Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

niedziela, 1 września 2013

Rozdział 10

Obudziłam się bardzo wcześnie. Przeciągnęłam się szeroko, próbując ustawić kręgi we właściwych miejscach. Ostatnio u Harry'ego zrobiło się strasznie tłoczno i wylądowałam na kanapie. Poczłapałam do łazienki i wzięłam szybki prysznic. Kiedy weszłam do kuchni, Harry był już na nogach.
- Nie śpisz? – zapytał.
- A nie widać?
Uśmiechnął się ciepło. Pomyślałam gorzko, że ze strony Wer usłyszałabym w odpowiedzi tylko jakąś cierpką uwagę, lub spojrzenie rzucone spode łba.
- Jajecznicy? – zaproponował, skręcając gaz pod patelnią.
- Umiesz przygotować jeszcze jakieś inne danie? – zainteresowałam się, wyciągając talerz dla siebie. – Z chęcią, poproszę.
- Jeśli chcesz wiedzieć, jestem mistrzem kuchni włoskiej, japońskiej i francuskiej – droczył się ze mną.
- Imponujące…
Usiadłam przy stole i przysunęłam do siebie koszyk z chlebem. Harry usiadł naprzeciw, a ja nagle poczułam się prawie jak w domu.
- Korzystając z tego, że pozostali jeszcze śpią… - zaczął nagle. – Powiedz, co się dzieje?
- Nic – odparłam zaskoczona.
- Właśnie widzę, że nic. Wer się do ciebie nie odzywa i chodzi naładowana jak chmura burzowa, a ty wszystkich unikasz. Co się stało?
- Nic – odparłam bardziej zdecydowanie i zajęłam się jajecznicą. – Martwię się tylko tym, że moje poszukiwania wcale nie posuwają się do przodu…
- Dziecko, na wszystko przyjdzie czas… Teraz przygotujemy im śniadanie, a potem poszukam dla was jakiegoś zajęcia, co? – uśmiechnął się.
- Jesteś cudownym człowiekiem, Harry – powiedziałam całkowicie szczerze.
- No, ba! – w drzwiach kuchni pojawił się rozczochrany Robbie. Z rana wyglądał, jakby ktoś wyciągnął go właśnie z kosza na pranie. Nie ujmowało mu to jednak uroku.– Widzę, że robicie śniadanie…?
- Chcecie pomidorów do jajecznicy? – zapytałam, kiedy do kuchni weszła rozespana Ann i cmoknęła Robbiego w policzek.
- Może być… - mruknęła. - Czy my przechodzimy na jakąś jajeczną dietę, czy coś…?
- Prawdziwy łowca po prostu musi mieć jaja – uśmiechnął się Robbie, sadzając sobie Ann na kolanach, a ta uśmiechnęła się do niego promiennie. Skupiłam się na jajecznicy.
Podałam im śniadanie i przygotowałam następną porcję, z hałasów na piętrze wnioskując, że zaraz pojawi się Wer z Adamem. Weszli do kuchni, akurat kiedy wrzucałam na patelnię pomidory.
- Nienawidzę pomidorów w jajecznicy! – naskoczyła na mnie Weronika.
- Spokojnie, zrobię ci nową… - nie dałam się sprowokować i przełożyłam danie na większy talerz. – Ktoś jeszcze ma ochotę?
W końcu wszyscy usiedli przy stole, a ja zaczęłam zmywać naczynia.
- Nie jesz? – zapytał Robbie.
- Już jadłam.
Woda leciała do zlewu z pluskiem, widelce stukały o talerze. Poza tym panowała cisza, przerywana jedynie pojedynczymi mlaśnięciami.
- A gdzie Harry? – Robbie ponownie przerwał ciszę.
- Szuka dla nas roboty…
W tym momencie do pomieszczenia wszedł gospodarz z telefonem przy uchu.
- Dobra, Tim, dzięki. Zajmiemy się tym, nie ma sprawy… Podeślę tam kogoś, będą wieczorem. Trzymaj się, bracie…!
Rozłączył się i spojrzał na nas.
- Co jest? – zapytała niecierpliwie Wer.
- Nuda i standard. Duch, trzydzieści kilometrów stąd.
- Znowu duch? – mruknęłam. To zaczynało być nudne. Jakby nie było innych potworów na tym świecie…
- Nie łatwo go będzie zabić – ostrzegł Harry. - Nawiedza spory, zaniedbany park…
- Damy radę – stwierdził Adam i wstał. – Za ile ruszamy…?
- Hola, hola, spokojnie…! – ostudził go Harry. – Dwadzieścia kilometrów dalej mamy następne straszydło. Nawiedza jakieś stare domostwo. Normalka, ale nie ma się tym kto zająć, a w ciągu ostatniego tygodnia zginęły już dwie osoby…
- To najpierw załatwmy nawiedzony dom, a potem park… - zaproponowała Wer. – Szybko uporamy się z pierwszym duchem, a potem spróbujemy znaleźć sposób na drugiego…
Reszta wstała, przystając na propozycję Wer.
- A nie łatwiej będzie się rozdzielić? – zapytałam cicho, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
- Po co? – zdziwiła się Anna.
- Zajmiemy się wtedy obiema sprawami jednocześnie, a potem ta ekipa, która skończy szybciej pomoże tej drugiej – argumentowałam. - Więcej potworów unicestwionych w krótszym czasie…
- Nie sądzę… - zaczęła Wer.
- To świetny pomysł – wszedł jej w słowo Harry. – Uważam, że pięciu łowców to trochę za dużo na jednego ducha…
- Czterech i pół – wtrąciła cicho z przekąsem Wer, ale ja nawet nie zareagowałam na tę jawną złośliwość.
- …tylko byście sobie przeszkadzali – dokończył Harry.
- Ok., jak chcesz – zgodziła się Wer. – Ja z Adamem zajmę się parkiem, a reszta tamtym drugim duchem i potem do nas przyjadą.
- A nie lepiej będzie jeśli Alice… - zaproponował Robbie.
- Nie, nie będzie – przerwała mu ostro Wer i wyszła z kuchni. Adam poszedł za nią.
- Co jej się stało? – zapytał zdezorientowany Robbie.
- Nieważne – pokręciłam głową. – Jeśli chcecie się sami zająć tą sprawą to spoko, znajdę sobie jakieś inne zajęcie…
- Nie, naprawdę – zaprzeczyła Ann. – Nie przeszkadzasz nam.
- Pójdę się spakować – westchnęłam i wyszłam z kuchni.

***&***

Wsiadłam do Impali od strony pasażera.
- Jesteś pewna? - spytał Adam, siadając za kierownicą.
- Nie, ale próbuję ci udowodnić, że kocham cię bardziej, niż to auto.
Uśmiechnął się szeroko i zapiął pas.
- Ale i tak zginę, jeśli coś się z nim stanie - zażartował.
- W bardzo bolesny sposób.
Zaśmiał się i włączył kasetę. Z głośników popłynęło "Unforgiven" Metalliki.
- Tak, w ogóle dlaczego tam jedziemy? - spytałam.
Bose stopy oparłam o przednią szybę i ułożyłam się wygodnie.
- Kiedy uciekłem, nic ze sobą nie wziąłem - zaczął. - Tam są moje rzeczy, po które bałem się wrócić.
- Okey.
Podkręciłam głośność i zamknęłam oczy.
Zapukałam do domu Harry'ego.
- Otwarte! - usłyszałam z wnętrza domu.
Weszłam, a za mną dziewięcioletnia Anna. Już stąd widziałam blond włosy Adama. Siedział w salonie na kanapie i oglądał kreskówki. Nie widziałam go całe dwa i pół miesiąca. Zrzuciłam buty i pognałam do niego. Zauważył mnie i wstał. Wtuliłam się w niego, a on jęknął.
- Przepraszam - powiedziałam, szybko się od niego odsuwając.
- Wer... - wyszeptał, jakby nie dowierzał, że tu jestem. - To nic - dodał i objął mnie.
Po chwili do pokoju wszedł Harry.
- Śliczny obrazek - powiedział. - Gdzie Ann?
- Tu - powiedział moja siostra, wchodząc do salonu.
- Dobrze. Pomożesz mi w kuchni? - spytał jej, a ona tylko pokiwała głową.
Znowu zostałam sama z Adamem. Nim zdążył zaprotestować uniosłam mu bluzkę i zobaczyłam co go tak zabolało. Lewe żebra były sine, wyglądały jak obite prętem. Nie dotknęłam ich, aby nie sprawić mu bólu.
- Powinieneś to czymś smarować - powiedziałam.
Nic nie powiedział, tylko zaczął bawić się moimi włosami.
- Może pójdziemy na górę i ci to opatrzę? - zapytałam.
Dalej nie odpowiedział, ale po chwili podreptał w kierunku schodów. Ja natomiast poszłam do kuchni i zabrałam z apteczki potrzebne rzeczy. Wdrapałam się na górę i poszłam do "mojego" pokoju. Adam siedział na łóżku i bawił się wytopionym rok wcześniej pierścionkiem. Mój dyndał na szyi na cienkim łańcuszku. Usiadłam obok.
- Mam potrzebne rzeczy - powiedziałam.
Adam znowu się nie odezwał.
- O co chodzi? - zapytałam cicho.
Dotknął mojej dłoni i głaskał ją.
- Tydzień tu, tydzień na obozie i znowu szara rzeczywistość - powiedział.
- Więc ucieknijmy - wyszeptałam.
- Za sześć lat - powiedział twardo.
Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Nie mogłam rzucić wrednego tekstu jak do wszystkich innych. Chciałam powiedzieć coś co go podbuduje. Ostatecznie Adam uniósł T-shirt.
- Tylko tobie ufam na tyle, abyś mogła mnie opatrzyć.
Kawałkiem szmatki nasączonym spirytusem przemyłam jego żebra. Robiłam to najdelikatniej jak potrafiłam. Później ostrożnie nałożyłam odpowiednią maść. Po wszystkim zeszliśmy do salonu i oglądaliśmy kreskówki. To był najlepszy tydzień dla Adama. Uśmiechał się tak często, że czasem myślałam, że tylko śnię. Ale niestety musiał kiedyś dobiec końca.
- Dobra. To zajmie tylko jakieś pół godziny - powiedział Adam, otwierając drzwi swojego starego domu - później już zajmiemy się akcją.
Nic nie odparłam tylko poszłam za nim do jego dawnego pokoju.
- Kiedy uciekłem, nie zabrałem nic, a potem bałem się po to wrócić - mruknął.
- Rozumie - powiedziałam i zaczęłam pakować rzeczy z szuflad do torby.
Nasze wspólne zdjęcie z tego okropnego obozu; moje zdjęcie, to które Adam mi podwędził, zeszyt, w którym...
- Tym razem to ty bierzesz zeszyt - podałam Adamowi notatnik z okładką oklejoną naklejkami.
- Mam notować myśli? - spytał niepewnie.
- To coś jak nasz wspólny pamiętnik - odparłam. - Opisujesz dzień, notujesz myśli,  możesz spisywać wiersze, albo rysować. To ma być częścią ciebie i mnie. Częścią nas.
Otworzyłam na jednej ze stron i zobaczyłam rysunek róży. Wyglądała jak żywa. Pamiętam, że malowałam ją pół wieczoru. Na następnej stronie były złote myśli Adama. Takie w stylu "Rodzina to nie tyle krew, co wspólnota serc". Kolejną rzeczą w szufladzie był mały czarny zeszycik, którego nienawidziłam. Adam prowadził spis wszystkich obrażeń wraz z datami. Nigdy nie rozumiałam po co to robi. Po piętnastu minutach znowu siedzieliśmy w samochodzie.
- Nienawidziłam ich - wyrwało mi się.
- Gdybyś miała takich rodziców i w końcu oni zorientowaliby się, że byli źli, wybaczyłabyś im?
- Chyba nie - odparłam bez zastanowienia. - A ty?
- Kiedy ten demon zaatakował rodziców tata do mnie zadzwonił - zaczął Adam. - Powiedział "Byłem okropnym ojcem. Może dlatego demon nas szuka. Wybacz mi i nie wracaj do domu.". Powiedziałem, że mu wybaczam i czym prędzej pojechałem do domu. Byli już martwi, a resztę już znasz.
- Nie wiedziałam - powiedziałam.

