Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

poniedziałek, 30 września 2013

Rozdział 11

Harry opatrzył udo Alice i od razu dał jej szlaban na łowy na dwa tygodnie. Czułam się trochę winna jej stanu, ale uważałam, że i tak potrzebuje przerwy. Nie żartowałam mówiąc jej, że wątpienie w siebie to "gwóźdź do trumny" dla łowcy. Miałam nadzieję, że weźmie to sobie do serca. Jak na razie Harry nie miał dla nas żadnej roboty. Postanowiłam, więc sama coś dla nas znaleźć. Zaczęłam od przeszukania sieci.
- W kilku internetowych gazetach pisano o dziwnych zabójstwach w White Bluff w stanie Tennessee. Zginęły trzy kobiety o podobnym rysopisie, podejrzewają seryjnego mordercę - powiedziałam na głos.
- Seryjni mordercy to nie nasza działka - mruknęła Alice.
Ruda była zła, że nie będzie mogła z nami jechać.
- Jeszcze nie skończyłam czytać - zaznaczyłam twardo. - Dziwnym trafem wszystkie były pozbawione całej krwi.
- Wampir - mruknęła Ann.
- Najprawdopodobniej - powiedział Robbie. - To ja idę nas spakować - dodał.
Ann kiwnęła głową.
- W końcu będę mogła użyć mojego prezentu na szóste urodziny - zażartowałam.
- Ja też - Ann wyszczerzyła zęby.
- Super, czy tylko ja nie dostałem maczety na urodziny? - spytał Adam.
- Jeśli cię to pocieszy, to ja też nie dostałam - mruknęła Alice.
Westchnęłam głośno.
- Alice, nie bocz się. Kilka dni przerwy dobrze ci zrobi - powiedziałam.
- Ta... a ty byś się cieszyła, gdybyś nie mogła pomóc.
- Nie, ale jeśli byłoby to dla mojego dobra to bym została - odparłam  spokojnie.
Adam objął mnie od tyłu i zaczął całować po karku. Straciłam przez to koncentrację.
- Już jestem! - Robbie właśnie zbiegał po schodach z czarną torbą podróżną.
- Dobrze, że nas nie rozpakowałam - mruknęłam do Adama, który nadal całował mój kark.
- Trzymaj się Alice - powiedział Adam, przestał mnie obejmować i ruszył do drzwi.
- Nie rób głupstw - przytuliłam Rudą i poszłam za Adamem.
Po chwili do Impali przyszła Ann z Robbiem. Postanowiliśmy jechać jednym autem. Adam prowadził, ja siedziałam na miejscu pasażera z przodu, a Ann i Robbiem miziali się z tyłu. Po jakichś dziewięciu godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Zaparkowaliśmy pod motelem, w którym wynajęliśmy dwa pokoje.
- Dobra to Robbie pójdzie zobaczyć zwłoki - zaczęłam rozdzielać zadania. - Ja pójdę do rodziny pierwszej ofiary, Ann do drugiej, a Adam trzeciej.
- Okey - wszyscy przytaknęli.
Rozdzieliliśmy się więc. Przypadła mi rodzina niejakiej Katherine Shadows. Mieszkała z siostrą w małym parterowym domku, pomalowanym na niebiesko. Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi młoda kobieta o kasztanowych włosach i błękitnych oczach.
- Dzień dobry. Agentka Page - pokazałam fałszywą odznakę FBI.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc.
- Pani Stacy Shadows? - kobieta kiwnęła głową. - Przyszłam porozmawiać o pani siostrze.
Kobieta wpuściła mnie do środka i zaparzyła herbatę.
- Więc, co chce pani wiedzieć? - Stacy usiadła na przeciwko mnie.
- Jaka była Katherine?
- Moja siostra była dość nietypową osobą. Nigdy nie lubiła się stroić, wolała grzebać w silnikach, ale nie była brzydka. Słuchała klasycznego rocka i wolała hamburgery od kolacji przy świecach.
- Mhm... - tylko tyle udało mi się wykrztusić, miałam wrażenie, że Stacy mówi o mnie. - Mogłaby pani dać mi jakieś zdjęcie siostry?
- Oczywiście.
Kobieta wyjęła z pod stołu portfeli i dała mi małe legitymacyjne zdjęcie.
- Dziękuję za pomoc - powiedziałam i skierowałam się do drzwi. - Jeszcze jedno pytanie - przypomniałam sobie przekraczając próg. - Czy pani siostra miała wrogów?
- Nie, była lubiana.
- Dziękuję to wszystko.
Skierowałam się do motelu. Po drodze wyjęłam z kieszeni zdjęcie Katheriny i z wrażenia aż przysnęłam. Na fotografii była uśmiechnięta blondynka z jasnobrązowymi oczami. Miała w oczach taki charakterystyczny błysk. Wiedziałam, że gdybym wyjęła swoje zdjęcie, znalazłabym duże podobieństwo. Przyspieszyłam kroku i po chwili byłam już w motelu. W pokoju była Ann, chłopcy jeszcze nie wrócili.
- Nie uwierzysz - mruknęła i podałam mi zdjęcie.
Na nim była uśmiechnięta blondynka w koszulce z napisem "ACDC".
- Niech zgadnę - zaczęłam. - Słucham rocka i lubi samochody.
Ann kiwnęła głową. Super, zawsze myślałam, że jestem oryginalna, a tu się okazało, że jestem tylko jedną z wielu. Po chwili do pokoju wpadł Adam.
- Czyżby kolejna kopia mnie? - spytałam rozżalona.
- Blondynka, uwielbiała rocka, i swój samochód - powiedział i mnie przytulił.
Dotknął moje policzka.
- Kochanie, jesteś jedyna w swoim rodzaju - wyszeptał.
- Nie, ale dzięki temu możemy go złapać - w mojej głowie już zrodził się plan.
W tym momencie wszedł Robbie i usiadł obok Ann na kanapie.
- Mamy trzy ofiary. Każda jest ubogą wersją Wer - zaczął. - Ciała nie mają w sobie ani kropli krwi i każde ma dwa małe ukłucia na szyi.
- Gdzie znaleziono ciała?
- W różnych miejscach, ale każda z ofiar była w dniu śmierci w pubie "Hardcore".
- To wiemy gdzie zacząć - uśmiechnęłam się tryumfalnie.


