Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 14

W końcu zaparkowałam zmęczona przed domem Harry’ego. Podróż trochę dała mi w kość, a uparłam się, że to ja będę prowadzić. Weszłyśmy do środka, Adam z Harrym nie wrócili jeszcze z polowania. Nie byłam zbytnio zdziwiona, wiedziałam, że takie szczątkowe informacje zawsze przedłużają robotę. Weszłam do kuchni i zajrzałam do lodówki. Jajka, jajka i… filety z kurczaka. A już myślałam, że łowcy żyją tylko na jajkach. Wygrzebałam z szafki płatki kukurydziane i zabrałam się za panierowanie naszej kolacji.  Nie wiem co w tym czasie robiły dziewczyny, ale kiedy zaniosłam gotowe kotlety na stół, szeptały coś między sobą. Postanowiłam nie wnikać, byłam zbyt zmęczona.  Kiedy zaspokoiłam głód, a Alice zaoferowała się pozmywać, nie zwlekałam dłużej tylko wgramoliłam się do swojego pokoju, przebrałam w rozciągnięty T-shirt z napisem „Welcome to hell” i pentagramem. Twórca koszulki zapewne nie wiedział, że umieścił na niej symbol ochronny. Czasem zastanawiam się, czy ja również potrafiłabym być zwykłym, niczego nieświadomym człowiekiem. Zapewne nie, bo to życie tak mocno wgryza się w ciebie, że nie da się od tego uciec. Co prawda my wiemy jak się bronić, ale jesteśmy też tysiąc razy bardziej narażeni. Rozpuściłam włosy i wpakowałam się do łóżka, wtuliłam twarz w poduszkę przesiąkniętą zapachem Adama i zasnęłam. Moje sny z reguły są dziwne, takie już uroki życia łowcy, ale dzisiejszy przeszedł samego siebie. Stałam na rozdrożu otoczona przez watahę ogarów piekielnych, a przede mną  stał demon z rozdroży, z którym ostatnio mieliśmy do czynienia. Patrzył na mnie swoimi czerwonymi oczami.
- Jeszcze kiedyś do mnie przyjdziecie. Ty przyjdziesz – powtarzał w kółko, wskazując mnie palcem, a natrętne ogary lizały moje odkryte nogi. Nagle zza drzewa wyszła Virginia. Nie spodziewałam się ducha wieszczki w moim śnie. Spojrzała znacząco na demona i watahę.
- Jeszcze nie nadszedł ten czas. Tym razem musisz odpuścić, aby później móc zwyciężyć – szepnęła, a rozzłoszczony demon zabrał ogary i zniknął.
- Czy możesz w końcu przestać bredzić i powiedzieć mi coś co mi pomoże?! – wydarłam się na Virginię.
- Ta miłość nie jest ci pisana - usłyszałam jej dźwięczny głos, w swojej głowie. - Pisana ci śmierć i odrodzenie. Strata i nadzieja. Jeden twój błąd może zmienić przyszłość wielu
- To już wiem do cholery, a może coś nowego?! – warknęłam.
Wtedy dziewczyna dotknęłam mojego policzka i przed oczami, na ułamek sekundy, stanął mi obraz mnie wbijającej się Impalą w drzewo. Obudziłam się gwałtownie i spadłam z łóżka. Zapomniałam, że położyłam się po stronie Adama i w tę stronę znajduje się podłoga. Nie przejęłam się głupim wymysłem mojego umysłu, tylko poszłam się ogarnąć i zeszłam na dół. Była dopiero piąta rano, więc włączyłam jakąś powtórkę meczu w telewizji. Ku niezadowoleniu taty, który od zawsze próbował mnie przekonać do footballu amerykańskiego, ja zawsze wolałam piłkę nożną (Soccer). Nawet nie zauważyłam kiedy obie połowy meczu minęły. Zrobiłam sobie jajka (takie życie łowcy) sadzone i bekon i wróciłam do salonu. W telewizji leciały mało popularne u nas skoki narciarskie. Nie przepadałam za tym sportem, bo niby co w nim ciekawego? Skaczą sobie faceci, a czasem kobiety, ubrani w takie same, no dobra różniące się kolorem, kombinezony i starają się walczyć z grawitacją. Nudy… Ale mama to lubiła, w Polsce to popularny sport. Zawsze kibicowała swoim rodakom, nie czuła się Amerykanką. Przełączyłam i trafiłam na kolejny mecz, ale ja mam dziś szczęście. Około dziewiątej wstały dziewczyny.
- Ty już na nogach? – zapytała zdziwiona Alice, próbując doprowadzić włosy do porządku.
- Za wcześnie spać poszłam – skłamałam.
- Czyżby jedyną alternatywą jajecznicy na śniadanie było jajko sadzone? – mruknęła z kuchni Anna.
- Możesz zjeść na twardo – odparłam jej i wyłączyłam telewizor.
Nagle ktoś zapukał do drzwi.



