą zająć. Po jakiejś chwili dołączył do mnie Adam, który chyba się zorientował, że go zostawiłam.
- Mogłaś mnie zawołać– powiedział z wyrzutem.
- Mogłeś się obejrzeć – zażartowałam.
Bałam się, że Adam się obrazi, ale on tylko pomógł mi opatrzyć ranne zwierze. Podczas tej czynności ani razu się do siebie nie odezwaliśmy. Czasem tak  było, że wystarczała nam sama obecność. Zajączek zyskał imię Fatty i opiekowaliśmy się nim, aż wyzdrowiał.
***
Nie mogłabym żyć bez mamy. Jej uśmiech każdego poranka i ten dziwny zwyczaj oglądania skoków. Co ona w tym widzi? Nie potrafiłam tego zrozumieć, ale jak zwykle siadłam obok i udawałam, że patrzę. Uśmiechała się wtedy, a ja kochałam jej uśmiech. Szczerze przyznam, że nie byłabym chyba w stanie wymienić żadnego skoczka, ale mamie wcale to nie przeszkadzało. Kibicowała za nas obie. Tak naprawdę ożywiałam się tylko kiedy tabelce startowej zasiadał skoczek w charakterystycznym fioletowym kasku. Tylko jemu kibicowałam, nawet nie wiem dlaczego, tak po prostu było. Po prostu kolejne dziwactwo Weroniki Wilde, nic niezwykłego.
- Musimy wytłumaczyć pozostałym co tu jest grane – powiedziałam.
- A co im powiesz? – spytał Adam.
- Prawdę – odparłam i wstałam.
Udałam się do kobiety, która w moim mniemaniu, nam przewodziła i opowiedziałam jej do jakiego doszliśmy wniosku. Najpierw mnie wyśmiała, ale kiedy zobaczyła powagę wypisaną na mojej twarzy, mina jej zrzedła.
- Nie żartujesz – mruknęła.
- A wyglądam jakbym żartowała? – zapytałam.
Kobieta przygryzła wargę.
- Co powinniśmy zrobić? – zapytała.
- Postarać się nie dać zarazić i przetrwać.


