Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział 16

Kiedy w końcu Ann i Harry po mnie przyjechali, zdołałam się już pozbierać. Kochałam Adama, ale nie mogę z tego powodu stać się łatwym celem. Poprawiłam na sobie skórzaną kurtkę i pomachałam do Ann. Ta bez pytania do mnie podeszła i przytuliła.
- Już jest okey – zapewniłam ją.
- No nic, trzeba to ze złomować – Harry wpakował resztki Impali na skrzynie samochodu.
- Chyba cię pogrzało! – warknęłam. – Poskładam ją.
Ann i Harry spojrzeli na mnie, jak na kogoś chorego psychicznie. Zignorowałam ich i z czułością poklepałam resztki samochodu.
- Nie martw się skarbie, naprawię cię – wyszeptałam.
- Chyba pora wracać – mruknęła zdezorientowana Ann.
Harry tylko kiwnął głową. Całą drogę nie odzywałam się, tylko rozmyślałam nad Impalą. Wiedziałam, gdzie załatwię części i ile potrwa naprawa. Nie mogę siedzieć bezczynnie, więc muszę mieć inny samochód, przynajmniej na jakiś czas.
- Harry, wyrzuć mnie tu, muszę kupić fure.
- Cieszę się, że zmądrzałaś – zatrzymał auto na poboczu, obok specyficznego autokomisu. Dobrze go znałam, słynął z takich klasycznych cudeniek, jak na przykład moje maleństwo. To tu tata kupił mi Impalę i to tu kupił swojego mustanga.
- Źle mnie zrozumiałeś. Złożę Impale, ale na razie potrzebuję czymś jeździć.
Kolejny raz spojrzał na mnie jak na obłąkaną, ale szybko opuściłam auto i pomachałam, kiedy odjeżdżali. Wzięłam głęboki wdech i przeszłam przez bramę. Zauważyłam go od razu, czarny Dodge Charger z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego. Odnalazłam sprzedawcę i zakupiłam to cudo po okazyjnej cenie. Odjechałam z piskiem opon, co prawda to nie moje maleństwo, ale „jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma”. Samochód prowadziło się łatwo, a podrasowany silnik sprawił, że szybko znalazłam się na podwórzu u Harry’ego. Na przywitanie wyszła mi Alice.
- Serio? – zapytała z oburzeniem.
- Co?! – odwarknęłam, nie miałam ochoty się z nią teraz sprzeczać.
- Musiałaś kupić grata z jakiegoś filmu?
Teraz przegięła.
- To nie grat z jakiegoś filmy tylko Dodge Charger z Szybkich i Wściekłych – odparłam obrzydliwie słodkim głosem.
Alice pokiwała głową, a ja zmęczona poklepałam samochód z czułością (mniejszą niż Impalę), wyminęłam ją i podreptałam do domu.
- Idę się zdrzemnąć! – krzyknęłam.
- Okey – odparli jednocześnie Ann, z kuchni i  Harry, z salony.
Wdrapałam się na górę, zamknęłam drzwi, zdjęłam z siebie ciuchy i poszłam wziąć prysznic. Ubrana tylko w za duży T-shirt i majtki, rzuciłam się na łóżko i zaczęłam bezgłośnie płakać. Po moich policzka spływały łzy, a ja ciągle miałam przed oczami zakrwawione ciało Adama. Przez moją głowę przelatywały wszystkie wspólne wspomnienia. Nie mogłam tego powstrzymać, siedziałam, owinięta kołdrą i łkałam. Nie wiem ile to trwała, ale w końcu łzy mi się skończyły, a ja położyłam głowę na poduszce Adama i zasnęłam wdychając resztki jego zapachu. Obudziło mnie dopiero pukanie do drzwi.
- Proszę – wychrypiałam.
Do pokoju ostrożnie wśliznęła się Alice i usiadła na skraju mojego łóżka. No to się zaczyna.
***&***
-Wer? - wsunęłam się ostrożnie do pokoju przyjaciółki. Leżała na łóżku i wyraźnie przed chwilą płakała.
Nie odezwała się ani słowem, tylko rzuciła mi ponure spojrzenie, to w stylu "czego chcesz?". Patrzyłam na nią chwilę bez słowa, nie wiedząc co powiedzieć. W sumie nie wiedziałam po co tu przyszłam.
Pocieszyć ją? Kpina...
Dać dobrą radę? Raczej nie...
Kazać jej się zebrać do kupy? Jeszcze głupszy pomysł...
W sumie jedynym powodem, który popchnął mnie do wejścia do jej zacisza mimo mojego totalnego braku pojęcia o pocieszaniu ludzi, była uciążliwa myśl o tym, że Wer próbowała popełnić samobójstwo... Bo tak to wyglądało.
- Będziemy się tak na siebie gapić...? - zaburczała w końcu.
- A co mam powiedzieć? - westchnęłam i ostrożnie siadłam na końcu łóżka. Po stronie Wer, nie Adama.
- Nic i pójść sobie? - zaproponowała ironicznie.
- Chciałaś popełnić samobójstwo, prawda? - zapytałam w końcu prosto z mostu.
- Nie...? - odmruknęła nadal z ironią, podkulając mocniej nogi. - Czemu tak sądzisz?
- A jest inny powód dla którego zniszczyłabyś swoje maleństwo? - zapytałam retorycznie.
Wer bez słowa wstała i poszła do łazienki. W milczeniu czekałam aż z niej wyjdzie, kiedy jednak przez dłuższy czas jej nie było, zaniepokoiłam się i zapukałam do drzwi.
- Dałam ci czas na pójście sobie! - krzyknęła Wer zza drzwi, pokonując szum wody. - Nie mam depresji, nie chcę popełnić samobójstwa, nie podetnę sobie żył, potrafię żyć dalej. Idź sobie!
Odsunęłam się od drzwi, jednak nie wyszłam z pokoju. Po paru minutach drzwi do łazienki otworzyły się i wyszła zza nich Wer.
- Jesteś cholernie upierdliwa - skrzywiła się na mój widok. - Czego w słowach "idź sobie" nie rozumiesz?
- Nie rozumiem czemu nie dasz sobie pomóc...
- A jak chcesz mi pomóc?! - wydarła się na mnie Wer. - Jak?!
- Tylko ty możesz sobie pomóc, nikt inny! - po raz pierwszy poczułam, że Wer jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Niewielu dotąd się to udało. - Tylko przestań udawać, że nic się nie stało! Nie udawaj, że nic cię to nie obeszło, bo wiem że obeszło! Nie udawaj, że jesteś twardsza niż jesteś, każdy może pozwolić sobie na łzy, każdy ma prawo do słabości...
- Wyjdź - przerwała mi gwałtownie Wer, a po jej minie poznałam, że nie żartuje. Mimo to postanowiłam dokończyć myśl.
- Nie próbuj wmówić mi, że śmierć Adama nic nie zmieniła. Zmieniła i to dużo. Rozbicie Impali nie było nic nie znaczącym incydentem i ja o tym wiem. Nie mogę ci pomóc, ale przyznaj w końcu, że masz jakieś uczucia...
- Jeżeli w tej chwili stąd nie wyjdziesz, to cię stąd wyniosą - Wer podeszła do mnie na krok i absolutnie nie żartowała. - Nie waż się wspominać o Adamie... Jesteś ostatnia osobą, która ma do tego prawo... Zajmij się lepiej swoim ukochanym Jackiem i głębokimi problemami w stylu "kocha czy nie kocha"...
- Wer... - spróbowałam po raz ostatni.
- Po prostu do cholery stąd wyjdź!!! - krzyknęła mi prosto w twarz, więc odwróciłam się na pięcie i czym prędzej stamtąd uciekłam.
Im bardziej próbowałam jakoś pocieszyć Wer tym bardziej nasze relacje na tym cierpiały. Chyba kiepska ze mnie przyjaciółka...
Aby zapomnieć o nieudanej rozmowie zaszyłam się w kuchni i zaczęłam gotować obiad. Ostatnio odkryłam, że to mnie uspokaja i daje dużą satysfakcję. Zwabiony zapachem po chwili do kuchni wszedł Harry.
- I co z nią?
- Znowu mnie nienawidzi - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Ale już się przyzwyczaiłam.
- Czyli...?
Trzasnęły drzwi na górze, na schodach rozległy się kroki. Potem skrzypnięcie kanapy i muzyczka powitalna z laptopa Wer.
- Wer, potrzebujesz czegoś? - ostrożnie zapytał Harry.
- Hasła do neta, laptop mi się zresetował - po jej głosie nie udało mi się poznać w jakim jest humorze. - I whiskey - dodała po chwili. - I mógłbyś wyposażyć bagażnik mojego nowego cacka, proszę.
Harry z miną pod tytułem "chyba jej się poprawia" sięgnął do barku i zaniósł pełną butelkę do salonu. Kiedy wrócił mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Mięso się pali - zwrócił mi uwagę.
- Szlag! - rzuciłam się w kierunku patelni.
- Daruj sobie obiad - Harry położył mi rękę na ramieniu. - Idź lepiej na spacer. Ja zajmę się autem Wer.
- Dobry pomysł - wyłączyłam gaz, odłożyłam ścierkę i poszłam się przebrać
***&***
Rozsiadłam się wygodnie z laptopem na kolanach i butelką Whiskey w dłoni i zaczęłam szperać w poszukiwaniu jakiejś fuchy. Pociągnęłam spory łyk i zabrałam się za przeglądanie kolejnych stron z informacjami „paranormalnymi”. Nic, jakby na tym świecie nagle poznikały potwory. A może po prostu źle szukam? Wzięłam głęboki wdech i postanowiłam się przejść. Zabrałam moją kurtkę i zeszłam na dół.
-Wychodzę! - krzyknęłam i zatrzasnęłam drzwi wejściowe.
Dobrze wiedziałam, gdzie chcę iść. Objęłam się ramionami i powolnym krokiem szłam w tak dobrze mi znanym kierunku.
Harry był mniej ostrożny niż moi rodzice, dlatego uwielbiałam u niego zostawać.Pierwszy raz zabrał mnie tu, kiedy miałam niespełna dziesięć lat. Do teraz pamiętam zszokowane miny ludzi na strzelnicy, kiedy drobna dziewczynka trafiła kulą prosto w głowę pięć razy z rzędu, a później taką samą ilość razy w serce tarczy. Po trzech latach byłam już "stałą bywalczynią". Ostatnio w wieku piętnastu lat miałam jedyną i niepowtarzalną okazję spróbować strzałów do ruchomych celów. Byłam taka podekscytowana i się nie rozczarowałam, bo było świetnie. Harry, kiedyś powiedział mi, że to najlepszy, obok roboty, sposób na odstresowanie. Miał cholerną rację, ale było to również bardzo uzależniające. Dobrze chociaż, że jetem odporna na uzależnienia.
- Cześć, Wer - przywitał mnie mój równolatek, syn właściciela.
- Cześć, Karl - uśmiechnęłam się ciepło.
- Masz ochotę na wspólnie rozegraną grę na koszt firmy? - zapytał uprzejmie.
- Wiesz, że z chęcią - uśmiechnęłam się jeszcze szerzej.
Karl był brązowookim szatynem, który od zawsze był blisko mnie na strzelnicy. Na dodatek po śmierci jego wujka, zaczął się wraz z ojcem "szkolić" na łowcę.
- Co dziś? Paintball? Strzelanie z zasłoniętymi oczami?
- Coś lepszego - chłopak zrobił chytrą minę. - Paintball z zasłoniętymi oczami - pokazał mi język.
- Żartujesz sobie? - zrobiłam duże oczy.
- Dla ciebie wszystko moja guru.
Karl nazywał mnie tak, bo na początku byłam jego wsparciem w dopiero co poznanym świecie łowców.
- To dawaj kombinezon.
Już po chwili chłopak wrócił z dwoma kombinezonami do paintballu. Rzuciłam kurtkę na krzesło i zaczęłam zdejmować spodnie.
- Wow. Nie chciałabyś iść do przebieralni? - zapytał Karl.
- A przeszkadza ci widok mojej bielizny? - zapytałam, szeroko się uśmiechając.
- Jakbym jej nie widział już wcześniej - odpowiedział niezrażony.
- No właśnie.
Wróciłam do przebierania się w kombinezon i zauważyłam, że Karl poszedł w moje ślady. Jego ładnie umięśnione plecy były poznaczone długimi bliznami po pazurach.
Pierwszy raz wracałam tak późno do Harry'ego. Przechodziłam właśnie obok domu Karla, kiedy usłyszałam złowieszcze wycie. Pognałam pędem za tym dźwiękiem ile sił w moich piętnastoletnich nogach. Wiedziałam, że Karl został dziś z wujkiem, bo jego tata pojechał na grób swojej żony, dwa stany dalej. Wbiegłam na kamienną ścieżkę za domem i zamarłam. Leżało na niej zakrwawione ciało wujka Karla, z widoczną dziurą w miejscu, gdzie było serce. Puls przyspieszył, wyjęłam z kieszeni srebrne kule i zabrałam pistolet, który leżał obok ciała. Załadowałam go i cicho ruszyłam dalej ścieżką.
- Pomocy! - usłyszałam krzyk Karla.
Pobiegłam w tym kierunku. Byłam już prawie na miejscu, kiedy rozległ się przeraźliwy okrzyk bólu. Wybiegłam na małą polanę i strzeliłam prosto w serce bestii  Wilkołak padł martwy, a ja podbiegłam do Karla. Odetchnęłam z ulgą, żył. Jednak jego plecy były całe pokryte ranami po pazurach. Pochyliłam się i ostrożnie pomogłam mu wstać. Objęłam go delikatnie w pasie i zarzuciłam sobie jego ramię na szyję. Udało mi się doprowadzić go do Harry'ego, który go opatrzył. Chłopak został u nas na noc i spał ze mną na jednej kanapie, bo po prostu się bał. W świecie łowców to żadna ujma, wbrew pozorom każdy z nas czegoś się boi. Co godzinę budził mnie jego krzyk i musiałam tłumaczyć mu, że tym razem to tylko koszmarny sen, nic więcej. Życie łowcy nigdy nie jest łatwe, nie ma również możliwości odwrotu, a na moich oczach narodził się kolejny z nas.