***&***

- Alice, otwórz…! – zawołała Wer rozwalona przed TV, więc zawróciłam w połowie drogi do kuchni i podeszłam do drzwi.
Za drzwiami stała niska staruszka. Na oko dałabym jej 150 lat. No, może mniej… Po osiemdziesiątce zasadniczo nie ma już różnicy…
- Jest Harry Evans? – zapytała podejrzliwie, patrząc na mnie jakbym była rabusiem czyhającym na jej torebkę, którą kurczowo ściskała pod pachą.
- Nie, nie ma… - odparłam zgodnie z prawdą. Normalnie zatrzasnęłabym jej teraz drzwi przed nosem, ale nie wiedzieć czemu odezwała się we mnie nagle stara uczynna mała Alice… - A w czym mogę pani pomóc?
- Nie, w niczym… - odmruknęła. – Harry to taki dobry sąsiad… Często mi pomaga, bo już nie jestem najmłodsza. Ale skoro go nie ma…
- Powinien niedługo wrócić – zapewniłam. – Ale może ja mogłabym pani pomóc? Zrobić pani zakupy? Albo może coś przynieść…? – czułam nagłą potrzebę, aby zrobić coś dobrego.  Po tym całym źle, z którym mam ostatnio kontakt, chyba po prostu zapragnęłam normalności…
- Nie, naprawdę nie trzeba… - odsunęła się od drzwi, ale stała jeszcze niezdecydowana na wycieraczce. – Choć… dobrze się znacie?
- Jeśli pyta pani, czy można mi ufać, to tak. Harry jest dla mnie jak ojciec – nie kłamałam. Naprawdę mówiłam prosto z serca. – Niech tylko pani powie, czego potrzebuje…
- Ech… młotka – westchnęła, chyba już nieco przekonana.
- Młotka? – starałam się zamaskować zdziwienie, ale raczej kiepsko mi poszło. – Po co pani młotek? – chciałam by pytanie zabrzmiało dyskretnie, ale niestety na „chceniu” się skończyło…
- Robię porządki na strychu… To okropna robota… Miałam nadzieję, że Harry mi pomoże, ale skoro go nie ma to musze sama sobie poradzić… - wydawała się strasznie zagubiona.
- Ja pani pomogę – zaofiarowałam się natychmiast. – Tylko znajdę młotek i może jeszcze jakieś inne narzędzia… Daleko pani mieszka?
- Nie, kawałeczek… Naprawdę nie trzeba…
- Harry powinien wrócić lada dzień – uspokoiłam ją. – Jestem pewna, że on z chęcią pani pomoże, ale po co czekać, skoro można zacząć już teraz? Niech pani chwileczkę poczeka, zejdę tylko na sekundkę do piwnicy.
Pobiegłam po młotek, krzyknęłam dziewczynom, że wychodzę i ruszyłam razem z staruszką w kierunku domu na wzgórzu.

***&***

Odebrałam dzwoniący telefon i starałam się jedną ręką wciągnąć spodnie na tyłek.
- Cześć kochanie – usłyszałam głos Adama.
- Cześć – odparłam, siłując się z lewą nogawką.
Zahaczyłam o nogę stołu, nie złapałam równowagi i rozpłaszczyłam się na podłodze.
- Wer? – w jego glosie wyczułam panikę. – Co to było?
- Moje ciało w kontakcie z podłogą – mruknęłam. – Odkąd wyjechałeś niema mi kto pomagać spodni zakładać, a nie ty tylko je zdejmujesz – zażartowałam.
Po drugiej stronie rozległ się śmiech.
- Cały czas trzeba cię niańczyć, ani na minutę nie można cię samej zostawić.
Tym razem ja się zaśmiałam.
- A tak poważnie to chciałeś coś?
W końcu udało mi się wciągnąć spodnie. Zapięłam tylko rozporek i odetchnęłam z ulgą.
- Powiedzieć, że cię kocham – powiedział z powagą w głosie.
- Ja też cię kocham – dodałam równie poważnie.
- Muszę kończyć – mruknął smutno i się rozłączył.
Zeszłam na dół i zabrałam się za przygotowanie obiadu. Ku mojej (i dziewczyn pewnie też) uciesze znalazłam składniki na pizzę, co oznaczało brak jajek na obiad. Okazało się, że jak dobrze poszukać to można znaleźć nawet pieczarki, aczkolwiek nie chcę wiedzieć od kiedy tu są. Kiedy skończyłam wygniatać ciasto i zabrałam się za przygotowywanie reszty składników, do kuchni weszła Ann.
- Alice nadal nie ma? – spytała.
- Nie jeszcze nie wróciła – mruknęłam i dalej obierałam podejrzane pieczarki.
- To dziwne – odparła moja siostra i wyszła.
To faktycznie było trochę dziwne, ale chyba powinnyśmy dać Rudej jeszcze pół godziny, a potem możemy zacząć się martwić. Telefon w kieszeni znowu zawibrował. Odebrałam i starałam się jedną ręką kroić pieczarki.
- Słucham – mruknęłam.
- Hej Wer. To ja Jake’ie.
- Czy coś się stało? – spytałam przestraszona .
- No, nie tylko… zastanawialiśmy się z Lukasem, kiedy wpadniesz – powiedział na wydechu.
- To dobrze – odetchnęłam z ulgą. – Kiedy będę miała czas, okey?
- Okey – powiedział uradowany i się rozłączył.
Rozluźniona odłożyłam telefon i spostrzegłam, że zamiast pieczarki pokroiłam stojące obok zlewu mydło… Coś mi się wydaje, że dziś nie jest mój najlepszy dzień. Zresztą po co Harry’emu akurat tutaj mydło? Powybierała resztki detergentu, opłukałam grzyby i przygotowałam resztę. Kiedy skończyłam do kuchni ponownie wpadła Ann.
- Tu serio coś jest nie tak – powiedziała.
- Dobra, trzeba to sprawdzić – mruknęłam.
Wyszłyśmy na zewnątrz i ruszyłyśmy w kierunku domu sąsiadki. Okazał się on starą rozsypującą się ruderą, która wyglądała dość podejrzanie. Zaczęłyśmy z Ann biec. Już miałyśmy wywarzyć drzwi, kiedy te się otworzyły, a przed nami stała jakby nigdy nic Alice. Cała była czymś ubrudzona i na dodatek z jej ramienia zwisała wielka, obrzydliwa pajęczyna, ale nie wyglądała jakby coś jej się stało.
- Coś ty tak długo robiła? – warknęłam.
- Strych pomagałam uprzątnąć, a co? – zapytała jakby nigdy nic Ruda.
- Trzeba było przyjść i poinformować – znowu warknęłam. – Przez ciebie nabawię się wrzodów.
Ann już chciała coś dodać, ale za Rudą pojawiła się nasza nowa sąsiadka.