***&***

Miasteczko Little Hangleton nie wyróżniało się niczym spośród sobie podobnych. Maleńki ryneczek z ratuszem i kościołem, parę sklepów, kawiarnia, szewc i kwiaciarnia. Kilka starych domków dookoła, parę dostojniejszych domostw wśród okolicznych pól.
Zatrzymaliśmy się przy kawiarni i zapytaliśmy o interesujący nas adres. W odpowiedzi pokazano nam pokaźny dom na wzgórzu. Oczywiście wyglądał na opuszczony.
- Załatwię jakiś motel, a wy się nieco rozejrzyjcie – postanowiłam. Robbie i Anna pomachali mi na pożegnanie i ruszyli na rynek by pozbierać podstawowe informacje.
Przez całą drogę robiłam wszystko, by zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Oboje stanowili śliczną parę i dobrze się na nich patrzyło, ale co za dużo to nie zdrowo. Znów czułam się jak piąte koło u wozu i to uczucie potęgowało się z każdą chwilą. Dlatego ucieszyłam się, że mogę trochę od nich odetchnąć.
Nie mam nic do zakochanych par. Naprawdę. No, może czasami. Kiedy jednak patrzyłam na Wer i Adama albo na Robbiego i Ann… W pewnym sensie im zazdrościłam. Do tego stopnia, że byłam nieco zła na Wer i Ann. Kiedy je spotkałam, pomyślałam, że w końcu trafiłam na kogoś, kto mnie rozumie, kto wie co przeżyłam. Na kogoś, na kogo w końcu mogę liczyć. Wiele się od nich nauczyłam i w końcu przyzwyczaiłam do czasem drażniącej obecności. Ale kiedy wśród nas pojawili się chłopacy… dla mnie już nie było miejsca. Czułam się niepotrzebna.
Inna sprawa, że…
Wizyta w Lewistown wiele zmieniła. Naprawdę wiele. Cały czas wyraźnie pamiętałam najgorsze momenty tamtych dni, ale to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci…
Nie chciałam o nim myśleć, naprawdę. Nie powinnam. Obiecałam sobie i jemu… Zakazałam mu się ze mną kontaktować. Posłuchał. To powinno wystarczyć, żebym zapomniała. Już kiedyś próbowałam i prawie mi się udało, ale teraz…
„Ogarnij się, Alice. Masz robotę do wykonania” – napomniałam się, powracając do rzeczywistości.
Wstąpiłam do motelu na obrzeżach miasteczka i zapytałam o wolne pokoje. Miły starszy pan w okularach połówkach i długą białą brodą zaprowadził mnie i pokazał wolne pokoje. Kiedy zapytałam o cenę, nie zażądał zbyt dużo, więc zapłaciłam za nocleg na dwa dni. Ta sprawa nie powinna zająć nam więcej…
Zabrałam klucze i skontaktowałam się z Ann. Dowiedzieli się paru ciekawych rzeczy, więc umówiliśmy się w kawiarni na rynku. Kiedy dotarłam tam po kilkunastu minutach, już na mnie czekali. Usiadłam naprzeciw nich i zamówiłam mocną kawę.
- I czego się dowiedzieliście? – zainteresowałam się, kiedy już otrzymałam napój. Zaciągnęłam się intensywnym zapachem i humor od razu mi się poprawił. Przynajmniej na moment, bo po chwili przypomniało mi się jak Lisa nazywała mnie „kawoholiczką”…
- Mnóstwa ciekawych rzeczy – zaczął Robbie. – Dom wybudowano w 1837 roku jako rezydencję rodową rodziny Abbott. Ronald, senior rodu wraz swą małżonką Ginewrą, zwaną Ginny, miał siedmioro dzieci: 6 synów i córkę…
- W tamtych czasach ludzie mnożyli się jak króliki… - mruknęłam.
- Cóż, nie było telewizji – skomentowała Ann.
- …i prezerwatyw – dodał Robbie. – W każdym razie, umarł przedwcześnie, wszystko pozostawiając dużo młodszej żonie, która zaraz po zakończeniu żałoby wyszła za mąż za Jamesa, bliźniaczego brata Ronalda…
- Już widzę, jaką szczęśliwą parą byli Abbottowie… - sarknęłam. – Możemy przejść do konkretów?
- Dzieci, które nie były zadowolone z wuja-ojczyma po paru latach uknuły spisek i zabiły go, a rozwścieczona matka zemściła się na nich srogo, każde zabijając w inny wyrafinowany sposób – wyjaśniła Anna.
- Uroczo – mruknęłam, dopijając kawę. – Więc mamy siedem wściekłych duchów do wytłuczenia?
- Tylko jednego. Dzieci skremowano, ale matka, która tuż potem popełniła samobójstwo, nie została pochowana.
- Słucham? – zdziwiłam się. – Jak to ‘nie pochowana’? Musieli jej urządzić jakiś pogrzeb. Jakikolwiek. Przecież nie gnije teraz w piwnicy, chyba… - patrząc na ich miny musiałam jednak wziąć pod uwagę i taką opcję. – Więc… nie wiemy gdzie jest jej grób…? – zapytałam zrezygnowana.
- Nie ma grobu – westchnęła Ann. – Powiesiła się na strychu, ale ciało zniknęło z kostnicy. Od tego czasu, czyli drugiej połowy XIX wieku, dom stoi pusty i niszczeje.
- Uroczo – powtórzyłam. – Rozumiem, że nie mamy innego wyboru tylko zbadać dom?
- Na to wygląda – mruknął Robbie i zawołał kelnerkę. – Ja płacę – zaznaczył nim zdążyłam zaprotestować.
Kiedy stanęliśmy na ganku nawiedzonego domu, w oczy od razu rzucił mi się wąż wyrzeźbiony na frontowych drzwiach.  Pomiędzy jego splotami dostrzegłam diadem, czarę, książkę, pierścień i medalion. Wyglądało to jak herb rodowy…
- Nie znam się na heraldyce, ale to wygląda na herb – mruknął Robbie, potwierdzając moje przypuszczenia. – Ciekawe co oznacza…?
- Wygląda znajomo… - odparła Ann. – Może wykorzystali ten motyw w jakimś filmie…?
- Wejdźcie do środka, a ja rozejrzę się w ogrodzie – zaproponowałam, ucinając tę dyskusję i ruszyłam na tyły domu.
- Erm, Alice…? – zawołał za mną Robbie. – Otworzysz…?
Westchnęłam i wróciłam się na ganek. Drzwi choć pięknie rzeźbione były strasznie spróchniałe, a zamek trzymał ledwo-ledwo.
- Wystarczy mocniej popchnąć… - zauważyłam, ale posłusznie wyciągnęłam z kieszeni sławną już spinkę i pogmerałam ją w zamku. Chwilę to trwało, ale w końcu udało mi się otworzyć drzwi bez niszczenia ich.
- Może kiedyś jednak poprosimy o klucz? – zaproponowałam, chowając spinkę do kieszeni.
- Tak jest o wiele ciekawiej – wyszczerzyła się Ann i zniknęła w środku razem z Robbiem.
Obeszłam dom dookoła, próbując wypatrzeć coś w oknach. Jednak to szopa stojąca na końcu ogrodu wywołała moje największe zainteresowanie. Podeszłam do niej ostrożnie i trzymając w pogotowiu pistolet pchnęłam drzwi. Uchyliły się z niemal filmowym skrzypnięciem. Weszłam do środka. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to… pustka. Szopa była zupełnie pusta.
Obróciłam się, kiedy nagle drzwi się zatrzasnęły. Odbezpieczyłam pistolet i czujnie się rozejrzałam, czekając na ducha. Coś jednak mi nie pasowało… temperatura wcale nie spadła, chociaż powinna. Jeżeli tu był duch…
Podeszłam do drzwi. Były zamknięte.
- Halo? Jest tu kto? Duszku? – zawołałam w przestrzeń, ale odpowiedziała mi cisza. – No, nie… - mruknęłam i sięgnęłam po telefon. Zasięg też był w porządku. Dla pewności włączyłam latarkę. Światło nie migotało. – No, nie… - jęknęłam raz jeszcze i zadzwoniłam do Ann.
- Co jest? – zapytała zaniepokojona.
- Zatrzasnęłam się w szopie na końcu ogrodu – mruknęłam.
- W sensie, że duch cię uwięził? – po jej głosie poznałam, że już biegnie w moim kierunku.
- Nie duch, tylko zwykły przeciąg – mruknęłam, czując się coraz bardziej głupio. – Czy ja zawsze muszę mieć takiego pecha…?
Anna rozłączyła się, a po paru minutach usłyszałam, jak ktoś wali do drzwi. W końcu stare drewno nie wytrzymało i z łoskotem wpadło do środka.
- Ty zawsze się w coś wpakujesz… – westchnęła Ann.
- Bywa – odparłam. – Znaleźliście coś? – zainteresowałam się.
- Nic ciekawego. Robbie czeka na nas na rynku – dodała, odczytując SMSa.
Kiedy dotarłyśmy na rynek jednogłośnie postanowiliśmy zgłębić historię domu i rodziny Abbott. Dlatego poszliśmy… Tak, do biblioteki. Ann była oczywiście w siódmym niebie.
I tak ponownie wylądowaliśmy nad stertą gazet i starych ksiąg. Długo szperaliśmy szukając jakiejkolwiek przydatnej informacji…
- Zasadniczo to potrzebujemy tylko informacji, gdzie pochowano tę kobietę – zauważył Robbie. – Nic więcej nam do szczęścia nie jest potrzebne…
- Problem w tym, że jej NIE POCHOWANO – zwróciłam mu uwagę i westchnęłam. Nagle mój wzrok padł na jeden z artykułów w starej gazecie.
"POWRÓT RONALDA ABBOTTA
Sir Ronald Abbott, po wielu latach tułaczki powrócił w końcu do Little Hangleton, gdzie z przykrością odkrył, że podczas jego nieobecności w jego rodzinie doszło do serii zabójstw oraz ohydnej bigamii. Jego żona Ginewra, biorąc go za zmarłego pojęła za męża jego brata, Jamesa. Lady Ginewra otrzymała informację o tym, że sir Ronald zginął podczas jednej ze swoich wypraw do Ameryki Południowej. Informacja ta jednak jest nieprawdziwa, a sir Ronald ma się dobrze. Tuż przed jego powrotem siedmioro dzieci sir Ronalda w bestialski sposób usunęło ojczyma, a matka zemściła się za ten czyn w wyjątkowo okrutny sposób: dwóch synów udusiła, dwóch następnych utopiła, dwóch zastrzeliła, a jedyną córkę pchnęła sztyletem. Sir Ronald powrócił do domu w dniu, w którym zrozumiawszy swój potworny czyn sama odebrała sobie życie na strychu rodowej rezydencji Abbottów. Sir Ronald odebrał jej ciało z kostnicy i więcej nie widziano ani jego ani ciała jego żony. Ciało sir Jamesa oraz dzieci Ginewry i Ronalda spopielono i złożono na miejscowym cmentarzu."
- Super, czyli mamy o jednego trupa mniej… - mruknęłam.
- …a zniknięcia ciała wcale nie jest takie tajemnicze, na jakie wygląda – dodała Ann. – Więc co robimy w takim razie?
- Cóż – westchnął Robbie - nadal nie wiemy gdzie możemy szukać ciała Ginewry, ale…
- Zaraz, zaraz – przerwałam mu. – A czy w domu były jakiekolwiek ślady bytności ducha?
- Nie bardzo… - odparli po chwili wahania. – Ale o co ci chodzi?
- Z artykułu wynika, że Ronald wywiózł gdzieś ciało żony. To raczej powinno jej utrudnić nawiedzanie tego domu, prawda?
- Cóż, po pierwsze mógł ją wywieźć niedaleko – odparła Anna - a po drugie mogła być silnie związana z tym domem. Czasem duchy nawiedzają miejsca oddalone o dziesiątki kilometrów od miejsca swojego pochówku…
- Nadal coś mi nie pasuje… byliście na strychu? – zapytałam.
Robbie spojrzał na mnie z zakłopotaniem.
- Nie, nie mogliśmy znaleźć wejścia, a potem zadzwoniłaś, więc…
- Więc sobie odpuściliście – mruknęłam. – Dobra – dodałam głośniej – zrobimy tak: wy poszukacie strychu i tam trochę powęszycie, a ja rozejrzę się na cmentarzu. Ta historia jest za bardzo zagmatwana, by mieć proste wyjaśnienie…
Anna skinęła zadowolona głową i pożegnaliśmy się. Ruszyłam w kierunku cmentarza.