-Musisz bardziej zaufać swojemu słuchowi - mruknęłam, kiedy kulka z farbą Karla minęła mnie kolejny raz o centymetr.
Czekałam, aż wykorzysta moją radę i oberwałam prosto w środek pleców.
- Szybko się uczysz - roześmiałam się i trafiłam go kolejny raz.
Po godzinie poszliśmy pod prysznic, oczywiście do osobnych szatni. Jak zawsze ogarnęłam się szybciej i musiałam czekać na Karla.
- Dzięki za świetny dzień - powiedziałam, kiedy wyszedł.
Jego włosy były nadal mokre i nie trudził się założeniem koszulki, więc tylko przewróciłam oczami.
- Czy ty próbujesz mnie poderwać? - zapytałam.
- Ciebie się nie da poderwać - odparł poważnie.
- Zdziwiłbyś się - odpowiedziałam.
***&***
Wyjęłam z garażu jakiś stary zdezelowany rower, który kiedyś był chyba czerwony. Miałam nadzieję, że jest sprawny i że Harry nie obrazi się, że go pożyczyłam. Z lekkim trudem wsiadłam na niego i wyjechałam na drogę. Już trochę poznałam okolicę i dokładnie wiedziałam gdzie chcę jechać. Po kilku minutach skręciłam na polną drogę i lawirowałam między kamieniami. Podjechanie pod górkę wymagało małego wysiłku, ale tym lepiej się poczułam, gdy w końcu udało mi się dotrzeć na szczyt. Oparłam rower o drzewo i wdrapałam się na skałę, z której roztaczał się wspaniały widok na okolicę. W oddali dostrzegłam dom Harry'ego, centrum pobliskiego miasteczka...
Potrzebowałam chwili spokoju. Musiałam się zatrzymać na moment i pomyśleć o... o wszystkim. Przede wszystkim o Jacku i Rogerze, bo ten temat dręczył mnie od dłuższego czasu i spędzał sen z powiek. Jakby na zawołanie zadzwonił telefon.
- Halo? - odebrałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz, bo byłam pewna, że to Jack. A może miałam nadzieję...? - Nie, dziękuję, to pomyłka...
Chciałam schować telefon, ale nie mogłam się na to zdobyć. Zanim zdążyłam pomyśleć moje palce same wybrały numer.
Cisza po drugiej stronie mnie przeraziła. Odebrał od razu, jednak nie odezwał się ani słowem. Chwilę zastanawiałam się co powiedzieć, bo w głowie miałam kompletną pustkę.
- Masz za dużo darmowych minut do Japonii? - sarknął w końcu. - Czy musisz sobie do kogoś pomilczeć?
- Chyba to drugie - westchnęłam. - Adam nie żyje - wyrywało mi się nagle.
- Wiem, Harry dzwonił - w jego głosie słychać było chłód. - Dzięki temu wiem, że żyjesz.
Powiedział "żyjesz", a nie "żyjecie". Czemu zwróciłam na to uwagę...?
- Nie mogłam. Wer... - próbowałam się bronić.
- Nie obchodzi mnie Wer! - wybuchnął nagle. - Ale ty tak! Ja cię jednak najwyraźniej nie obchodzę... - rozłączył się bez pożegnania.
Patrzyłam na wyświetlacz bezmyślnie, zastanawiając się co zrobiłam nie tak. Nie, wiedziałam co zrobiłam nie tak. Wszystko. Problemem było to, że nie miałam pojęcia co teraz z tym zrobić. Otarłam łzę, która nie wiadomo skąd pojawiła się na moim policzku, zeszłam ze skały, wzięłam rower i zjechałam na dół. Nie patrzyłam dokąd jadę, pogrążona w rozmyślaniach. Kolejne łzy czaiły się gdzieś w kącikach moich oczu, jednak nie pozwoliłam im płynąć. Kiedy wjechałam do miasteczka spadł mi nagle łańcuch i rower do końca się rozleciał. Siadłam obok niego na chodniku i wszystkie tamy puściły, wszystkie łzy, które się nagromadziły musiały znaleźć ujście. Siedziałam więc na chodniku i płakałam jak głupia obok pozostałości roweru.
- Hej, spokojnie, da się to zespawać... - usłyszałam nad sobą męski głos. - Sentymentalny grat?
- Nie jest nawet mój... - chlipnęłam, nie podnosząc wzroku.
- Oj, właściciel się wnerwi...? 
- Wątpię - pociągnęłam nosem, a przed moją twarzą pojawiła się jednorazowa chusteczka.
Podniosłam głowę i napotkałam spojrzenie orzechowych oczu. Były tak podobne do oczu Rogera, że na nowo wybuchnęłam płaczem.
- No nie... Zazwyczaj laski uśmiechają się na mój widok, a nie wybuchają histerycznym płaczem... Weźmiesz tą chusteczkę, czy wolisz mi się wysmarkać w rękaw?
Wzięłam chusteczkę, jednak nie podniosłam wzroku.
- Nie chodzi o rower - mruknęłam, kiedy doprowadziłam twarz do względnego porządku. Niestety potrzebne było więcej chusteczek. 
- Domyśliłem się - usiadł koło mnie na chodniku, wcześniej przesuwając resztki roweru, żeby nie zawadzał na drodze. - Jesteś stąd?
- Nie, ale przyjechałam do znajomego z przyjaciółmi. Czasem zatrzymujemy się tu na dłużej.
- Tak myślałem, zauważyłbym cię wcześniej - uśmiechnął się.  Z tej perspektwy nie wyglądał już jak Roger, więc nie wybuchnęłam na jego widok płaczem. - Jak masz na imię?
- Alice - odpowiedziałam i wstałam. - Dzięki za chusteczki, ale muszę już wracać do domu.
- Na piechotę? - zdziwił się, wskazując na rower. - Ciągnąc za sobą tego grata?
- To niedaleko - wzruszyłam ramionami.
- Pomogę ci - wstał energicznie i chwycił resztki roweru. - W którą stronę?
- Tam - westchnęłam zrezygnowana i ruszyłam w kierunku domu Harry'ego.
Przez pierwsze dwie minuty szliśmy w milczeniu. Chłopak jednak nie wytrzymał długo.
- Pozwolisz, że zgadnę. Zdechł ci chomik, tak?
- Tak...
- Ups - naprawdę się zmartwił. - Zazwyczaj nie trafiam za pierwszym razem...
- ...jak miałam siedem lat - dokończyłam spokojnie. - Nie płakałam wtedy. Płakałam tylko po króliku.
- Aha, więc to nie to... - ucieszył się.
- Tego królika dostałam od swojego najlepszego przyjaciela - sama nie wiedziałam, czemu mówię to obcemu facetowi. - Ma takie same oczy jak ty. Dlatego wybuchnęłam płaczem.
- Bo mam oczy jak chłopak od królika? - spojrzał na mnie z zainteresowaniem.
Poczułam się głupio.
- Zapomnij, to nieważne. Dzięki za pomoc - mruknęłam.
- To tu? - upewnił się.
- Nie, ale tu nasza znajomość powinna się zakończyć - czułam, że powiedziałam za dużo. - Poradzę sobie.
- Więc  chodzi o chłopaka... - założył ręce na piersi i spojrzał na mnie jakbym była bardzo ciekawym przypadkiem psychiatrycznym. 
Być może byłam.
- Żeby tylko o jednego... Możemy uznać, że pomogłeś mi i rozejdźmy się do domów? - poprosiłam.
- Wiesz, rzadko spotykam dziewczyny, które płaczą nad rozwalonym rowerem na środku chodnika... To bardzo interesujące...
- Jak odprowadzisz mnie do domu to się odczepisz? - zapytałam z nadzieją.
- Może...
Westchnęłam i bez słowa ruszyłam przed siebie, nie patrząc czy idzie za mną. Dom Harry'ego był prawie za rogiem. Otworzyłam furtkę i wpadłam na podwórko. Harry robił coś przy garażu, odwrócił się na dźwięk moich kroków. 
- O, Alice...
- Dzień dobry, panie Evans - usłyszałam za sobą radosny głos.
- Lewis, co ty tu robisz? - Harry zwrócił się do mojego towarzysza.
- Zdaje się, że przestał pan mieć rower... - wyjaśnił, kładąc resztki pojazdu pod płotem.
- I tak miał iść na złom...
- Dzięki za informację, Harry - mruknęłam i weszłam do domu, nie oglądając się nawet za siebie.
***&***
Po powrocie ze strzelnicy miałam totalny mętlik w głowie. Dawno nie miałam ochoty tak się komuś wygadać, jak Karlowi. Było w tym coś dziwnego, zupełnie niepodobnego do mnie. Przecież nie potrafiłam przelewać na innych swojego bólu, swoich problemów. Zawsze nosiłam je w sobie i dawałam emocjom ujście na strzelnicy, w trakcie roboty, albo po prostu biorąc maleństwo na przejażdżkę. Nawet Adam nie miał okazji wysłuchiwać moich zwierzeń tyle razy ile powinien. Może to i dobrze, bo w końcu z nas dwojga to on miał większe problemy. Usiadłam z powrotem na kanapie i odpaliłam laptopa. Włączyłam internet i wróciłam do szukania jakiejś interesującej roboty. Przeglądałam stronę za stroną i nic nie potrafiłam znaleźć. Mimowolnie weszłam na stronę strzelnicy i zauważyłam, że Karl wrzucił zdjęcia z dzisiaj. Dzięki zasłoniętym oczom i kombinezonowi nikt nie zorientuje się, że to ja. Ale ja wiedziałam i nie potrafiłam uwierzyć, że byłam aż tak szczęśliwa. Moje rozmyślania przerwała Alice wpadająca do pokoju.
- Co to? - bezczelnie nachyliła się nade mną i zajrzała mi przez ramię.
- Nie twój zakichany interes! - odwarknęłam.
- Chcesz iść na strzelnicę? Dobry pomysł - niezrażona kontynuowała.
- Dla twojej wiadomości ja tam dzisiaj byłam - odpowiedziałam siląc się na spokój.
- Serio? - Alice zrobiła wielkie oczy.
- Od osiemnastu lat regularnie tam bywam.
- I jak było? - jej entuzjazm był nieznośny.
- Super. I zrobiłam striptiz synowi właściciela - odpowiedziałam z pełną powagą.
- Chyba ci się poprawia - odparła. - Podobało mu się chociaż?
- Nawet się przyłączył - mruknęłam.
- Dobra, przestanę być upierdliwa - powiedziała poważnie.
- Jestem wdzięczna - wróciłam do przeglądania strony.
Alice siadła obok i się nie odzywa.
- To syn właściciela? - wypaliła nagle.
Na ekranie pojawiło się zdjęcie Karla z jego suczką Muti, rasy Husky. Pamiętam jak znalazł ją za strzelnicą, kiedy mieliśmy po jedenaście lat, przywiązaną łańcuchem do płotu. Pierwotnie miała nazywać się Mamut, ale że to suczka zaproponowałam drobną zmianę na Muti, która się przyjęła.
- Mhm...
- Długo się znacie?
- Osiem lat - odpowiedziałam i przełączyłam na stronę z informacjami.
Alice wyraźnie chciała coś odpowiedzieć, ale nie zdążyła.
- Chyba mam coś dla nas! - wykrzyknęłam tryumfalnie.
Oddałam przyjaciółce laptopa i odebrałam mój telefon.
- Cześć - po drugiej stronie rozległ się głos Cass.
- Cześć skarbie. Co tam? - pytam.
- Chciałam tylko zapytać, czy u ciebie wszystko okey.
- Mhm... A co?
- Tylko pytam, bo Dave rozmawiał z Harrym i się martwił.
- Już w porządku, kumpel poprawił mi humor - mimowolnie się uśmiechnęłam.
- Chcę wiedzieć wszystko - zażartowała z radością Cass.
- Robiliśmy striptiz - nie potrafiłam powstrzymać śmiechu.
- Czekam na zaproszenie na ślub. Trzymaj się - dziewczyna się rozłączyła.
Wróciłam do Alice i siadłam obok niej. Zaczęłam nawet zastanawiać się nad słowami Cassandry. Może faktycznie miała rację, w końcu przy Karlu czuję się tak inaczej  Postanowiłam jednak ostatecznie odłożyć te przemyślenia na później, w końcu chyba mamy robotę.
***&***
- I co? - zapytała Wer, kiedy skończyła rozmawiać przez telefon.
- Kilka tajemniczych morderstw w miasteczku 200 kilometrów stąd - odpowiedziałam, szybko przebiegając wzrokiem po reszcie artykułu. - O dziwo wszystkie ofiary się znały, ale każda zginęła inną śmiercią. Jeden został rozerwany dosłownie w pół, drugiego przygniotła ciężarówka, na zdjęciu wygląda to tak, jakby ktoś nią w niego rzucił, a trzeciemu wnętrzności wypłynęły przez ucho... nie chcesz oglądać zdjęć - zapewniłam ją.
- Czyli chyba coś dla nas... Choć równie dobrze mogły to być po prostu zabójstwa... - wyraziła wątpliwość.
- Ciężarówka...? - zakpiłam.
- Okej, bierzemy to - zadecydowała Wer.
- Ann jedzie z nami?
- Co ja? - do salonu weszła ta ostatnia. - Chcieliście jechać beze mnie?
Zamknęłam laptopa i wyszłam na zewnątrz. Harry grzebał przy jakimś samochodzie, a pomagał mu... Lewis.
- O, już ci lepiej - uśmiechnął się na mój widok. Jego bawełniana biała koszulka wisiała na płocie, a na torsie miał smugę smaru.
- Co ty tu jeszcze do cholery robisz...? - wyrwało mi się.
