Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

poniedziałek, 30 września 2013

Rozdział 11

Harry opatrzył udo Alice i od razu dał jej szlaban na łowy na dwa tygodnie. Czułam się trochę winna jej stanu, ale uważałam, że i tak potrzebuje przerwy. Nie żartowałam mówiąc jej, że wątpienie w siebie to "gwóźdź do trumny" dla łowcy. Miałam nadzieję, że weźmie to sobie do serca. Jak na razie Harry nie miał dla nas żadnej roboty. Postanowiłam, więc sama coś dla nas znaleźć. Zaczęłam od przeszukania sieci.
- W kilku internetowych gazetach pisano o dziwnych zabójstwach w White Bluff w stanie Tennessee. Zginęły trzy kobiety o podobnym rysopisie, podejrzewają seryjnego mordercę - powiedziałam na głos.
- Seryjni mordercy to nie nasza działka - mruknęła Alice.
Ruda była zła, że nie będzie mogła z nami jechać.
- Jeszcze nie skończyłam czytać - zaznaczyłam twardo. - Dziwnym trafem wszystkie były pozbawione całej krwi.
- Wampir - mruknęła Ann.
- Najprawdopodobniej - powiedział Robbie. - To ja idę nas spakować - dodał.
Ann kiwnęła głową.
- W końcu będę mogła użyć mojego prezentu na szóste urodziny - zażartowałam.
- Ja też - Ann wyszczerzyła zęby.
- Super, czy tylko ja nie dostałem maczety na urodziny? - spytał Adam.
- Jeśli cię to pocieszy, to ja też nie dostałam - mruknęła Alice.
Westchnęłam głośno.
- Alice, nie bocz się. Kilka dni przerwy dobrze ci zrobi - powiedziałam.
- Ta... a ty byś się cieszyła, gdybyś nie mogła pomóc.
- Nie, ale jeśli byłoby to dla mojego dobra to bym została - odparłam  spokojnie.
Adam objął mnie od tyłu i zaczął całować po karku. Straciłam przez to koncentrację.
- Już jestem! - Robbie właśnie zbiegał po schodach z czarną torbą podróżną.
- Dobrze, że nas nie rozpakowałam - mruknęłam do Adama, który nadal całował mój kark.
- Trzymaj się Alice - powiedział Adam, przestał mnie obejmować i ruszył do drzwi.
- Nie rób głupstw - przytuliłam Rudą i poszłam za Adamem.
Po chwili do Impali przyszła Ann z Robbiem. Postanowiliśmy jechać jednym autem. Adam prowadził, ja siedziałam na miejscu pasażera z przodu, a Ann i Robbiem miziali się z tyłu. Po jakichś dziewięciu godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Zaparkowaliśmy pod motelem, w którym wynajęliśmy dwa pokoje.
- Dobra to Robbie pójdzie zobaczyć zwłoki - zaczęłam rozdzielać zadania. - Ja pójdę do rodziny pierwszej ofiary, Ann do drugiej, a Adam trzeciej.
- Okey - wszyscy przytaknęli.
Rozdzieliliśmy się więc. Przypadła mi rodzina niejakiej Katherine Shadows. Mieszkała z siostrą w małym parterowym domku, pomalowanym na niebiesko. Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi młoda kobieta o kasztanowych włosach i błękitnych oczach.
- Dzień dobry. Agentka Page - pokazałam fałszywą odznakę FBI.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc.
- Pani Stacy Shadows? - kobieta kiwnęła głową. - Przyszłam porozmawiać o pani siostrze.
Kobieta wpuściła mnie do środka i zaparzyła herbatę.
- Więc, co chce pani wiedzieć? - Stacy usiadła na przeciwko mnie.
- Jaka była Katherine?
- Moja siostra była dość nietypową osobą. Nigdy nie lubiła się stroić, wolała grzebać w silnikach, ale nie była brzydka. Słuchała klasycznego rocka i wolała hamburgery od kolacji przy świecach.
- Mhm... - tylko tyle udało mi się wykrztusić, miałam wrażenie, że Stacy mówi o mnie. - Mogłaby pani dać mi jakieś zdjęcie siostry?
- Oczywiście.
Kobieta wyjęła z pod stołu portfeli i dała mi małe legitymacyjne zdjęcie.
- Dziękuję za pomoc - powiedziałam i skierowałam się do drzwi. - Jeszcze jedno pytanie - przypomniałam sobie przekraczając próg. - Czy pani siostra miała wrogów?
- Nie, była lubiana.
- Dziękuję to wszystko.
Skierowałam się do motelu. Po drodze wyjęłam z kieszeni zdjęcie Katheriny i z wrażenia aż przysnęłam. Na fotografii była uśmiechnięta blondynka z jasnobrązowymi oczami. Miała w oczach taki charakterystyczny błysk. Wiedziałam, że gdybym wyjęła swoje zdjęcie, znalazłabym duże podobieństwo. Przyspieszyłam kroku i po chwili byłam już w motelu. W pokoju była Ann, chłopcy jeszcze nie wrócili.
- Nie uwierzysz - mruknęła i podałam mi zdjęcie.
Na nim była uśmiechnięta blondynka w koszulce z napisem "ACDC".
- Niech zgadnę - zaczęłam. - Słucham rocka i lubi samochody.
Ann kiwnęła głową. Super, zawsze myślałam, że jestem oryginalna, a tu się okazało, że jestem tylko jedną z wielu. Po chwili do pokoju wpadł Adam.
- Czyżby kolejna kopia mnie? - spytałam rozżalona.
- Blondynka, uwielbiała rocka, i swój samochód - powiedział i mnie przytulił.
Dotknął moje policzka.
- Kochanie, jesteś jedyna w swoim rodzaju - wyszeptał.