***&***

Spojrzałam na rozległy plan parku i cicho jęknęłam.
- To nam zajmie całą wieczność - mruknęłam.

- Chyba jednak, będzie nam potrzebna pomoc - powiedział Adam.
Wyjęłam moją "komórkę numer trzy" i wykręciłam numer do Alice. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że przecież jestem na nią zła. Odebrała po trzecim sygnale.
- No? - usłyszałam jej rozdrażniony głos.
- Mamy problem. Park jest za duży na dwójkę łowców. Dacie radę kogoś przysłać? - spytałam.
- Zobaczymy co da się zrobić - rozłączyła się.
- Co za bezczelna krowa - mruknęłam. - Rozłączyła się.
- Alice?
- Skąd wiedziałeś?
- Powiedzmy, że zgadłem - uśmiechnął się szeroko i usiadł za kierownicą.
Popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Trzeba znaleźć jakiś motel - powiedział Adam.
- Wiesz, że gdybym cię tak nie kochała...
-... nie siedział bym na miejscu kierowcy?
Usiadłam obok niego i pocałowałam go.
- Jak ty mogłeś wątpić w to, że jesteś ważniejszy od maleństwa - udałam obrażoną.
- No, nie gniewaj się - powiedział i musnął ustami moją szyję.
Nie zareagowałam, a Adam powtórzył pieszczotę.
- Wybaczam ci - mruknęłam.
Zaśmialiśmy się i odjechaliśmy z pod zarządu parku.
Motelik był taki jak zwykle tani i obskurny. Adam wynajął pokój dwuosobowy, a ja próbowałam dodzwonić się do Ann, Alice, albo chociaż Robbie'ego. Żadne nie odbierało.
- Chodźmy coś zjeść - Adam pojawiła się nagle za mną.
- Umieram z głodu.
Wyszliśmy z motelu i ruszyliśmy w kierunku przytulnej knajpki. Usiedliśmy w rogu, przy oknie i zamówiliśmy po hamburgerze.
- Myślisz, że przyjadą? - spytałam.
- Na pewno.
Kiedy już zjedliśmy Adam zasłonił mi oczy i prowadził mnie gdzieś. Nie bałam się, że się przewrócę. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach. W końcu Adam zdjął dłonie z moich oczu i zobaczyłam mały skwerek. Na środku stała biała trzypiętrowa fontanna, a całość otaczał wysoki żywopłot. Usiadłam na ławeczce, a Adam klęknął przede mną.
- Wyjdziesz za mnie? - spytał, wyjmując z kieszeni małe czerwone pudełeczko.
Otworzył je, a w środku znajdował się złoty pierścionek z małym niebieskim oczkiem. Nie potrafiłam z siebie nic wydusić. Ta chwila była tak nierealna. Łowcy nie jest dane przeżywanie czegoś takiego.
- Tak - odparłam łamiącym się głosem.
Adam założył pierścionek na mój palec, a ja wtuliłam się w niego. W tej chwili nic nie istniało. Byłam tylko ja i Adam i obietnica lepszego jutra.
***&***

Kiedy dotarłam na cmentarz miałam już zasób wskazówek, który miał mi pomóc odnaleźć potrzebne groby, a raczej grobowiec. Wydawało mi się nieco dziwne, że dzieci pochowano razem z znienawidzonym ojczymem, ale to nie była jedyna rzecz, która mi tu nie pasowała. Coś było zdecydowanie nie tak z tą rodziną…
Na straży grobowca stał ponury, zakapturzony anioł z kosą. Zapewne miał wyobrażać śmierć, bo pod powłóczystą szatą widać było jedynie kości. Obok stał kromy grób niejakiego Marvolo Gaunta. Wzdrygnęłam się na widok posągu, choć nie było jeszcze bardzo późno, lecz pochyliłam się nad tablicą.
  