- Jak ty się ładnie złościsz... Harry poprosił mnie o pomoc.
- Jedziecie gdzieś? - zainteresował się Harry.
- Tak, mamy robotę 200 kilometrów stąd - z domu wyszła Wer, a za nią Anna. - O, cześć Lewis!
- Cześć, siostro mojej byłej dziewczyny, która mnie nadal nienawidzi...! - wyszczerzył się, a ja omal się nie zakrztusiłam. 
Mina Anny jednak całkowicie potwierdzała jego słowa. Patrzyła na niego z wściekłością i bez słowa poszła do nowego auta Wer.
- Gdybym nienawidziła ludzi, których ona nienawidzi pewnie byłbyś martwy - Wer przyjacielsko poklepała go po łopatce i też wsiadła do auta. 
Chłopak spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko.
- To kiedy wracacie?
- Nie wiem - odparłam sucho. 
- A jak wrócicie to zadzwonisz do mnie? - zapytał. 
- Nie - obróciłam się na pięcie i ruszyłam do auta.
- Hej, Alice...!
- Tak? - zatrzymałam się z westchnieniem.
- Lubisz mnie choć trochę?
- Nie.
- Kłamiesz? - dopytywał się dalej.
- Nie. 
- A...
- Lewis przestań ją podrywać... - przerwał mu Harry. - Ona jest zajęta - wybrnął za mnie.
- Dzięki, Harry. Wrócimy jak tylko skończymy - zwróciłam się do niego. - Nie martw się o nas.
- Zawsze będę.
Uśmiechnęłam się i wsiadłam do auta, nie zwracając uwagi na wnerwioną Ann.
***&***
Po prawie trzech godzinach jazdy dotarłyśmy do miasta o wdzięcznej nazwie Springfalls. O dziwo było ono zdecydowanie większe od tych, w których zazwyczaj bywałyśmy, miało nawet dwa colleage. Spowodowane to było obecnością w mieście dużej ilości bogatych ludzi. Postanowiłyśmy jak zwykle podzielić się rolami.
- Zrobię wywiad w szkole - zaproponowałam.
- To ja zobaczę zwłoki - mruknęła Anna, nadal zła po spotkaniu z Lewisem.
- Porozmawiam z rodzinami? - Alice zrobiła dziwną minę.
- Nie wiem co miał symbolizować twój wytrzeszcz, ale pomysł okey - odparłam i rozdałam fałszywe odznaki.
Rozdzieliłyśmy się i każda ruszyła do pobliskiego colleageu. Wzięłam głęboki wdech i otworzyłam drzwi. Postanowiłam najpierw pogadać z dyrekcją, a później zająć się uczniami. Powolnym krokiem powlokłam się do gabinetu i zapukałam.
- Proszę - rozległ się kobiecy głos.
Weszłam do środka. Przy biurku siedziała młoda, jak dla mnie za młoda na dyrektorkę, kobieta. Miała mocno spięty rudy kok i długie, szczupłe nogi.
- Dzień dobry, czym mogę służyć? - spytała.
- Jestem z FBI i chciałam porozmawiać o Adrienie, Evanie i Simonie - odpowiedziałam, pokazując odznakę.
- Dobrze, panno Roth - kobieta wskazała mi krzesło.
- Jakie były ofiary? - pytam bez ogródek.
- Nie ukrywajmy, wszyscy ci uczniowie byli szkolnymi chuliganami.
***
Po piętnastu minutach rozmowy z dyrektorką, wyszłam i napatoczyłam się na bójkę. Dwie dziewczyny przyparły do muru chłopaka i kopały go, oraz okładały pięściami.
- Może byście sobie darowały - powiedziałam, podchodząc.
- Odczep się - warknęła jedna z nich.
Tego było za wiele, szarpnęłam tę wredną, parszywą dziewuchę za włosy i odciągnęłam na bok. Wrzeszczała jak obdzierana ze skóry.
- Jesteś chora - wysyczała ta druga i obie uciekły.
Nawet się za nimi kurzyło. Odwróciłam się w stronę chłopaka i podałam mu rękę. Wbrew pozorom nie wyglądał na mięczaka, czy ciamajdę. Był wysoki, wyższy ode mnie, a pod jego koszulką rysowały się lekkie mięśnie.
- Dzięki za pomoc - powiedział nie patrząc mi w oczy.
- Wszystko okey? - spytałam.
- To nie pierwszy raz, więc dam sobie radę - powiedział ponuro i zaczął iść w kierunku miasteczka.
Podbiegłam do niego.
- Możesz mi coś powiedzieć o chłopakach, którzy zginęli? - zapytałam.
- Dupki, jak te dziewczyny. Uważali się za lepszych od innych i gardzili osobami, które dostały się do colleageu w ramach stypendium, bo inaczej nie było by ich stać.
- Jesteś jednym z nich.
Kiwnął głową.
- Powinienem chodzić do tego drugiego, na drugim końcu miasta. Żałuję, że tak się nie stało.
- A nie próbowałeś im oddać? - rzuciłam propozycją.
- To tylko pogarsza sytuację - zauważył smutno.
- Landon! - ktoś pomachał w naszym kierunku.
- Muszę iść - mruknął i zostawił mnie samą.
***&***
- Jakim dzieckiem był Adrien? - zapytałam łagodnie. Kiedy to samo pytanie zadałam matce Simona rozpłakała się spazmatycznie, więc jak na szpilkach oczekiwałam na reakcję kolejnej matki. 
- Ciężkim do wychowania, ale przecież nie mogę mówić źle o swoim dziecku... - westchnęła.  - Nie łatwo jest być samotną matką. Wie pani jaki to ciężki kawałek chleba...? Ale nie dałabym powiedzieć złego słowa o moim dziecku. Był trochę gwałtowny, często wdawał się w bójki, ale to normalne u chłopców w jego wieku...
- Czy miał jakiś wrogów, ktoś mógł chcieć jego krzywdy...? - pytałam dalej, myśleć o wiedźmie.
- Nie, nie sądzę - odparła matka z wahaniem. - Oczywiście, z niektórymi chłopcami bił się częściej, ale wie pani, jacy są nastolatkowie...
- Zauważyła pani może coś dziwnego w jego zachowaniu, w zachowaniu jego kolegów?
- Nie...  raczej nie...
Porozmawiałam z nią jeszcze chwilę, ale nie dowiedziałam się niczego pożytecznego. Wyszłam, szukając kartki z adresem ostatniej rodziny. Okazało się, że to całkiem blisko i już po chwili byłam na miejscu. Zapukałam i w tym momencie poczułam wibracje sygnalizujące przyjście SMS. Zdążyłam jednak tylko zerknąć na wyświetlacz i dostrzec napis "Jack" i ktoś otworzył mi drzwi. Schowałam telefon do kieszeni i uśmiechnęłam się ciepło.
- Dzień dobry, FBI. Czy możemy porozmawiać o pani synu...?
***
Kiedy wyszłam, nie byłam wcale mądrzejsza. Przez całą rozmowę siedziałam jak na szpilkach, bo wiadomość od Jacka nie dawała mi spokoju. Gdy tylko wyszłam, natychmiast odebrałam wiadomość.
"Potrzebuję Cię"
Jakieś auto zatrąbiło, bo zatrzymałam się na środku przejścia dla pieszych. Czym prędzej zeszłam na chodnik, wybierając numer.
- Co się stało? - zawołałam, gdy tylko odebrał połączenie.
- Nic, trochę kłopotów przy robocie...  - odparł.
- Twoja wiadomość była bardzo... Zaniepokoiła mnie.
- Nic poważnego, po prostu chciałem usłyszeć twój głos - jego głos brzmiał tak ciepło. Stęskniłam się za jego brzmieniem, bo ostatnie nasze rozmowy były szybkie, urywane i pełne ostrych, bolesnych słów. Stęskniłam się za tym ciepłem. 
- Nie jesteś już zły...? - zapytałam ostrożnie.
- Niby o co? Jeżeli nie czujesz do mnie tego co ja do ciebie, ja to zrozumiem. Nie znaczy to jednak, że z ciebie zrezygnuję. Nigdy nie zrezygnuję. Mam nadzieję, że kiedyś mój trud zostanie nagrodzony...
- Jack...
- Nie martw się, przemyślałem wszystko. Lepiej powiedz co u ciebie...
- W porządku mamy sprawę w Springfalls - mimowolnie się uśmiecham. - Nie wiemy jeszcze co to, ale to kwestia czasu.
- To dobrze. Uważaj na siebie, Alice - poprosił, a mnie natychmiast zmiękły kolana.
- Ty też - odpowiedziałam.
- Na mnie już trochę za późno. Kocham cię, wiesz...?
- Wiem... - westchnęłam, a Jack się rozłączył, nie czekając na odpowiedź.
Odłożyłam telefon do kieszeni i ruszyłam w kierunku kostnicy, mając nadzieję, że Ann miała więcej szczęścia niż ja. Przez całą drogę z mojej twarzy nawet na chwilę nie zniknął uśmiech.
***&***
Kiedy po piętnastu minutach spotykam się w końcu z dziewczynami w pobliskiej knajpce, okazuje się, że mamy tyle co wcześniej, czyli nic. Zamawiam burgera i cierpliwie słucham co dziewczyny mają do powiedzenia.
- Te zabójstwa są do siebie niepodobne - marudzi Ann. - Każdy trup był całkiem inny.
- Jedynie ofiary są podobne - zauważa Alice.
- Dupki z bogatych domów - warknęłam.
- Niby skąd to wiesz? - zapytała Alice.
- Powiedzmy, że sprawdziłam u źródła.
- Dobra - wzruszyła ramionami nie drążąc tematu, co było dziwne. - Trzeba by sprawdzić miejsca zbrodni.
Kiwnęłam głową i zabrałam się za hamburgera, którego właśnie dostałam. Ann raczyła się już sałatką, a Alice jak zwykle wystarczała kawa. Wyjrzałam przez okno i aż się we mnie zagotowało.
Rodzice stwierdzili, że na jeden rok możemy uczęszczać do szkoły w miasteczku Harry'ego. To był dzień jak każdy inny. Miałam tylko kolejny raz iść do szkoły, udawać, że nie istnieję i wrócić. Prościzna. Dopiero po wyjściu ze szkoły zaczął się problem. Na środku zebrał się tłum gapiów, bo klasowi "bokserzy" postanowili stłuc Lewisa, u którego w domu się nie przelewało. Moim zdaniem to jeden z najżałośniejszych powodów do spuszczenia lania. Gwałtownie wciągnęłam powietrze, kiedy padł pierwszy cios. Po brodzie chłopaka spływała krew. Najdziwniejsze było to, że po chwili padła kontra. Niestety to tylko rozwścieczyło tamtych i nastąpiła seria kopniaków w brzuch.
- Odpierdolcie się! - rozległ się dobrze mi znany wrzask i w sam środek bójki wskoczyła Anna.
- Zajebiście - syknęłam.
"Bokser" zamachnął się i trafił ją w ramie. Tego było za wiele wbiegłam na sam środek i dwoma sprawnymi ciosami położyłam napastników na ziemię.
- Nigdy nie waż się tknąć mojej siostry - warknęłam.
I z bycia niewidzialną nici.
- Nic ci się nie stało? - zwróciłam się do Ann.
- Dałabym sobie radę.
Moja siostra nachyliła się nad Lewisem i pomogła mu wstać. Jak zwykle w takiej sytuacji zaprowadziłyśmy go do Harry'ego, gdzie moja Ann się nim zajęła. Dokładnie dwie minuty po przyjściu widziałam ich całujących się na kanapie.
Od strony zaplecza zauważyłam te same dziewczyny co rano. Gwałtownie wstałam i wyszłam tylnym wyjściem, mimo protestów właściciela. Podeszłam do tej brutalniejszej ździry i szarpnęłam za włosy, ale mocniej niż poprzednio.
- Następnym razem wyrwę ci te kłaki razem ze skórą - wysyczałam.
Jej koleżanka zrobiła naprawdę przerażoną minę i wycofała się pod śmietnik.
- Co jest zabawnego w nierównej walce? - zapytałam z furią.
Dziewczyny milczały.
- Może rozegramy walkę jeden na jednego? Wszystkie chwyty dozwolone i tym podobne?
Ich panika stała się jeszcze bardziej widoczna.
- Więcej razy nie powtórzę, spierdalać. I jak znowu zobaczę coś takiego to mnie zapamiętacie - kontynuowałam niezrażona.
Zniknęły tak szybko, że ledwie to zauważyłam. Odwróciłam się do chłopaka, jego lewe oko już spuchło, a z brwi płynęła krew.
- Chodź ze mną do auta, tam mam apteczkę - powiedziałam.
Landon podniósł się i ruszył za mną do mojej czarnej bryki. Otworzyłam drzwi i kazałam mu siąść na fotelu pasażera, a sama wyjęłam ze schowka apteczkę. Najpierw opatrzyłam brew, a potem podałam mu piwo z lodówki turystycznej, która znajdowała się na tylnej kanapie.
- Opuchlizna trochę zejdzie - powiedziałam.
Kiwnął głową i przyłożył puszkę do oka. Kątem oka zauważyłam, że zbliża się Ann i Alice.
***&***
- Ann? - zapytałam nieśmiało, kiedy pokierowane przez policjanta szłyśmy w kierunku pobliskiego parkingu leśnego Wer została z Landonem, więc same musiałyśmy sobie poradzić.
- No co?
- Będziesz zła jeżeli zapytam o Lewisa?
- Będę - odpowiedziała, jednak bez złości.
- W takim razie nie zapytam - rozejrzałam się dookoła. - To chyba tu.
Dokładnie przeszukałyśmy polanę, lecz oprócz śladów zabezpieczonych przez policję nie udało nam się nic znaleźć. Zrezygnowane nieco pojechałyśmy na zaplecze supermarketu, gdzie zginął drugi chłopak. Niestety ze względu na charakter tego miejsca wszystkie ślady zostały już skrzętnie uprzątnięte.
- Może na miejscu ostatniego morderstwa uda nam się coś znaleźć - mruknęła Ann. - W końcu Simona zabito jako ostatniego zaledwie trzy dni temu...