***&***

Dom z bliska prezentował się jeszcze gorzej niż z daleka. Od środka, to już nawet nie będę wspominać…
- Jest pani pewna, że można tu bezpiecznie mieszkać…? – zapytałam, ostrożnie stawiając nogę na pierwszym stopniu schodów prowadzących na górę.
- No wymaga lekkiego remontu… - „Generalnego” pomyślałam, jednak zacisnęłam żeby i ruszyłam za staruszką na górę. Wszędzie roiło się od pajęczyn, warstwa kurzu grubo przekraczała standardowy centymetr, a dziurawe schody skrzypiały niemiłosiernie.
„W co ja się wpakowałam…?” – pomyślałam mimowolnie, jednak szłam dalej.
Staruszka poprosiła mnie o uprzątnięcie strychu. Było tam sporo gratów, które należało przejrzeć, odkurzyć, wyczyścić i ułożyć na właściwym miejscu. Kiedy zabrałam się do dobory, kompletnie straciłam poczucie czasu. Od pracy oderwał mnie dopiero telefon.
- Halo?
- Cześć, słońce! – usłyszałam radosny głos Jacka. – Co robisz?
- Ja… A psik! – kichnęłam donośnie, kiedy kurz z jakiejś starej książki kucharskiej dostał się do mojego nosa. – Sorki, sprzątam strych u sąsiadki…
- Jakiś dzień dobroci? – zdziwił się.
- Nie, ja z zasady jestem miła – wyszczerzyłam się do słuchawki.
- Oj, nie powiedziałbym… Ale  to w tobie lubię najbardziej… - dawna Alice, pomagająca staruszkom sprzątać strych spłonęłaby rumieńcem, ja jednak już niewiele miałam z nią wspólnego. Oprócz sprzątania strychów, oczywiście.
- Tęsknię za tobą – z zamyślenia wyrwał mnie głos Jacka, teraz wyjątkowo poważny. – I chyba najwyższy czas, żebym ci coś powiedział…
- Jack… ja…
- Przepraszam, muszę kończyć. Zadzwonię tak szybko jak będę mógł – rzucił szybko i rozłączył się bez słowa. Czułam się rozdarta. Z jednej strony chciałam usłyszeć co miał mi do powiedzenia, z drugiej trochę się tego bałam.
- Chcesz herbaty, kochanie? – staruszka pojawiła się za mną jak duch, więc podskoczyłam przestraszona.
- Tak, chętnie – zgodziłam się. Jednocześnie rozbrzmiał dzwonek, więc zaofiarowałam się, że pójdę otworzyć. Na progu stała Ann i Wer, obie mocno zziajane.
- Co ty… sobie… do jasnej… cholery… wyobrażasz… - sapała Wer. Myślałam, że znowu na mnie nawrzeszczy, kiedy za moimi plecami pojawiła się staruszka.
- O, widzę, że twoje koleżanki też przyszły pomóc… Wam też zaparzę herbatki, dziewczynki, wejdźcie…
- Ale… - próbowała zaprotestować Ann, Wer jednak wepchnęła ją do środka.
- Martwiłyśmy się o ciebie – syknęła w moim kierunku Wer. – Nie możesz tak znikać bez słowa… A jeśli to jakiś potwór?
- Hej, wyluzuj, to tylko staruszka, która potrzebuje pomocy… - uspokoiłam ją. – Razem posprzątamy strych i po sprawie…
- Po co to robisz? – zdziwiła się Ann.
- Ja… - zawahałam się. – Ja po prostu muszę. Nie wiem czemu. Musze zrobić coś dobrego, inaczej zwariuję…
Dalszą rozmowę przerwało nam pojawienie się staruszki z herbatą. Wypiłyśmy ją szybko i wzięłyśmy się ponownie do roboty.
- Nie wygląda na zamieszkały – mruknęła do mnie Wer, segregując stertę starczych gazet. – Jakby od lat nikt tu nie mieszkał…
- Może przyjechała po dłuższym czasie…
- Ponoć zna Harry’ego – Wer pozostała sceptyczna.
- Dla ludzi w tym wieku, czas to pojęcie względne – stwierdziłam. – Daj spokój, to tylko staruszka, co ona może nam zrobić?
Wer wzruszyła ramionami i powróciła do pracy, ale nie wyglądała na przekonaną.