James Abbott
* 7.08.1800
+ 12.06.1849
Fred Abbott
* 4.09.1831
+ 13.06.1849
Arthur Abbott
* 4.09.1831
+ 13.06.1849
Thomas Abbott
* 17.05.1833
+ 13.06.1849
Harry Abbott
* 1.12.1836
+ 13.06.1849
Peter Abbott
* 15.06.1839
+ 13.06.1849
Andrew Abbott
* 2.03.1842
+ 13.06.1849
Luna Abbott
* 31.07.1834
+ 13.06.1849

Od ilości dat mieniło mi się w oczach, ale dotarło do mnie, że Ginewra zabiła swoje dzieci już następnego dnia po zbrodni popełnionej na ojczymie. Przeraziło mnie, że najmłodsze dziecko miało zaledwie siedem lat… Jak bardzo lady Ginny musiała kochać swojego drugiego męża by zabić siedmioletniego syna? Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić…
Z jednej strony w czasach małżeństw aranżowanych mogło się zdarzyć, że rodzina kazała jej wyjść za mąż za brata swojego ukochanego, co wyjaśnia frustrację po jego śmierci z rąk własnych dzieci… Ale…
Istotny był również fakt, że James i Ronald byli bliźniakami i byli identyczni, o czym przekonaliśmy się oglądając archiwalne fotografie. Jedynym różniącym ich szczegółem była niewielka blizna na czole, którą James nabył w dzieciństwie…
Zamrugałam, czując, że coś na kształt rozwiązania zagadki błąka się na skraju mojego umysłu. Jednak nim zdążyłam to uchwycić, rozdzwonił mi się telefon.
- No? – mruknęłam rozdrażniona, bo czułam, że myśl mi ucieka.
- Mamy problem. Park jest za duży na dwójkę łowców. Dacie radę kogoś przysłać? – usłyszałam głos Wer.
- Zobaczymy co da się zrobić - rozłączyłam się szybko i schowałam telefon do kieszeni.
Zagapiłam się ponownie w nagrobek. Blizna, bliźniacy, dzieci pochowane razem z ojczymem…
Bliźniacy. Blizna.
Wróciłam szybko do biblioteki, po drodze dzwoniąc do Ann.
- Macie coś?
- Aha. Znaleźliśmy wejście na strych, było nieźle zamaskowane. Ten dom musi mieć z milion tajnych skrytek…
- …których wcześniej nie zauważyliście, bo…? – weszłam jej w słowo. Ann zamilkła na dłuższą chwilę, a w tym milczeniu wyraźnie wyczułam zawstydzenie.  – Ok, zostawmy to. Co z tym strychem?
- Bałagan, stare zdjęcia, listy, śmieci. Lina, którą na wszelki wypadek spaliliśmy… Tym razem zapałki zadziałały…
Zignorowałam złośliwość i pchnęłam drzwi do biblioteki.
- Słuchaj, Ann… Wer do mnie dzwoniła, że potrzebują pomocy. Muszę do nich jechać, dacie sobie radę?
- Ale nic się nie stało? – zaniepokoiła się Ann.
- Nie spokojnie, po prostu park przerósł ich możliwości – odparłam prędko, bo bibliotekarka właśnie zabijała mnie wzrokiem, za zakłócanie ciszy.  – Ja muszę kończyć. Sprawdzę jedną rzecz, bo coś mi świta i zostawię wam w bibliotece kartkę ze wskazówkami, ok? Przejrzyjcie uważnie te zdjęcia i listy, tam może być coś istotnego… Zwłaszcza zdjęcia.
- Ok… - nim Ann zdążyła dodać coś jeszcze rozłączyłam się i mijając wściekłą bibliotekarkę pognałam do czytelni.
Zasiadłam nad albumem ze starymi zdjęciami i odszukałam na nich rodzinę Abbottów. Na każdym zdjęciu uważnie przyglądałam się Ronaldowi. Wkrótce odkryłam, że na części zdjęć uwieczniono nie Ronalda, lecz Jamesa! Wyglądało na to, że albo James podszywał się pod brata albo swobodnie zamieniali się miejscami.
- Ciekawe… - mruknęłam do siebie i zaczęłam sporządzać notatki dla Anny i Robbiego. Poza tym odkryłam jeszcze, że James interesował się podróżami, zwłaszcza Ameryką Południową i marzył o podróży w tamte rejony…
„Czy to nie dziwne, że James marzy o podróży, a na wyprawę wyrusza Ronald i prawie tam ginie…?” – zastanawiałam się. W jednej z kornik odkryłam wzmiankę, że ojciec braci zdecydowanie faworyzował Ronalda i finansował większość jego zachcianek. W głowie powoli zaczynał mi się pojawiać zarys tej historii… Kiedy jednak spojrzałam na zegarek, odkryłam, że już późno i powinnam udać się na pomoc Wer i Adamowi. Uzupełniłam więc notatki dla Robbiego i Ann, a następnie zostawiłam je pod opieką bibliotekarki. Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale obiecała przekazać wiadomość.
Kiedy wyszłam z biblioteki uświadomiłam sobie, że nie mam samochodu.  Robbie na pewno by mi nie pożyczył, a poza tym miałam mało czasu do stracenia… Z westchnieniem rozejrzałam się po opustoszałym o tej porze miasteczku i mój wzrok padł na nieliczne samochody stojące wzdłuż ulicy.
Westchnęłam.
- Ta robota naprawdę demoralizuje – mruknęłam i sięgnęłam do kieszeni po ukochaną spinkę…

***&***

Nagle zobaczyłam Alice w jaskrawo pomarańczowym kabriolecie. Przetarłam oczy, bo nie mogłam w to uwierzyć.
- Ale masz gust - rzuciłam, kiedy wysiała.
- Tylko to udało mi się zwędzić - odparła spokojnie.
Adam objął mnie spokojnie ramieniem i gładził po plecach.
- To plan parku - podałam Alice jedną z kserokopii.
- Mhm - Ruda pochyliła się nad mapką.
- Rano, raczej nic nie znajdziemy - powiedział Adam. - Myśleliśmy, żeby wybrać się tam w nocy.
- Mhm... - mruknęła Alice.
- Co język połknęłaś?! - warknęłam.
Zignorowała moją docinkę, ograniczając się do krótkiego ponurego spojrzenia.
- Wynajmę sobie pokój - powiedziała w końcu i schowała mapkę do kieszeni.
Podreptałam za nią, aż do jej pokoju. Bez ceregieli usiadłam na łóżku, a Adam obok. Założyłam nogę na nogę i położyłam na niej obie dłonie.
- Co u Ann? - spytałam.
- W porządku. Robbie o nią zadba.
Alice odwróciła się do mnie i zrobiła zdziwioną minę.
- Wer, od kiedy ty nosisz pierścionek?
- To? - wskazałam srebrną obrączkę na szyi - Od dziesiątego roku życia - mruknęłam.
Alice przewróciła oczami.
- Ten drugi - wskazała moją dłoń.
- Oświadczyłem się - wypalił Adam nim zdążyłam wymyślić ciętą ripostę.
Mina Alice całkiem zbiła mnie z tropu.Nie wyglądała na zaskoczoną. Możliwe, że w ogóle jej to nie obeszło, bo nic nie odpowiedziała.
- Dobra. Będziemy u siebie - mruknął Adam i pociągnął mnie do wyjścia.
Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Po chwili siedziałam na łóżku małżeńskim, a Adam siedział na przeciw i całował moją szyję. Wsunęłam dłoń pod jego koszulkę i przesunęłam do góry. Trafiłam na bliznę ciągnącą się od lewego ramienia do mostka.
Trzy dni po zakończeniu felernego obozu tata, mama i pani Ward pojechali na akcję. Ann jak zwykle została z Harrym, a mnie rodzice zawieźli do Adama. To była ostatnia noc, do pana Ward przyszedł jakiś kolega i pili wódkę w salonie. Ja i Adam wracaliśmy z miasta. Chłopak ledwie zdjął buty, kiedy Derek złapał go za ramię i siłą zaprowadził do salonu. Jego wredny kolega złapał mnie tak, abym nie mogła się wyrwać.
- O której się wraca? - spytał mocno już wstawiony Derek.
- Przepraszam - wyjąkał Adam.
- To moja wina - powiedziałam.
- Nie kłam - wysyczał mi facet, który mnie trzymał.
Zaśmierdziało na wpół przetrawioną wódką. Derek uderzył Adama w twarz. Następnie wyjął z kominka rozgrzany pręt, służący za pogrzebacz i uderzył nim chłopaka w ramię. Adam krzyknął i upadł na podłogę.
- Zostaw go! - krzyknęłam.
Pan Ward kopnął syna w brzuch.
- Zostaw go! - krzyczałam, wyrywając się.
Po moich policzkach spływały łzy. Derek podszedł do mnie, spojrzał na mnie zimnym wzrokiem.
- Nigdy nie zostaniesz prawdziwym łowcą - wysyczał. - Prawdziwy łowca nie płacze i nie jest sentymentalny.
Jego kolega mnie puścił i oboje poszli do kuchni pić, a ja uklękłam przy Adami.
Zdjęłam z Adama koszulkę i zaczęłam całować tę bliznę. Adam nie został mi dłużny i też zdjął mój top.