- Nie, ale dzięki temu możemy go złapać - w mojej głowie już zrodził się plan.
W tym momencie wszedł Robbie i usiadł obok Ann na kanapie.
- Mamy trzy ofiary. Każda jest ubogą wersją Wer - zaczął. - Ciała nie mają w sobie ani kropli krwi i każde ma dwa małe ukłucia na szyi.
- Gdzie znaleziono ciała?
- W różnych miejscach, ale każda z ofiar była w dniu śmierci w pubie "Hardcore".
- To wiemy gdzie zacząć - uśmiechnęłam się tryumfalnie.


***&***

No i pojechali. Beze mnie.
Pomachałam im przez okno póki nie zniknęli za zakrętem. Potem utykając mocno wróciłam na kanapę i włączyłam wiadomości. Na jednym z lokalnych programów nadawali komunikat o ostatnim morderstwie popełnionym w White Bluff.  Najzabawniejsze było to, że nikt nawet nie pomyślał o wampirach, mimo wciąż aktualnej globalnej fascynacji „Zmierzchem”. Gdy ludzie czegoś nie chcą widzieć, to po prostu tego nie zauważają…
Oglądałam serwis za serwisem, jednak nic nie przykuło mojej uwagi. Zrezygnowana wyłączyłam telewizor i zerknęłam na zegarek. Było już późno. Usiadłam, a rana na udzie dała o sobie znać piekącym bólem. Mimowolnie syknęłam.
- A ty chciałaś z nimi jechać… - w drzwiach salonu stał Harry i przyglądał mi się ni to z politowaniem, ni to ze współczuciem.
- Masz coś przeciwbólowego? – zapytałam, a on bez słowa podał mi paracetamol i szklankę wody. – Jutro będę jak nowa – mruknęłam, połknąwszy tabletkę.
- Jasne. A mnie wyrosną skrzydełka i aureola. Przez dwa tygodnie masz siedzieć na tyłku i oglądać durne seriale. Ewentualnie możesz mi pomóc segregować stare papierzyska…
- Jutro – ziewnęłam. Skutkiem ubocznym leku było to, że działał też nasennie. – Bo inaczej umrę z nudów…
Ostatkiem świadomości zarejestrowałam, że Harry przykrywa mnie kocem, który zsunął się na podłogę.
Następnego dnia rano zajęłam się segregacją sterty papierów. Dzieliłam je na rachunki, książki, gazety, listy i „inne-ważne”, „inne-bardzo ważne”, „inne-SUPERHIPER ważne” oraz „inne-zupełnie nieważne”. Była to totalnie nudna robota, ale przynajmniej ciekawsza od gapienia się bez celu w ścianę.
- Puścić ci jakąś muzykę? – Harry zajrzał do salonu z telefonem przyciśniętym do ucha.
- Jakbyś mógł… - mruknęłam, a po chwili z radia popłynęły dźwięki hardrocka. Gustuję w nieco innej muzyce, ale w zasadzie, czemu nie? Kiedy skończył gadać przez telefon, podkręcił dźwięk tak, że cały dom dudnił od muzyki.
- Czy wszyscy łowcy chcą ogłuchnąć…?! – zawołałam, próbując przekrzyczeć radio, ale mój głos i tak nie dotarł do Harry’ego. Westchnęłam i wróciłam do pracy.
Późnym popołudniem, kiedy Harry gotował kolację zadzwonił telefon.
- Tak? O, cześć…! No, powiedzmy… W Tennessee?
Zaciekawiona, wstałam z kanapy i podeszłam bliżej. Noga już nie doskwierała tak bardzo jak wczoraj. Rana ładnie się goiła, a tabletki przeciwbólowe działały.
- Ale ja już wysłałem tam łowców… Jeszcze jedno mówisz? Nie, to za daleko, nie dadzą rady… Czwórka, ale… Tak, dużo, nie mogę ich rozdzielić. A sam nie dasz rady…? Ja? Nie, sorry Jack, ale za stary na to jestem… Zresztą, muszę trwać na posterunku – zaśmiał się ponuro. – Jakiś łowca, mówisz…? – zerknął na mnie szybko. – Nie, nie sądzę… Ale dobra, jak chcesz, to przyjedź…
Odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie ostro.
- Nawet o tym nie myśl, Alice.
- Za ile tu będzie? – zainteresowałam się.
- Jutro rano – mruknął. – Mówię serio, twoja noga…
- Ma się całkiem dobrze – przerwałam mu, choć właśnie w tym momencie rana za promieniowała ostrym bólem. Musiałam się skrzywić, bo Harry pokiwał głową.
- Właśnie widzę, że ma się świetnie. Zostajesz. W. Domu. Bez dyskusji.
- Jeszcze zobaczymy – mruknęłam i ruszyłam z powrotem do salonu.
- Jakbym słyszał Mike’a… - usłyszałam za sobą cichy głos Harry’ego. Zatrzymałam się w pół kroku.
- Nigdy nie odpuścił sobie łowów… - wyjaśnił, widząc moje zainteresowanie. – Nigdy. Tylko raz…
- Kiedy? – zapytałam natychmiast.
- Zadzwoniłem do niego, jakieś dwadzieścia lat temu i spytałem czy nie ma ochoty zapolować na kitsune. Wiesz, co mi odpowiedział?
- „Przykro mi, ale nie dziś. Dziś spędzam wieczór z kobietą, którą kocham. Jeżeli coś jest ważniejsze od polowania to tylko to, tylko ona” – odparłam, przymykając oczy.
- Ta kobieta miała na imię Susanna – dodał Harry.
- I była moją matką. Wiem, była przy tej rozmowie. Wtedy uświadomiła sobie, jak wiele Michael dla niej poświęca. I jak bardzo ją kocha.