- Racja - odpowiedziałam i sprawdziłam jak daleko mamy do meliny, która była miejscem spotkań młodych ludzi z okolicy. Pusty dom bez okien i drzwi, pozwolił jednak zachować większość śladów, nawet tych, na które policja nie zwróciła uwagi
- Bez wątpienia to coś z naszej działki - wymruczałam, patrząc jak wskaźnik EFM wariuje. - Może mściwy duch? Ann masz coś? Jakaś ektoplazma, czy coś?
- Nie, nic... - urwała w pół słowa. - Alice, chodź tu.
Podeszłam do niej szybko. Na parapecie widniała żółta smużka jakiegoś pyłu.
- Czy to jest to co myślę? - mruknęłam.
Ann wzięła na palec odrobinę substancji i powąchała.
- Fuj! - skrzywiła się. - To zdecydowanie demon.
- No, to w tej sprawie mamy jasność... - schowałam do torby sprzęt. - Pytanie tylko kogo opętał....
***
Kiedy wyszłyśmy, Ann rozdzwonił się telefon. Po radosnym wyrazie jej twarzy rozpoznałam, że zadzwonił Robbie. I tak musiałam na nią poczekać, więc raz jeszcze weszłam do domu. Coś nie dawało mi spokoju. Stanęłam w drzwiach i się rozejrzałam. Nagle mój wzrok padł na jakiś sznurek leżący pod oknem, na którym znaleźliśmy siarkę. Gdy podeszłam okazało się, że to czarno-czerwona pleciona bransoletka z inicjałami K.L. Podniosłam ją i schowałam do kieszeni.
Gdy wyszłam na zewnątrz, Ann już na mnie czekała. Miała jakiś dziwny wyraz twarzy.
- Co u Robbiego? - zapytałam wesoło.
- Jacka opętał demon - walnęła prosto z mostu.
- Co?! - wykrzyknęłam, a serce stanęło mi na moment.
- Spokojnie, już się z tym uporali... - uspokoiła mnie Ann.
- Nic mu nie jest? - pytałam dalej nerwowo.
- Cały i zdrowy, tylko nieco poobijany. Jeżeli cię to interesuje Robbiemu też nic nie jest poza raną na ramieniu - dodała z lekkim wyrzutem. - Chyba powinnaś do niego zadzwonić...
- Tak... - mruknęłam, wbijając ręce do kieszeni i zaciskając dłoń na znalezionej bransoletce.
Ann ruszyła z powrotem w kierunku centrum, a ja wyciągnęłam telefon. W tym momencie zadzwonił.
- Alice, jest problem - usłyszałam głos Wer.
***&***
Kiedy dziewczyny poszły oglądać miejsca zbrodni, zabrałam Landona do mojego pokoju w motelu. Nie do końca wiedziałam co ma teraz zrobić, bo od ostatniej podobnej sytuacji minęło już dobrych parę lat. Wzięłam głęboki wdech i usiadłam obok niego na łóżku. Moją uwagę przykuł blady pasek na nadgarstku.
- Nosiłeś zegarek? - zapytałam nim zdążyłam się ugryźć w język.
- Bransoletkę. Taką czarno-czerwoną, zrobiłam mi ją siostra i są tam nasze inicjały, Kyla i Landon.
- Gdzie teraz jest?
- Siostra wyjechała do Norwegii, a bransoletkę gdzieś zapodziałem - odpowiedział i dotknął spuchniętego oka.
Syknął cicho, a ja odruchowo odciągnęłam jego rękę od twarzy.
- Masochista - mruknęłam.
- Bardzo zabawne - jęknął i wyrwał dłoń z mojego uścisku. Wyglądało to jakbym go sparzyła. Spojrzałam na swoją dłoń i zauważyłam srebrną obrączkę od Adama na środkowym palcu. Coś mi tu nie pasowało. Udałam, że nic nie zauważyłam.
- A wiesz, że jedna z tych dziewczyn była moją dziewczyną. Rzuciła mnie, kiedy jej tata dostał spadek.
Dziś mijał okrągły rok od kiedy Ann i Lewis są parą.
- Muszę z nim zerwać - mruknęła.
- Czemu?! - oburzyłam się.
- Nie jest łowcą i jest zbyt idealny. Co to za facet, który nigdy tobą nie pomiata?
- Musiałaś mocno pierdolnąć się w głowę.
- Proszę cię - Ann usiadła na kanapie. - Ręcznie robione kartki na walentynki były modne w podstawówce, a piknik wcale nie jest taki romantyczny. Po za tym Lewis jest strasznie nudny.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo rozległ się dzwonek do drzwi. Ann pobiegła je otworzyć. Zauważyłam Lewisa z ładnie opakowanym prezentem.
- Z nami koniec - powiedziała Ann i zatrzasnęła drzwi.
- Nie mogę - jęknęłam i wybiegłam z domu.
Dogonienie Lewisa nie było trudne, więc już po chwili się z nim zrównałam.
- Pewnie powiesz mi, że to nie to na co wygląda - mruknął
- Nie, to jest to na co wygląda. Moja pieprznięta siostra bezczelnie z tobą zerwała.
- Więc co teraz? - zapytał.
- Odprowadzę cię pod sam dom, aby upewnić się, że nic sobie nie zrobisz.
- A nie powinnaś mnie nienawidzić? W końcu to twoja siostra.
- A ty jesteś moim kumplem. Nie mam z Ann wspólnego mózgu.
- To dobrze - uśmiechnął się.
- Christo - szepnęłam.
Po tych słowach Landon zrobił dziwną minę, zaczął się miotać, a jego oczy zrobiły się całe czarne i wybiegł z motelu. Wszystko powoli ułożyło mi się w całość. Wykręciłam numer do Alice.
***&***
- Uciekł mi - warknęła Wer nim zdążyłam zapytać o co chodzi.
- Kto?
- Landon. To on jest opętany... - wyjaśniła.
- Skąd wiesz...? - zapytałam.
- Christo. Zadziałało - wyjaśniła lakonicznie Wer. - Czarne oczy i tak dalej...
- Ale dlaczego on? - zdziwiła się Ann.
- Wszyscy mu dokuczali, rzuciła go dziewczyna... Idealny cel dla demona.
- Problem w tym, że nie mamy pojęcia gdzie teraz jest... - westchnęłam, sięgając do kieszeni, z której wypadła znaleziona w melinie bransoletka.
- Skąd to masz? - Wer chwyciła ją szybko.
- Znalazłam koło siarki... - odpowiedziałam. - A co?
- Należy do Landona - odparła Wer bezbarwnym głosem.
- I co robimy? - przerwała nam Ann.
- Trzeba go znaleźć...
- Pytanie tylko jak... - westchnęłam.
***
Wer zwolniła, kiedy dostrzegłyśmy blask policyjnych świateł i tłum ludzi przed parkiem miejskim. Krążyłyśmy od paru godzin po miasteczku, w poszukiwaniu Landona, jednak nie udało nam się znaleźć żadnego śladu  jego obecności.
Wer zatrzymała samochód po drugiej stronie ulicy, bez słowa wyjęła odznaki FBI i poprawiła pistolet przy pasku spodni. Wysiadłyśmy z auta i ruszyłyśmy do parku. Przeszłyśmy pod taśmą i od razu jakiś funkcjonariusz podszedł do nas z pretensjami, jednak pokazana niemal bez słowa odznaka załatwiła sprawę. Było już całkiem ciemno, więc nie od razu dostrzegłyśmy o co chodzi.
- Co tu się stało? - Anna zapytała jakiegoś gapia.
- Zabito młodą dziewczynę... Wracała do domu...
- Ktoś wie, co to za dziewczyna...? - dopytywałam się dalej.
- To Rosaline - odpowiedział mi jakiś głos. - Chodziła do klasy z moją córką... I z jednym z tych zamordowanych chłopców... taka tragedia...
Podeszłam do Wer, która od razu przeszła do oglądania zwłok. Widok był naprawdę nieprzyjemny. Na ogrodzenie otaczające rabatkę z białymi różami nabito ciało młodej blondynki. Zbrodni dokonano niedawno, bo z pięciu ran wciąż kapała krew padając na śnieżnobiałe płatki. Upiorny widok.
- Wiem, że nie powinnam tak mówić, ale wcale nie jest mi jej żal... - mruknęła do mnie Wer. - To jedna z tych dziewczuch, które dręczyły Landona...
- Myślisz, że on to robi świadomie? - zapytałam.
- Nie wydaje mi się... - zaprzeczyła Wer.
- Lekarz ocenił czas zgonu na jakieś pół godziny temu... - podeszła do nas Ann. - Landon zdążył się już pewnie ulotnić.
- Pewnie tak.
- Powinnyśmy się trochę przespać, dochodzi północ - zauważyła Ann. - Dziś już nic nie wskóramy...
- Wracajmy do motelu - zgodziłam się.
***&***
Nie potrafiłam zasnąć. Moje myśli zaprzątał Landon. Nie byłam do końca przekonana, czy nie robi tego świadomie, ale coś z instynktu łowcy mi to podpowiadało. Zastanawiałam się, czy jest świadom, że dzieje się z nim coś niedobrego i jak wyglądają dla niego momenty, gdy władzę nad nim przejmuje demon. Może są to swego rodzaju luki w pamięci, a może wcale nie zauważa momentów, w których się wyłącza. Obróciłam się na drugi bok, ale wtedy do mojej głowy wtargnął Lewis podrywający Alice. Nie żebym jej nie lubiła, ma swój urok, ale nie chciałam, żeby z nim była. Na dodatek ona ma Jacka, więc niech się opanuje. Nie chciałam by kolejna kobieta go skrzywdziła. Jakie ciężkie jest życie osoby empatycznej. Westchnęłam i wyszłam na korytarz, gdzie usiadłam na schodach. Przesunęłam dłonią po włosach i nakryłam twarz dłońmi. Chwilę siedziałam w takiej pozycji. Wstałam dopiero, kiedy usłyszałam moją komórkę w pokoju. Wbiegłam tam i spojrzałam na wyświetlacz. Sms od Ann. Kazała mi w nim iść spać, a nie migrować po motelu. Odetchnęłam z ulgą i położyłam się z powrotem do łóżka. O dziwo zasnęłam. Śniłam bardzo dziwny sen. Biegałam boso po kwiecistej łące, a za mną biegł Lewis. Krzyczał, abym na niego zaczekała, więc rzuciłam się na miękką trawę i zaczęłam oglądać obłoki. Miła odmiana od nawiedzających mnie ostatnio koszmarów. Leżałam tak i leżałam, aż w końcu dogonił mnie Lewis i walnął się obok. Przysunęłam się do niego bliżej, a on objął mnie ramieniem.
- Myślisz czasem, żeby w końcu komuś zaufać? - zapytał.
Zamarłam.
- O co ci chodzi?
- Jesteś taka zamknięta w sobie. Nawet przede mną się nie otwierasz, a przecież mnie kochasz.
- Co?!
- Nie tak jak myślisz - kontynuuje spokojnie Lewis. - Udajesz twardą, nawet taka jesteś, ale ile można tłamsić ból w sobie? Każdy musi czasem ulec i się komuś zwierzyć, bo inaczej zło przejmie nad nim władzę.
To było takie dziwne, słyszeć takie słowa z ust kogoś kto nie jest łowcą. Obudziłam się gwałtownie i nie mogłam zapomnieć ostatnich słów Lewisa. Bałam się, bo wiedziałam, że mimo iż był to wytwór mojej wyobraźni, miał rację. Bałam się, bo wiedziałam, że jeśli czegoś nie zrobię, to być może podzielę los Landona. Wzięłam szybki prysznic i poszłam do pokoju Alice, gdzie znalazłam również Ann. Obiecałam sobie, że po tej akcji się komuś zwierzę, ale na razie ważna była robota. Postanowiłyśmy iść coś zjeść, ale okazało się, że to będzie musiało poczekać. Jako, że plotki zawsze szybko się rozchodzą, dowiedziałyśmy się, że ostatnia dręczycielka Landona zaginęła.
- Co teraz? - zapytała Alice.
- Stary młyn - wypaliła Ann.
- Dlaczego tam? - spytałam.
- Sprawdziłam w nocy, że wszystkie tereny, na których dokonano zabójstw należą do dyrektorki szkoły, młyn również.
- Po co jej to? - wypaliła Alice.
- Kto bogatemu zabroni - mruknęłam i ruszyłam w kierunku Dodge Chargera.
***&***
Kiedy dojechałyśmy do młyna naszym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy. Dyrektorka najwyraźniej nie inwestowała w swoje włości. Wer zaparkowała samochód na poboczu i otworzyła bagażnik. Z środka wyjęła farbę do namalowania Diabelskiej Pułapki, sól, srebro, wodę święconą i notatnik z tekstem egzorcyzmów.
Sięgnęłam do bagażnika i wyciągnęłam sztylet, którego kiedyś już użyłyśmy do walki z demonem. Gdy wkładałam go za pasek, Wer spojrzała na mnie zimno.
- Odłóż to – warknęła.
- Czemu? – zdziwiłam się.
- Użyjemy egzorcyzmów.
- To tylko na wszelki wypadek… - broniłam się.
- Ja już znam twoje „na wszelki wypadek”… Nikomu nie stanie się krzywda – powiedziała twardo. – Idziemy! – zarządziła.
Z lekką obawą zostawiłam sztylet w samochodzie i ruszyłam za Wer.
Zbutwiałe deski zaskrzypiały nam pod nogami, gdy tylko przekroczyłyśmy próg. Ann westchnęła.
- Czy choć raz możemy mieć po swojej stronie element zaskoczenia…? – zapytała retorycznie.
- Alice, idź na górę – zarządziła Wer. – Ann parter, ja zobaczę piwnicę…
- Nie lepiej będzie od razu zejść do…
- Nie – przerwała mi Wer warknięciem. – Wezmę egzorcyzm. Uważajcie na siebie.
Westchnęłam, ale posłusznie ruszyłam na górę. Kiedy stanęłam na trzecim stopniu ten dosłownie rozpadł się pod moją stopą. Ze stłumionym okrzykiem spadłam, przed upadkiem ratując się jedynie dzięki w miarę stabilnej poręczy.