***&***

Długi czas spędziłam pochylona nad kserokopią mapy parku. Był naprawdę spory, a o duchu wiedzieliśmy niewiele. Czułam, że mózg mi zaraz eksploduje. Była późna noc, a ja cały miniony dzień spędziłam na rozwiązywaniu upiornie trudnej zagadki. Teraz miałam do rozgryzienia kolejną.
Zastanawiałam się, dlaczego Wer nie poszukała jeszcze informacji o duchu, nie wiedzieliśmy o nim prawie nic… No, ale przecież była tu z Adamem, nad czym ja się zastanawiam…
Westchnęłam cicho i złożyłam mapę na pół. To na nic. Potrzebujemy więcej informacji. Pora dnia uniemożliwiała nam szukanie informacji w bibliotece, która od dawna była zamknięta, ale zostało nam jeszcze przeszukanie parku. Noc nadawała się do tego idealnie…
Zerknęłam raz jeszcze na mapę. Legenda była bardzo niewyraźna, ale udało mi się odkryć jakieś ruiny, sceny taneczne, ogrody i altany. Dodatkowo gęste krzaki idealne na zakopanie ciała czy czegokolwiek innego.
- Trzeba sprowokować tego ducha – westchnęłam i wyszłam z pokoju.
Zamyślona zapukałam do drzwi Wer i nie czekając na odpowiedź weszłam do środka po czym stanęłam zamurowana. Weronika siedziała obnażonemu do pasa Adamowi na kolanach i całowali się namiętnie. Jednak w osłupienie wprowadziło mi to, że od pasa w górę Wer ubrana była jedynie w kremowy stanik…
Na dźwięk otwieranych drzwi Wer obróciła się gwałtownie i spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka.
- Puka się – warknęła.
- Pukałam – odparłam, otrząsnąwszy się z oszołomienia i w końcu udało mi się oderwać od nich wzrok i przybrać nieco mniej zbaraniały wyraz twarzy. Doprawdy, już nigdy nie wejdę nieproszona do czyjegokolwiek pokoju…
- Czego chcesz? – zignorowała moją wypowiedź,  mocno mrużąc oczy.
- Myślę, że powinniśmy się przejść po parku i sprowokować ducha. Teraz – dodałam, żeby nie było wątpliwości.
Wer odsunęła się od Adama, wstała i podeszła do mnie powoli. Potrzebowałam całej siły woli żeby się nie cofnąć.
- Uroczyście ci obiecuję, że kiedyś cię zamorduję… Daj nam się ubrać.
- Jasne – mruknęłam nic sobie nie robiąc z jej groźby. Nie pierwsza to i nie ostatnia…
Wyszłam z pokoju i próbowałam ochłonąć. Pierścionek zaręczynowy na palcu Weroniki był dla mnie małym zaskoczeniem, spodziewałam się czegoś podobnego. Ale…
Pokręciłam głową. Robbie ma dużo racji, łowcy muszą czerpać z życia garściami…
…ale czemu tuż przed moim nosem?
- Robisz to specjalnie? – wzdrygnęłam się. Adam totalnie mnie zaskoczył.
- Gdzie Wer? – zapytałam.
- Czesze się – odparł spokojnie, mierząc mnie jednak twardym spojrzeniem. – Więc jak? Robisz to z premedytacją czy po prostu masz takiego farta?
- Po prostu mam takiego pecha – sprostowałam ponuro. – Już nigdy nigdzie nie wejdę nieproszona… Będę mieć koszmary do końca życia…
Niespodziewanie Adam roześmiał się.
- Kiedy nie jesteś nieznośna to jesteś całkiem zabawna… - mruknął.
- Dzięki – sarknęłam. – Co prawda, zamiast „zabawna” wolałabym usłyszeć coś w stylu „inteligenta” albo „sprytna”, ale i tak fajnie było usłyszeć jakiś komplement – uśmiechnęłam się cierpko.
- Życie dało w kość? – zapytał nagle poważnie, widząc mój podły humor.
- Nie tak jak tobie – szepnęłam.
- Chodźmy – koło nas pojawiła się Wer. – A ty nie podrywaj mojego narzeczonego… - spojrzała na mnie gniewnie i rzuciła Adamowi kluczki do Impali. To już doprawdy było dziwne…
A najdziwniejsze było to, że usiadła obok mnie na tylnej kanapie. Adam był równie zaskoczony co i ja. Milczała przez dłuższą chwilę, aż w końcu zapytała:
- Przeprosisz mnie w końcu?
- Jeśli tylko mi powiesz za co – odparłam. Naprawdę nie miałam siły na główkowanie.
- Jeszcze się pytasz…?! – wybuchła.  – O mało nie zabiłaś Adama, zachowujesz się jakbyś byłą tu najmądrzejsza, robisz wszystko żeby mnie wkurzyć i jeszcze się pytasz za co masz mnie przeprosić…?!
- Pewnie ogółem za to, że żyję – mruknęłam gniewnie. – Za to, że pałętam ci się po życiorysie. Za to, że zginęli moi rodzice. Za to, że Adam został opętany. Za to, że staram się jak mogę, ale to nie wystarcza. Za to, że chcę tylko znaleźć ojca. Za to, że uważam, że życie łowcy nie jest dla mnie… - wyliczałam coraz bardziej wzburzona. Adam w milczeniu prowadził samochód, nie zwracając uwagi na naszą kłótnię. Do parku był spory kawałek. – Za to, że nie potrafię przejść do porządku dziennego po śmierci bliskich mi osób. Za to, że nie chcę wciągać w to bagno moich przyjaciół. Za to, że nie lubię pokazywać swoich uczuć. Za to, że wszystko maskuję ironią. Za to, że… - urwałam gwałtownie i cichutko wyszeptałam – za to, że próbuję na nowo odkryć jak to jest być sobą.
Wer siedziała w milczeniu, jakby zaskoczona moją tyradą. Adam zaparkował na niewielkim parkingu przed kutą żelazną bramą przy głównym wejściu do parku. Wysiadł zostawiając nas same i usiadł kawałek dalej na rozsypującym się murku.
- Czemu myślisz, że obwiniam cię o całe zło świata…? – zapytała nagle.
- Bo czasem sama myślę, że tak jest…
Wydawała się zaskoczona moim wyznaniem. Ale to była najszczersza prawda. Całe zło, które mnie spotkało… miałam nieustające wrażenie, że w mojej mocy było powstrzymanie go. Nie wiem jak, ale na pewno było coś, co mogłam zrobić.
- Alice… Cieszę się, że z nami jesteś.
Podniosłam na nią wzrok. Nie była już zła. Uśmiechała się.
- Wiesz co mnie najbardziej wnerwiało ostatnio? – zapytała, kiedy nie znalazłam odpowiedzi na jej słowa. – Twój spokój. To, że przy całej mojej wściekłości ty cały czas zachowywałaś spokój i nie dałaś się sprowokować. Chciałam, żebyś na mnie wrzasnęła, sklęła, obraziła. Ale twoje opanowanie denerwowało mnie jeszcze bardziej.
- Taki już mój urok – uśmiechnęłam się lekko. – Niektórzy potrafią zrobić potrójne salto, a ja jestem mistrzem we wkurzaniu ludzi.
Wer roześmiała się.
- W to nie wątpię.
- To co… zgoda? – zapytałam niepewnie.
Wer zmrużyła oczy.
- Ty się mnie boisz… - zauważyła i uśmiechnęła się szeroko. – Zgoda, ale pod jednym warunkiem.
- No?
- Jeszcze raz usłyszę z twoich ust, że nie nadajesz się na łowcę to naprawdę zostanie z ciebie morka plama – zagroziła.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- W takim razie możesz zacząć szukać mopa, bo łowca to ze mnie żaden. Ale dla dobra sprawy mogę poudawać, że jest inaczej…
- Ty naprawdę chcesz zginąć… - Wer pokręciła z niedowierzaniem głową, a ja otworzyłam drzwi od Impali. Wer wysiadła za mną i złapała mnie za ramię.
- Nigdy w siebie nie wątp, Alice – przestrzegła mnie. – Wątpliwości to pierwszy i przedostatni krok do szybkiej i bolesnej śmierci…
- A ostatni? – zapytałam z wrodzonej ciekawości.
Uśmiechnęła się łobuzersko.
- Ostatni krok to głupota.