- Jesteś do niego bardzo podobna, Alice – powiedział po chwili ciszy. – Nawet nie wiesz jak bardzo. Masz szansę stać się łowcą równie dobrym jak on. Tylko daj się zregenerować ciału po ostatniej akcji. Naprawdę nie mam ochoty zeskrobywać z asfaltu twoich resztek, bo nie dasz rady zwiać spragnionemu wampirowi…
- Okej, powiedzmy, że mnie przekonałeś. Ale ta sprawa jeszcze będzie podlegać dyskusji.
- Idź spać, Alice. Dobranoc.
- Dobranoc, Harry.
W nocy śniła mi się mama. Słyszałam jej głos, opowiadający mi o tacie…
Odpowiedział mu wtedy: „Przykro mi, ale nie dziś. Dziś spędzam wieczór z kobietą, którą kocham. Jeżeli coś jest ważniejsze od polowania to tylko to, tylko ona” i patrzył przy tym mi prosto w oczy. Dopiero wtedy zrozumiałam jak bardzo mnie kocha i jak wiele dla mnie poświęca. Dlatego ja też się dla niego poświęciłam. Żeby mógł dalej ratować świat. Żebyśmy same mogły być bezpieczne. Żeby nie musiał się o nas martwić każdego dnia. Żeby wiedział, że ja kocham go tak bardzo, że jestem poświęcić dla tej miłości wszystko. Nawet ją samą…
Budzik zadzwonił o siódmej. Zmieniłam opatrunek i pomogłam Harry’emu zrobić śniadanie dla trzech osób. Noga prawie nie bolała i to bez środków przeciwbólowych. Nie chciałam żeby bolała. Więc nie bolała. Doskonale wiedziałam, że większość tego bólu jest tylko w mojej głowie. Więc tylko ode mnie zależy, jak bardzo będzie boleć.
Przed dziewiątą żwir na podjeździe zaskrzypiał pod kołami czerwonego forda mustanga.
- Sami Jeźdźcy Apokalipsy nie powstydziliby się takiego wozu… - mruknął Harry, wychodząc naprzeciw młodemu mężczyźnie, który wysiadł z pojazdu.
Był przed trzydziestką i miał przydługawe jasne włosy oraz parodniowy zarost. Jeansowa kurtka podkreślała jego granatowe oczy. Zostałam w środku i nastawiłam wodę na herbatę. Harry wpadł na pomysł, by poczęstować gościa śniadaniem, bo przyjeżdżał z daleka.
- Jechałeś całą noc? – usłyszałam głos Harry’ego, kiedy weszli do środka.
- Zatrzymałem się tylko na kawę, koło czwartej rano… - miał ciepły, głęboki głos. I naprawdę niesamowicie niebieskie oczy. – Nie mówiłeś, że masz gościa…- wbił we mnie spojrzenie, ale ja już otrząsnęłam się z szoku.
- Alice Morgan, miło mi. Słodzisz? – moja ręka zawisła obok półki, na której stał cukier.
- Nie, dziękuję. Jack Kingsley, cała przyjemność po mojej stronie… - z ociąganiem przeniósł wzrok na Harry’ego. – Mówiłeś, że nie masz pod ręką żadnych łowców?
- Bo ona jest tu na rekonwalescencji – burknął Harry, posyłając mi ostre spojrzenie. – Nigdzie nie jedziesz, Alice!
- Ale… - chciałam zaprotestować.
- Powiedziałem. Nie mam zamiaru mieć cię na sumieniu.
Jack roześmiał się.
- Gdybym cię nie znał Harry, to pomyślałbym, że to twoja córka, skoro się o nią tak troszczysz…
- Gdyby to była moja córka, to nie wpuściłbym cię za próg… - mruknął Harry, a ja uniosłam brwi. – Ale Alice to rozważna dziewczynka, prawda?
Westchnęłam.
- Słabo mnie jeszcze znasz, Harry.
Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy jeść. Harry i Jack wymieniali się informacjami, a ja przysłuchiwałam się im w milczeniu. Zauważyłam, że mężczyzna co jakiś czas zerka w moim kierunku.
Po posiłku, Harry poszedł na piętro po jakieś dokumenty, a ja wstałam, żeby pozmywać. Czułam jego wzrok wbijający się w moje plecy.
- Co ci się stało w nogę?
Z lekkim zażenowaniem przypomniałam sobie, że mam na sobie króciutkie, obcisłe spodenki, bo to była jedyna para spodni, które mogłam założyć, ze względu na obandażowane udo.
- Miałam bliskie spotkanie z nożem na ostatniej akcji – odparłam.
- Co konkretnie?
- Duszek – wzruszyłam ramionami.- Byłam trochę nie w formie. Chwila nieuwagi i masz…
- Taka robota – zgodził się. – Boli?
- Nie bardzo – zakręciłam kran i usiadłam obok niego. – Przynajmniej nie tak bardzo jak wcześniej… - zetknęliśmy się kolanami, pewnie przypadkowo. Odsunęłam się dyskretnie.
- Znalazłem! – do kuchni wrócił Harry. Jack oderwał ode mnie wzrok. – Masz mapę tego budynku, stan na 1967 rok. Duże to gniazdo?
- Coś około 4 wampirów… Wiem, wiem… niewielkie, ale jeśli wierzyć temu, co mówią ludzie, to wyrządziły sporo szkód… Dobra, ja się będę powoli zbierał… Mogę jeszcze przed drogą skorzystać z toalety?
- Jest tam gdzie zawsze – uśmiechnął się Harry. – A ty tu zostajesz…!
Słyszałam, jak żegnają się w przedpokoju, kiedy mój wzrok padł na blat stołu. Zegarek.