***&***

No i pojechali. Beze mnie.
Pomachałam im przez okno póki nie zniknęli za zakrętem. Potem utykając mocno wróciłam na kanapę i włączyłam wiadomości. Na jednym z lokalnych programów nadawali komunikat o ostatnim morderstwie popełnionym w White Bluff.  Najzabawniejsze było to, że nikt nawet nie pomyślał o wampirach, mimo wciąż aktualnej globalnej fascynacji „Zmierzchem”. Gdy ludzie czegoś nie chcą widzieć, to po prostu tego nie zauważają…
Oglądałam serwis za serwisem, jednak nic nie przykuło mojej uwagi. Zrezygnowana wyłączyłam telewizor i zerknęłam na zegarek. Było już późno. Usiadłam, a rana na udzie dała o sobie znać piekącym bólem. Mimowolnie syknęłam.
- A ty chciałaś z nimi jechać… - w drzwiach salonu stał Harry i przyglądał mi się ni to z politowaniem, ni to ze współczuciem.
- Masz coś przeciwbólowego? – zapytałam, a on bez słowa podał mi paracetamol i szklankę wody. – Jutro będę jak nowa – mruknęłam, połknąwszy tabletkę.
- Jasne. A mnie wyrosną skrzydełka i aureola. Przez dwa tygodnie masz siedzieć na tyłku i oglądać durne seriale. Ewentualnie możesz mi pomóc segregować stare papierzyska…
- Jutro – ziewnęłam. Skutkiem ubocznym leku było to, że działał też nasennie. – Bo inaczej umrę z nudów…
Ostatkiem świadomości zarejestrowałam, że Harry przykrywa mnie kocem, który zsunął się na podłogę.
Następnego dnia rano zajęłam się segregacją sterty papierów. Dzieliłam je na rachunki, książki, gazety, listy i „inne-ważne”, „inne-bardzo ważne”, „inne-SUPERHIPER ważne” oraz „inne-zupełnie nieważne”. Była to totalnie nudna robota, ale przynajmniej ciekawsza od gapienia się bez celu w ścianę.
- Puścić ci jakąś muzykę? – Harry zajrzał do salonu z telefonem przyciśniętym do ucha.
- Jakbyś mógł… - mruknęłam, a po chwili z radia popłynęły dźwięki hardrocka. Gustuję w nieco innej muzyce, ale w zasadzie, czemu nie? Kiedy skończył gadać przez telefon, podkręcił dźwięk tak, że cały dom dudnił od muzyki.
- Czy wszyscy łowcy chcą ogłuchnąć…?! – zawołałam, próbując przekrzyczeć radio, ale mój głos i tak nie dotarł do Harry’ego. Westchnęłam i wróciłam do pracy.
Późnym popołudniem, kiedy Harry gotował kolację zadzwonił telefon.
- Tak? O, cześć…! No, powiedzmy… W Tennessee?
Zaciekawiona, wstałam z kanapy i podeszłam bliżej. Noga już nie doskwierała tak bardzo jak wczoraj. Rana ładnie się goiła, a tabletki przeciwbólowe działały.
- Ale ja już wysłałem tam łowców… Jeszcze jedno mówisz? Nie, to za daleko, nie dadzą rady… Czwórka, ale… Tak, dużo, nie mogę ich rozdzielić. A sam nie dasz rady…? Ja? Nie, sorry Jack, ale za stary na to jestem… Zresztą, muszę trwać na posterunku – zaśmiał się ponuro. – Jakiś łowca, mówisz…? – zerknął na mnie szybko. – Nie, nie sądzę… Ale dobra, jak chcesz, to przyjedź…
Odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie ostro.
- Nawet o tym nie myśl, Alice.
- Za ile tu będzie? – zainteresowałam się.
- Jutro rano – mruknął. – Mówię serio, twoja noga…
- Ma się całkiem dobrze – przerwałam mu, choć właśnie w tym momencie rana za promieniowała ostrym bólem. Musiałam się skrzywić, bo Harry pokiwał głową.
- Właśnie widzę, że ma się świetnie. Zostajesz. W. Domu. Bez dyskusji.
- Jeszcze zobaczymy – mruknęłam i ruszyłam z powrotem do salonu.
- Jakbym słyszał Mike’a… - usłyszałam za sobą cichy głos Harry’ego. Zatrzymałam się w pół kroku.
- Nigdy nie odpuścił sobie łowów… - wyjaśnił, widząc moje zainteresowanie. – Nigdy. Tylko raz…
- Kiedy? – zapytałam natychmiast.
- Zadzwoniłem do niego, jakieś dwadzieścia lat temu i spytałem czy nie ma ochoty zapolować na kitsune. Wiesz, co mi odpowiedział?
- „Przykro mi, ale nie dziś. Dziś spędzam wieczór z kobietą, którą kocham. Jeżeli coś jest ważniejsze od polowania to tylko to, tylko ona” – odparłam, przymykając oczy.
- Ta kobieta miała na imię Susanna – dodał Harry.
- I była moją matką. Wiem, była przy tej rozmowie. Wtedy uświadomiła sobie, jak wiele Michael dla niej poświęca. I jak bardzo ją kocha.
- Jesteś do niego bardzo podobna, Alice – powiedział po chwili ciszy. – Nawet nie wiesz jak bardzo. Masz szansę stać się łowcą równie dobrym jak on. Tylko daj się zregenerować ciału po ostatniej akcji. Naprawdę nie mam ochoty zeskrobywać z asfaltu twoich resztek, bo nie dasz rady zwiać spragnionemu wampirowi…
- Okej, powiedzmy, że mnie przekonałeś. Ale ta sprawa jeszcze będzie podlegać dyskusji.
- Idź spać, Alice. Dobranoc.
- Dobranoc, Harry.
W nocy śniła mi się mama. Słyszałam jej głos, opowiadający mi o tacie…
Odpowiedział mu wtedy: „Przykro mi, ale nie dziś. Dziś spędzam wieczór z kobietą, którą kocham. Jeżeli coś jest ważniejsze od polowania to tylko to, tylko ona” i patrzył przy tym mi prosto w oczy. Dopiero wtedy zrozumiałam jak bardzo mnie kocha i jak wiele dla mnie poświęca. Dlatego ja też się dla niego poświęciłam. Żeby mógł dalej ratować świat. Żebyśmy same mogły być bezpieczne. Żeby nie musiał się o nas martwić każdego dnia. Żeby wiedział, że ja kocham go tak bardzo, że jestem poświęcić dla tej miłości wszystko. Nawet ją samą…
Budzik zadzwonił o siódmej. Zmieniłam opatrunek i pomogłam Harry’emu zrobić śniadanie dla trzech osób. Noga prawie nie bolała i to bez środków przeciwbólowych. Nie chciałam żeby bolała. Więc nie bolała. Doskonale wiedziałam, że większość tego bólu jest tylko w mojej głowie. Więc tylko ode mnie zależy, jak bardzo będzie boleć.
Przed dziewiątą żwir na podjeździe zaskrzypiał pod kołami czerwonego forda mustanga.
- Sami Jeźdźcy Apokalipsy nie powstydziliby się takiego wozu… - mruknął Harry, wychodząc naprzeciw młodemu mężczyźnie, który wysiadł z pojazdu.
Był przed trzydziestką i miał przydługawe jasne włosy oraz parodniowy zarost. Jeansowa kurtka podkreślała jego granatowe oczy. Zostałam w środku i nastawiłam wodę na herbatę. Harry wpadł na pomysł, by poczęstować gościa śniadaniem, bo przyjeżdżał z daleka.
- Jechałeś całą noc? – usłyszałam głos Harry’ego, kiedy weszli do środka.
- Zatrzymałem się tylko na kawę, koło czwartej rano… - miał ciepły, głęboki głos. I naprawdę niesamowicie niebieskie oczy. – Nie mówiłeś, że masz gościa…- wbił we mnie spojrzenie, ale ja już otrząsnęłam się z szoku.
- Alice Morgan, miło mi. Słodzisz? – moja ręka zawisła obok półki, na której stał cukier.
- Nie, dziękuję. Jack Kingsley, cała przyjemność po mojej stronie… - z ociąganiem przeniósł wzrok na Harry’ego. – Mówiłeś, że nie masz pod ręką żadnych łowców?
- Bo ona jest tu na rekonwalescencji – burknął Harry, posyłając mi ostre spojrzenie. – Nigdzie nie jedziesz, Alice!
- Ale… - chciałam zaprotestować.
- Powiedziałem. Nie mam zamiaru mieć cię na sumieniu.
Jack roześmiał się.
- Gdybym cię nie znał Harry, to pomyślałbym, że to twoja córka, skoro się o nią tak troszczysz…
- Gdyby to była moja córka, to nie wpuściłbym cię za próg… - mruknął Harry, a ja uniosłam brwi. – Ale Alice to rozważna dziewczynka, prawda?
Westchnęłam.
- Słabo mnie jeszcze znasz, Harry.
Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy jeść. Harry i Jack wymieniali się informacjami, a ja przysłuchiwałam się im w milczeniu. Zauważyłam, że mężczyzna co jakiś czas zerka w moim kierunku.
Po posiłku, Harry poszedł na piętro po jakieś dokumenty, a ja wstałam, żeby pozmywać. Czułam jego wzrok wbijający się w moje plecy.
- Co ci się stało w nogę?
Z lekkim zażenowaniem przypomniałam sobie, że mam na sobie króciutkie, obcisłe spodenki, bo to była jedyna para spodni, które mogłam założyć, ze względu na obandażowane udo.
- Miałam bliskie spotkanie z nożem na ostatniej akcji – odparłam.
- Co konkretnie?
- Duszek – wzruszyłam ramionami.- Byłam trochę nie w formie. Chwila nieuwagi i masz…
- Taka robota – zgodził się. – Boli?
- Nie bardzo – zakręciłam kran i usiadłam obok niego. – Przynajmniej nie tak bardzo jak wcześniej… - zetknęliśmy się kolanami, pewnie przypadkowo. Odsunęłam się dyskretnie.
- Znalazłem! – do kuchni wrócił Harry. Jack oderwał ode mnie wzrok. – Masz mapę tego budynku, stan na 1967 rok. Duże to gniazdo?
- Coś około 4 wampirów… Wiem, wiem… niewielkie, ale jeśli wierzyć temu, co mówią ludzie, to wyrządziły sporo szkód… Dobra, ja się będę powoli zbierał… Mogę jeszcze przed drogą skorzystać z toalety?
- Jest tam gdzie zawsze – uśmiechnął się Harry. – A ty tu zostajesz…!
Słyszałam, jak żegnają się w przedpokoju, kiedy mój wzrok padł na blat stołu. Zegarek.
- Pojechał już?! – zawołałam, wpadając na Harry’ego w drzwiach kuchni.
- Właśnie wsiada do auta…
Wyminęłam go i wypadłam na podwórko.
- Jack! Zegarek! – potknęłam się o kamień i prawie na niego wpadłam. Złapał mnie za łokieć ręki, w której trzymałam zegarek.
- Wiedziałem, że go zauważysz… - uśmiechnął się łobuzersko.  – Wskakujesz?
- Ale… - patrzyłam na niego osłupiała.
- No, dalej, zanim Harry zauważy, że robimy go w konia i da ci dożywotni szlaban…
- Ale… - chciałam zaprotestować, ale czy jemu można było odmówić…?
Dwa kilometry dalej zadzwonił telefon.
- Alice, ja cię zabiję!
- To nie moja wina. To był jego pomysł – odparłam, a Jack puścił do mnie oko.
- Jeśli ci się coś stanie, to tak ci przetrzepię tyłek, że przez tydzień nie usiądziesz…
- Spokojnie, Harry, nic mi nie będzie – uspokoiłam go i się rozłączyłam. – To dokąd jedziemy?