***&***

To sprzątanie to jakaś masakra. Dawno nie widziałam tylu rupieci w jednym miejscu. No dobra może u Harry’ego, ale jego rupiecie czemuś służą. Nadal coś mi w tej sąsiadce nie pasowało. Postanowiłam to sprawdzić, ale to po obiedzie. Przez to sprzątanie nie zjadłam pizzy i mój żołądek wygrywał już marsza weselnego. Więc od razu kiedy wróciłam do domu wpakowałam ją do piekarnika. W międzyczasie włączyłam telewizor i od razu przełączyłam, leciał tenis. Najnudniejszy sport na świecie, moim skromnym zdaniem. Akurat leciały jakieś wiadomości, więc pogłośniłam i poszłam zobaczyć co z pizzą. Wyglądała całkiem apetycznie. Otworzyłam lodówkę i wyjęłam ketchup, którego nie jadłam oraz sos czosnkowy. Wzięłam również talerze i nakryłam do stołu. Następnie chciałam przełączyć, bo wiadomości się skończyły, ale nie mogłam sobie przypomnieć gdzie dałam pilota. Ten dzień już chyba gorszy być nie może. Krok po kroku przypominałam sobie co robiłam i w końcu znalazłam pilot. Był w lodówce… Musiałam go tam wsadzić, kiedy wyjmowałam dodatki do pizzy. Zrezygnowana wyjęłam obiad i podałam. Nie musiałam długo czekać na dziewczyny, zapach pizzy je przywiódł. Postanowiłam nie poruszać tematu sąsiadki przy obiedzie, bo wiedziałam, że Alice od razu się zbulwersuje, więc w spokoju delektowałam się pizzą.
- Dobre to – mruknęła Anna.
- Mhm – przytaknęła Ruda. – Tylko moje pieczarki mają jakby posmak mydła.
Zaśmiałam się cicho. Na szczęście dziewczyny tego chyba nie zauważyły. Po wszystkim pozmywałam i poszłam do siebie na górę. Od razu wzięłam się za przetrząsanie Internetu w poszukiwaniu informacji na temat domu nowej sąsiadki. Nagle zadzwonił mój telefon.
- Halo.
- No hej skarbie – usłyszałam głos Adama.
- Hej.
- Dzwonie, żebyś się nie musiała martwić o mnie – zażartował.
- A myślisz, że się martwię? – dałam się wciągnąć w przegadywanie.
- Niedługo wrócę – powiedział i się rozłączył.
- Kocham te długie rozmowy – mruknęłam do siebie i wróciłam do szperania w sieci.
W końcu po pół godziny udało mi się włamać do jakiejś bazy, gdzie znalazłam informacje, że dom jest od lat opuszczony. Mój telefon znowu zawibrował.
- Słucham.
- Wer, muszę wrócić po jedną rzecz – tym razem dzwonił Harry.
- Mhm...
- Powinienem być nad ranem.
- Okey.
Rozłączył się, a ja wróciłam do lustrowania znalezionych danych. Niestety poza tym, że dom od dłuższego czasu jest opuszczony już nic się nie dowiedziałam. Wyłączyłam laptopa i poszłam przekazać informacje dziewczynom. Później postanowiłam się położyć i czekać do jutra na powrót Harry’ego i Adama, oni na pewno nam pomogą.


***&***

Wer spojrzała na mnie dziwnie, kiedy wieczorem zawołałam, że idę do sąsiadki, ale nic nie powiedziała. Kiedy szłam w kierunku domu, sama zastanawiałam się, co ja właściwie robię. Przecież to nie jest normalne, o tej porze iść do kompletnie obcej staruszki pomagać sprzątać zagracony strych...
Ale ja doskonale wiedziałam, dlaczego to robię. Wiedziałam, co próbuję sobie udowodnić.
Nadal byłam rozdarta. Rozdarta pomiędzy starą i nową Alice. Co jeszcze musi się zdarzyć, bym uwierzyła, że to naprawdę jest mój świat...? Że już naprawdę nie ma odwrotu, że już nigdy nic nie będzie takie jek kiedyś?
"Jack" - cichy głosik w mojej głowie nie dawał mi spokoju. - "Jack się musi stać. Jeśli zaakceptujesz to co czujesz do Jacka, zaakceptujesz siebie jako łowcę..."
Problem był w tym, że nie akceptowałam tego uczucia. Nie akceptowałam go, bo wiem, że łowcy nie tworzą szczęśliwych związków. Nie akceptowałam go, bo wiedziałam, że to co czuje nie jest tak mocne jak to co, Jack czuje do mnie. Nie jest tak mocne jak to, co ja czuję do...
Pokręciłam głową. Znów to samo. Znów stare życie wpada z buciorami do mojego życia łowcy. Nie chciałam tego, po co więc pomagałam staruszce, przed której domem właśnie stanęłam. Po co bezinteresownie pomagałam ludziom, tak jak to robiłam jak niewinna nieświadoma nastolatka? Po co do tego wracałam…?
Pewnie po to, by nie zapomnieć kim jestem. I co się liczy w życiu. Nawet w życiu łowcy.
Zapukałam do drzwi, jednak nikt nie odpowiedział. Lekko zaniepokojona, pchnęłam drzwi, które otworzyły się gładko. Zajrzałam do środka, w przedpokoju panowały niezgłębione ciemności. Rozejrzałam się dookoła, jednak nikogo nie było.
- Halo? Proszę pani…? – zawołałam, jednak odpowiedziało mi jedynie milczenie zakurzonych mebli.
- Halo…
Podskoczyłam, kiedy zadzwonił mój telefon. To było coś, czego się kompletnie nie spodziewałam. Opanowując drżenie palców odebrałam połączenie.
- Mam wrażenie, że ktoś o mnie myślał… Prawda to? – usłyszałam jak zwykle pogodny głos Jacka.
- Nudzi ci się? – zapytałam ostrzej, niż zamierzałam.
- Oj, przestraszyłem cię? – od razu się domyślił. Mężczyzna idealny… Pytanie czy idealny dla mnie?
- Troszeczkę – przyznałam. – Stoję właśnie w ciemnym starym domu. Sama. Jakikolwiek dźwięk, przyprawiłby mnie teraz o zawał…
- Akcja?
- Nie, pomoc sąsiedzka – uśmiechnęłam się. – Po co dzwonisz?
- A tak sobie… - czyżby się speszył. – Byłem ciekaw co u ciebie…
- stare nudy – odparłam zgodnie z prawdą. – Nic się nie dzieje ciekawego w okolicy. A u was?
- Śledztwo stoi w miejscu. Martwy punkt, drepczemy w miejscu. Nudzę się trochę i chciałem usłyszeć twój głos… Tak po prostu.
- Tak po prostu… - powtórzyłam powoli.
- No, tak. A poza tym, ostatnim razem miałem ci powiedzieć jedną rzecz, ale Robbie zawołał mnie, że coś znalazł. Kolejny fałszywy trop, ale mówi się trudno… - zawiesił glos i na chwilę zapanowała cisza.
- No? – podchwyciłam, choć serce znowu zaczęło mi galopować jak oszalałe. Poczułam niezrozumiałą potrzebę, by zakończyć nagle rozmowę.
- Bo chodzi o to, że…
Nie dowiedziałam się, o co chodziło. Nagle poczułam silny cios w głowę, upadłam na podłogę, a komórka potoczyła się po parkiecie. Nim straciłam przytomność usłyszałam zaniepokojony glos Jacka wołającego „Alice, Alice…!” i dźwięk przerwanego połączenia.