- Wszystko OK? – zawołała Ann.
- Tak, ale raczej nie wejdę na górę… - stwierdziłam, bo kolejne stopnie wyglądały jeszcze gorzej. – Musiałabym chyba lewitować…
- Dobra daruj sobie górę, chyba coś mam… - zainteresowana ruszyłam w stronę Ann, kiedy z piwnicy dobiegł nas głośny wrzask.
- Wer!!! – krzyknęłyśmy jednym głosem i na łeb na szyję popędziłyśmy na dół.
Tuż przed załomem korytarza zatrzymałyśmy się, przeładowałyśmy pistolety, a ja lekko odkręciłam butelkę z wodą święconą. Wyjrzałyśmy za róg.
Na środku pomieszczenia do krzesła przywiązana była młoda dziewczyna, a kawałek dalej Landon z nienaturalną siłą przypierał Wer do ściany, tak że nogi zwisały jej kilkanaście centymetrów nad podłogą.
- Myślałaś, że jesteś taka sprytna, co? – szydził z niej demon w ciele chłopaka. – Ale za bardzo lubisz tego młokosa. Może przypomina ci trochę ciebie? – drwił.
- Pieprz się! – wycharczała Wer.
- Trzeba było wziąć wasz magiczny nożyk, przed którym wszyscy tak drżymy… Ale tobie na nim zależy… - drażnił ją dalej demon. - Boisz się krzywdzić niewinnych. To twoja największa słabość, panno Wilde… I to ona kiedyś cię zgubi. Ale masz jeszcze większą słabość… Stoi za drzwiami.
Nim zdążyłyśmy się zorientować, z ust Landona wydobył się czarny dym i natychmiast wniknął w ciało Wer, a jej oczy momentalnie stały się czarne. Ciało chłopaka z gluchym łupnięciem upadło na posadzkę.
- Ciekawe jak to będzie zabić młodszą siostrzyczkę własnymi rękami, co panno Wilde? – zapytał demon głosem Wer. – A co ty na to, Anno? – w jednym momencie znalazł się tuż obok nas.
Zasłoniłam Ann i chlupnęłam przed siebie wodą święconą, pilnując by nie trafić Wer w głowę, bo nie wybaczyłaby mi, gdybym poparzyła jej twarz. Demon zawył wściekle, a bluzka Wer pokryła się brunatnymi plamami i dziurami.
- Tylko nie zrób jej krzywdy! – krzyknęła Ann, chwytając pozostawiony na posadzce notatnik i gorączkowo kartkując go w poszukiwaniu egzorcyzmu.
- Jasne – wycedziłam, próbując znokautować demona. – Byłabym wdzięczna, gdybyś się pośpieszyła…
Ann znalazła inkantację po łacinie i zaczęła recytować. Demon w zwinnym ciele Wer wywinął się z mojego uścisku i powalił na podłogę. Chlusnęłam w niego resztką wody święconej, a kiedy mnie puścił, zza pasa wyciągnęłam srebrny łańcuch. Inkantacja na szczęście zaczęła działać i demon skulił się w kącie targając ciałem Wer jak w napadzie padaczkowym.
Dla pewności oplotłam jej nogi srebrnym łańcuchem, co okazało się dobrym pomysłem, bo demon miotnął się i przeorał paznokciami po moim policzku.
- Ann…
Ciało Wer wygięło się w łuk i demon w końcu opuścił jej ciało. Czarna chmura wyleciała przez okno. Głowa przyjaciółki opadła na ramię.
- Wer…?! – Ann rzuciła notatnik na ziemię i podbiegła do siostry.
- Nic jej nie będzie – mruknęłam, badając puls. Potem podeszłam do Landona i sprawdziłam czy żyje. Podobnie jak Wer był tylko trochę poobijany i nieprzytomny.
- Nie zbliżaj się do mnie! – wrzasnęła dziewczyna przywiązana do krzesła, kiedy chciałam ją rozwiązać. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że ten świdrujący dźwięk, który towarzyszył nam przez ostatnie parę minut to jej piskliwy krzyk. – A kysz, maro nieczysta!
- Spokojnie, jesteśmy z FBI… - próbowałam ją uspokoić, ale to nic nie dało, nadal darła się jak opętana.
- Och weź strzel ją w pysk, bo głowa mi zaraz pęknie… - usłyszałam zachrypnięty głos Wer. Z wrażenia aż skorzystałam z jej rady, co okazało się dobrym pomysłem. – Co z Landonem?
- Nic mu nie jest – odpowiedziała Ann, pomagając Wer usiąść. – Tylko trochę poobijany…
Rozwiązałam dziewczynę, a Wer w tym czasie wstała i podeszła do Landona.
- Alice, cholera…! Wylałaś chyba na mnie pół butelki wody święconej…! – zauważyła dziury w swojej bluzce.
- Całą – poprawiłam ją. – Byłaś bardzo kłopotliwym demonem.
- To nie jest śmieszne… Bardzo lubiłam tę bluzkę…
Dalsze narzekanie jednak przerwało przebudzenie się Landona.
- Co się stało…? Gdzie ja jestem…?
- Spokojnie, jesteś bezpieczny – Wer objęła go ramieniem.
- O co tu chodzi? – rozejrzał się. – Czemu Rosaline jest nieprzytomna?
- To długa historia – Wer siadła obok niego i po cichu zaczęła mu tłumaczyć co się wydarzyło.
- To co, sprzątamy? – zwróciłam się do Ann.
- Jak zwykle dla nas brudna robota – westchnęła.
***
Kiedy już zawiozłyśmy Rosaline do szpitala, oczyściłyśmy Landona z zarzutów („Ile razy mam powtarzać, panie komendancie, zabrałam kuzyna na biwak nocny, cały dzień spędziliśmy w namiocie…” – powtarzała po raz setny Wer) pojechałyśmy prosto do Harry’ego. Ann prowadziła, bo Wer jeszcze od czasu do czasu kręciło się w głowie. Kiedy dojechałyśmy na miejsce było wczesne rano. Ann zaparkowała na podwórku i po cichu weszłyśmy do domu. Natychmiast rozeszłyśmy się do łóżek wykończone nocną akcją.
Po paru godzinach snu wstałam i w rozciągniętym podkoszulku i króciutkich spodenkach poszłam do kuchni przygotować śniadanie.  Kiedy podsmażałam drugą porcję tostów, usłyszałam jak ktoś wchodzi do kuchni.
- Jak zwykle przyszedłeś na sępa, Harry? – mruknęłam.
- Co prawda nie jestem Harry, ale chyba też się załapię na jakiegoś tosta …? – usłyszałam głos Lewisa.
Obróciłam się od patelni i spojrzałam na niego jak na ducha. On również miał na sobie jakiś roboczy strój i uśmiechał się do mnie niewinnie.
- Co ty tu jeszcze robisz? – zapytałam.
- Harry porządkuje garaż i poprosił mnie o pomoc…  - wyjaśnił. – To co z tym tostem?
Bez słowa podałam mu świeżo upieczone kromki i wrzuciłam na patelnię kolejną porcję.
- Lewis…
- No? – wymamrotał.
- Chciałam cię przeprosić – powiedziałam.
- Ale za co niby? – zdziwił się.
- Kiedy pomogłeś mi z tym rowerem… Ja wtedy naprawdę potrzebowałam pomocy, byłam w rozsypce. Gdyby nie ty, pewnie siedziałabym tam do teraz – przyznałam się. – Ale ja potraktowałam cię jak wroga, bo… bo byłeś miły. Za miły. Bałam się, że coś się za tym kryje, a ja mam dość własnych kłopotów.
- Zaraz, czy ty myślałaś, że cię podrywam…? – skontaktował chłopak.
- Mhm… - kiwnęłam głową niepewnie, czując się potwornie głupio.
- Masz naprawdę wysokie mniemanie o sobie… - wypalił, a ja roześmiała się z ulgą. Po chwili Lewis do mnie dołączył.
- Raz jeszcze cię przepraszam. Nie powinnam tak zareagować…
- Spoko, to nie pierwszy i nie ostatni pewnie raz… - w jego głosie pojawił się jakiś smutek.
Zakręciłam gaz, zrzuciłam ostatnią porcję tostów na talerz i usiadłam obok niego.
- Chodzi o Ann…? – zapytałam ostrożnie.
Skinął głową.
- Chyba byłem dla niej za miły…
- To ona zerwała? – zdziwiłam się. Po reakcji przyjaciółki wydawało mi się, że rozstali się z powodu Lewisa…
- Tak, nadal nie wiem do końca dlaczego…
„Ale ja chyba wiem…”
- Nie martw się, widocznie przeznaczona ci jest jakaś księżniczka – uśmiechnęłam się.
- No ba! – Lewis rozchmurzył się momentalnie, jakby ostatnia minuta rozmowy nie miała miejsca. – Spaliłaś te ostatnie tosty. – wytknął mi.
- Bo mnie zagadałeś…! – przekomarzałam się z nim przez chwilę, nim do kuchni nie zeszła Wer i Anna.
Lewis wraz z Harrym poszli by kontynuować porządki. Pozmywałam po śniadaniu, nie mogąc zapomnieć o słowach Lewisa. Byłam niemal pewna, że jednym z powodów dla którego Ann z nim zerwała było życie, jakie prowadziła jej rodzina. Z tego samego powodu ja nie pozwoliłam sobie zbliżyć się do Rogera. Z tego samego powodu go zostawiłam, mimo iż była to bardzo trudna decyzja. I z tego samego powodu w żadnym wypadku nie powinnam odrzucać Jacka. Bo łowcą może być tylko z łowcą. Najwyższy czas przyjąć do wiadomości, że z tej ścieżki już nie da się zejść.
Wytarłam dłonie w ścierkę i poszłam po telefon. Brak nieodebranych połączeń aż raził w oczy. Wzięłam głęboki oddech i wybrałam numer.
Jack odebrał dopiero po piątym sygnale. Mimo to wiedziałam, że trzymał telefon w ręce, tylko wahał się czy odebrać.
- Kocham cię – wypaliłam do słuchawki nim zdążyłam pomyśleć.
- To coś nowego – odparł zimno. – Miło, że w końcu dzwonisz, prawie wczoraj zginąłem.
- Robbie mówił, że to nic poważnego… - bąknęłam. – A poza tym… Jack, ja chciałam cię przeprosić. Nie powinnam tak reagować, nie powinnam rozłączać się bez słowa, unikać odpowiedzi, unikać ciebie… Jestem tchórzem, wiesz?
- Wiem.
- Kiedy napisałeś, że mnie potrzebujesz…
- Pisałem do ciebie…? – zdziwił się, zapominając na chwilę o tym, że miał się zachowywać jak nieczuły drań.
- Nawet rozmawialiśmy… - zawahałam się. – A raczej ja rozmawiałam z demonem, który cię opętał. Ja wiem, że to co mówił, to była prawda. Że nigdy ze mnie nie zrezygnujesz, że kochasz mnie bardziej, niż ja jestem w stanie pokochać ciebie. Nawet nie wiesz, jak bardzo stęskniłam się za ciepłem w twoim głosie…
- Alice… - w jego głos wdarła się nutka ciepła.
- Uwielbiam ten moment, gdy mówisz, że ci na mnie zależy, kiedy prosisz, żebym na siebie uważała. Kiedy próbujesz mnie przekonać, że jesteśmy dla siebie stworzeni… - mówiłam jednym ciągiem, bojąc się, że nie zdążę powiedzieć wszystkiego, zanim opuści mnie odwaga. – Jednak w końcu to chyba do mnie dotarło, Jack. Jestem łowcą. A łowca może być tylko z łowcą.
- Długo ci to zajęło – powiedział bezbarwnym tonem. – Ale na przyszłość daruj sobie te długie przemowy, bo poczułem się jak w wenezuelskiej telenoweli – sarknął.
- Nie jesteś już zły…? – upewniłam się, powstrzymując uśmiech.
- Wystarczyło mi wstępne „kocham cię”. Wiesz jestem facetem, co znaczy że jestem dość prosty w obsłudze.
- Tęsknię za tobą – mruknęłam cicho.
- Dobra, dobra… Tylko nie nadrabiaj mi tu teraz zaległych czułości, księżniczko, bo się porzygam.
- To ty do mnie mówisz „księżniczko” – wytknęłam mu
- Bo jesteś wyniosła, jakby w twoich żyłach płynęła błękitna krew… Teraz muszę kończyć, bo Robbie mi musi zmienić opatrunek na nodze, ale zadzwonię wieczorem, okej?
- Okej – odpowiedziałam.
- To do usłyszenia, Alice. Uważaj na siebie, jasne? – jego głos znów był przyjemnie troskliwy.
- Jasne. Ty też. – odpowiedziałam. – Kocham cię.
- Teraz będziesz to w kółko powtarzać? – zapytał.
- Muszę nadrobić zaległości – zażartowałam.
Jack roześmiał się.
- Na razie, księżniczko. Ja też cię kocham.
Odłożyłam telefon na półkę i położyłam się na kanapie z szerokim uśmiechem na twarzy.
*********************************************************************************
Mimo najszczerszych chęci małe nawiązania do skoków narciarskich wdarły się do notki.
Na szczęście osoby, które nie interesują się tym sportem nawet tego nie zauważą ;)Na wszelki wypadek przepraszamy za wariacje czasu w narracji, ponieważ ostatnio w prywatnych opowiadaniach Szur przerzuciła się na czas teraźniejszy i ma problemy z powrotem...
Pytanie do Was: I jak Wam się podoba Karl?
Mamy nadzieję, że długość notki w miarę Was satysfakcjonuje.
Mamy nadzieję, że mimo tak długiej przerwy, nadal jesteście z nami, chociaż brak odzewu pod poprzednią informacją może świadczyć coś innego.
Tym, którzy wytrwali składamy wyrazy podziwu.
Kolejne skoki we wrześniu (pomijając CoC), więc powinnyśmy dać radę coś napisać, nawet już zaczynamy.
Skruszone, S&S
P.S. Tekst naszego znajomego po rozpoczęciu oglądania SPN i paru dniach spędzonych z nami "Jak dobrze, że Dean nie skacze na nartach".