***&***

Stanęliśmy we trójkę na parkingu, przed parkiem. Był środek nocy i jedynymi dźwiękami było pohukiwanie sowy i Alice dmuchająca nos.
- Teraz na pewno element zaskoczenia mamy z głowy - zażartował Adam.
- Właśnie o to chodzi - szepnęłam. - Jak zobaczymy ducha, łatwiej go będzie zidentyfikować.
Adam podał mi i Alice pistolety naładowane solą. Weszliśmy w głąb parku.
- To teraz jak w horrorze? Rozdzielimy się? - zaśmiałam się.
- Genialny plan - skwitowała Alice.
Postanowiłam zignorować jej komentarz i ruszyłam przed siebie w kierunku wielkiej sosny. Nic. Później przeszłam kawałek i zobaczyłam młodą dziewczynę z blond włosami długimi do pasa, które zaplecione były w mizerny warkocz. Miała na sobie kremowe spodnie rurki i czarny top z odkrytymi plecami. W pierwszej chwili nie skojarzyłam, że to nasz duch. Dopiero kiedy Adam wystrzelił, dotarło to do mnie.
- Zakładam jej osobisty, jednoosobowy fanklub - mruknęłam.
- Co? - zapytała Alice.
- Ten duch nie ma białej sukienki, należy mu się szacunek - odparłam.
Adam się zaśmiał.
- Teraz musimy odkryć kim ona jest - powiedział Adam.
Zaczęliśmy więc wracać do Impali, kiedy duch stanął przed nami. Nie zaatakował jednak.
- Ta miłość nie jest ci pisana - usłyszałam jej dźwięczny głos, w swojej głowie. - Pisana ci śmierć i odrodzenie. Strata i nadzieja. Jeden twój błąd może zmienić przyszłość wielu - i zniknęła.
- Co ona się tak gapiła i nic nie mówiła? - spytała Alice.
Nie odpowiedziałam, byłam zbyt zszokowana tym co powiedział mi duch. Jak to, ta miłość nie jest mi pisana? Jak można umrzeć i żyć dalej? Co ona bredziła? Pewnie chciała tylko mnie nastraszyć.
- Co tak milczysz? - spytał Adam.
- Nie psuj tego spokoju - zażartowała Alice.
- Zastanawiam się jak Alice sobie radzi bez mózgu - zaśmiałam się.
- A było tak pięknie - skwitowała Ruda.


***&***

Znowu wylądowaliśmy w bibliotece.
Zanim wróciliśmy z parku, już świtało, więc nie było sensu wracać do motelu. Tu wszędzie było tak daleko… Usiedliśmy na ławce na rynku i czekaliśmy aż otworzą kawiarnię.  Wypiliśmy po mocnej kawie i kiedy tylko otworzono bibliotekę zasiedliśmy nad grubymi księgami i albumami.
- Znów to samo… - jęknęłam. Bibliotekarka uciszyła mnie wzrokiem. Wyglądała niemal identycznie jak ta w Little Hangleton. – Czego szukamy?
- Najpierw musimy się dowiedzieć co to za dziołcha, przynajmniej wiemy jak wygląda – mruknęła Wer zagłębiając się w album ze zdjęciami z corocznego miejscowego festynu.
- Sądząc po tym, jak była ubrana, nie musimy szukać daleko… - dodał Adam, sięgając po kolejny album.
- Tylko ostatnie 40 lat – mruknęłam zrezygnowana, patrząc z powątpieniem na stos albumów piętrzący się na stole. Z westchnieniem zaczęłam przeglądać jeden z nich.
Dłuższy czas pracowaliśmy w milczeniu. Ciszę przerywał jedynie szmer przewracanych kartek i ciche kroki bibliotekarki.
- O co właściwie chodziło z waszym duchem? – zainteresowała się Wer. Cieszyłam się, że miedzy nami już ok. Jej wredny humor potrafił być bardzo męczący i demotywujący.
- Dobre pytanie – mruknęłam, - Ogółem mąż kopnął w kalendarz, żona bierze ślub z jego bratem bliźniakiem, dzieci mordują ojczyma, matka zabija dzieci i popełnia samobójstwo. Nikt nie wie gdzie jest ciało, bo pierwszy mąż okazuje się nie być nieboszczykiem i ukrywa gdzieś ciało. Na dodatek, bracia non stop zamienili się miejscami, pytanie tylko czy specjalnie…
- Skomplikowane – skomentował Adam.
- Ano… - mruknęłam i chciałam jeszcze trochę pomarudzić, ale Wer zerwała się nagle z okrzykiem.
- Mam! Spójrzcie! – pokazała nam jeden z albumów.
Na wskazanym przez nią zdjęciu stała dziewczyna z parku, w bardzo podobnym stroju zresztą. Koło niej stała jeszcze jedna dziewczyna. Podpis pod obrazkiem głosił: „Viginia Blanco oraz Amanda Dippet, zwyciężczynie konkursu na najlepsze ciastka podczas dorocznego festynu”. Zdjęcie datowane było na trzy lata wstecz.
- Ok, czyli wiemy już jak się nazywa… Czas poszukać czegoś o okolicznościach jej śmierci – mruknęłam i zawołałam bibliotekarkę. Na pytanie o Virginię zareagowała z podejrzliwością.
- Czemu was to interesuje…?
- To przyjaciółka mojej kuzynki – skłamałam gładko. – Chcieliśmy odwiedzić jej grób…
- Ona nie miała przyjaciół – bibliotekarka zmrużyła oczy.
„Trzeba było powiedzieć, że kuzynka przyjaciółki…” – westchnęłam w myślach, szybko szukając jakiegoś nowego kłamstwa.
- Poznały się na jakimś wyjeździe w dzieciństwie. Clary, moja kuzynka, dobrze ją zapamiętała, bo pożyczyła jej książkę, a ponieważ już się nie spotkały…
- Przykro mi, ale nie mogę pomóc. Jej ciało nie zostało znalezione…
- Ale… jak to? – wyrwało mi się.
Bibliotekarka westchnęła.
- Październik 2011 – wskazała stos archiwalnych wydań miejscowej gazety.
- No, to szukamy dalej… - mruknął Adam i przeniósł do naszego stolika stosik gazet z podanego okresu. Znów zaczęliśmy czytać…
- Ok, mam to – powiedziałam po chwili, otwierając gazetę z 12 października.
„W dniu wczorajszym 21-letnia Virginia Bianco została uznana za zaginioną – przeczytałam na głos. -  Wyszła na spacer do parku i nie wróciła. Policja przeszukała park, a odnalezione ślady pozwalają przypuszczać, że została zamordowana. Nie znaleziono jednak jej ciała. Policja nadal bada tę sprawę...”
- Jest dalej coś ciekawego? – zapytała Wer.
- Nie tylko jakieś bzdury o jej codziennym życiu w miasteczku… - odparłam, odkładając gazetę na stół.
- Jesteś pewna? – zapytał Adam, wskazując jakiś fragment.
„Virginia nie była normalnym dzieckiem - powiedziała nam jedna z jej sąsiadek. - Była przerażająca. Czasem jak spojrzała na ciebie tym wielkimi oczami, to człowiek aż się otrząsał. Cała jej rodzina była obłąkana, dom wariatów…! Czasem jak coś powiedziała do kogoś tym ponurym głosem to, aż mroziło człowieka. Ci co z nią gadali ,raczej kiepsko kończyli, chociażby ten chłopak od Eastwoodów…
Wspomniany chłopak od Eastwoodów, czyli Charlie Eastwood, to kolega z klasy Virginii. Razem chodzili na zajęcia plastyczne. Zginął parę miesięcy temu potrącony przez samochód. Wśród mieszkańców wioski, krążą pogłoski, że kilka dni wcześniej Virginia ostrzegała go przed samochodami, a chłopak chodził nieźle wystraszony. Czy te sprawy się łączą? Czy Virginia była wieszczką…?”
- Czy ten artykuł jest podpisany „V.Mertigo”? – sarknęłam. – Bo napisany jest w podobnym tonie…
- Nie, tym razem nie – pokręciła głową Wer. – Więc co z tym robimy?
- Pogadajmy z ludźmi. Warto dowiedzieć się o niej coś jeszcze – zauważyłam.
- Ja jeszcze obejrzałbym jej grób – mruknął Adam.
- Grób?
- Tutaj napisali, że na cmentarzu jest symboliczna mogiła.
- Ok, czyli się rozdzielamy? – zapytałam.
- Tak, obejrzę ten grób i zaraz do was dołączę – postanowił Adam. – Będziemy w kontakcie – pocałował Wer w policzek i wyszedł.
- To gdzie najpierw? – zapytała Weronika.
- Jej matka mieszka niedaleko… - zaproponowałam. Chwilę później stałyśmy już pod zaniedbanym domkiem.
- Pani Bianco? – zapytałam, gdy otworzyła nam niska, chuda kobieta. Miała matowe, przetłuszczone włosy i ziemistą cerę. Ubrana była w szary, wystrzępiony szlafrok.
- Mogę w czymś pomóc? – zachrypiała.
- Chciałyśmy porozmawiać o pani córce, Virginii – powiedziała łagodnie Wer, kładąc jednocześnie dłoń na framudze, tak by kobieta nie mogła zatrzasnąć nam drzwi przed nosem.
- Duchy nie lubią być wzywane za dnia – coś w jej głosie sprawiło, że zrobiło mi się nagle strasznie zimno. – Wejdźcie, dawno nie miałam gości – dodała już normalnym tonem.
Usiadłyśmy na wysłużonej kanapie, a kobieta poczłapała do kuchni, powłócząc nogami.
- Co chcecie wiedzieć? Mam dla was ciasteczka…
Ciasteczka wyglądały na bardzo stare i zakurzone. Nie byłam pewna, czy biała substancja, którą były pokryte to lukier czy pleśń…
- Jaka była za życia, co lubiła robić, jakie miała relacje z rówieśnikami…
- Żadnych – przerwała nam ponuro kobieta. – Całe miasteczko jej się bało, wyzywali ją od czarownic…
- Dlaczego…?
- Virginia… troszczyła się o ludzi, nie chciała by stała im się krzywda. Chciała ich chronić, jak tylko mogła. Ale czasem wiedza… - zmrużyła oczy. – To zrobił stary Eastwood, zemścił się za syna… Ale nic mu nie zrobią, nie ma dowodów, zresztą jego brat jest burmistrzem…A przecież… Virginia tak bardzo kochała Charliego, chciała zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do jego śmierci… On nie wiedział o jej uczuciach, a potem… Bał się, myślał, że chce mu napędzić stracha, a on przecież wiedziała co go czeka, chciała…
Kobita umilkła. W napięciu czekałyśmy, co jeszcze powie. Nagle podniosła głowę.
- Co wy tu robicie?! Kto wam pozwolił tu wejść? Nie chcę nowego odkurzacza, mój działa bardzo dobrze, wynocha stąd…!
Zerwałyśmy się z kanapy i rzuciłyśmy do wyjścia, ta kobieta mnie przerażała… Wer wypadła za drzwi, a ja nagle poczułam na ramieniu mocny uścisk kościstej dłoni.
- Strzeż się, córko łowcy – usłyszałam tuż przy uchu jej zachrypnięty szept. – Strzeż się, bowiem za tobą idzie śmierć. Twoje życie jest warte więcej niż ci się wydaje. Za tobą kroczy śmierć, a przed tobą przeznaczenie. Jesteś trucizną… Trucizną, która zatruje wszystko, cały świat… Jeśli tylko pomylisz drogę…
Odskoczyłam do niej przerażona. Uśmiechnęła się do mnie przez przymknięta drzwi.
- Smakowały ci ciasteczka? Może chcesz przepis…?
- Nie, dziękuję… - powiedziałam słabo i odwróciłam się czym prędzej. – Do widzenia…
- Wszystko ok? Jesteś strasznie blada, Alice? – zauważył Adam, kiedy dołączyłam do nich na końcu uliczki.
- Tak, po prostu dawno nie spałam – skłamałam. – Co na cmentarzu? – zainteresowałam się, by zmienić temat.
- Nic nowego. Grób jest pusty. A u was?
- Jej matka to stara wariatka, nie pytaj – skróciła Wer. – ogółem Virginia była szalona…
- …i umiała przepowiadać przyszłość – dodałam.
- Co?! – wyrwało się obojgu.
Mój wzrok padł na słup z ogłoszeniami.
- Myślę, że możemy się dowiedzieć, gdzie jest ciało Virginii…
Wer podążyła za moim wzrokiem.
- Wróżka? Serio?
Wzruszyłam ramionami.
- Już mnie nic nie zdziwi… - wyciągnęłam telefon i wybrałam numer. Nikt nie odebrał, ale z nagrania na sekretarce dowiedziałam się, że dziś wróżka nas nie przyjmie, ale możemy odwiedzić ją jutro.
- Macie jakiś lepszy pomysł? – zapytałam.
- Nie, ale to i tak jest nienormalne… - odparła Wer.
- Wracajmy do motelu – poprosiłam. – Chcę się w końcu porządnie wyspać…