***&***

Pierwszy raz nie czułam się zła będąc przynętom. Podjechaliśmy do pubu, ale Ann i chłopcy zostali w samochodzie. Weszłam do środka. Spodobał mi się wystrój, plakaty zespołów i zdjęcia odpicowanych bryk. Usiadłam przy barze i zamówiłam Jacka Danielsa z Colą. Z głośników leciało Motorhead.
- Cześć - obok usiadł na oko dwudziestolatek z rozczochranymi brązowymi włosami.
- Cześć - posłałam mu promienny uśmiech.
- Nie widziałem cię tu wcześniej.
- Niedawno przyjechałam. Siostra chce się tu przeprowadzić - upiłam łyk drinka.
- To fajnie - chłopak miał taki cwaniacki uśmiech. - Zapomniałem się przedstawić jestem Dylan.
- Weronika - uścisnęłam mu dłoń, spojrzał na moją dłoń.
- Ładne imię. Jesteś zaręczona?
- Nie - już wcześniej Adam powiedział, że w takiej sytuacji mam skłamać.
Uważał, że inaczej plan może się nie udać. Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej. Mój telefon zawibrował. To był sms od Ann. "I jak tam?". Nie odpisałam i schowałam komórkę.
- Zaraz wrócę - wskazałam WC.
- Dobrze - Dylan dalej się uśmiechał.
W ubikacji od razu zadzwoniłam do Ann.
- Jakiś facet się przysiadł, ale nic się nie dziej - wyjaśniłam.
- Dobra, to wracaj. Spróbujemy jutro.
- Zaraz wyjdę - odparłam i się rozłączyłam.
Wyszłam z ubikacji i poczułam bolesne uderzenie w tył głowy.
***
Ocknęłam się w jakimś pokoju. Leżałam na dużym łożu z baldachimem. Pościel była satynowa w kolorze czerwieni. Ściany miały odcień kawy z mlekiem. Wstałam z łóżka i od razu tego pożałowałam. Głowa pulsowała tępym bólem. Podeszłam do drzwi i szarpnęłam za klamkę, tak jak podejrzewałam były zamknięte. Kopnęłam w nie i usłyszałam szczęk przekręcanego zamka. Do pokoju wszedł Dylan. Rzuciłam się na niego z pięściami, ale zakręciło mi się w głowie. Upadłabym, ale Dylan zdążył mnie złapać.
- Nie pamiętasz mnie - stwierdził smutno, pomagając usiąść mi z powrotem na łóżku.
- O co ci chodzi?! - warknęłam. - Poznałam cie w pubie!
Próbowałam obmyślić plan ucieczki, ale szanse były minimalne.
- Nie Weroniko Wilde. Poznałaś mnie siedem lat temu w szkole w Lawrence.
Przez chwile próbowałam skojarzyć Lawrence. Mieszkaliśmy tam dwa tygodni, nim mam kupiła dom w Summerlin South w Nevadzie. Dopiero teraz wspomnienia wróciły.
- Pamiętam cię. Robiliśmy wspólnie projekt.
- Tak spędziliśmy razem tydzień majstrując przy silnikach i dźwiękach rocka. Byłaś fascynująca, tak inna od pozostałych dziewczyn. Później zniknęłaś z mojego życia. Ale ciebie nie dało się zapomnieć.
- O czym ty bredzisz?
- Zakochałem się, a ty mnie zostawiłaś. Później próbowałem cię odnaleźć, ale zamiast na ciebie, trafiłem na wampira. Zamienił mnie w jednego z nich w zeszył miesiącu. Nie mogłem o tobie zapomnieć, więc szukałem dziewczyn podobnych do ciebie. Miałem nadzieję, że jako łowca zainteresujesz się tą sprawą - mówił z goryczą w głosie.
- I co ci to dało? - spytałam zła.
- Mam ciebie tu, teraz.
Moja złość wzrosła. Zabił trzy niewinne kobiety dla niczego.
- Po co ci ja? Skoro jest pełno podobnych do mnie dziewczyn. Jak te, które zabiłeś! - ostatnie zdanie wysyczałam.
- To były tylko marne podróbki. Jesteś jednorazowa, nie da się ciebie podrobić. Uwierz, żadna z nich nie mówiła z taką pasją o samochodach i nie czuła rocka. Żadna nie zdobyła mojego serca...