***&***

Kiedy wpadłam do szkoły, Wer właśnie doszła do tych samych wniosków co ja. Potworna zaraza, na którą nie ma lekarstwa. Naprawdę potworna. To co się działo na ulicach spokojnego jeszcze rano miasteczka… Zaraza rozprzestrzeniała się w tempie geometrycznym, nadal nie wiem jakim cudem w całości dotarłam do schronu. Choć szkoła była w niewielkiej odległości od szkoły wystrzelałam cały zapas naboi.
- Macie jakąś broń? – zapytałam Ann, kiedy Wer informowała resztę zabranych w schronie o sytuacji.
Adam bez słowa podał mi zapasowy pistolet z dwoma kompletami naboi. Przytroczyłam broń do paska od spodni, a naboje do kieszeni spodni moro.
- Co robimy? – spytałam raz jeszcze, bo co nieco mnie ominęło, kiedy próbowałam zmyć z siebie brud i kurz. Oraz zaschniętą krew, pilnując by nie miała kontaktu z moją własną…
- Próbujemy nie dać się zarazić…
- A jaką mamy pewność, że tu nie ma zarażonych? – zapytałam trzeźwo.
- Spokojnie, strażnik przy wejściu pilnuje… - odparła swobodnie Wer, ale w jej oczach wyczytałam zupełnie inną wiadomość: „Żadnej”.
- Okej, czyli siedzimy na tyłkach, czekamy aż ci na zewnątrz się wymordują i czekamy na pomoc? – podsumowałam. – Fantastycznie…
- Na razie nie ma lepszego planu – westchnęła Ann.
- lepszy taki plan niż żaden… - mruknęłam, starając się by nie zabrzmiało to ironicznie. Udało mi się to jedynie częściowo.
Siadłam w kącie i próbowałam uaktywnić mój telefon, ale nie chciał działać pod ziemią. Mimowolnie pomyślałam o tym, co powiedział Jack. Jak to szło…? „Nie wiem co bym zrobił, gdyby coś ci się stało…”? Czułam, że go potwornie ranię. I sama miałam sobie ochotę za to przyłożyć. Był idealny. Łowca może związać się tylko z łowcą. Innej opcji nie ma. Mike próbował być z moją mamą, ale źle się to dla nich skończyło. Dla obojga. Dlatego Jack był dla mnie idealny. Był łowcą. Kochał mnie. Troszczył, martwił i wspierał.
Był tylko jeden problem. Ja nie byłam łowcą. Przynajmniej nie całkowicie. Wciąż walczyły we mnie dwie natury, dwie różne Alice. Jedna kochała Jacka, a druga…
- Alice, mam zasięg! – Ann wyrwała mnie z zamyślenia.
- Zdaje się, że masz pancerny telefon… Daj załatwię to – wcześniej ustaliliśmy, że musimy wezwać pomoc. Najlepiej wojskową.
Wzięłam telefon i przez kilka chwil załatwiałam pomoc. Bardzo przydały się moje talenty aktorskie, których ostatnio odkrywałam w sobie niezliczone pokłady. Talenty oraz gruntowny kurs Harry’ego, który zdążył mnie w  międzyczasie przeszkolić na takie okoliczności.
- Miasteczko jest odcięte od świata, droga zablokowana. Dotrą tu najwcześniej o świcie – zrelacjonowałam.
- Czyli czekamy? – zapytała Ann.
- Musimy się jeszcze przygotować… - westchnęłam, czując że ogrania mnie senność. – Są tu jakieś koce, ubrania, jedzenie, leki? Spędzimy tu trochę czasu, więc musimy się przygotować…
Ktoś zgłosił się, że pójdzie do szkolnej stołówki po chleb i wodę, inny po koce, a Wer zaofiarowała się, że załatwi apteczkę. Chciałam iść z nią i ją osłaniać, ale Ann położyła mi rękę na ramieniu.
- Wyglądasz, jak trup… Weź się prześpij trochę… - podała mi koc, a ja bez zbędnych protestów zwinęłam się w kłębek i zasnęłam niespokojnym snem.