***&***

Obudziłam się i spojrzałam na Adama. Nie spał, tylko bawił się moimi włosami. Przesunęłam ręką po jego umięśnionym brzuchu.
- Przepraszam - powiedział zakłopotany. - Nie chciałem cię budzić - zabrał dłoń z moich włosów.
- Nie obudziłeś - podniosłam się trochę i odnalazłam jego usta.
Całowaliśmy się coraz namiętniej i wtedy zadzwonił telefon.
- Cholera - zaklęłam i odebrała.
- Hej Wer - to była Ann.
- Cześć.
- Skończyliśmy i właśnie do was jedziemy - powiedziała.
- Dobrze.
- To pa.
- Pa.
Rozłączyłam się i wyłączyłam telefon. Podeszłam do drzwi i zamknęłam je od środka.
- Teraz nikt nam nie przeszkodzi - mruknęłam, wracając do łóżka.
- Nie poznaję cie - zażartował Adam i objął mnie, wsuwając dłonie pod koszulkę. 
Chwilę głaskał moje plecy, a ja całowałam jego obojczyk. Później zdjął moją bluzkę. Popchnął mnie, nachylił się nade mną i zaczął namiętnie całować. Gładziłam jego umięśnione plecy, a on zaczął odpinać moje spodnie.
***
Leżałam wtulona w Adama.
- Muszę się ogarnąć nim Ann przyjedzie - powiedziałam.
- Kocham cię - powiedział Adam.
- Ja ciebie też - odparłam i zniknęłam w łazience.
Prysznic zajął mi pięć minut. W tym czasie Adam ubrał się i zrobił naleśniki.
- Jesteś ideałem faceta - zabrałam się za wcinanie śniadania.
- Dla mojego ideału wszystko - zaśmiał się i nałożył sobie naleśniki.

***&***

- Hej, jak wam poszło? – zapytałam, kiedy już się zwlekłam z łóżka.
Obudził mnie zapach naleśników, Adam robił śniadanie, a Wer paradował tylko w majtkach i jego dużym białym T-shircie. Błogosławiłam mój kamienny sen, ale wstać postanowiłam dopiero, gdy w motelu pojawiła się Ann z Robbiem. Udało mi się wynająć pokój tuz obok Wer i Adama, więc mieliśmy wspólny aneks kuchenny i mogliśmy naradzić się przy śniadaniu.
- Cóż, mieliśmy trochę problemów, ale w końcu to rozgryźliśmy – uśmiechnęła się do mnie Ann. - Mówię ci, takiej pokręconej rodzinki, to ja jeszcze nie widziałam…
- No? – zapytałam naprawdę zainteresowana i zaatakowałam widelcem mój naleśnik. Taka miła odskocznia po nieśmiertelnej jajecznicy…
- W skrócie? No więc James, tak pragnął wyjechać do Ameryki Południowej, że zamienił się z Ronaldem. Ojciec sfinansował mu wyprawę i wyjechał. Potem został uznany za zmarłego. O zamianie wiedzieli tylko bracia. Ronald tymczasem jako James przebywał dużo z Ginny i ku swojemu zdumieniu odkrył, że żona żywi do niego cieplejsze uczucia niż kiedy przebywał z nią jako on…
- Czyli miałam rację z aranżowanym małżeństwem…? – zapytałam.
- Dokładnie – zgodził się Robbie. – Ronald odkrył, że jego żona miała romans z Jamesem. Trochę się zdenerwował, a kiedy oświadczył jej się jako James, bez wahania przyjęła oświadczyny.
- Ja nie mogę… - mruknęła przysłuchujące się nam z uwagą Wer mimowolnie zerkając na własny pierścionek. Ann podążyła za jej wzrokiem. Dostrzegła pierścionek, zerknęła na Adama i z uśmiechem pokiwała głową.
- Pięknie, podwójne małżeństwo…
- Tymczasem do Jamesa docierają wiadomości o ślubie Ginny – kontynuował Robbie. - Od dawna próbował pozbyć się jakoś brata, więc jako Ronald w tajemnicy wysyła do dzieci list, w którym opowiada o romansie Jamesa i Ginny i namawia ich do uśmiercenia „wuja”. Dzieci, niektóre już prawie dorosłe, knują spisek i wujek-ojczym, a tak naprawdę ich rodzony ojciec pada martwy. Ginny, przekonana, że zabito Jamesa, jej jedyną miłość, wpada w szał i zabija dzieci. James tymczasem  jest już w drodze powrotnej. Spotyka się z Ginny, a kiedy ta odkrywa, że tak naprawdę zabito jej męża, który ponoć był dość kiepskim towarzyszem życia, a ona zabiła bez powodu swoje dzieci… No, cóż… Lina, którą znaleźliśmy na strychu nie była tam bez powodu.
- A co z jej ciałem? – dopytywałam się.
- James pochował brata razem z dziećmi, a ciało Ginny porwał z kostnicy i wywiózł kilka kilometrów dalej. Pochował ją w swoim grobowcu pod przybranym nazwiskiem. Wystarczyło jedynie znaleźć miejsce pochówku Jamesa i sprawa była rozwiązana – zakończyła Anna.
- Genialne… - mruknęłam. – Na to bym nie wpadła…
- Bardzo pomogły nam listy znalezione na strychu i twoje notatki – dodał Robbie. – Zwłaszcza twoje uwagi o bliźnie i list wysłany przez Jamesa do dzieci…
- Dobra, dość tego dobrego, zaraz spóźnimy się do wróżki – przerwał nam rozmowę Adam, zabierając talerze.
- Wróżki?! – zdziwiła się Ann.
- Tak, do wróżki – mruknęła Wer. – Kolejny genialny pomysł Alice. Dajcie się ubrać.
- Prawdę mówiąc, gdyby nie Alice, to nie rozgryźlibyśmy zagadki… - mruknął Robbie i razem z Ann wyszliśmy na zewnątrz.
- Czy ja dobrze widziałam… - zaczęła Ann.
- Tak.
- A czy ja dobrze rozumiem, że oni…
- Tak – powtórzyłam z westchnieniem. – Ja nic nie wiem, nawet mnie nie pytaj.
- Ale o co chodzi? – Robbie wydawał się kompletnie nie zorientowany w sytuacji.
- Nic – odparłyśmy jednocześnie, a zaraz potem dołączyli do nas Adam i Wer. Ruszyliśmy pod wskazany adres.
Drzwi otworzyła nam starsza kobieta w fioletowym turbanie. Jąkała się lekko, kiedy nas witała.
- Nazywam się Sybilla, wejdźcie – poprowadziła nas do salonu zastawionego charakterystycznym wystrojem. – wiem jaki jest cel waszej wizyty…
- Ile nas to będzie kosztować? – zapytał praktycznie Adam.
- Obietnicę, że ulżycie tej biednej dziewczynie – odparła z uśmiechem staruszka. – Przyszliście tu w sprawie Virginii Bianco, prawda?
- Tak, czy może nam pani powiedzieć, gdzie ją pochowano? – zapytała Wer.
- Usiądźcie, zaraz się tego dowiemy…
Rozsiedliśmy się na fotelach i pufach, a kobieta zaczęła wyciągać różne przedmioty: płatki róży, jakieś drobne kostki, karty, srebrne kulki, coś co wyglądało jak pukiel włosów…
- A teraz poproszę osoby, które ją widziały by wraz ze mną utworzyły krąg i złapały się za ręce.
Wraz z Wer i Adamem podeszłam do wróżki i złapaliśmy się za ręce. Adam był bardzo sceptyczny, a reszta odsunęła się na bezpieczną odległość. Kobieta zaczęła coś nucić i mruczeć w jakimś dziwnym języku, coraz szybciej i szybciej…
- Ona tu jest…! – zawyła nagle prosto do mojego ucha. – Czeka, aż ją ktoś uwolni, szukała zemsty, lecz nie znalazła w niej ukojenia… Wciąż widzę w niej dobro… Wciąż chce chronić ludzi, lecz swą wieszczbą ściąga na nich przekleństwo… Niech strzegą się ci, którzy usłyszeli jej głos… Czy chcecie ją o coś zapytać…? Śmiało, pytajcie…
- Gdzie jest twoje ciało, Virginio? – wykrztusiłam w końcu.
- Me zwłoki leżą tam, gdzie stare łączy się z nowym, gdzie natura oplata technikę w miłosnym uścisku… Tam gdzie siła przyrody tańczy z geniuszem człowieka… Tam głęboko pod ziemią znajdziecie moje kości…
Staruszka zadrżała i nagle zawisła w moich ramionach. Przestraszyła mnie nie na żarty. Adam zabrał ją ode mnie, bo niewiele brakowało a i ja bym zemdlała, i położył ją a podłodze. Ocknęła się niemal natychmiast.
- Chyba jestem już na to za stara… Dowiedzieliście się czegoś pomocnego?
- To nie było do końca jasne… - mruknęła Wer.
- Mamy szukać miejsca, gdzie stare łączy się z nowym – wyjaśniłam. – A natura oplata technikę, czy jakoś tak… Zna pani takie miejsce?
- Myślę, że powinniście odszukać stare drzewo oplatające latarnię, tylko to miejsce kojarzy mi się z waszym opisem.
- W takim razie musimy iść do parku… - zadecydował Adam.
Pożegnaliśmy się i podziękowaliśmy za pomoc. Zabraliśmy sprzęt i pojechaliśmy z powrotem do parku.