***&***

Oszalałam. Naprawdę oszalałam.
Jechałam z obcym, starszym ode mnie facetem, nie wiadomo dokąd, przy czym miałam spędzić z nim siedem godzin w samochodzie. Sama. Dodatkowo miałam polować na wampiry z otwartą raną na udzie.
Zdaje się, że Virginia nie potraktowała nożem mojego uda, a mózg.
- Co tak milczysz? – zagaił Jack, kiedy tępo wpatrywałam się w przednią szybę.
- Nie zaliczam się do gadatliwych osób.
- Zauważyłem – uśmiechnął się zniewalająco, a jego ręka spoczęła na moim kolanie. Uśmiechnął się zaraz przepraszająco i zmienił bieg.
- Zrobiłeś to specjalnie – zmrużyłam oczy.
- A chciałabyś żeby to było specjalnie…? – nie uznałam za stosowne reagować na tę zaczepkę.
„W co ja się wpakowałam…?!”
- Przepraszam – odezwał się po chwili i wyglądał na naprawdę skruszonego. – Mam po prostu taki nawyk…
- …żeby łapać dopiero co poznane dziewczyny za kolana? – zadrwiłam.
Roześmiał się.
- To duże uproszczenie, ale muszę przyznać ci rację. Mam po prostu naturę podrywacza… Musisz mi to wybaczyć.
- Nic nie muszę – mruknęłam. – Ale muszę ci zaufać na tyle by mieć pewność, że mogę się bezpiecznie zdrzemnąć…
- Śpij spokojnie, mam zajęte ręce – wskazał na kierownicę. – Nogi zresztą też. Twoja cnota jest bezpieczna…
- To nie było zabawne – skrzywiłam się i odwróciłam do niego plecami. Po chwili już spałam.
Obudziłam się, gdy Jack wyłączył silnik. Staliśmy na parkingu przed jakimś klubem nocnym. Przeciągnęłam się by odegnać resztki snu i sprawdziłam szybko jak się ma noga. Miała się dobrze. Goiła się zadziwiająco szybko.
- To tutaj? – zapytałam.
- Nie, ale muszę zaspokoić swoje rozszalałe żądze – zakpił. – A skoro ty nie chcesz mi pomóc…
Prychnęłam i wysiadłam z auta. Bez pytania otworzyłam bagażnik i poszukałam broni dla siebie. Mały poręczny pistolet…
- Maczeta będzie bardziej praktyczna – poradził mi Jack, przyglądając mi się z kpiącym uśmiechem. Oparł się o otwartą klapę bagażnika i patrzył mi na ręce. – Osikowe kołki są obok apteczki… - nabijał się dalej.
- Spadaj – mruknęłam. – Zawsze noszą przy sobie pistolet. Zwłaszcza, że… - sięgnęłam głębiej i wyciągnęłam fiolkę z ciemnoczerwonym płynem – naboje można napełnić tym.
- Krew umarlaka lepiej działa dożylnie – kłócił się dalej.
- Lepszy rydz niż nic – odgryzłam się, sprawnie napełniając naboje czerwonym płynem. – Powinnam może o czymś wiedzieć?
- Musimy znaleźć gniazdo. Jest ich czwórka, ofiary wypatrują w tym barze…
- …chciałeś powiedzieć klubie nocnym.
- Powiedzmy. Gustują w zajętych dziewczynach, więc idealnie nadajesz się na przynętę…
- Dzięki, problem w tym, że nie jestem zajęta… - mruknęłam. Dla pewności napełniłam jeszcze trzy strzykawki krwią umarlaka. Nie miałam pewności, że naboje zadziałają.
- Uff, już się bałem, że powiesz, że nie jesteś dziewczyną… Ten problem da się łatwo rozwiązać… - uśmiechnął się, zatrzasnął bagażnik i przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie. – Prawda, kochanie?
Strząsnęłam z siebie jego rękę i wywróciłam oczami.
- Myślę, że to nie będzie konieczne… jest tam tylne wyjście? – zapytałam, chowając strzykawki do kieszeni, a pistolet za pasek.
- Nie, tylko tędy się da wyjść.
- Czekaj tu, myślę, że to potrwa z pół godziny…
Nie czekając na jego odpowiedź, weszłam do baru.
Miał rację, to nie był klasyczny klub nocny. Nigdzie nie widziałam półnagich panienek, więc nie było źle. Było za to ciemno, pełno dymu i pachniało piwem oraz ciężkimi perfumami, a dookoła było mnóstwo typów spod ciemnej gwiazdy. Usiadłam przy barze i zamówiłam sok pomarańczowy.
Sączyłam powoli napój przez słomkę rozglądając się po sali. Nagle, prawie znikąd obok mnie pojawił się przystojny ciemnowłosy chłopak.
- Dwa razy martini, poproszę – rzucił w kierunku barmana.
Zapłacił i chwycił kieliszki. Kiedy jednak obracał się by odejść w kierunku stolika, zahaczył łokciem o moje ramię i zawartość kieliszków wylała się na moją bluzkę.
- Przepraszam cię najmocniej…! – zawołał natychmiast. – Ja… Ja nie wiem jak to się stało…
„Ale ja wiem” – pomyślałam. - „Klasyczny sposób na podryw. Tylko dlaczego kupował dwa drinki…?”
- Nic się nie stało – uśmiechnęłam się, macając się po kieszeniach kurtki. – Masz może chusteczki…?
Chłopak obszukał kieszenie i wręczył mi paczkę.
- Proszę… Raz jeszcze przepraszam. Chcesz może drinka w ramach rekompensaty?
- Nie, dzięki, mam dość drinków na razie – uśmiechnęłam się przepraszająco.
Chłopak zamówił jeszcze raz dwa martini.
- Moja dziewczyna mnie zabije… mówiłem jej, że zaraz wrócę… - mruknął, przypatrując się barmanowi, który przygotowywał napoje.
- Dziewczyna? - wyrwało mi się. Wyglądało na to, że się pomyliłam i to nie był jednak wampir… A zaczynało się tak klasycznie…
- Tak, a co?
- Nic, szkoda po prostu… - uśmiechnęłam się nieco wymuszenie.
Nie poznałam jego reakcji, bo wziął swoje drinki i tym razem o wiele ostrożniej zaniósł je do stolika. Odprowadziłam go wzrokiem. Stolik był pusty. Chłopak postawił drinki na blacie, usiadł i rozglądał się zdezorientowany. Po paru minutach wyciągnął telefon i próbował się do kogoś dodzwonić. Bez skutku.
Odczekałam jeszcze chwilę i podeszłam do niego.
- Coś się stało? – zapytałam.
Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- My się znamy…? – jego wzrok padł na mokrą plamę na mojej bluzce. – A no tak, znamy się. Raz jeszcze przepraszam. Nie, nic się nie stało. Tylko moja dziewczyna gdzieś zniknęła bez słowa…
- Jak wyglądała? – zapytałam.
- Miała długie blond włosy i zielone oczy. Na sobie miała czerwoną skórzaną kurtkę i czarne jeansy. Nazywa się Angelika Marrow.
- Przykro mi, ale jej nie widziałam. Tak na marginesie mam na imię Alice.
- James. Widocznie znudziła się i poszła do domu – w jego głosie nie było ani krzty przekonania.
- Poczekaj chwilę… - mruknęłam i podeszłam do ochroniarza stojącego przy drzwiach. James zaciekawiony poszedł za mną.
- Czy wychodziła tędy niedawno długowłosa blondynka w czerwonej kurtce? Z jakimś facetem? – zapytałam.
- Facetem?! – wyrwało się Jamesowi.
Ochroniarz zmarszczył brwi.
- Tak, kilkanaście minut temu.
- A jak wyglądał ten facet? – dopytywałam się dalej.
- Chudy, wysoki, blady. Czarna skórzana kurtka , ciemne włosy i oczy. Tatuaż na nadgarstku, ale nie wiem co dokładnie… Czemu cię tak interesuje? – zapytał nagle podejrzliwie.
- Już nic, dziękuję… - odeszłam kawałek dalej.
- Co jest?! Co to za facet? Znasz go? – James zasypał mnie gradem pytań. – O co w ogóle chodzi?
Westchnęłam.
- Twoja dziewczyna jest w niebezpieczeństwie. Daj mi swój numer, zadzwonię, jak się czegoś dowiem…
- Ale…
- Zaufaj mi – spojrzałam mu w oczy. – Musisz mi zaufać.
- Kim ty w ogóle jesteś…? – zapytał, wręczając mi kartkę z numerem.
- To bardzo dobre pytanie… - odparłam szybko i wyszłam z baru.
Jack czekał w samochodzie. Wsiadłam na siedzenie pasażera i zapięłam pas.
- Poszukajmy motelu. Miałeś rację. Rybka złapała się na inną przynętę…
Jack uśmiechnął się triumfująco.
- Widzisz, kotku? Mówiłem, że musimy iść razem. Już zamówiłem pokój – dodał ruszając. - Wolisz spać od ściany, czy od brzegu? – wyszczerzył do mnie żeby w łobuzerskim uśmiechu.
- Pytanie brzmi, czy ty wozisz ze sobą śpiwór i materac… - uśmiechnęłam się podobnym uśmiechem i wpisałam numer Jamesa do komórki. Jack nie odzywał się przez resztę drogi.