***&***

- Zastanawiałaś się kiedyś co jest potem? – zapytał.
- Potem to znaczy kiedy? – mruknęłam próbując zszyć jego spodnie.
Pech chciał, że kiedy wspinaliśmy się na drzewo jego się rozerwały, więc siedział teraz przede mną w samych majtka i jak zwykle filozofował.
- Po śmierci. Czy jest coś później?
- Na pewno piekło, bo skądś demony pochodzą – odparłam, powoli kończąc pracę.
- A oprócz? Czyściec? Hades? Elizjum? Niebo? – drążył.
- Nie wiem, chyba nie ma nic – co go tak wzięło?
Nic nie powiedział tylko podrapał się po policzku, rozdrapując świeży strupek.
- Przestań – skarciłam go i odciągnęłam jego dłoń.
- Tak się szybciej goi – powiedział cicho.
- Wcale nie – odparłam i pocałowałam rankę. – Teraz to rozumiem, że się zagoi szybciej.
- Nie zgadzam się z tobą.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Skoro istnieją tacy ludzie jak ty, to musi istnieć dla nich miejsce po śmierci – wytłumaczył.
Musiałam iść po te cholerną apteczkę, bo oczywiście nikt inny tego nie zrobi. Wyszłam z bezpiecznej sali uzbrojona w pistolet ze srebrnymi kulami,  niby zabijają ich już zwykłe, ale lepiej chuchać na zimne. Przeszłam kilka kroków i skręciłam na schody. Rozejrzałam się, droga wolna, ruszyłam dalej kurczowo ściskając broń. Sala biologiczna była niedaleko, weszłam do niej i odetchnęłam z ulgą, była pusta. Znalazłam apteczkę i już miałam wracać, kiedy ktoś się na mnie rzucił. Nie mogłam się ruszyć usłyszałam strzał.
- Już wszystko dobrze – usłyszałam szept.
To Adam mnie przygniótł. Odwróciłam się, krwawił i to dość mocno.
- Czy on? – głos mi się załamał.
Adam spojrzał na mnie smutno.
- Nie mógłbym cię stracić – szepnął tylko.
Czym prędzej zeszliśmy na dół.
- Opatrzę to i wszystko będzie w porządku – mówiłam bez przekonania.
- Oboje wiemy, że tak nie będzie – powiedział cicho. – Musisz mnie zabić nim zacznę atakować.
- Nie – powiedziałam słabo.
- Obiecałaś mi to kiedyś.
Wręczył mi mój pistolet i stanął przede mną. Do sali weszły dziewczyny i spojrzały na mnie przerażone.
- To jedyne rozwiązanie – powiedział do nich Adam i pokazał krwawiącą ranę.
Dziewczyny popatrzyły na mnie ze smutkiem i zrozumieniem i wyszły.
- Kocham cię – powiedział do mnie.
- Zawsze będę cię kochać – wtuliłam się w niego.
Przyłożyłam lufę do jego piersi i obraz mi się rozmazał. Adam pocałował mnie ostatni raz, a ja pociągnęłam za spust. Na jego piersi pojawiła się czerwona plama, zaczęła się powiększać, a Adam upadł martwy na podłogę. Wybiegłam z płaczem. Alice i Ann próbowały mnie zatrzymać, nawet coś mówiły, ale nie słuchałam ich. Teraz było mi wszystko jedno. Jakimś cudem dotarłam do Impali i odpaliłam samochód. Z powodu łez świat był rozmazany, ale miałam to gdzieś i ruszyłam przed siebie. Nie wiem jak długo jechała, ale w pewnym momencie wyskoczyła mi sarna, więc skręciła w bok i wbiłam się w drzewo. Nic mi się nie stało, nie wiem jakim cudem, bo samochód był prawie całkowicie zniszczony.
- Za  życie nie potrafiłam udowodnić ci, że jesteś ważniejszy od tego auta – załkałam na głos.
Kopnęłam wściekła w oponę i usiadłam na ziemi. Łzy spływały po mojej twarzy strumieniami. Nigdy wcześniej  nie czułam takiej pustki. Wisząca na szyi srebrna obrączka ciążyła mi niemiłosiernie. Chciałam zdjąć pierścionek zaręczynowy, ale jakby przyrósł mi do skóry. Rozejrzałam się i zobaczyła rozdroża i wtedy mój mózg zaczął pracować. Mogę dobić targu. Nagle usłyszałam swój telefon, który o dziwo wyszedł bez szwanku z wypadku. Odebrałam.
- Gdzie jesteś?  -usłyszałam spanikowany głos Ann.
Jak mogłam o niej zapomnieć. Miałam przecież jeszcze cel w życiu i to bardzo ważny. Musiałam za wszelką cenę chronić siostrę. Wiedziałam to, ale i Adam to wiedział.
- Jestem w jakimś lesie i rozbiłam Impalę, więc musicie przyjechać po mnie i szczątki maleństwa.
- Czy ty próbowałaś się zabić? – zapytała z naganą i strachem.
- Nie, bo wybrałabym lepszy sposób.
Ann rozłączyła się i podejrzewa, że zaczęli namierzać mój telefon. Sen i przepowiednia w jakiejś części się wyjaśniły, ale co z pozostałymi frazami?  „Jeszcze nie nadszedł ten czas. Tym razem musisz odpuścić, aby później móc zwyciężyć” to sugestia, że tym razem rozdroża nic nie dają, bo w końcu te słowa padły po tym jak kosiarz mówił mi, że do niego przyjdę. „Ta miłość nie jest ci pisana” to o tym, że Adam umrze i nie będziemy żyć długo i szczęśliwie . „Pisana ci śmierć i odrodzenie. Strata i nadzieja. Jeden twój błąd może zmienić przyszłość wielu” ale te pozostają zagadką.
*********************************************************************************
To taki bonus za ostatni zastój :)
Mamy nadzieję, że się spodoba (ja w przeciwieństwie do Szal nie usłyszałam gróźb :p )
Jakby ktoś pytał "czemu?" to spieszę z wyjaśnieniami ;)
1) za dużo słodkości Wer-Adam
2) bo w Supernatural zawsze bark Happy Endów
3) za dużo bohaterów nam się kręciło w notce
4) coby namieszać
Kilka nawiązań do skoków, ale nie martwcie się na dłuższy czas to tyle ;)
S&S

PS: Dziękujemy za ponad 7 tysięcy wejść. Jesteście WIELCY!