- Pojechał już?! – zawołałam, wpadając na Harry’ego w drzwiach kuchni.
- Właśnie wsiada do auta…
Wyminęłam go i wypadłam na podwórko.
- Jack! Zegarek! – potknęłam się o kamień i prawie na niego wpadłam. Złapał mnie za łokieć ręki, w której trzymałam zegarek.
- Wiedziałem, że go zauważysz… - uśmiechnął się łobuzersko.  – Wskakujesz?
- Ale… - patrzyłam na niego osłupiała.
- No, dalej, zanim Harry zauważy, że robimy go w konia i da ci dożywotni szlaban…
- Ale… - chciałam zaprotestować, ale czy jemu można było odmówić…?
Dwa kilometry dalej zadzwonił telefon.
- Alice, ja cię zabiję!
- To nie moja wina. To był jego pomysł – odparłam, a Jack puścił do mnie oko.
- Jeśli ci się coś stanie, to tak ci przetrzepię tyłek, że przez tydzień nie usiądziesz…
- Spokojnie, Harry, nic mi nie będzie – uspokoiłam go i się rozłączyłam. – To dokąd jedziemy?

***&***

Pierwszy raz nie czułam się zła będąc przynętom. Podjechaliśmy do pubu, ale Ann i chłopcy zostali w samochodzie. Weszłam do środka. Spodobał mi się wystrój, plakaty zespołów i zdjęcia odpicowanych bryk. Usiadłam przy barze i zamówiłam Jacka Danielsa z Colą. Z głośników leciało Motorhead.
- Cześć - obok usiadł na oko dwudziestolatek z rozczochranymi brązowymi włosami.
- Cześć - posłałam mu promienny uśmiech.
- Nie widziałem cię tu wcześniej.
- Niedawno przyjechałam. Siostra chce się tu przeprowadzić - upiłam łyk drinka.
- To fajnie - chłopak miał taki cwaniacki uśmiech. - Zapomniałem się przedstawić jestem Dylan.
- Weronika - uścisnęłam mu dłoń, spojrzał na moją dłoń.
- Ładne imię. Jesteś zaręczona?
- Nie - już wcześniej Adam powiedział, że w takiej sytuacji mam skłamać.
Uważał, że inaczej plan może się nie udać. Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej. Mój telefon zawibrował. To był sms od Ann. "I jak tam?". Nie odpisałam i schowałam komórkę.
- Zaraz wrócę - wskazałam WC.
- Dobrze - Dylan dalej się uśmiechał.
W ubikacji od razu zadzwoniłam do Ann.
- Jakiś facet się przysiadł, ale nic się nie dziej - wyjaśniłam.
- Dobra, to wracaj. Spróbujemy jutro.
- Zaraz wyjdę - odparłam i się rozłączyłam.
Wyszłam z ubikacji i poczułam bolesne uderzenie w tył głowy.
***
Ocknęłam się w jakimś pokoju. Leżałam na dużym łożu z baldachimem. Pościel była satynowa w kolorze czerwieni. Ściany miały odcień kawy z mlekiem. Wstałam z łóżka i od razu tego pożałowałam. Głowa pulsowała tępym bólem. Podeszłam do drzwi i szarpnęłam za klamkę, tak jak podejrzewałam były zamknięte. Kopnęłam w nie i usłyszałam szczęk przekręcanego zamka. Do pokoju wszedł Dylan. Rzuciłam się na niego z pięściami, ale zakręciło mi się w głowie. Upadłabym, ale Dylan zdążył mnie złapać.
- Nie pamiętasz mnie - stwierdził smutno, pomagając usiąść mi z powrotem na łóżku.
- O co ci chodzi?! - warknęłam. - Poznałam cie w pubie!
Próbowałam obmyślić plan ucieczki, ale szanse były minimalne.
- Nie Weroniko Wilde. Poznałaś mnie siedem lat temu w szkole w Lawrence.
Przez chwile próbowałam skojarzyć Lawrence. Mieszkaliśmy tam dwa tygodni, nim mam kupiła dom w Summerlin South w Nevadzie. Dopiero teraz wspomnienia wróciły.
- Pamiętam cię. Robiliśmy wspólnie projekt.
- Tak spędziliśmy razem tydzień majstrując przy silnikach i dźwiękach rocka. Byłaś fascynująca, tak inna od pozostałych dziewczyn. Później zniknęłaś z mojego życia. Ale ciebie nie dało się zapomnieć.
- O czym ty bredzisz?
- Zakochałem się, a ty mnie zostawiłaś. Później próbowałem cię odnaleźć, ale zamiast na ciebie, trafiłem na wampira. Zamienił mnie w jednego z nich w zeszył miesiącu. Nie mogłem o tobie zapomnieć, więc szukałem dziewczyn podobnych do ciebie. Miałem nadzieję, że jako łowca zainteresujesz się tą sprawą - mówił z goryczą w głosie.
- I co ci to dało? - spytałam zła.
- Mam ciebie tu, teraz.
Moja złość wzrosła. Zabił trzy niewinne kobiety dla niczego.
- Po co ci ja? Skoro jest pełno podobnych do mnie dziewczyn. Jak te, które zabiłeś! - ostatnie zdanie wysyczałam.
- To były tylko marne podróbki. Jesteś jednorazowa, nie da się ciebie podrobić. Uwierz, żadna z nich nie mówiła z taką pasją o samochodach i nie czuła rocka. Żadna nie zdobyła mojego serca...

***&***

Oszalałam. Naprawdę oszalałam.
Jechałam z obcym, starszym ode mnie facetem, nie wiadomo dokąd, przy czym miałam spędzić z nim siedem godzin w samochodzie. Sama. Dodatkowo miałam polować na wampiry z otwartą raną na udzie.