***&***

Kiedy tylko auto Harry’ego wjechało na podjazd wyszłam z domu. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy wysiadł z niego tylko właściciel. Adama nie było.
- Gdzie Adam? – zapytałam spokojnie.
- Został – mruknął starszy łowca, przeszedł obok mnie i wszedł do domu.
- Jak to został?! – ruszyłam za nim.
- Nie jest małym dzieckiem, a ja niedługo wracam tylko coś zabiorę – tłumaczył spokojnie.
- Jak mogłeś go zostawić?! Jeśli coś mu się stanie to nie ręczę za siebie! – warknęłam.
- O co chodzi? – z kuchni wyszła Ann.
- Wytłumacz proszę swojej siostrze, że Adamowi nic nie będzie.
- Nie trzeba – odburknęłam.
- Mam coś ciekawego – powiedziała Ann.
- Z chęcią posłucham – odparłam równo z Harrym.
- Szukałam jakiejś sprawy w okolicy i trafiłam na archiwalne papiery z przed pięciu lat.
Poszliśmy za nią do jej pokoju.
Na łóżku leżały zdjęcia naszej sąsiadki.
- Ta kobieta – Ann wskazała zdjęcia – wprowadziła się do domu na wzgórzu pięć lat temu. Podpisała umowy i zniknęła. Nie można było sprzedać domu, bo jest uznana za zaginioną i dom należy do niej – ciągnęła Ann.
Zdezorientowany Harry wyszedł z pokoju i po chwili wrócił ze swoimi notatkami an ten temat. Obok  nich znajdowała się kartka z odręcznie napisanym przez Harry’ego „Ghul?”
Dopiero po chwili zorientowałam się, że Alice długo nie wraca. Dawno powinna być w domu.
- Rudej nadal nie ma – powiedziałam.
W tym momencie Harry wybiegł z domu, co tylko potwierdziło moje przypuszczenia.
Od razu wybiegłyśmy za Harrym. Kiedy tylko znaleźliśmy się w podejrzanym domu bez słów rozdzieliliśmy się. Ja z Ann pobiegłyśmy na górę, a Harry na dół. Po drodze potknęłam się o okropnego wypchanego niedźwiedzia. Co mnie jeszcze dzisiaj czeka. Sprawdziłam pokój po lewej, a Ann po prawej. Nic w nim nie było. Na dole rozległ się krzyk i dźwięk jakby przewracanych mebli. Od razu zbiegłyśmy na dół. Biegłam pierwsza i nie wyhamowałam przed drzwiami z piwnicy i wpadłam do środka razem z nimi. Od razu zauważyłam Harry’ego przypartego do ściany przez ghula. 