29 komentarzy:

  1. Czuje po przeczytaniu tego rozdziału pewien niedosyt. Ciekawa i wciągająca akcja i nim się człowieku obejrzysz to już koniec. Zdziwiło mnie trochę to, że uśmierciłyście Adama. Nie jest mi go jakoś szkoda ale szkoda mi Wer. Co z tego z tego że go nie lubiłam ale dlaczego Wer musi cierpieć?? A tak przy okazji mam taką małą prośbę, jak będziecie tworzyć jakiegoś nowego chłopaka dla niej to niech będzie to przeciwieństwo Adama bo gościa nie znosiłam. Nie potrafię podać jakiś logicznych argumentów prócz jednego ,,bo tak''
    Kiedy pojawi się nowy rozdział?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten rozdział jest dłuższy niż poprzedni, ale pracujemy nad jeszcze dłuższymi :)
      Ciekawa jestem dlaczego tak nie lubisz Adama?
      Przeciwieństwem to znaczy?
      Nowy rozdział planowo na koniec miesiąca ;)
      Pozdrawiamy
      Szur, S&S

      Usuń
  2. Nowy rozdział jest boski :-). Fantastyczny :-). Jestem nim oczarowana :-) I zaskoczyłyście mnie pozytywnie tym, że już dałyście nowy rozdział :-). Po jego przeczytaniu mam ochotę na wiecej :-). Hmmm, rozdział bardzo mi się podobał :-). Jednak szkoda mi Wer ... musiała zabić Adama ... bardzo jej współczuje ... Troche wyjaśniły się słowa z przepowiedni ... ale dalej mnie one intrygują :-). Już nie mogę się doczekać nowego rozdziału :-). Czekam z niecierpliwością :-)
    Pozdrawiam i życzę weny :-).
    Karolina J

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy (a ego rośnie :p )
      Więcej będzie na koniec miesiąca (dlatego dzięki za wenę, bo się przyda)
      Co do Adama to planowałam to od powstania bloga :)
      Pozdrawiamy :D
      Szur, S&S

      Usuń
  3. Zaje*****. Notka po prostu the best. Wartka akcja, fajne dialogi i w ogóle kawał dobrej roboty. Każdy następny rozdział jest coraz lepszy. Zakończenie trochę smutne, ale czytając w poprzednich rozdziałach te wszystkie słodkości robiło mi się trochę niedobrze (wreszcie jakaś odmiana). Jeszcze raz WIELKIE BRAWA i SZACUN. Nie mogę się doczekać Nn. Mam nadzieję, że będzie równie szybko ;D

    P.S.
    Teraz widzicie czemu Dave zawsze ma dwa pistolety :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Najdłuższy komentarz w Twojej karierze czytelnika AWY :P
      Odnoszę dziwne wrażnie, że mało kto przepadał za Adamem... NN pod koniec miesiąca najprawdopodobniej, a bestiariusz uzupełnimy na dniach, jak mi się zachce :]
      Miłego wieczoru,
      Szalona, S&S

      Usuń
  4. U was zawsze takie mroczne akcje ! I to mi się podoba :) Na początku to się przestraszyłam jak Jack do Alice powiedział żeby zabierała wszystkich i natychmiast stamtąd spadali, no i żeby się nie zaraziła... No no pomysłowe!
    Właśnie zakończenie takie inne teraz :>
    Czekam na dalsze posty .
    Lumi,

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * jak gdyby coś to prawie na końcu miała być smutna buźka :<

      Usuń
    2. Ugh, mam nadzieję, że Cię nie wystraszyłyśmy. Akcję sukcesywnie zagęszczamy. Pomysłowość to nie nasza zasługa, bo pomysły czerpiemy z serialu "Supernatural", do oglądania którego serdecznie zapraszamy :D
      Szalona, S&S