Zdaje się, że Virginia nie potraktowała nożem mojego uda, a mózg.
- Co tak milczysz? – zagaił Jack, kiedy tępo wpatrywałam się w przednią szybę.
- Nie zaliczam się do gadatliwych osób.
- Zauważyłem – uśmiechnął się zniewalająco, a jego ręka spoczęła na moim kolanie. Uśmiechnął się zaraz przepraszająco i zmienił bieg.
- Zrobiłeś to specjalnie – zmrużyłam oczy.
- A chciałabyś żeby to było specjalnie…? – nie uznałam za stosowne reagować na tę zaczepkę.
„W co ja się wpakowałam…?!”
- Przepraszam – odezwał się po chwili i wyglądał na naprawdę skruszonego. – Mam po prostu taki nawyk…
- …żeby łapać dopiero co poznane dziewczyny za kolana? – zadrwiłam.
Roześmiał się.
- To duże uproszczenie, ale muszę przyznać ci rację. Mam po prostu naturę podrywacza… Musisz mi to wybaczyć.
- Nic nie muszę – mruknęłam. – Ale muszę ci zaufać na tyle by mieć pewność, że mogę się bezpiecznie zdrzemnąć…
- Śpij spokojnie, mam zajęte ręce – wskazał na kierownicę. – Nogi zresztą też. Twoja cnota jest bezpieczna…
- To nie było zabawne – skrzywiłam się i odwróciłam do niego plecami. Po chwili już spałam.
Obudziłam się, gdy Jack wyłączył silnik. Staliśmy na parkingu przed jakimś klubem nocnym. Przeciągnęłam się by odegnać resztki snu i sprawdziłam szybko jak się ma noga. Miała się dobrze. Goiła się zadziwiająco szybko.
- To tutaj? – zapytałam.
- Nie, ale muszę zaspokoić swoje rozszalałe żądze – zakpił. – A skoro ty nie chcesz mi pomóc…
Prychnęłam i wysiadłam z auta. Bez pytania otworzyłam bagażnik i poszukałam broni dla siebie. Mały poręczny pistolet…
- Maczeta będzie bardziej praktyczna – poradził mi Jack, przyglądając mi się z kpiącym uśmiechem. Oparł się o otwartą klapę bagażnika i patrzył mi na ręce. – Osikowe kołki są obok apteczki… - nabijał się dalej.
- Spadaj – mruknęłam. – Zawsze noszą przy sobie pistolet. Zwłaszcza, że… - sięgnęłam głębiej i wyciągnęłam fiolkę z ciemnoczerwonym płynem – naboje można napełnić tym.
- Krew umarlaka lepiej działa dożylnie – kłócił się dalej.
- Lepszy rydz niż nic – odgryzłam się, sprawnie napełniając naboje czerwonym płynem. – Powinnam może o czymś wiedzieć?
- Musimy znaleźć gniazdo. Jest ich czwórka, ofiary wypatrują w tym barze…
- …chciałeś powiedzieć klubie nocnym.
- Powiedzmy. Gustują w zajętych dziewczynach, więc idealnie nadajesz się na przynętę…
- Dzięki, problem w tym, że nie jestem zajęta… - mruknęłam. Dla pewności napełniłam jeszcze trzy strzykawki krwią umarlaka. Nie miałam pewności, że naboje zadziałają.
- Uff, już się bałem, że powiesz, że nie jesteś dziewczyną… Ten problem da się łatwo rozwiązać… - uśmiechnął się, zatrzasnął bagażnik i przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie. – Prawda, kochanie?
Strząsnęłam z siebie jego rękę i wywróciłam oczami.
- Myślę, że to nie będzie konieczne… jest tam tylne wyjście? – zapytałam, chowając strzykawki do kieszeni, a pistolet za pasek.
- Nie, tylko tędy się da wyjść.
- Czekaj tu, myślę, że to potrwa z pół godziny…
Nie czekając na jego odpowiedź, weszłam do baru.
Miał rację, to nie był klasyczny klub nocny. Nigdzie nie widziałam półnagich panienek, więc nie było źle. Było za to ciemno, pełno dymu i pachniało piwem oraz ciężkimi perfumami, a dookoła było mnóstwo typów spod ciemnej gwiazdy. Usiadłam przy barze i zamówiłam sok pomarańczowy.
Sączyłam powoli napój przez słomkę rozglądając się po sali. Nagle, prawie znikąd obok mnie pojawił się przystojny ciemnowłosy chłopak.
- Dwa razy martini, poproszę – rzucił w kierunku barmana.
Zapłacił i chwycił kieliszki. Kiedy jednak obracał się by odejść w kierunku stolika, zahaczył łokciem o moje ramię i zawartość kieliszków wylała się na moją bluzkę.
- Przepraszam cię najmocniej…! – zawołał natychmiast. – Ja… Ja nie wiem jak to się stało…
„Ale ja wiem” – pomyślałam. - „Klasyczny sposób na podryw. Tylko dlaczego kupował dwa drinki…?”
- Nic się nie stało – uśmiechnęłam się, macając się po kieszeniach kurtki. – Masz może chusteczki…?
Chłopak obszukał kieszenie i wręczył mi paczkę.
- Proszę… Raz jeszcze przepraszam. Chcesz może drinka w ramach rekompensaty?
- Nie, dzięki, mam dość drinków na razie – uśmiechnęłam się przepraszająco.
Chłopak zamówił jeszcze raz dwa martini.
- Moja dziewczyna mnie zabije… mówiłem jej, że zaraz wrócę… - mruknął, przypatrując się barmanowi, który przygotowywał napoje.
- Dziewczyna? - wyrwało mi się. Wyglądało na to, że się pomyliłam i to nie był jednak wampir… A zaczynało się tak klasycznie…
- Tak, a co?