***&***

Kiedy się obudziłam czułam w głowie tępe pulsowanie. Chwilę zajęło mi przypomnienie sobie co się właściwie wydarzyło. Skrępowane ręce i kostki szybko mi to ułatwiły. Telefon został mi zabrany, scyzoryk był jednak na swoim miejscu. Rozejrzałam się dokoła szukając czegoś, co pomoże mi się uwolnić i mój wzrok padł na bielące się w kącie kości. Obok leżał materiał, który z powodzeniem mógłby być sukienką jakiejś miłej staruszki…
Okej, musiałam przyznać, że mój zmysł łowcy zawiódł. Coś przyszło i zżarło babcię, a teraz zeżrę mnie… Kolejny zwykły dzień, czerwonego kapturka…
Nie widziałam tej części domu, ale po zapachu wywnioskowałam, że znalazłam się w piwnicy… Towarzystwo kościotrupa nie nastawiało optymistycznie, brak komórki również… Pozostał tylko scyzoryk…
Kiedy jednak miałam go wyjąć, usłyszałam drobne kroki. Obróciłam się w kierunku drzwi, który niemal natychmiast się otworzyły, a ja poznałam błąd w sowim rozumowaniu. Potwór nie zżarł babci. To babcia była potworem…
- Czym jesteś? – zapytałam, kiedy do mnie podeszła.
- Miłą staruszką, która potrzebuje pomocy… w zemście – uśmiechnęła się podobnie jak rano, ale w tym uśmiechu było coś przerażającego. – A ty, głupiutka dziewczynko mi w tym pomożesz…
- Jedno jest prawdą… - zgodziłam się. – Jestem głupiutka. A nawet głupia. Powinnam od razu domyślić się, że coś jest nie tak… Czego ode mnie chcesz? – grałam na zwlokę, próbując niepostrzeżenie wyciągnąć z kieszeni scyzoryk. Przy związanych nadgarstkach to wcale nie było takie proste…
- Jakiś czas temu, pewien łowca odkrył, że nieopodal jego mieszkania zagnieździł się ghul. Zabił go więc, a do domu mogła wprowadzić się urocza staruszka. Staruszka wprowadziła się, jednak sąsiedzi nie mieli z nią żadnego kontaktu i uznano, że wyjechała, potem, że zaginęła… A dom niszczał. Łowca jednak był dobrym sąsiadem, zawsze pomagał mieszkającym w okolicy ludziom. Zapewne pomógłby miłej staruszce, która wróciła z długoletniej tułaczki do domu… tylko, że łowca był nieobecny… - zimny dreszcz przeleciał mi po plecach, kiedy zrozumiałam w jaką kabałę się wpakowałam. I z czym mam do czynienia… - Łowca jednak wróci, kiedy odkryje, że dziewczynka, którą traktuje jak córkę wpadła w opały. A wtedy zemsta będzie słodka…
Zamarłam. Harry właśnie tu jechał, powiedział przecież Wer, że musi wrócić po jedną rzecz… Niezależnie od jego ojcowskich uczuć, w które szczerze wątpiłam, już wkrótce znajdzie się w niebezpieczeństwie.
Przeze mnie.
- Więc jesteś ghulem…? – zapytałam, próbując jeszcze zyskać na czasie.
- Tak, jak widać…
Więcej się nie dowiedziałam, bo drzwi do piwnicy otworzyły się ponownie i do środka wpadł Harry. Ghul jednak był szybszy i uskoczył z gracją, jakiej nie spodziewałabym się po staruszce, której postać przybrał. Harry przeładował broń i wymierzył ponownie w potwora, ten jednak był naprawdę szybki. Rzucił się na Harry’ego i przygniótł go do ściany. Nic nie mogłam zrobić. Mogłam tylko patrzeć, jak coraz mocniej pazury potwora zaciskają się na jego gardle… Byłam całkowicie bezużyteczna.
Kiedy już myślałam, że Harry zaraz zginie na moich oczach, drzwi do piwnicy zostały wywarzone z ogromną siłą i do środka wpadły dziewczyny. Ghul był co prawda szybki, ale nie był w stanie się rozdwoić. Rzucił się najpierw na Ann, a podduszony Harry osunął się na podłogę. To uświadomiło mi, że ja ponoszę ciężar winy za tę sytuację i podwoiłam wysiłki by się uwolnić.
Ann zwinnie uniknęła ciosu ghula, a Wer wystrzeliła w jego kierunku. Stwór jednak był szybszy i rzucił się w jej kierunku. Przez moment miotał się między siostrami Wilde, nie mogąc zdecydować się, którą wykończyć najpierw, a dziewczyny oddawały strzał za strzałem, nie mogąc trafić w głowę. Na twarzy Wer widziałam rodzącą się frustrację.
Lina w końcu puściła. Podniosłam upuszczony przez Harry’ego pistolet i zawołałam:
- Hej babciu, nie zapomniałaś aby o mnie?
Potwór zatrzymał się w pół kroku i przez chwilę się zawahał. Ta chwila wahania wystarczyła, bym porządnie wymierzyła i oddała czysty strzał prosto w głowę. Ghul padł na posadzkę martwy, a Ann od razu podbiegła do Harry’ego.
- Harry, nic ci nie jest? – pytała zaniepokojona.
Łowca dał chyba jakieś oznaki życia, bo Ann wydawała się uspokojona, jednak nie przyglądałam się bliżej tej scenie. Stałam na drugim końcu piwnicy i  wbijając wzrok w swoje stopy machinalnie odbezpieczałam i zabezpieczałam pistolet Harry’ego.
- To chyba twoje – Wer podeszła do mnie i podała mi komórkę. – Leżała w przedpokoju…
- Dzięki – mruknęłam i schowałam telefon do kieszeni, nie patrząc nawet czy działa.