***&***

- ... żadnej z nich nie miałem takiej ochoty ugryźć - warknął i wgryzł się w moją szyję.
Próbowałam się bronić. Uderzałam go pięściami w plecy, ale on nadał pił moją krew. Powoli obraz zaczął mi się rozmazywać. Nagle Dylan oderwał się od mojej szyi i pogłaskał mnie po policzku. Jednak nie było to takie przyjemne, jak kiedy robił to Adam.
- Nie bój się. Nie zabiję cię.
- Więc co zrobisz?! - warknęłam.
- Zamienię cię w wampira i uczynię swoją kobietą.
- Po moi trupie! - do pomieszczenia wpadł Adam i obezwładnił Dylana.
Za nim wbiegła Ann z Robbiem, który od razu pomógł Adamowi. Moja siostra podeszła do mnie.
- Ale nas przestraszyłaś - powiedziała.
- To nie moja wina.
Po chwili Dylan siedział przywiązany do krzesła.
- To za Wer - Adam przyłożył mu w szczękę.
- A kim ty niby jesteś? - Dylan nie przejął się uderzeniem.
- Moim narzeczonym - podeszłam do Adama i się w niego wtuliłam.
Ostrożnie dotknął mojej szyi.
- Nie! - zawył Dylan.
- Przykro mi, że wybrałeś zły sposób aby mnie zdobyć - powiedziałam. - Żegnaj.
W tym momencie Robbie odciął mu głowę maczetą.
- Sam chciałem to zrobić - mruknął Adam z wyrzutem.
- Sorki. Zapomniałem się.