sobota, 23 sierpnia 2014

Wielkie przeprosiny bez pokrycia...

PRZEPRASZAMY!!!
Przepraszamy wszystkich wytrwałych czytelników, którzy od baaardzo długiego czasu czekają na notkę. Niestety było bardzo wiele czynników, które nam nie pozwoliły napisać notki:
  • Szkoła (tak wiemy, są wakacje, ale wtedy nie były ;) )
  • Dla odmiany wakacje (w cholernych rozjazdach, a wtedy nie da się pisać)
  • Skoki narciarskie (skończyły się i znowu zaczęły, mamy tylko nadzieję, że ich za to nie znienawidzicie)
  • I wiele drobnych czynników, o których nie warto wspominać.
W ramach pocieszenia (lub nie) obiecamy dodać notkę do 1 września na osłodę rozpoczęcia roku. Jeśli tego nie zrobimy, to nałożymy na siebie karę w postaci zakazu oglądania skoków do końca roku ;)
Jeśli ktoś chciałby poznać skoki na wesoło (postacie tu ukazane, nie są takie jak w rzeczywistości) zapraszamy na Zesłani na Finlandię. Jeszcze raz przepraszamy i gorąco zachęcamy do czytania wspomnianego bloga, a także oglądania skoków.

Zawsze Wasze, S&S

środa, 5 lutego 2014

Rozdział 15

Unforgiven Metalliki wyrwało mnie ze snu. Na oślep zaczęłam macać półkę przy łóżku w poszukiwaniu telefonu. Kiedy w końcu go znalazłam i odblokowałam, aby móc odczytać sms, oślepiło mnie światło ekranu. Odczekałam chwilę i odczytałam wiadomość. „Kochanie, zgubiłem trop, a coś mi mówi, że powinienem być blisko Ciebie. Spotkajmy się w miasteczku Welling. Kocham Cie i bardzo tęsknie.” Spojrzałam na zegarek, dochodziła północ, a ja wiedziałam, że już dziś nie zasnę. Tak bardzo chciałabym mieć Adama teraz, tu przy sobie. Niestety będę musiała poczekać do rana. Jako, że i tak już nie miałam szansy zasnąć, wyjęłam z pod łóżka torbę podróżną i zaczęłam pakować swoje ubrania. W pewnym momencie z kieszeni jeansów wypadło rodzinne zdjęcie. Podniosłam je i usiadłam, opierając się plecami o łóżko. Spojrzałam na nie i z trudem powstrzymałam łzy. Miałam na nim może z trzynaście lat i akurat wygrałam zawody sportowe. Trzymałam złoty puchar, a w oczach taty widać było dumę. Szkoda, że bycie łowcą niszczy wszystko, począwszy od kariery na rodzinie skończywszy.
- Łowca musi być twardy – szepnęłam do siebie i schowałam fotografię do kieszeni.
Spakowałam resztę potrzebnych rzeczy i zeszłam na dół. Dziewczyny oczywiście jeszcze spały, dopiero dochodziła druga. Jak to miałam w zwyczaju włączyłam telewizor, akurat leciały widomości sportowe. Kolejna wygrana drużyny piłkarskiej, wygrana w tenisie i to co na chwilę przykuło moją uwagę. Jakiś skoczek, mama pewnie by go od razu poznała, ale ja nie, pozbierał się po niedawnym upadku. Ale to nie jest ważne.
- Nie przegrywa ten co upada, tylko ten który nie chce się podnieść – to jest ważne, jego słowa, słowa które zawsze powtarzała mama.
W kilka chwil wyłączam telewizor i zaczynam nerwowo bawić się pierścionkiem zaręczynowym. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam. Obudziła mnie Ann i zapach frytek. To Alice starała się urozmaicić naszą jajeczną dietę.
- Czemu spałaś na dole? – zapytała Ann.
- Dostałam smsa od Adama i myślałam, że już nie zasnę – nie skłamałam.
- Śniadanie – w pokoju pojawia się Alice z miską gorących frytek.
Podnoszę się i siadam do śniadania zapominając o zmartwieniach. Jedzenie jest lekarstwem na wszystko. Po śniadaniu dałam dziewczyną czas na spakowanie się, a sama sprawdziłam w jakim stanie jest moje „maleństwo”. Na szczęście Imapala okazała się sprawna i mogłyśmy od razu wyruszyć. Harry postanowił zostać w domu, bo nie był jeszcze w stu procentach sprawny i pozbierany po przygodzie z ghulem. Usiadłam wygodnie za kierownicą i włączyłam radio. Z głośników popłynęły dźwięki November Rain Gunsów. Ann siedziała obok i szukała jakiejś roboty przy pomocy laptopa, a Alice drzemała z tyłu. Droga zajęła nam niecałe trzy godziny. Kiedy tylko zaparkowałam pod motelem i zobaczyła Adama, prawie rozwaliłam drzwi „maleństwa” o stojący obok słupek. Wybiegłam z samochodu i wtuliłam się w Adama. Dopiero teraz czułam, że wszystko jest na swoim miejscu.
- Kocham cię – wyszeptał mi do ucha.
- Czuję się jak w babskim filmie – wypaliłam.
Adam się zaśmiał, dołączyłam do niego.
- To ja idę mi i Alice załatwić pokój – mruknęła Ann i zniknęła we wnętrz motelu.
- A ja idę zrobić zakupy – powiedziała Ruda i ruszyła w kierunku jedynego sklepu w mieście.
- Dobra, chodźmy do pokoju – powiedział Adam i pociągnął mnie w kierunku budynku. Kątem okaz zauważyłam bardzo nerwowo zachowujące się dwie kobiety, ale zignorowałam to i podreptałam za ukochanym. Nasz pokój był taki jak zwykle, obskurny i brzydki, ale nie przeszkadzało mi to. Postanowiłam wziąć prysznic. Kiedy tak stałam pod ciepłymi strugami wody, zaatakował mnie nagły napad irracjonalnego lęku. Nie potrafiłam określić jego źródła, chwilę zajęło mi ogarnięcie się z tego dziwnego napadu. Owinięta w ręcznik wyjrzałam przez okno, aby pozbyć się resztek paniki i zobaczyłam wyryty w sąsiednim murze napis „Croatoan”. Zignorowałam ten akt wandalizmu i wyszłam z łazienki. Tak jak się spodziewałam Adam nie dał mi się ubrać, ponownie wylądowałam pod prysznicem. Po godzinie leżałam wtulona w niego i czułam się szczęśliwa, przez chwilę nie czułam się łowcą, czułam się zwykłą młodą kobietą.
Miałam dziesięć lat i nie mogłam spać. Po cichu podreptałam do pokoju Adama.
-Śpisz? –zapytałam szeptem.
- Nie. Coś się stało?
- Nie mogę zasnąć – szepnęłam i usiadłam na skraju łóżka.
Adam z cichym jękiem wygrzebał się z pościeli. W okolicach żeber miał brzydkie ślady od uderzeń kablem. Objął mnie delikatnie i pogłaskał po plecach.
- Możesz spać w moim łóżku – zaproponował.
- A Ty?
- Mogę spać na ziemi.
Spojrzałam w jego błękitne oczy i poczułam dziwne mrowienie w okolicy mostka.
- Mogę spać z tobą? – zapytałam nieśmiało.
Nie odpowiedział, bałam się, że mnie źle zrozumiał.
- Dobrze – szepnął w końcu.
Weszłam do łóżka, a on położył się obok. Ostrożnie ułożyłam głowę na jego zdrowych żebrach i wsłuchiwałam się w bicie serca.
- Gdybym stał się potworem – zaczął nagle – i nie byłoby ratunku, a poprosiłbym cie o to, zabiłabyś mnie?
- Tylko, jeśli byłaby to ostateczność, – szepnęłam – bo wiem, że zrobiłbyś to samo.
Za oknem usłyszałam dziwny hałas. Wyjrzałam i zobaczyłam jak jacyś młodzi chłopcy wszczynają bójkę. Nagle jeden ugryzł drugiego i zwiał. Patrzyłam oniemiała na ten obrazek, aż usta Adama na mojej szyi nie wyrwały mnie ze zdumienia. Dziwne było jak moje ciało na niego reagowało, miałam kilku chłopaków, ale nigdy nie było to coś takiego. Nie wiem co bym zrobiła gdyby zabrakło Adama.

***&***


Załatwienie pokoju w motelu, w którym zatrzymał się Adam zajęło nam zaledwie parę minut. Postanowiłyśmy jednak dać im czas się sobą nacieszyć po tak długiej rozłące i ruszyłyśmy z Ann na podbój miasteczka. Nie było w nim zasadniczo nic ciekawego, nie różniło się niczym od setek innych, które mijaliśmy jadąc na polowanie. Coś jednak przykuło moją uwagę.
- Ann, spójrz na tego faceta… - szturchnęłam brunetkę, kiedy siedziałyśmy w kawiarni i wcinałyśmy lody. To naprawdę była najciekawsza rzecz, jaką można było robić w Welling.
- No? – odwróciła się i podążyła za moim wzrokiem. – O co ci chodzi?
- Nie sądzisz, że zachowuje się… dziwnie? – zapytałam z lekkim niepokojem. Facet dreptał nerwowo wkoło fontanny i pocierał nerwowo ręce. Miałam wrażenie, że ma ochotę kogoś rozszarpać…
- Widać miał gorszy dzień… - skwitowała Ann, wzruszając ramionami. – Dasz wiarę, że nic kompletnie się nie dzieje w okolicy? – płynnie zmieniła temat. - Totalny brak duchów, wampirów, wilkołaków, duchów, zombie, wiedźm, duchów, zmiennokształtnych, duchów, demonów, duchów…
- Wiesz, że już cztery razy powtórzyłaś „duchów”? – zapytałam ze śmiechem, jednak wciąż nie mogłam oderwać wzroku od faceta. Coś było z nim nie tak…
- No, bo ostatnio było o nich głośno… - wyjaśniła. - Serio, pozbyłabym się tak dla relaksu jakiegoś ducha, a nie wiedźmy, demony, ghule i co tam jeszcze. Stary dobry duch, raz na jakiś czas nie zaszkodzi…
- Ech, te rozterki łowcy – westchnęłam. Facet zniknął z pola widzenia i poczułam się spokojniej. Co prawda wydawało mi się, że słyszałam krzyk… Wydawało mi się. Tej wersji się trzymajmy.
Chciałam kontynuować rozmowę, ale komórka w kieszeni moich jeansów zaczęła wibrować, więc przeprosiłam Ann i wyszłam na zewnątrz żeby porozmawiać. Kiedy nacisnęłam zieloną słuchawkę zerknęłam na wyświetlacz, ale było już za późno. Do tej pory ignorowałam te telefony, ale teraz musiałam w końcu odebrać…
- Alice, ignorujesz mnie – w jego głosie słyszałam pretensję. Ale głównie tęsknotę. Tak wielką, że aż zabolało.
- Jack…
- Nie podoba mi się sposób, w jaki skończyła się nasza ostatnia rozmowa – coś w jego głosie sprawiało, że czułam się podle. – A na dodatek mnie unikasz. Ile nieodebranych połączeń masz ode mnie.
- Ogółem 34, dzisiaj jedynie 5 – wykrztusiłam, sama sobie się dziwiąc, że wiem to tak dokładnie.
- Czy to ma mi coś zasugerować…? – w jego głosie słyszałam autentyczną obawę. Obawę przed tym, że powiem mu to…
To co było prawdą.
- Jack, ja… Ja muszę kończyć – natychmiast przerwałam połączenie. Nie dlatego, że chciałam uniknąć odpowiedzi na niewygodne pytanie, choć to też. Głównym powodem było jednak ciało młodej kobiety, o które omalże się nie potknęłam.
Zniszczenia dokonane na jej ciele świadczyły o tym, że ktoś dosłownie rozszarpał ją gołymi rękami. Leżała w bocznie uliczce, więc jeszcze nikt jej nie zauważył, choć do głównej ulicy było zaledwie paręnaście metrów. Nawet stąd widziałam Ann siedzącą przy oknie kawiarni.
Uklęknęłam przy ciele i sprawdziłam, czy nie ma śladów siarki, ektoplazmy… czy czegokolwiek, co potwierdziłoby mój domysł, że nie było to ani bestialskie zabójstwo, ani robota dzikich zwierząt. Nic takiego jednak nie znalazłam. Wysłałam anonimową wiadomość na policję i wróciłam do Ann.
- Jest źle – mruknęłam i gestem zachęciłam ją do wyjścia na zewnątrz.
- Kto dzwonił? – błędnie pomyślała, że dostałam jakieś złe wieści przez telefon. – Coś nie tak u chłopaków? – zaniepokoiła się.
- Nie, w Japonii spoko – odparłam, nieco fałszywie. Wątpię by Jack czuł się teraz „spoko”. – Spójrz za to na to – wskazałam na ciało kobiety, które właśnie było otaczane taśmą policyjną. Szybko działa tutejsza policja, nie ma co… Ale możliwe, że ktoś wcześniej ode mnie powiadomił władze o ofierze.
- Czy coś…? – zapytała szeptem Ann, kiedy próbowałyśmy przebić się prze tłumek gapiów. – Cholera, zapomniałam odznaki…
- Nie, nic nienormalnego – pokręciłam głową. – Ale nie wierze w dzikie psy…
- Może jakiś psychol…? – spróbowała Ann z powątpieniem.
- Tutaj? – zakpiłam. – To chyba najnudniejsze miasteczko w USA! – coś nagle mnie tknęło. – powtórz raz jeszcze to, co mówiłaś w kawiarni…
- Ale co?
- No to o duchach, wiedźmach…
- A… Duchy, wiedźmy, wampiry, duchy, wilkołaki, zombie… - urwała. – Zombie – powtórzyła.
- Wracamy do motelu – zarządziłam.
W motelu doszłyśmy do wniosku, że to nie zombie. Obserwując ludzi w drodze do naszego pokoju zauważyłyśmy więcej oznak pewnego zdenerwowania. Ann zdecydowała się zostać i poszperać w necie, a ja odnalazłam odznakę FBI i postanowiłam dowiedzieć się nieco więcej o ofierze oraz zajrzeć do biblioteki. Pożegnałam się z Ann, poprawiłam pistolet na pasku spodni i ruszyłam zdobywać informacje.