Wer stała w milczeniu obok mnie, a Ann pomagała Harry’emu dojść do siebie.
- Jestem beznadziejna, prawda? – zapytałam.
- Nieprawda. Jesteś po prostu niedoświadczona, naiwna i zbyt dobra – poprawiła mnie Wer, ale dla mnie było to równoznaczne ze stwierdzeniem, że mam rację. – Normalnie powiedziałabym „A nie mówiłam?”, ale dziś nie będę cię bardziej dołować – poklepała mnie po ramieniu i pomogła Ann wyprowadzić Harry’ego z piwnicy.
Odprowadziłam ich wzrokiem. W drzwiach łowca odwrócił się i uśmiechnął się do mnie.
- To był  bardzo dobry strzał, Alice – pochwalił mnie krótko i odwrócił się z powrotem, a ja odwróciłam głowę, by nikt nie dojrzał moich łez.
Minęło sporo czasu, zanim wyszłam z piwnicy. Bardzo nie chciałam na nich wpaść. I tak musiałam wrócić, ale chciałam odwlec ten moment w czasie tak bardzo jak to było możliwe. Siadłam na rozlatującej się ławce przed domem. Byłam taka naiwna… Tak łatwo dałam się podejść… Naraziłam na niebezpieczeństwo jedyne osoby, które obecnie mogę nazwać rodziną i to tylko i wyłącznie przez swoją głupotę… Jak mogę sama siebie nazywać łowcą?
Jak mogę, skoro nim nie jestem?
„Łowca może być szczęśliwy tylko z łowcą”
Przykro mi, Jack, ja nie jestem łowcą. Myliłeś się…
Na myśl o Jacku, przypomniałam sobie o komórce. Działała. I pokazywała 12 nieodebranych połączeń, wszystkie od niego. Oprócz tego dwie wiadomości.
„Wszystko ok? Odezwij się”
„Jadę do Ciebie”
Ostatni SMS mocno mnie zaskoczył. Czym prędzej odblokowałam telefon, by natychmiast do niego zadzwonić, kiedy ponownie rozbrzmiał mój dzwonek. Odebrałam już po pierwszym takcie piosenki.
- Wow, po pierwszym sygnale… Nic nie mów, Harry już ze mną rozmawiał. Powiedział, że jesteś bezpieczna, akurat jak kupowałem bilet. Kobieta w okienku omal mnie nie zabiła wzrokiem jak zrezygnowałem…
Miałam wielką ochotę zawołać, że niepotrzebnie rezygnował, że chcę go tutaj, teraz, natychmiast, ale mogłam jedynie przełknąć wielką gulę, która zmaterializowała się w moim gardle.
- Jesteś tam, kochanie?
- Tak… - wykrztusiłam.
- Nie przejmuj się tym, każdy popełnia błędy.
- Ale nie łowca – pokręciłam głową. - I nie tyle razy co ja.
- Nawet łowcy – poprawił mnie. – Przestań się zadręczać. Harry mówił, że gdyby nie ty, to ghul nadal rzucałby się między Ann i Wer dopóki nie zabrakłoby im kul…
- Gdyby nie ja, to nigdy by do tego nie doszło! – nigdy wcześniej nie czułam takiej potrzeby przytulenia jak teraz. – Tęsknię za tobą…
- Ja za tobą też. Obiecaj mi, że przestaniesz się obwiniać, to może uda mi się wrócić szybciej…
- Ciekawe jak… - mruknęłam, czując się jeszcze gorzej niż przedtem.
- Pamiętaj o jednym, Alice… Ja cię kocham – zamknęłam oczy, a spod powiek pociekły mi kolejne łzy. - Niezależnie od tego, jak bardzo się przed tym wzbraniasz. Kocham cię i nic nie mogę na to poradzić. Kocham cię, jak nikogo kiedykolwiek wcześniej. Kocham cię i jesteś pierwszą osobą, której mówię to sam z siebie, na poważnie, bez żartów. Kocham cię mimo iż wiem, że ty mnie pewnie nie…
- Jack… - przerwałam mu. – Czy właśnie to chciałeś mi wtedy powiedzieć? – spytałam słabo.
- Tak, właśnie to – odparł krótko.
Milczałam dłuższą chwilę. Wiem na co czekał. Czekał, aż zaprzeczę, powiem, że również go kocham, powiem jak wiele dla mnie znaczy…
A znaczy wiele, ale…
- Przepraszam, Jack – wyszeptałam i zakończyłam rozmowę, a następnie wyłączyłam telefon.
Czułam się podle. Bo kiedy mówiłam, że tęsknię, to tak naprawdę, w głębi serca nie miałam na myśli jego. Miałam na myśli swoje stare życie.
Oddałabym wszystko by móc do niego wrócić.
Naprawdę wszystko.
*********************************************************************************
Dobra, tym razem to ja się będę tłumaczyć.
Przepraszam, przapraszam i jeszcze raz przepraszam.
Po pierwsze, ghul mi nie leżał. 
Po drugie, nie chciałem zżynać prosto z "Supernatural", bo po prostu nie. A to nie bylo łatwe i i tak jest zerżnięte.
Po trzecie, "Supernatural" leży w kącie i płacze. Płacze, bo skoki okazały się wazniejsze od potworów.
Po czwarte, im więcej wolnego tym mniej czasu, zapału i czegokolwiek. 
Po piąte, tak wyszło, systematyczność nie jest naszą dobrą stroną. Ale teraz jest rozdział nadzorowany przez Szur, więc będzie lepiej i szybciej. 
Przepraszam raz jeszcze, 
Szal
Mamy nadzieję, że rozdział zapewne długo wyczekiwany się spodoba, choc raczej nie zalicza się do najdłuższych... przynajmniej jak na nasze standardy :P Za wszelkie podobieństwa do czegokolwiek przepraszamy. Następny zapewne będzie szybciej. Bestiariusz uzupelniony zostanie na dniach.
Pozdrawiamy, 
S&S