***&***

Myślałam, że żartuje. Ale on naprawdę załatwił pokój z łóżkiem małżeńskim. Jeszcze śmiał twierdzić, że innych nie było!
- Jesteś zboczony – mruknęłam, układając się do snu.
- Jak będę mieć w nocy koszmary, to mogę przyjść się przytulić? – zażartował, układając na podłodze koce tak, by choć trochę imitowały materac.
- Pod warunkiem, że będą ci się śnić wampiry – ziewnęłam i zgasiłam światło. – Dobranoc!
- Dobranoc, kochanie…
Westchnęłam, a w mojej głowie pojawiła się dziwna myśl: „W zasadzie, co ci szkodzi…?”
***
Cały następny dzień poświeciłam na doprowadzanie mojej nogi do jak najlepszego stanu. Z dnia na dzień naprawdę wyglądała coraz lepiej. Koło siedemnastej, Jack wrócił do pokoju i zaproponował obiad w restauracji.
- Nie daj się prosić, to przecież nie randka… - zaczął mnie przekonywać, zanim jeszcze zdążyłam zaprotestować.
- Czy ja powiedziałam nie? Możemy iść jak tak bardzo ci zależy.
W restauracji usiedliśmy w jakimś kącie i zamówiliśmy dwie małe pizze. Kiedy czekaliśmy na zamówienie, Jack znowu zaczął mi się przypatrywać z uśmiechem.
- Co się tak gapisz? – mruknęłam w końcu zniecierpliwiona.
- Bo jesteś ładna.
Wywróciłam oczami.
- Super. Oświecę cię: nie jaj jedna.
- Fakt, ale muszę przyznać, że masz w sobie coś charakterystycznego… Coś niesamowitego… Wyjątkowego nawet…
- oklepany tekst – mruknęłam. – Wysil się bardziej.
Westchnął.
- Naprawdę jesteś taka oziębła? A jeśli to nie podryw? Jeśli się naprawdę zakochałem? Wiesz jak bardzo mnie ranisz? – jego glos stawał się coraz bardziej piskliwy, aż do drażniącego uszy falsetu.
Roześmiałam się naprawdę szczerze. Po chwili sam do mnie dołączył
- Nie ma co, to było dobre… - otarłam łzę z kąta oka, bo aż popłakałam się ze śmiechu. – Ale znając życie, są laski, które się dają nabrać na takie teksty…
- Tak, ale muszę się pilnować, żeby nie zacząć wydawać ultradźwięków. Wtedy mógłbym poderwać co najwyżej delfina…
Znów zaniosłam się śmiechem, więc wyciągnęłam chusteczki, by otrzeć kolejną falę łez.
- Dobra, a na poważnie… Serio nie jesteś zajęta?
Westchnęłam.
- Daruj sobie. Naprawdę sobie daruj…
- Dlaczego? – drążył, widocznie zaciekawiony. – Nie jestem w  twoim typie?
Westchnęłam.
- Nie o to chodzi. Nie jestem po prostu taką dziewczyną. Mam swoje ideały i wartości i…
„…i co?” – odezwał się jakiś cichy głosik.
- I co z tego? – zapytał Jack. – Zresztą pytałem z czystej ciekawości. Bo to aż dziwne, żeby taka ładna dziewczyna nie miała chłopaka…
- Nie ty pierwszy mi to mówisz… - zasępiłam się. – Ale zazwyczaj ta ciekawość ma bardzo przewidywalne podłoże…
- Nie tym razem – powiedział wyjątkowo poważnie.
Kelnerka przyniosła pizze i zaczęliśmy w milczeniu jeść.
- Masz ser na… - wyciągnął rękę w moim kierunku i nagle się zreflektował. – Mogę?
Skinęłam głową, a on ścignął ser z mojego policzka. Uśmiechnęłam się.
- Takie trudne?
- Bardzo – skrzywił twarz w udawanym grymasie. – Zdaje się że wykorzystałem roczny zapas kurtuazji…
- Dobra, dosyć tego dobrego… - powiedziałam, zerkając na zegarek. – Czas na nas.
Zapłaciliśmy, to znaczy, Jack zapłacił i pojechaliśmy pod klub. Mężczyzna zamknął samochód, objął mnie opiekuńczo i weszliśmy do środka. Usiedliśmy przy jednym z dwuosobowych stolików i złapaliśmy się za ręce.
- Dziwnie się czuję – mruknęłam, pochylając się w jego kierunku.
- Co, nigdy nie byłaś na randce? – zapytał, tak wypowiadając słowa, by z daleka brzmiały jak namiętne wyznanie.
- Zasadniczo to nie…
- Przysuń się bliżej… - powiedział nie dając mi dokończyć.
- Po co?- zdziwiłam się.
- Jak cię pocałuję, będzie bardziej naturalnie.
- Ale… - nie dał mi dokończył i delikatnie mnie pocałował.
„Cholera,…”
Cholera, spodobało mi się. Zgodnie z poleceniem przysunęłam się bliżej, ale Jack właśnie się odsunął i zapytał:
- Chcesz coś do picia?
- Tak, jakiegoś drinka. Wybierz coś, kochanie – odparłam.
Tak jak wcześniej ustaliliśmy, mieliśmy powtórzyć sytuację z wczoraj. Jack jedynie miał sobie odpuścić oblewanie innych lasek moim drinkiem. Odprowadziłam go zakochanym, jak miałam nadzieję, wzrokiem. Zniknął w tłumie, ale miał mi dać trochę czasu. Wyciągnęłam telefon i udałam, że piszę SMSa. Kiedy skończyłam, schowałam telefon do kieszeni, wypychając z niej jednocześnie paczkę chusteczek. Kiedy się po nią schyliłam, obok mnie, zupełnie znikąd pojawił się chłopak pasujący do wczorajszego opisu ochroniarza.
- To chyba twoje – uśmiechnął się i podał mi chusteczki.
- Dziękuję.
- Mogę się przysiąść? – zapytał.
- Mój chłopak właśnie kupuje nam drinki… - udawałam niepewną.
- Spokojnie, nic się nie stanie. Zresztą tam jest okropna kolejka, a mnie naprawdę podoba się twoja bluzka.
Miałam na sobie T-shirt Jacka z napisem ”Metallica”. Sądząc po stroju, wampir słuchał bardzo podobnej muzyki.
- Słuchasz? – zapytałam.
- Aha. Masz swoją ulubioną piosenkę?
- Mmm… „Nothing else matter” – palnęłam pierwszy tytuł, który przyszedł mi do głowy, błogosławiąc jednocześnie Wer.
- Serio? To się świetnie składa… - ucieszył się. – Mój kumpel gra właśnie w niedalekim pubie covery Metallici, między innymi tę piosenkę… Chcesz może wpaść?
- Ale mój chłopak… On nie słucha takiej muzyki… - wyraziłam obawę.
- Możesz pójść bez niego.
- Ale…
- Hej, raz się żyje… zostaw mu wiadomość i chodź…