***&***

Ogarnęłam się nim Adam zdążył wstać. Byłam już spakowana, bo skoro Ann znalazła ciekawą robotę to nie było powodu, żeby siedzieć tu bezczynnie.  Pogładziłam oczko pierścionka zaręczynowego i usiadłam na łóżku. Nagle do pokoju wpadła sprzątaczka i rzuciła się na mnie z pazurami. Broniłam się, ale ona była nienaturalnie silny. Już miała rozorać mi szyję, kiedy usłyszałam strzał i kobieta padła martwa na ziemię. Adam pomógł mi wstać i mocno mnie przytulił.
- Coś tu jest nie tak – mruknęłam.
Adam tylko kiwnął głową i zabrał nasze bagaże. Zeszłam nas wymeldować. Recepcjonistka patrzyła na mnie dzikim, głodny wzrokiem. Rzuciła się na mnie, podobnie jak sprzątaczka, ale Adam znowu był szybszy. Dwa trupy w przeciągu kilku minut nigdy nie świadczą nic dobrego.
- To nie jest zbieg okoliczności – powiedziałam. – Musimy znaleźć Annę.
Pobiegłam do pokoju, który moja siostry dzieliła z Alice i zobaczyłam jak jakiś facet próbuje ją ugryźć. Sekunda i leżał martwy z kulką w głowie. Pomogłam siostrze wstać.
- Zombie apokalipsa – zażartowałam.
- Słyszałam, że w pobliskiej szkole są schrony – powiedziała Ann trzeźwo.
- Okey, to zawsze jakiś plan – powiedział Adam i podał Annie zapasową spluwę.
Szkoła była niedaleko, ale i tak zdążyła rzucić się na nas jakaś dzika staruszka, dwóch budowlańców, roznosiciel gazet i na dokładkę jakiś osiłek wychodzący z siłowni. Dostanie się do budynku szkoły było jednak niczym w porównaniu z próbą udowodnia kobiecie, która nie chciała nas wpuścić, że nie jesteśmy zainfekowani.
- Ona jest w ciąży. Chce pani mieć na sumieniu i ją i dziecko? – wypalił nagle Adam wskazując mnie.
- No dobrze – mruknęła kobieta i wpuściła nas do środka.
Byłam wdzięczna Adamowi za to szybkie kłamstwo. Dobrze, że nie wypaliłam czegoś głupiego i nie schrzaniłam jego pomysłu. Od razu daliśmy się do wyznaczonej klasy pełnej przestraszonych ludzi, dzieci i dorosłych. Usiadłam pod oknem i zaczęłam analizować sytuację. To nie może być atak zombie, bo z doświadczenia wiem, że wygląda to trochę inaczej, więc co? Ann usiadła obok i zaczęła zaplatać włosy w warkocz. W pobliżu jakaś kobieta bandażowała innej ranę od ugryzienia na przedramieniu. Czas zwolnił. Kobieta z ugryzieniem zwęziła źrenice i rzuciła się na tę pierwszą. Zachowywała się jak dzikie rozwścieczone zwierze. Ktoś rzucił się na pomoc i nim „zombie” kogoś ugryzła, padła na ziemię, martwa. To Adam oddał celny strzał, jak dobrze mieć go w pobliżu. Ktoś zabrał ciało kobiety, a ja nadal czułam się jak w szklanej kuli. Alienowała mnie od otoczenia, nie wiem dlaczego, ale czasem tak miałam. Zimna obojętność oblepia mnie całą i nie pozwala myśleć.
- Ciekawe co z Alice – powiedziała Ann i nieświadomie rozbiła szklany klosz.
- Mam nadzieję, że jest na tyle mądra, że nic jej nie jest – mruknęłam.
- Ja też – odparła Ann i spojrzała na wyświetlacz komórki. – Brak zasięgu, cholera – warknęła.
Adam się nie odzywał, ale mocno trzymał moją dłoń. Przez chwilę naprawdę pragnęłam by jego słowa były prawdziwe, pragnęłam mieć normalne życie z gromadką naszych wspólnych dzieci i biszkoptowym labradorem, biegającym po ogrodzie naszego domu. Przez tę miłość do niego bardzo zmiękłam, jak na łowcę.
- Kiedy to się skończy, serio zrobimy sobie dziecko? – zapytałam szeptem.
Spojrzał na mnie z dziwną miną.
- Jeśli tylko chcesz, ale najpierw musimy się pobrać – odszepnął.
Chciałam coś odpowiedzieć, ale do klasy wpadła Ruda.
- Ja pierdole! – takiego słownictwa się po niej nie spodziewałam.

***&***


W drodze do biblioteki rzucił mi się wydrapany na ścianie domu napis CROATOAN. Ta nazwa coś mi mówiła… Coś złego. Dręczyło mnie to, ale ponieważ do kostnicy miałam bliżej niż do biblioteki, najpierw postanowiłam skorzystać z mojej odznaki.
Wylegitymowałam się przed wejściem do prosektorium i już po kilku minutach mogłam obejrzeć ciało. Z rozmowy z policjantem dowiedziałam się, że w tym tygodniu to już trzeci podobny przypadek. Poprzednie dwa morderstwa popełniono jednak na obrzeżach miasteczka, tak że winą obarczono dziki zwierzęta…
„Aha, jasne…” – pomyślałam, przyglądając się śladom po paznokciach na ciele poprzedniej ofiary. Nic jej nie mogło łączyć ze znalezioną dziś przeze mnie kobietą. Denatem był mile wyglądający starszy pan. To znaczy zakładam, że wyglądał mile, bo raczej niewiele zostało z jego twarzy…
Wizyta w prosektorium niewiele mi powiedziała poza jedną rzeczą – to nie zombie. Zawsze był to jednak jakiś szlak, więc wysłałam do Wer wiadomość. Poprawka, chciałam wysłać – telefon odmówił mi nagle posłuszeństwa.
- Co, do cholery…? – mruknęłam do siebie i potrząsnęłam aparatem, nic to jednak nie pomogło. – I po co ja kupowałam to badziewie…
Zrezygnowałam z próby skontaktowania się z resztą ufając, że sami dojdą do tych samych wniosków co ja i ruszyłam do biblioteki.
Przez całą drogę tajemnicze słowo tłukło mi się po głowie. Dobrze je znałam, ale nie potrafiłam go z niczym skojarzyć. Z niczym prócz… mamy.
- Słoneczko, podaj mi notatki…
- Dobrze, mamusiu – posłusznie podreptałam  do salonu i z trudem ściągnęłam ze stołu plik białych kartek zapisanych schludnym pismem mojej mamy. Ile sił w krótkich nóżkach pobiegłam do niej z powrotem.
- Dziękuję, kochanie – pogłaskała mnie po głowie i pocałowała w czoło. – Pobawisz się teraz grzecznie? Ja mam dużo pracy…
- A opowiedz mi wieczorem bajkę? – zapytałam z nadzieją.
- Dobrze, opowiem, ale musisz obiecać, że będziesz grzeczna…
- Będę! – zapewniłam, a mama pochyliła się nad notatkami. – Mamusiu…?
- Tak, Alice? – zapytała nieco już zmęczonym głosem.
- A o czym mi opowiesz…?
- Dzisiaj może o… „Mayflower”, o tym jak pierwsi osadnicy przypłynęli tutaj, do Ameryki…
- A będą duchy?
- Nie, dzisiaj bez duchów… Dziś mam już ich po dziurki z nosie. No, leć już – poprosiła. – Jak chcesz, możesz iść do Lisy, ale wróć zanim zrobi się ciemno…
- Dobrze, mamusiu – pocałowałam ją w policzek i popędziłam do przyjaciółki.
- W czymś mogę pomóc? – z zadumy wyrwał mnie zrzędliwy głos bibliotekarki.
- „Mayflower” – palnęłam, wciąż mając przed oczami twarz mamy. – To znaczy… Tak, poproszę coś o „Mayflower”.
- Coś konkretnego? – zapytała irytująco wysokim głosem.
- Najlepiej powiązane z hasłem „croatoan” – dodałam. Miałam niejasne wrażenie, że wspomnienie mamy opowiadającej mi o osadnikach i napis na murze się ze sobą łączą… i na dodatek mają sporo wspólnego z tymi zabójstwami…
- Nie ma czegoś takiego – stwierdziła bibliotekarka, po wpisaniu haseł do systemu.
- To tylko o „Mayflower” poproszę – zgodziłam się zmęczonym głosem.
Dostałam pokaźnych rozmiarów kupkę książek, z którymi usadowiłam się w kącie czytelni. Telefon nadal nie nadawał się do użytku. Westchnęłam i wyłączyłam go by nie marnować energii.
Przez kilka minut przebijałam się przez suchy, nic niewnoszący tekst. Mama, jako historyk, bardzo dużo uwagi poświęcała tej historii, więc znałam ją niemalże na pamięć. Nie bardzo jednak widziałam powiązanie z tym tajemniczym napisem. Z poczuciem dreptania w kółko ponownie włączyłam telefon i spróbowałam dodzwonić się do Harry’ego. O dziwo, udało mi się.
- Telefon ożył, słuchaj Harry, jest sprawa… - zaczęłam.
- No?
- Mówi ci coś nazwa croatoan? – zapytałam bez ogródek.
- Coś mi się obiło o uszy… czekaj… - mamrotał do siebie przez chwilę, a w słuchawce słyszałam trzaski sugerujące, że grzebie na półce z książkami… - Przykro mi, Alice, ale nie mogę ci pomóc. Już kiedyś, ktoś… Wiem! – ożywił się nagle. – Jack kiedyś mnie o to pytał, ale jemu również nie byłem w stanie pomóc. Zadzwoń do niego, może wie coś więcej…
- Jesteś pewien, że nic nie znajdziesz…? – zapytałam. Nie uśmiechało mi się dzwonienie teraz do Jacka.
- Sorry, szukałem ostatnio dla Jacka właśnie i totalna klapa. Nigdzie nic nie ma…
- Okej, dzięki – westchnęłam i się rozłączyłam, ale wpadłam na kolejny pomysł. Nie byłam pewna, czy był dobry, ale w ostateczności…
Długo szukałam numeru, ale w końcu znalazłam. Połączenie zostało odebrane po drugim sygnale.
- Siemasz, maleńka!
- Cześć, Dave… mam sprawę – odparłam.
- No, co tam zaprząta twą maleńką rudą główkę?
- Nie jestem ruda – warknęłam odruchowo. – Mówi ci coś nazwa „croatoan”?
- Nie – palnął od razu.
- Miałam na myśli, czy byłbyś w stanie czegoś poszukać na ten temat. W miarę szybko, jeśli łaska… - uściśliłam, wspinając się na wyżyny cierpliwości.
- Byłbym.
- Dave… Czy mógłbyś mnie nie denerwować?
- Mógłbym.
- Dave… - zaczynałam tracić cierpliwość.
- No, już, już… Myślisz, że jak się mieszka na takim zadupiu jak ja, to internet hula jak przeciąg w stodole…? Odpowiedź brzmi: nie.
- Domyśliłam się – westchnęłam. – I?
- I klapa. Podejrzewam, że historia z „Mayflower” jest ci znana? – zapytał.
- Czasem śni mi się po nocach. Nic, zupełnie?
- Opuszczona osada, napis „croatoan” wydrapany na drzewie, ani śladu po ludziach. Koniec.
- A może jakaś etymologia? Wierzenia? Bajki? Skojarzenia? Cokolwiek?
- Przykro mi – mruknął strapiony Dave.  – Pogrzebię jeszcze jednak, bo mnie zaintrygowałaś i jak coś zadzwonię…
- Jak się dodzwonisz… Zdaje się, że z zasięgiem tutaj jeszcze gorzej niż z twoim internetem… Hula jak przeciąg w próżni – sarknęłam i się rozłączyłam.
Nie było wyjścia. Musiałam zadzwonić do Jacka.
Chwilę czekałam, próbując zebrać siły. Do biblioteki wszedł jakiś nerwowy facet i cicho rozmawiał z bibliotekarką. Odwróciłam wzrok i skupiłam uwagę na telefonie. W końcu z westchnieniem wybrałam numer z listy kontaktów.
Odebrał dopiero po siódmym sygnale. Milczał, jakby czekał co mam mu do zakomunikowania.
- Harry mnie do ciebie odesłał – powiedziałam poprzedziwszy wypowiedź głębokim wdechem. – Potrzebuję pomocy.
- Co się stało? – jego głos brzmiał strasznie sucho. Idealnie pasował do zimnego drania, za jakiego go miałam, gdy go poznałam. Ale totalnie nie pasował do Jacka, którego znałam. Nie spodziewałam się, że aż tak mnie to dotknie…
- Wiesz może coś o croatoan? – zapytałam szybko, by nie zauważył mojego wahania.
- Owszem – odparł krótko.
- I?
Przez kilka chwil panowała cisza. W końcu odezwał się bezbarwnym głosem:
- Parę lat temu, podczas łowów trafiłem na gościa, który twierdził, że to co ścigamy to croatoan. Okazało się to złym tropem, ale co nieco udało mi się dowiedzieć… znalazłem jakieś stare księgi i… W każdym razie to coś jakby zaraza, z tego co wiem. Jest bardzo rzadkie, ale cholernie niebezpieczne. Zdaje się, że ma to coś wspólnego z jakimś demonem, ale nie zgłębiałem tego, bo nie było mi potrzebne…
- Zaraza, mówisz…? A wiesz, jak się tego pozbyć…? – mruknęłam, nieco rozproszona, bo rozmowa tocząca się za moimi plecami przybrała na sile.
- Nie da się, można jedynie odstrzelić zarażone osobniki… Czekaj, wy chyba nie…? – z jego głosu zniknął poprzedni chłód, a pojawił się jedynie niepokój i szczera troska. On nie potrafił być draniem. Nie dla mnie przynajmniej.
- Nie wiem jeszcze co to, ale wydrapane na ścianach napisy croatoan, raczej nie nastrajają optymistycznie…
- Alice… Uciekajcie stamtąd czym prędzej… - zrobił się śmiertelnie poważny, a w jego głosie usłyszałam nutkę przerażenia. – To naprawdę nie jest zabawa.
- Wiem, Jack. Nigdy nie była – odparłam cicho.
- Mówię serio. Zabieraj Wer i resztę i natychmiast wracajcie do Harry’ego. Natychmiast, słyszysz? – zawahał się przez moment, nim dodał. – Nie zniósłbym, gdyby coś ci się stało…
Nagle usłyszałam krzyk bibliotekarki. Bez słowa przerwałam połączenie i rzuciłam się w tamtym kierunku, wyciągając pistolet.  Przybysz przygniótł kobietę do ziemi i właśnie próbował wydrapać jej oczy. Odbezpieczyłam broń i bez większych przymiarek strzeliłam mu między łopatki. Podbiegłam do kłębowiska ciał, odsunęłam napastnika, by sprawdzić, czy kobiecie nic się nie stało. Miała liczne zadrapania na twarzy, ale poza tym, raczej nic jej nie było.
- Spokojnie, jestem z FBI – pokazałam jej odznakę. Miała rozbiegany wzrok i szaleństwo w oczach. W sumie się jej nie dziwiłam… - Wszystko w porządku?
- Tak, tak…
- Jest w mieście jakieś miejsce, gdzie nikt niepożądany się nie dostanie? – zapytałam. Jack mówił o zarazie…
- Schron w szkole – wyszeptała, a w jej wzroku pojawiło się coś dzikiego. Zorientowałam się w ostatniej chwili i zdążyłam odskoczyć, nim kobieta zdążyła mnie drasnąć. Przeładowałam pistolet i wystrzeliłam. W ostatnim momencie.
Nawet nie zauważyłam jak mocno bije mi serce. Waliło jak oszalałe. Zarażenie przez krew… Cudem tego uniknęłam. A Jack mówił, że nie ma lekarstwa...
Kobieta mówiła o schronie, więc postanowiłam się tam dostać. Coś czułam, że to tam spotkam Wer i resztę. Przeładowałam dla bezpieczeństwa pistolet, zgarnęłam jednym ruchem ze stołu notatki i wyszłam z biblioteki.
A raczej wmurowało mnie w progu.
- O ja pierdolę… - wyrwało mi się, kiedy wpakowałam się w sam środek rzezi. – O ja pierdolę…