***&***

- Widzisz gdzieś drzewo wrośnięte w lampę - zapytałam.
- Jakbym widział to bym ci powiedziała - mruknęła Alice.
Ann i Robbie sprawdzali inną część parku, ja z Alicę tę, a Adam jeszcze inną. Rozejrzałam się ponownie i nic. Same drzewa, żadnych lamp. Skręciłam w boczną ścieżkę i minęłam  zniszczony posąg wilka. Kawałek dalej stał drugi, a obok niego zauważyłam dąb... wrośnięty w starą parkową latarnię.
- Mam! - krzyknęłam do Alice.
Podbiegłyśmy tam i już miałyśmy zacząć kopać, kiedy zaatakował nas duch Virginii.
- Przepraszam - wyszeptałam i strzeliłam.
Zniknęła, ale po chwili wróciła. Ostatecznie Alice zajęła się kopaniem, a ja chwilowym odciąganiem ducha.
W pewnym momencie nim zdążyłam wystrzelić Virginia dźgnęła Alice nożem w udo. Szybko odesłałam ducha.
- Wszystko ok - mruknęła Alice i wróciła do kopania.
W końcu znalazła kości. Zrobiła to co zwykle, a Virginia stanęła w płomieniach.
- Czasami wiedza nas zabija - wyszeptała jeszcze w moim umyśle i zniknęła.
Odnalazłyśmy z Alice pozostałych i od razu pojechaliśmy do Harry'ego. Rana Alice była brzydka i uniemożliwiała jej sprawne poruszanie się.Nie powiedziałam im tego czego się dowiedziałam. To pozostanie tajemnicą moją i Virginii. Prawdą jest, że to nie ona zabijała miejscowych, ona tylko nadal przepowiadała im przyszłość, przepowiadała jak umrą. Większość próbując uniknąć losu ginęła wcześniej niż powinna. Tak jak to powiedział Virginia to wiedza ich zabiła.
*********************************************************************************
Na osłodę ostatniego dnia wolności macie nową nocię :)
W roku szkolnym mamy wielką nadzieję dodawać coś raz w miesiącu, ale nie wiemy jak to będzie :(
Mamy nadzieję, że się podoba :D
Wasze, S&S
P.S.
Tak się właśnie czuję(my) xD
Byle do października :*
Szur <3
...I Szal :)
PS od Szalonej: Supernatural znane jest z wielu nawiązań do popkultury. Pewnie zauwazliście, że w tej notce jest wiele nawiązań do Harry'ego Pottera. Jak wiele ich znajdziecie? Piszcie w komentarzach, co udało Wam się wyłapać :)

10 komentarzy:

  1. Już się nie mogłam doczekać !! Przeraziło mnie to zdjęcie ;D Ach to auto Wer ;p Alice <3
    Pozdrawiam
    Lena
    i czekam na nn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spoks. Ciesz się, że ominęła cię 4-miesięczna przerwa :)
      Zdjęcie straszne, ale prawdziwe.
      JA.CHCĘ.PAŹDZIERNIK.!!!
      Auto Wer to auto Wer. Impala i kropka. Nie tykać :)
      Nie rozumiem, czemu kochasz Alice, ale ona jest Ci bardzo wdzięczna (to co prawda nie ta, Alice, ale ona o tym nie wie :P)
      pzdr, Szalona

      Usuń
  2. Miła niespodzianka :D Notka bardzo ciekawa, długa i oryginalna. Wartka akcja i fajne dialogi. Dobra robota. Mam nadzieję, że Nn pojawi się równie szybko.
    Ja też już chce PAŹDZIERNIK.
    PS
    Jeśli dobrze liczyłem to znalazłem 6 nawiązań do HP:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Jeszcze tylko około 30 dni i będą nowe odcinki (yeah!)
      Nawiązań osobiście nie liczyłam, ale trochę ich jest, podliczę w wolnej chwili... Kto wie, może znajdzie się jakaś nagroda, dla tego, kto znjadzie najwięcej...?
      Możecie wymieniać kolejne nawiązania w komantarzach :)
      Szalona, S&s

      Usuń
  3. Notka bardzo długa, ale dobrze się ją czyta. Piszesz naprawdę ciekawie :)
    Zapraszam do mnie http://dreams-become-a-reality.blogspot.com/
    proszę o komentarz z twoją opinią, z góry dziękuję

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno zajrzymy :) I zosatwimy po sobie ślad. Dziekujemy za uznanie.
      Szalona, S&s
      PS: Jest nas dwie :)

      Usuń
    2. Czekam z zapartym tchem na nowy rozdział :) Dzięki za komentarz :P
      U mnie nowy rozdział :)
      http://dreams-become-a-reality.blogspot.com/

      Usuń
  4. przepraszam, że piszę tutaj, ale nie ma u CIebie spamu ://
    http://kolysanka-dla-obcej.blogspot.com/2013/09/1-rany-krwawia.html zapraszam na rozdział pierwszy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) W końcu.
      Spamu nie ma, ale zachęcam do czytania, skoro już spamujesz ;)
      Szalona, S&S
      PS: Jest nas dwie...
      S.

      Usuń
  5. Tak jak obiecałam, wyjaśniam nawiazania do HP. Nawiązań było w sumie 10:
    a) Imiona i nazwiska zaczerpnięte z serii (Ronald, Ginny, Abbott, James, Marvolo Gaunt, Fred, Arthur, Thomas, Harry, Peter, Luna)
    b) Symbole horkruksów na drzwiach (książka=dziennik Toma Riddle'a, wąż, czarka, medalion, pierścień, diadem)
    c) Ilość i płeć dzieci p. Abbott analogiczna do rodziny Weasleyów (6 synów i 1 córka)
    d) Opis nagrobka wzorowany na nagrobku Toma Riddle'a Seniora w "Czarze Ognia"
    e) Nazwa miasteczka
    f) Motyw brata bliźniaka poslubiajacego ukochaną brata -> patrz Fred i George Weasley
    g) Blizna na czole
    h) pan w recepcji podobny do Dumbledore'a
    i) nawiązanie do filmu (komentarz Ann apropos herbu na drzwiach)
    j) dom pełen skrytek wzorowany był na wielu niezbadanych zakamarkach Hogwartu.
    Podobała się zabawa? Jeśli tak, to postaramy się wymyślić jeszcze coś podobnego, ale z innego kanonu :)
    Szalona
    PS: Just one day... yay!

    OdpowiedzUsuń