Muszę przyznać, że roztaczał niesamowity urok. Gdybym nie wiedziała, kim jest to chyba dałabym się nabrać mimo tego, że jego podryw zaliczał się do raczej kiepskich.Ale mimo iż to wiedziałam, musiałam dać się nabrać…
- Okej… tylko mu napiszę… - wyjęłam długopis i nabazgrałam na serwetce wiadomość, jednocześnie wysyłając wcześniej przygotowanego SMSa. Chłopak objął mnie w pasie i wyszliśmy z baru.
- Jak masz na imię?
- Alice – szepnęłam, udając nieśmiałą panienkę.
- Jestem Tom. Jesteś bardzo ładna, wiesz?
- Dziękuję – powinnam zostać aktorką, bo nawet udało mi się zarumienić. – Daleko idziemy?
- Nie, to tuż za rogiem…
Szliśmy w milczeniu kilka minut. Przytulał mnie do siebie coraz mocniej, chciał mieć pewność że mu nie zwieję. Przysunął twarz do mojej szyi.
- Ładnie pachniesz…
- To pewnie nowe perfumy… Podobają ci się? Mój chłopak mówi, że są strasznie duszące…
- Nie… są naprawdę ładne… to tutaj. Wewnątrz jest o wiele przytulniej niż się zdaje.
To zapewnieni było konieczne. Staliśmy przed starym, obdrapanym i opuszczonym magazynem. Byłam pewna, że w środku wcale nie było lepiej.
- Wejdź, jest otwarte – puścił mnie przodem.
Weszłam przez drzwi w półmrok.
- To na pewno tutaj…?
- Chłopcy, kolacja…! – zawołał Tom, zatrzaskując za sobą drzwi. Zrobił krok do przodu by mnie unieruchomić i nadział się prosto na strzykawkę z krwią umarlaka.
- Niespodzianka! – szepnęłam, uśmiechając się szeroko. Zachłysnął się, a jego uścisk natychmiast zleżał.
- Łapy precz od mojej dziewczyny! – warknął Jack wpadając do środka i ścinając mu głowę, która potoczyła się gdzieś do jakiegoś ciemnego kąta.
W tym momencie do pomieszczenia wpadły trzy kolejne wampiry i rzuciły się na nas – jednak na Jacka, a dwa na mnie.
- Łowcy! – warknął jednej z nich przygniatając mnie do ściany. Wbiłam mu w brzuch drugą strzykawkę  i dla pewności przyłożyłam pięścią w nos. Jack, który rozprawił się już ze swoim przeciwnikiem, podbiegł i ściął mu głowę.
- Gdzie ten trzeci? – zapytał, a ja zauważyłam cień sylwetki za jego plecami. Rzuciłam się na niego, przewracając go na ziemię.
Wampir rzucił się na nas więc wbiłam mu w serce ostatnią strzykawkę. Jack błyskawicznie zebrał się z ziemi i zakończył łaskawie jego żywot.
- No, załatwione – otarł z czoła krew i rozejrzał się dookoła. – Tak na marginesie dzięki za uratowanie życia.
- Do usług – mruknęłam.
- Idziemy? – wyciągnął w moim kierunku rękę.
- Jeszcze moment… - weszłam do następnego pomieszczenia i zauważyłam Angelikę. Leżała nieprzytomna na środku pomieszczenia.
- Angelika? – uklęknęłam obok niej. Nagle otworzyła oczy.
- Angelika? – zapytałam ponownie. W jej wzroku było coś dziwnego.
- Kim jesteś…? – zapytała i pociągnęła nosem, a jej wzrok spoczął na mojej ranie.
- Ja… - nie zdążyłam odpowiedzieć, bo wylądowałam nagle parę metrów dalej, przygnieciona ciałem Jacka, a na moją twarz prysnęła jego ciepła krew.
- Jack!
Wyszarpnęłam zza paska pistolet i wystrzeliłam kilkakrotnie w kierunku Angeliki. Krew a nabojach nie miała takiej mocy jak podana dożylnie, ale choć trochę ją oszołomiła. Wystarczyło bym chwyciła maczetę.
- Przepraszam, James – szepnęłam, kiedy długie blond włosy wylądowały w powiększającej się kałuży krwi.
Wróciłam do mojego towarzysza.
- Jack…?
Żył. Ale miał paskudnie rozorane ramię.
- Ugryzła cię? – zapytałam. Szybko ściągnęłam koszulkę i zapięłam kurtkę pod samą szyję.
- Masz bardzo ładny stanik… - wymamrotał. – Czy to moja koszulka z Metallicą…?
- Czyli nic ci nie jest – stwierdziłam, robiąc z koszulki prowizoryczny opatrunek. – Dzięki za uratowanie życia – dodałam.
- Do usług – uśmiechnął się z wysiłkiem. – Nie dasz mi się wykrwawić, co?
- Nie dam. Wracamy do Harry’ego. Jak mi wykitujesz po drodze, to cię zabiję – zagroziłam, przerzucając jego rękę przez swój bark i ostrożnie prowadząc na zewnątrz.
- A jak nie to dostanę jakąś nagrodę?
- A co byś chciał? – podtrzymywałam rozmowę, żeby nie zemdlał. Posadziłam go na tylnej kanapie.
- Myślę, że za ten wysiłek, który włożę w przeżycie, powinnaś przynajmniej dać się zaprosić na randkę…
- Przynajmniej…?
- Muszę mieć dla czego żyć, co nie? – uśmiechnął się i zamknął oczy.
- Będziemy u Harry’ego za siedem godzin. Wytrzymaj.
- Alice? – zapytał słabo.
- No?
- Wiesz, że wcale cię nie musiałem całować?
- Wiem.
- I?
- I nic. Tak tylko mówię, żebyś wiedziała, że…
- Że? – zapytałam, kiedy zamilkł.
Jack jednak już odpłynął.
***
Pierwsze, co zrobił Harry to na mnie nawrzeszczał. Potem zajął się Jackiem. Rana nie była zbyt groźna, ale chłopak stracił dużo krwi. Opatrzył go i zaaplikował kroplówkę. Ja w tym czasie wzięłam prysznic, by zmyć z siebie krew.
- Jak noga? – zapytał Harry.
- Dobrze, prawie już się zagoiła.
- Po kilku dniach? – zdziwił się.
- Zawsze się szybko regenerowałam – wzruszyłam ramionami. – Co z nim?
- Wyliże się z tego.
- A gdzie reszta? – zaniepokoiłam się.
- Adam dzwonił pół godziny temu, że właśnie wyjeżdżają. Powinni być wieczorem.
Pokiwałam głową.
- Jaki jest Jack? – zapytałam nagle.
- Taki jak widzisz – odparł Harry. – Nic dodać nic ująć. A co?
- Gdybyś był moim ojcem, naprawdę byś go nie wpuścił?
- Naprawdę. A co się stało…? – zapytał podejrzliwie.
- Nic, pójdę się przespać, jechałam całą noc…
Poszłam na górę, do jednego z wolnych pokoi. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. To było parę bardzo dziwnych dni. A najdziwniejsze było to, że…
Nie dokończyłam myśli. Po prostu zasnęłam.
  