***&***

Nagle doznałam olśnienia. Szybko wyjęłam z naszej torby mój dziennik i zaczęłam go kartkować. Po tym jak zarażeni przez ugryzienia ludzie, zaczęli atakować, została nas ledwie garstka. W końcu trafiłam na stronę z napisem „Demony różne i różniste” . Szybko przebiegłam wzrokiem po literach i znalazłam to czego szukałam. „Croatoan to imię demona, który sprowadza piekielną zarazę. Podejrzewa się, że to on jest odpowiedzialny za wyginięcie kolonialistów.”. To właśnie jego imię było wyryte na murze, wiedziałam, że skądś znam to słowo.
- Adam, to Croatoan – powiedział do niego.
- Jesteś genialna – powiedziała Ann.
- Zgadzam się – dodał Adam.
- Do zarażenia dochodzi przez kontakt z krwią – przypomniałam sobie co mówił mi tata.
Biegnę przez las i staram się dogonić Adama, ale skubany jest dla mnie za szybki. Zatrzymuję się by odetchnąć i zauważam rannego zajączka. Ostrożnie biorę go na ręce i zauważam brzydką rozległą ranę na tylnej łapie. Wyglądała jakby zaatakował go dziki ptak. Postanowiłam go opatrzyć. Wyjęłam z małego plecaczka zestaw „mała apteczka” i zajęłam się opatrywaniem łapy. O dziwno zwierze nie rzucało się i pozwoliło mi się sobą zająć. Po jakiejś chwili dołączył do mnie Adam, który chyba się zorientował, że go zostawiłam.
- Mogłaś mnie zawołać– powiedział z wyrzutem.
- Mogłeś się obejrzeć – zażartowałam.
Bałam się, że Adam się obrazi, ale on tylko pomógł mi opatrzyć ranne zwierze. Podczas tej czynności ani razu się do siebie nie odezwaliśmy. Czasem tak  było, że wystarczała nam sama obecność. Zajączek zyskał imię Fatty i opiekowaliśmy się nim, aż wyzdrowiał.
***
Nie mogłabym żyć bez mamy. Jej uśmiech każdego poranka i ten dziwny zwyczaj oglądania skoków. Co ona w tym widzi? Nie potrafiłam tego zrozumieć, ale jak zwykle siadłam obok i udawałam, że patrzę. Uśmiechała się wtedy, a ja kochałam jej uśmiech. Szczerze przyznam, że nie byłabym chyba w stanie wymienić żadnego skoczka, ale mamie wcale to nie przeszkadzało. Kibicowała za nas obie. Tak naprawdę ożywiałam się tylko kiedy tabelce startowej zasiadał skoczek w charakterystycznym fioletowym kasku. Tylko jemu kibicowałam, nawet nie wiem dlaczego, tak po prostu było. Po prostu kolejne dziwactwo Weroniki Wilde, nic niezwykłego.
- Musimy wytłumaczyć pozostałym co tu jest grane – powiedziałam.
- A co im powiesz? – spytał Adam.
- Prawdę – odparłam i wstałam.
Udałam się do kobiety, która w moim mniemaniu, nam przewodziła i opowiedziałam jej do jakiego doszliśmy wniosku. Najpierw mnie wyśmiała, ale kiedy zobaczyła powagę wypisaną na mojej twarzy, mina jej zrzedła.
- Nie żartujesz – mruknęła.
- A wyglądam jakbym żartowała? – zapytałam.
Kobieta przygryzła wargę.
- Co powinniśmy zrobić? – zapytała.
- Postarać się nie dać zarazić i przetrwać.


***&***

Kiedy wpadłam do szkoły, Wer właśnie doszła do tych samych wniosków co ja. Potworna zaraza, na którą nie ma lekarstwa. Naprawdę potworna. To co się działo na ulicach spokojnego jeszcze rano miasteczka… Zaraza rozprzestrzeniała się w tempie geometrycznym, nadal nie wiem jakim cudem w całości dotarłam do schronu. Choć szkoła była w niewielkiej odległości od szkoły wystrzelałam cały zapas naboi.
- Macie jakąś broń? – zapytałam Ann, kiedy Wer informowała resztę zabranych w schronie o sytuacji.
Adam bez słowa podał mi zapasowy pistolet z dwoma kompletami naboi. Przytroczyłam broń do paska od spodni, a naboje do kieszeni spodni moro.
- Co robimy? – spytałam raz jeszcze, bo co nieco mnie ominęło, kiedy próbowałam zmyć z siebie brud i kurz. Oraz zaschniętą krew, pilnując by nie miała kontaktu z moją własną…
- Próbujemy nie dać się zarazić…
- A jaką mamy pewność, że tu nie ma zarażonych? – zapytałam trzeźwo.
- Spokojnie, strażnik przy wejściu pilnuje… - odparła swobodnie Wer, ale w jej oczach wyczytałam zupełnie inną wiadomość: „Żadnej”.
- Okej, czyli siedzimy na tyłkach, czekamy aż ci na zewnątrz się wymordują i czekamy na pomoc? – podsumowałam. – Fantastycznie…
- Na razie nie ma lepszego planu – westchnęła Ann.
- lepszy taki plan niż żaden… - mruknęłam, starając się by nie zabrzmiało to ironicznie. Udało mi się to jedynie częściowo.
Siadłam w kącie i próbowałam uaktywnić mój telefon, ale nie chciał działać pod ziemią. Mimowolnie pomyślałam o tym, co powiedział Jack. Jak to szło…? „Nie wiem co bym zrobił, gdyby coś ci się stało…”? Czułam, że go potwornie ranię. I sama miałam sobie ochotę za to przyłożyć. Był idealny. Łowca może związać się tylko z łowcą. Innej opcji nie ma. Mike próbował być z moją mamą, ale źle się to dla nich skończyło. Dla obojga. Dlatego Jack był dla mnie idealny. Był łowcą. Kochał mnie. Troszczył, martwił i wspierał.
Był tylko jeden problem. Ja nie byłam łowcą. Przynajmniej nie całkowicie. Wciąż walczyły we mnie dwie natury, dwie różne Alice. Jedna kochała Jacka, a druga…
- Alice, mam zasięg! – Ann wyrwała mnie z zamyślenia.
- Zdaje się, że masz pancerny telefon… Daj załatwię to – wcześniej ustaliliśmy, że musimy wezwać pomoc. Najlepiej wojskową.
Wzięłam telefon i przez kilka chwil załatwiałam pomoc. Bardzo przydały się moje talenty aktorskie, których ostatnio odkrywałam w sobie niezliczone pokłady. Talenty oraz gruntowny kurs Harry’ego, który zdążył mnie w  międzyczasie przeszkolić na takie okoliczności.
- Miasteczko jest odcięte od świata, droga zablokowana. Dotrą tu najwcześniej o świcie – zrelacjonowałam.
- Czyli czekamy? – zapytała Ann.
- Musimy się jeszcze przygotować… - westchnęłam, czując że ogrania mnie senność. – Są tu jakieś koce, ubrania, jedzenie, leki? Spędzimy tu trochę czasu, więc musimy się przygotować…
Ktoś zgłosił się, że pójdzie do szkolnej stołówki po chleb i wodę, inny po koce, a Wer zaofiarowała się, że załatwi apteczkę. Chciałam iść z nią i ją osłaniać, ale Ann położyła mi rękę na ramieniu.
- Wyglądasz, jak trup… Weź się prześpij trochę… - podała mi koc, a ja bez zbędnych protestów zwinęłam się w kłębek i zasnęłam niespokojnym snem.

***&***

- Zastanawiałaś się kiedyś co jest potem? – zapytał.
- Potem to znaczy kiedy? – mruknęłam próbując zszyć jego spodnie.
Pech chciał, że kiedy wspinaliśmy się na drzewo jego się rozerwały, więc siedział teraz przede mną w samych majtka i jak zwykle filozofował.
- Po śmierci. Czy jest coś później?
- Na pewno piekło, bo skądś demony pochodzą – odparłam, powoli kończąc pracę.
- A oprócz? Czyściec? Hades? Elizjum? Niebo? – drążył.
- Nie wiem, chyba nie ma nic – co go tak wzięło?
Nic nie powiedział tylko podrapał się po policzku, rozdrapując świeży strupek.
- Przestań – skarciłam go i odciągnęłam jego dłoń.
- Tak się szybciej goi – powiedział cicho.
- Wcale nie – odparłam i pocałowałam rankę. – Teraz to rozumiem, że się zagoi szybciej.
- Nie zgadzam się z tobą.
Spojrzałam na niego zdziwiona.
- Skoro istnieją tacy ludzie jak ty, to musi istnieć dla nich miejsce po śmierci – wytłumaczył.
Musiałam iść po te cholerną apteczkę, bo oczywiście nikt inny tego nie zrobi. Wyszłam z bezpiecznej sali uzbrojona w pistolet ze srebrnymi kulami,  niby zabijają ich już zwykłe, ale lepiej chuchać na zimne. Przeszłam kilka kroków i skręciłam na schody. Rozejrzałam się, droga wolna, ruszyłam dalej kurczowo ściskając broń. Sala biologiczna była niedaleko, weszłam do niej i odetchnęłam z ulgą, była pusta. Znalazłam apteczkę i już miałam wracać, kiedy ktoś się na mnie rzucił. Nie mogłam się ruszyć usłyszałam strzał.
- Już wszystko dobrze – usłyszałam szept.
To Adam mnie przygniótł. Odwróciłam się, krwawił i to dość mocno.
- Czy on? – głos mi się załamał.
Adam spojrzał na mnie smutno.
- Nie mógłbym cię stracić – szepnął tylko.
Czym prędzej zeszliśmy na dół.
- Opatrzę to i wszystko będzie w porządku – mówiłam bez przekonania.
- Oboje wiemy, że tak nie będzie – powiedział cicho. – Musisz mnie zabić nim zacznę atakować.
- Nie – powiedziałam słabo.
- Obiecałaś mi to kiedyś.
Wręczył mi mój pistolet i stanął przede mną. Do sali weszły dziewczyny i spojrzały na mnie przerażone.
- To jedyne rozwiązanie – powiedział do nich Adam i pokazał krwawiącą ranę.
Dziewczyny popatrzyły na mnie ze smutkiem i zrozumieniem i wyszły.
- Kocham cię – powiedział do mnie.
- Zawsze będę cię kochać – wtuliłam się w niego.
Przyłożyłam lufę do jego piersi i obraz mi się rozmazał. Adam pocałował mnie ostatni raz, a ja pociągnęłam za spust. Na jego piersi pojawiła się czerwona plama, zaczęła się powiększać, a Adam upadł martwy na podłogę. Wybiegłam z płaczem. Alice i Ann próbowały mnie zatrzymać, nawet coś mówiły, ale nie słuchałam ich. Teraz było mi wszystko jedno. Jakimś cudem dotarłam do Impali i odpaliłam samochód. Z powodu łez świat był rozmazany, ale miałam to gdzieś i ruszyłam przed siebie. Nie wiem jak długo jechała, ale w pewnym momencie wyskoczyła mi sarna, więc skręciła w bok i wbiłam się w drzewo. Nic mi się nie stało, nie wiem jakim cudem, bo samochód był prawie całkowicie zniszczony.
- Za  życie nie potrafiłam udowodnić ci, że jesteś ważniejszy od tego auta – załkałam na głos.
Kopnęłam wściekła w oponę i usiadłam na ziemi. Łzy spływały po mojej twarzy strumieniami. Nigdy wcześniej  nie czułam takiej pustki. Wisząca na szyi srebrna obrączka ciążyła mi niemiłosiernie. Chciałam zdjąć pierścionek zaręczynowy, ale jakby przyrósł mi do skóry. Rozejrzałam się i zobaczyła rozdroża i wtedy mój mózg zaczął pracować. Mogę dobić targu. Nagle usłyszałam swój telefon, który o dziwo wyszedł bez szwanku z wypadku. Odebrałam.
- Gdzie jesteś?  -usłyszałam spanikowany głos Ann.
Jak mogłam o niej zapomnieć. Miałam przecież jeszcze cel w życiu i to bardzo ważny. Musiałam za wszelką cenę chronić siostrę. Wiedziałam to, ale i Adam to wiedział.
- Jestem w jakimś lesie i rozbiłam Impalę, więc musicie przyjechać po mnie i szczątki maleństwa.
- Czy ty próbowałaś się zabić? – zapytała z naganą i strachem.
- Nie, bo wybrałabym lepszy sposób.
Ann rozłączyła się i podejrzewa, że zaczęli namierzać mój telefon. Sen i przepowiednia w jakiejś części się wyjaśniły, ale co z pozostałymi frazami?  „Jeszcze nie nadszedł ten czas. Tym razem musisz odpuścić, aby później móc zwyciężyć” to sugestia, że tym razem rozdroża nic nie dają, bo w końcu te słowa padły po tym jak kosiarz mówił mi, że do niego przyjdę. „Ta miłość nie jest ci pisana” to o tym, że Adam umrze i nie będziemy żyć długo i szczęśliwie . „Pisana ci śmierć i odrodzenie. Strata i nadzieja. Jeden twój błąd może zmienić przyszłość wielu” ale te pozostają zagadką.
*********************************************************************************
To taki bonus za ostatni zastój :)
Mamy nadzieję, że się spodoba (ja w przeciwieństwie do Szal nie usłyszałam gróźb :p )
Jakby ktoś pytał "czemu?" to spieszę z wyjaśnieniami ;)
1) za dużo słodkości Wer-Adam
2) bo w Supernatural zawsze bark Happy Endów
3) za dużo bohaterów nam się kręciło w notce
4) coby namieszać
Kilka nawiązań do skoków, ale nie martwcie się na dłuższy czas to tyle ;)
S&S

PS: Dziękujemy za ponad 7 tysięcy wejść. Jesteście WIELCY!