11 komentarzy:

  1. W końcu się doczekałam !!! :D Powiem tylko jedno :GENIALNE !!! Warto było czekać !!!Przeraził mnie ten sen Wer ona nie może umrzeć !!! No i do tego pizza coś nowego. Nie wiedziałam,że Wer umie gotować...:D Biedna Alice wykiwana przez Ghula :C Nie powinna się tak strasznie zamartwiać. Coś myślę,że ona nadal kocha Rogera...Szkoda mi tylko Jacka...:C Ale cóż jestem ciekawa z kim w końcu będzie :D Podsumowując rozdział ekstra jak zawsze. Czekam na ciąg dalszy mam nadzieję,że nie będę musiała tak długo czekać :D
    PS.Zapraszam do siebie na nowy rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, Wer jeszcze nie wybiera się na tamten świat :) Poza tym, ma jeszcze wiele ukrytych talentów, jak każdy łowca :P
      Alice zawsze się zamartwia (wszystkie moje postacie tak mają, podobnie jak żadna z nich nie potrafi zbudować normalnego związku... ale walczę z tym :]), a co do jej relacji z Jackiem i Rogerem... na razie pójdą w kąt, bo... A to już w następnym rozdziale, któwy będzie wcześniej niż później :)
      Szalona, S&S

      Usuń
  2. Rozdział fajny. Prawie padłam gdy zaczęłam o tych skokach czytać. A to gotowanie to masakra jakaś, normalnie robi tak jak ja, tyle, że zamiast mydła to kroję całkiem inne rzeczy na przykład zdarzyło mi się dziabnąć w palec, raz czy dwa, czy pięć razy..
    Wzruszyłam się czytając to wyznanie miłości, piękne było, piękne!!
    Ogólnie nie mam zastrzeżeń ale ( zawsze jakieś ale musi myc ^^) pod żadnym pozorem nie rozdzielajcie Jacka i Alice bo ja was znajdę. Oni muszą być razem, muszą!!!
    I masz ci los, teraz pół nocy będę się zastanawiać czy będą razem. Czytaniu tego bloga towarzyszą takie same emocje jak czytanie Darów Anioła ( potraktujcie to jako komplement bo ja KOCHAM Dary Anioła)
    Okey, na tym kończę tą wypowiedź bo jeszcze większe durnoty napiszę. Do następnego rozdziału :D i dużo weny wam życzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wow, czujemy się zaszczycone, kiedy porównujesz nas do "Darów Anioła". Całkiem niezasłużenie, zresztą...
      Czyżby fanka skoków narciarskich...^^? Uwielbiam naszych czytelników, to takie miłe, kiedy dzielą Twoje pasje... :)
      Nie zastanawiaj się, tylko śpij! W koszta prowadzenia bloga nie wpisałyśmy korektora do worów pod oczami :P
      Wyznanie miłości takie tam... Takie rzeczy jakoś tak łatwo mi sie pisze, wczułam się. Osobiście też uważam, że Alice i Jack to dobra para, ale i tak na wszelki wypadek poszukam bunkra, bo jeszcze nie zdecydowałam do końca co z nimi zrobię... *wpisuje w Google: mocny bunkier przeciw wścieklym czytelnikom* XD
      Szalona, S&S

      Usuń
    2. Jakąś wielką fanką skoków nie jestem ale za to mój tata tak i przez niego oglądam praktycznie wszystkie konkursy.

      Usuń
  3. WRESZCIE!!! Już myślałem, że się nie doczekam. Rozdział bardzo fajny i ciekawy. Osobiście nie zauważyłem żadnego podobieństwa do "Supernatural" lub czegokolwiek. Bardzo oryginalne. Troch melodramatyczny, ale poza tym super. Nie mogę się doczekać na NN (mam nadzieję, że będzie szybciej niż ten ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój entuzjazm jest całkowicie nieuzasadniony... Przecież miałyśmy tylko miesięczny poślizg... :P
      Ja tam podobieństwa widzę, grunt, że udało się nie wcisnąć tutaj skoczków narciarskich (prawie). Melodramatycznie musi być, ale to i tak wersja light... NN będzie szybko, bo Szur już przebiera nóżkami na myśl o rozdziale 15... Tylko musi wyrzucić z głowy pewnego młodzieńca w czerwonej kurtce [don't ask]. W każdym razie notka już przygotowana...
      Pzdr,
      Szalona, S&S

      Usuń
  4. Jest :-) Wreszcie się doczekałam nowego rozdziało :-). I było naprawdę warto czekać tyle czasu :-). Bo nowy rodział jest wprost fenomenalny :-) Jestem nim zachwycona :-). Wszystko cudownie opisałyście :-) Rozdział jest naprawdę fantasyczny :-). Bardzo podobało mi się gotowane . Poprstu czytając to nie umiałam się opanować - bez przerwy się śmiałam :-). Ale według mnie koncówka najlepsza :-). Ah, nie mogę się doczekać nowego rozdziału :-). Czekam z niecierpliwością :-).
    Pozdrawiam i życzę weny :-).
    Karolina J

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze dziękujemy za komplementy :)
      Cieszymy się, że rozdział się podoba, mimo iż same nie jesteśmy z niego do końca zadowolone...
      Nie martw się my pisząc to tez czasami nie umiemy pohamować się ze śmiechu xD
      Nowy rozdział powinien pojawić się niedługo, a kolejny postaramy się na czas (czyli koniec miesiąca), ale nic nie obiecujemy :)
      Dziękujemy i również pozdrawiamy :)
      Szur, S&S

      Usuń
  5. Na początku napiszę ,że wreszcie doczekałam się tego 14 rozdziału! :P Zaglądałam tu co jakiś czas.. :) A co do rozdziału to..
    Biedna Alice, wciąż pakuje się w tarapaty i tak bardzo chciałaby wrócić do poprzedniego życia.. :c
    Wer miewa dziwne sny, ciekawi mnie czy prawdziwe?
    I od początku coś mi nie pasowało z tą staruszką O.o I Alice tak się przemieniła w dobrą dziewczynkę <3
    Albo ta scena co zamiast pieczarek zostało pokrojone mydło :*
    Widzę ,że wplątałyście tu coś o skokach xD
    No to zajebisty rozdział i pozostaje mi tylko czekać na następny :( Mam nadzieję ,iż szybko go napiszecie ^^

    Możecie wejść na mojego drugiego bloga, jeśli chcecie:
    dramione-by-oblivate.blogspot.com
    ~Pozdrawiam Lumi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po pierwsze jeszcze raza przepraszamy za przestój :(
      Alice jeszcze nie raz wpakuje się w tarapaty, ale o tym kiedy indziej ;)
      Sny Wer wyjaśnią się w przyszłości, no przynajmniej niektóre :D
      Widzę,że scena z mydłem ma coraz więcej fanów xD
      Skoków nigdy za wiele ^^ więc czasem coś tu się o nich pojawi, ale postaramy się nie przeginać :)
      Nowy rozdział niedługo, a kolejny powinien być w terminie (koniec miesiąca), ale nic nie możemy obiecać ;)
      Z chęcią zajrzymy do Ciebie w wolnym czasie :3
      Szur, S&S

      Usuń