      Usuń
  5. Jejku !!! Po prostu genialny rozdział !!! Tak mi szkoda Wer musiała zabić Adama ;C A do tego Alice tak się bałam,że jej coś się stanie.... No i nadal nie wiem z kim ona będzie...Mam wielką nadzieję,że następny rozdział pojawi się już niedługo. Życzę duuużo weny i czekam ;)
    PS.Zapraszam do siebie na nowy rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział pod koniec miesiąca, tak jak miało być. Wszyscy się martwią o Alice - czy ona naprawdę wydaje się Wam taką ciamajdą ^^?
      Dzięki za wenę, napewno się przyda. Do Ciebie zajrzymy, jak tylko się nieco ogarniemy :) Narazie trwa show... A show must go on!
      Szalona, S&S

      Usuń
  6. Kiedy następny rozdział ? ;3

    OdpowiedzUsuń
  7. Bosz <3 Świetne <3 Chcę już kolejną część .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak więc odpowiem hurtem...
      Co do NN, przeczytamy jak znajdziemy czas (chyba, że już przeczytałyśmy, ale zdążyłyśmy zapomnieć - też tak się mogło zdarzyć w ferworze walki).
      A do do następnego rozdziału...
      Tak więc ten weekend to ostatni weekend ze skokami, któe ostatnio pochłaniają całą naszą uwagę, więc jest szansa, że wrócimy do świata żywych w przyszłym tygodniu. I prawodpodobnie zajmiemy się Supernatural, coby jakoś przewegetować do letnich zawodów... Innymi słowy, notka albo w przyszłym tygodniu, albo po 10 kwietnia (Szal wyjeżdża... znowu).
      Tyle w tym temacie, dzięki za wytrwałość :)
      Szalona, S&S

      Usuń
    2. A bd Jack i Alice w nowym rozdziale?

      Usuń
    3. Alice na pewno :D Co do Jacka to nie jestem pewna, zobaczymy jak się uda. Na pewno nie osobiście.
      Skoki juz skończone, ale Szalona zagoniona, więc NN dopiero w połowie kwietnia. Wybaczcie, obiecujemy, że nie będziecie żałować!
      Szalona, S&S

      Usuń
    4. Kocham Alice i Jacka . Tylko szkoda ,że tak mało jest o tej 2 razem xd .

      Usuń
  8. Kocham was i tego bloga. <3 chce juz nowy rozdzial <3

    OdpowiedzUsuń
  9. Ach tak...
    @anonimowy1: Dziękujemy. NN się pisze.
    @anonimowy2: NN niedługo... jak się zbierzemy do pisania. Postaramy się żeby była w weekend, bo potem Szal wyjeżdża [znowu...]
    A anonimek z poprzedniego komentarza: Alice+Jack to bardzo fajna para moim zdaniem, ale chwilowo są rozdzieleni (i wg planu, który mam troche potrwa zanim się spotkają, zwłaszcza przy naszym tempie -.-'). Zawsze jednak są telefony i w NN na pewno parę takich rozmów będzie. Może odrobina dramaturgii też zostanie wprowadzona.
    W każdym razie żyjemy i jak tylko zmotywuję Szur do roboty, to coś się tu pojawi juz niedługo. Oby.
    Szalona, S&S

    OdpowiedzUsuń
  10. I znów genialny rozdział. :)
    Zapraszam do siebie : http://nowe-zycie-lisy.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dzięki :)
      Jasne, że zajrzymy, teraz mamy więcej czasu więc nowa notka powinna się pojawić do końca roku szkolnego, o ile Szurniętej nie braknie samozaparcia :]
      Szalona S&S

      Usuń
  11. Genialnie piszecie <3 chcialabym juz nowy rozdzial

    OdpowiedzUsuń
  12. Odpowiedzi
    1. Hah, 16 już jest, a 17 się właśnie pisze, więc powinien być na dniach (nie ma to jak odpisywać na komentarze z rocznym opóźnieniem...-.-')
      Szalona, S&S

      Usuń
  13. http://hogwart-moimi-oczami.blogspot.com/ <----- Na blogu pojawił się rozdział pierwszy nowej historii! Serdecznie zapraszam! :D

    OdpowiedzUsuń