- Nic, szkoda po prostu… - uśmiechnęłam się nieco wymuszenie.
Nie poznałam jego reakcji, bo wziął swoje drinki i tym razem o wiele ostrożniej zaniósł je do stolika. Odprowadziłam go wzrokiem. Stolik był pusty. Chłopak postawił drinki na blacie, usiadł i rozglądał się zdezorientowany. Po paru minutach wyciągnął telefon i próbował się do kogoś dodzwonić. Bez skutku.
Odczekałam jeszcze chwilę i podeszłam do niego.
- Coś się stało? – zapytałam.
Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- My się znamy…? – jego wzrok padł na mokrą plamę na mojej bluzce. – A no tak, znamy się. Raz jeszcze przepraszam. Nie, nic się nie stało. Tylko moja dziewczyna gdzieś zniknęła bez słowa…
- Jak wyglądała? – zapytałam.
- Miała długie blond włosy i zielone oczy. Na sobie miała czerwoną skórzaną kurtkę i czarne jeansy. Nazywa się Angelika Marrow.
- Przykro mi, ale jej nie widziałam. Tak na marginesie mam na imię Alice.
- James. Widocznie znudziła się i poszła do domu – w jego głosie nie było ani krzty przekonania.
- Poczekaj chwilę… - mruknęłam i podeszłam do ochroniarza stojącego przy drzwiach. James zaciekawiony poszedł za mną.
- Czy wychodziła tędy niedawno długowłosa blondynka w czerwonej kurtce? Z jakimś facetem? – zapytałam.
- Facetem?! – wyrwało się Jamesowi.
Ochroniarz zmarszczył brwi.
- Tak, kilkanaście minut temu.
- A jak wyglądał ten facet? – dopytywałam się dalej.
- Chudy, wysoki, blady. Czarna skórzana kurtka , ciemne włosy i oczy. Tatuaż na nadgarstku, ale nie wiem co dokładnie… Czemu cię tak interesuje? – zapytał nagle podejrzliwie.
- Już nic, dziękuję… - odeszłam kawałek dalej.
- Co jest?! Co to za facet? Znasz go? – James zasypał mnie gradem pytań. – O co w ogóle chodzi?
Westchnęłam.
- Twoja dziewczyna jest w niebezpieczeństwie. Daj mi swój numer, zadzwonię, jak się czegoś dowiem…
- Ale…
- Zaufaj mi – spojrzałam mu w oczy. – Musisz mi zaufać.
- Kim ty w ogóle jesteś…? – zapytał, wręczając mi kartkę z numerem.
- To bardzo dobre pytanie… - odparłam szybko i wyszłam z baru.
Jack czekał w samochodzie. Wsiadłam na siedzenie pasażera i zapięłam pas.
- Poszukajmy motelu. Miałeś rację. Rybka złapała się na inną przynętę…
Jack uśmiechnął się triumfująco.
- Widzisz, kotku? Mówiłem, że musimy iść razem. Już zamówiłem pokój – dodał ruszając. - Wolisz spać od ściany, czy od brzegu? – wyszczerzył do mnie żeby w łobuzerskim uśmiechu.
- Pytanie brzmi, czy ty wozisz ze sobą śpiwór i materac… - uśmiechnęłam się podobnym uśmiechem i wpisałam numer Jamesa do komórki. Jack nie odzywał się przez resztę drogi.

***&***

- ... żadnej z nich nie miałem takiej ochoty ugryźć - warknął i wgryzł się w moją szyję.
Próbowałam się bronić. Uderzałam go pięściami w plecy, ale on nadał pił moją krew. Powoli obraz zaczął mi się rozmazywać. Nagle Dylan oderwał się od mojej szyi i pogłaskał mnie po policzku. Jednak nie było to takie przyjemne, jak kiedy robił to Adam.
- Nie bój się. Nie zabiję cię.
- Więc co zrobisz?! - warknęłam.
- Zamienię cię w wampira i uczynię swoją kobietą.
- Po moi trupie! - do pomieszczenia wpadł Adam i obezwładnił Dylana.
Za nim wbiegła Ann z Robbiem, który od razu pomógł Adamowi. Moja siostra podeszła do mnie.
- Ale nas przestraszyłaś - powiedziała.
- To nie moja wina.
Po chwili Dylan siedział przywiązany do krzesła.
- To za Wer - Adam przyłożył mu w szczękę.
- A kim ty niby jesteś? - Dylan nie przejął się uderzeniem.
- Moim narzeczonym - podeszłam do Adama i się w niego wtuliłam.
Ostrożnie dotknął mojej szyi.
- Nie! - zawył Dylan.
- Przykro mi, że wybrałeś zły sposób aby mnie zdobyć - powiedziałam. - Żegnaj.
W tym momencie Robbie odciął mu głowę maczetą.
- Sam chciałem to zrobić - mruknął Adam z wyrzutem.
- Sorki. Zapomniałem się.

***&***

Myślałam, że żartuje. Ale on naprawdę załatwił pokój z łóżkiem małżeńskim. Jeszcze śmiał twierdzić, że innych nie było!
- Jesteś zboczony – mruknęłam, układając się do snu.
- Jak będę mieć w nocy koszmary, to mogę przyjść się przytulić? – zażartował, układając na podłodze koce tak, by choć trochę imitowały materac.
- Pod warunkiem, że będą ci się śnić wampiry – ziewnęłam i zgasiłam światło. – Dobranoc!
- Dobranoc, kochanie…
Westchnęłam, a w mojej głowie pojawiła się dziwna myśl: „W zasadzie, co ci szkodzi…?”