***&***

Adam ostrożnie ucałował moją ranę. Przesunęłam dłonią po jego plecach. Chłopak wziął mnie na ręce i zaniósł do Impali.
- Co to w ogóle było? - zapytała Ann, kiedy już wyruszyliśmy.
- Ile słyszeliście?
- Tylko, że uczyni cię swoją kobietą - powiedział Robbie. - Chyba naczytał się za dużo "Zmierzchu".
Zaśmiałam się.
- Chodziliśmy z nim do szkoły w Lawrence - wyjaśniłam. - I chłopak się nieszczęśliwie zakochał.
- To smutne - powiedziała Ann, ziewając.
Resztę trasy pokonałam śpiąc. Obudził mnie dopiero spanikowany głos Alice.
- Ona nie zamieni się w wampira, co nie? - pytała cicho.
- Aleś ty niedouczona - mruknęłam.
- A ty nierozważna - Ruda mnie objęła.
- Też się cieszę, że cię widzę.
Adam usiadł obok i głaskał moje odkryte ramię. 
- Głodna? - spytał Harry niosąc hamburgera.
- Jak wilk.
***
Było już późno. Adam spał wtulony w mój bok, a ja nie potrafiłam zasnąć. Czułam się winna, w końcu to przez miłość do mnie Dylana spotkał taki los. Czy gdybym była kimś innym, lub gdyby mnie nie poznał, czy nadal byłby zwykłym chłopakiem? Zamknęłam oczy i próbowałam zasnąć. Udało mi się dopiero po pierwszej. Jednak to nie był spokojny sen. Miałam koszmar. Stałam nad przepaścią. Adam stał po drugiej stronie. Coś na mnie polowało, wyczuwałam to. Adam pomachał mi i skoczył. Bałam się, że zginie, ale on wylądował obok mnie. Wtedy z mgły wyłonił się demon i wręczył mi pistolet. Nawet nie wiem czemu, strzeliłam prosto w serce Adama. Obudziłam się zalana potem.
*********************************************************************************
To znowu my :) Notki zdaje się, będą pojawiać się w miarę regularnie: ostatni dzień miesiąca. Prawdopodobnie. Taki przynajmniej jest plan :)
Notka taka sobie. Jaka jest, każdy widzi. Bestiariusz i inne zakładki uzupełnimy już wkrótce.
Dla ciekawskich, których interesuje ilość nawiązań, o które pytałam pod ostatnią notką: odpowiedź pojawi się wkróce pod rozdziałem 10.
Ogłoszeń koniec :)
Pozdrawiamy, 
Szalona i Szurnięta
PS: Jeśli macie jakieś propozycje co do tego, co chcielibyście jeszcze dodać do bloga (jakie akcesoria, zakaładki), żeby był bardziej przejrzysty, to piszcie w komentarzach :)
PS2: Zachęcam do zaglądania do zakładek. Nie opisujemy dokładnie potworów w notkach, bo jest to zrobione w "Bestiariuszu". A z zakładki "Łowcy..." można się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy o bohaterach, o których nie wspominamy w rozdziałach :) Zatem, zapraszam XD.
S&S

13 komentarzy:

  1. Hej :-) Nie dawno odkryłam wsz bloog i jest super :-) Też jestem fanką Supernatural i wasze opowiadanie jest boskie :-) Naprawdę macie talent :-) Poprostu ten bloog jest genialny :-) Juz nie moge sie doczekać nowego rozdziału :-)
    Pozdrawiam i życzę weny :-)
    Karolina J
    Ps. Zapraszam serdecznie do mnie na www.pozagranicamiwyobrazni.bloog.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, zajrzymy, jak tylko znajdziemy czas (a nie mamy go za dużo, więc liczymy na Twoją cierpliwość XD). Wiekie dzięki za uznanie, fajnie, że na naszego bloga trafił ktoś, kto uwielbia SPN tak bardzo jak my (nie licząc Zwierzaka, ale on to osobna kategoria :))
      NN nie wiadomo kiedy, prawodopodobnie ostatniego dnia października.
      Pzdr,
      Szalona, S&S

      Usuń
  2. Czytałam jakąś godzinę ale się doczytałam . :) Bujka Dylana i Adama zajebista! :) I nic nie trzeba zmieniać w blogu jest świetny.
    Cierpliwie ... nie jednak nie Jestem niecierpliwa czekam na nn :*
    Lena <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż godzinę? W sensie, że takie długie, czy takie nudne? Przez chwilę ogarniałam kim jest Dylan, bo to była część Szurniętej i nie do końca ogarnęłam jej postaci... Zresztą po sprawdzianie z biologii mało co ogarniam... Never mind.
      Zastanawiałam się nad zakładką SPAM (Szur...?), ale nie mamy aż tylu czytelników, by spam pod notką stał się kłopotliwy, so...
      Życzymy cierpliwości, bo NN probably za miesiąc :]
      A może wcześniej...?

      Usuń
    2. trochę długie ale to jest w tym fajne , bo ja np. nie potrafie robić długich nwm czemu. ;__; Wcale nie nudne tylko ciekawe ! ^^

      Usuń
  3. Miło jest się tak na chwilę oderwać od szarej rzeczywistość. Notka bardzo ciekawa, krótka ale fajna. Tak trzymać, co do zmian w blogu to zgadzam się z przed mówcą, jest idealny. Czekam z zapartym tchem na NN.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krótki? Nie zauważyłam, ale ja mało ostatnio zauważam ;)
      Dziękujemy za komplement *.*
      NN albo około połowy miesiąca, albo (bardziej prawdopodobne) ostatniego dnia miesiąca, więc życzę cierpliwości :)
      Szur, S&S

      Usuń
  4. Zostałyście nominowane do nagrody Liebster Award :) Więcej informacji u mnie w zakładce "Liebster Award". http://lily-vs-james.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  5. Hej hej :D
    Notka zapewne ciekawa (widzę po komentarzach, a poza tym, zawsze piszecie ciekawie xd), jednak moje lenistwo nie pozwoliło mi jej przeczytać ;D
    P.S. Macie pozdrowienia od Leosia i Isaca <3
    Papaa :*
    Czekoladka (I.Torres - Jacobsen)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo mi się podoba wasz blog !!! Jestem bardzo ciekawa co dalej,rozdziały miały się pokazywać w ostatni dzień miesiąca a ostatnio się nie pokazał....czekam na niego z utęsknieniem i życze weny :D A i zapraszam do siebie http://asikeo.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, dzięki :)
      Wiemy, wiemy, właśnie miałam poinformować, że w tym miesiącu będzie poślizg ze względu na Wszystkich Świętych. Ale jak tylko Szur się pozbiera to wstawimy NN.
      Zajrzymy, zajrzymy...
      Szalona, S&S

      Usuń
  7. Brawo swietna lektura

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :D. Przepraszamy, że odpisujemy z takim zapłonem,a le dopiero teraz udało nam się odgrzebać z szkolnych zaległości i nadrobić stracone odcinki = odzyskać wenę :). Cieszymy się, że nowi czytelnicy napływają :D
      Szalona, S&S

      Usuń