***
Cały następny dzień poświeciłam na doprowadzanie mojej nogi do jak najlepszego stanu. Z dnia na dzień naprawdę wyglądała coraz lepiej. Koło siedemnastej, Jack wrócił do pokoju i zaproponował obiad w restauracji.
- Nie daj się prosić, to przecież nie randka… - zaczął mnie przekonywać, zanim jeszcze zdążyłam zaprotestować.
- Czy ja powiedziałam nie? Możemy iść jak tak bardzo ci zależy.
W restauracji usiedliśmy w jakimś kącie i zamówiliśmy dwie małe pizze. Kiedy czekaliśmy na zamówienie, Jack znowu zaczął mi się przypatrywać z uśmiechem.
- Co się tak gapisz? – mruknęłam w końcu zniecierpliwiona.
- Bo jesteś ładna.
Wywróciłam oczami.
- Super. Oświecę cię: nie jaj jedna.
- Fakt, ale muszę przyznać, że masz w sobie coś charakterystycznego… Coś niesamowitego… Wyjątkowego nawet…
- oklepany tekst – mruknęłam. – Wysil się bardziej.
Westchnął.
- Naprawdę jesteś taka oziębła? A jeśli to nie podryw? Jeśli się naprawdę zakochałem? Wiesz jak bardzo mnie ranisz? – jego glos stawał się coraz bardziej piskliwy, aż do drażniącego uszy falsetu.
Roześmiałam się naprawdę szczerze. Po chwili sam do mnie dołączył
- Nie ma co, to było dobre… - otarłam łzę z kąta oka, bo aż popłakałam się ze śmiechu. – Ale znając życie, są laski, które się dają nabrać na takie teksty…
- Tak, ale muszę się pilnować, żeby nie zacząć wydawać ultradźwięków. Wtedy mógłbym poderwać co najwyżej delfina…
Znów zaniosłam się śmiechem, więc wyciągnęłam chusteczki, by otrzeć kolejną falę łez.
- Dobra, a na poważnie… Serio nie jesteś zajęta?
Westchnęłam.
- Daruj sobie. Naprawdę sobie daruj…
- Dlaczego? – drążył, widocznie zaciekawiony. – Nie jestem w  twoim typie?
Westchnęłam.
- Nie o to chodzi. Nie jestem po prostu taką dziewczyną. Mam swoje ideały i wartości i…
„…i co?” – odezwał się jakiś cichy głosik.
- I co z tego? – zapytał Jack. – Zresztą pytałem z czystej ciekawości. Bo to aż dziwne, żeby taka ładna dziewczyna nie miała chłopaka…
- Nie ty pierwszy mi to mówisz… - zasępiłam się. – Ale zazwyczaj ta ciekawość ma bardzo przewidywalne podłoże…
- Nie tym razem – powiedział wyjątkowo poważnie.
Kelnerka przyniosła pizze i zaczęliśmy w milczeniu jeść.
- Masz ser na… - wyciągnął rękę w moim kierunku i nagle się zreflektował. – Mogę?
Skinęłam głową, a on ścignął ser z mojego policzka. Uśmiechnęłam się.
- Takie trudne?
- Bardzo – skrzywił twarz w udawanym grymasie. – Zdaje się że wykorzystałem roczny zapas kurtuazji…
- Dobra, dosyć tego dobrego… - powiedziałam, zerkając na zegarek. – Czas na nas.
Zapłaciliśmy, to znaczy, Jack zapłacił i pojechaliśmy pod klub. Mężczyzna zamknął samochód, objął mnie opiekuńczo i weszliśmy do środka. Usiedliśmy przy jednym z dwuosobowych stolików i złapaliśmy się za ręce.
- Dziwnie się czuję – mruknęłam, pochylając się w jego kierunku.
- Co, nigdy nie byłaś na randce? – zapytał, tak wypowiadając słowa, by z daleka brzmiały jak namiętne wyznanie.
- Zasadniczo to nie…
- Przysuń się bliżej… - powiedział nie dając mi dokończyć.
- Po co?- zdziwiłam się.
- Jak cię pocałuję, będzie bardziej naturalnie.
- Ale… - nie dał mi dokończył i delikatnie mnie pocałował.
„Cholera,…”
Cholera, spodobało mi się. Zgodnie z poleceniem przysunęłam się bliżej, ale Jack właśnie się odsunął i zapytał:
- Chcesz coś do picia?
- Tak, jakiegoś drinka. Wybierz coś, kochanie – odparłam.
Tak jak wcześniej ustaliliśmy, mieliśmy powtórzyć sytuację z wczoraj. Jack jedynie miał sobie odpuścić oblewanie innych lasek moim drinkiem. Odprowadziłam go zakochanym, jak miałam nadzieję, wzrokiem. Zniknął w tłumie, ale miał mi dać trochę czasu. Wyciągnęłam telefon i udałam, że piszę SMSa. Kiedy skończyłam, schowałam telefon do kieszeni, wypychając z niej jednocześnie paczkę chusteczek. Kiedy się po nią schyliłam, obok mnie, zupełnie znikąd pojawił się chłopak pasujący do wczorajszego opisu ochroniarza.
- To chyba twoje – uśmiechnął się i podał mi chusteczki.
- Dziękuję.
- Mogę się przysiąść? – zapytał.
- Mój chłopak właśnie kupuje nam drinki… - udawałam niepewną.
- Spokojnie, nic się nie stanie. Zresztą tam jest okropna kolejka, a mnie naprawdę podoba się twoja bluzka.
Miałam na sobie T-shirt Jacka z napisem ”Metallica”. Sądząc po stroju, wampir słuchał bardzo podobnej muzyki.
- Słuchasz? – zapytałam.
- Aha. Masz swoją ulubioną piosenkę?
- Mmm… „Nothing else matter” – palnęłam pierwszy tytuł, który przyszedł mi do głowy, błogosławiąc jednocześnie Wer.
- Serio? To się świetnie składa… - ucieszył się. – Mój kumpel gra właśnie w niedalekim pubie covery Metallici, między innymi tę piosenkę… Chcesz może wpaść?
- Ale mój chłopak… On nie słucha takiej muzyki… - wyraziłam obawę.
- Możesz pójść bez niego.
- Ale…
- Hej, raz się żyje… zostaw mu wiadomość i chodź…
Muszę przyznać, że roztaczał niesamowity urok. Gdybym nie wiedziała, kim jest to chyba dałabym się nabrać mimo tego, że jego podryw zaliczał się do raczej kiepskich.Ale mimo iż to wiedziałam, musiałam dać się nabrać…
- Okej… tylko mu napiszę… - wyjęłam długopis i nabazgrałam na serwetce wiadomość, jednocześnie wysyłając wcześniej przygotowanego SMSa. Chłopak objął mnie w pasie i wyszliśmy z baru.
- Jak masz na imię?
- Alice – szepnęłam, udając nieśmiałą panienkę.
- Jestem Tom. Jesteś bardzo ładna, wiesz?
- Dziękuję – powinnam zostać aktorką, bo nawet udało mi się zarumienić. – Daleko idziemy?
- Nie, to tuż za rogiem…
Szliśmy w milczeniu kilka minut. Przytulał mnie do siebie coraz mocniej, chciał mieć pewność że mu nie zwieję. Przysunął twarz do mojej szyi.
- Ładnie pachniesz…
- To pewnie nowe perfumy… Podobają ci się? Mój chłopak mówi, że są strasznie duszące…
- Nie… są naprawdę ładne… to tutaj. Wewnątrz jest o wiele przytulniej niż się zdaje.
To zapewnieni było konieczne. Staliśmy przed starym, obdrapanym i opuszczonym magazynem. Byłam pewna, że w środku wcale nie było lepiej.
- Wejdź, jest otwarte – puścił mnie przodem.
Weszłam przez drzwi w półmrok.
- To na pewno tutaj…?
- Chłopcy, kolacja…! – zawołał Tom, zatrzaskując za sobą drzwi. Zrobił krok do przodu by mnie unieruchomić i nadział się prosto na strzykawkę z krwią umarlaka.
- Niespodzianka! – szepnęłam, uśmiechając się szeroko. Zachłysnął się, a jego uścisk natychmiast zleżał.
- Łapy precz od mojej dziewczyny! – warknął Jack wpadając do środka i ścinając mu głowę, która potoczyła się gdzieś do jakiegoś ciemnego kąta.
W tym momencie do pomieszczenia wpadły trzy kolejne wampiry i rzuciły się na nas – jednak na Jacka, a dwa na mnie.
- Łowcy! – warknął jednej z nich przygniatając mnie do ściany. Wbiłam mu w brzuch drugą strzykawkę  i dla pewności przyłożyłam pięścią w nos. Jack, który rozprawił się już ze swoim przeciwnikiem, podbiegł i ściął mu głowę.
- Gdzie ten trzeci? – zapytał, a ja zauważyłam cień sylwetki za jego plecami. Rzuciłam się na niego, przewracając go na ziemię.
Wampir rzucił się na nas więc wbiłam mu w serce ostatnią strzykawkę. Jack błyskawicznie zebrał się z ziemi i zakończył łaskawie jego żywot.
- No, załatwione – otarł z czoła krew i rozejrzał się dookoła. – Tak na marginesie dzięki za uratowanie życia.
- Do usług – mruknęłam.
- Idziemy? – wyciągnął w moim kierunku rękę.
- Jeszcze moment… - weszłam do następnego pomieszczenia i zauważyłam Angelikę. Leżała nieprzytomna na środku pomieszczenia.
- Angelika? – uklęknęłam obok niej. Nagle otworzyła oczy.
- Angelika? – zapytałam ponownie. W jej wzroku było coś dziwnego.
- Kim jesteś…? – zapytała i pociągnęła nosem, a jej wzrok spoczął na mojej ranie.
- Ja… - nie zdążyłam odpowiedzieć, bo wylądowałam nagle parę metrów dalej, przygnieciona ciałem Jacka, a na moją twarz prysnęła jego ciepła krew.
- Jack!
Wyszarpnęłam zza paska pistolet i wystrzeliłam kilkakrotnie w kierunku Angeliki. Krew a nabojach nie miała takiej mocy jak podana dożylnie, ale choć trochę ją oszołomiła. Wystarczyło bym chwyciła maczetę.
- Przepraszam, James – szepnęłam, kiedy długie blond włosy wylądowały w powiększającej się kałuży krwi.
Wróciłam do mojego towarzysza.
- Jack…?
Żył. Ale miał paskudnie rozorane ramię.
- Ugryzła cię? – zapytałam. Szybko ściągnęłam koszulkę i zapięłam kurtkę pod samą szyję.
- Masz bardzo ładny stanik… - wymamrotał. – Czy to moja koszulka z Metallicą…?
- Czyli nic ci nie jest – stwierdziłam, robiąc z koszulki prowizoryczny opatrunek. – Dzięki za uratowanie życia – dodałam.
- Do usług – uśmiechnął się z wysiłkiem. – Nie dasz mi się wykrwawić, co?
- Nie dam. Wracamy do Harry’ego. Jak mi wykitujesz po drodze, to cię zabiję – zagroziłam, przerzucając jego rękę przez swój bark i ostrożnie prowadząc na zewnątrz.
- A jak nie to dostanę jakąś nagrodę?
- A co byś chciał? – podtrzymywałam rozmowę, żeby nie zemdlał. Posadziłam go na tylnej kanapie.
- Myślę, że za ten wysiłek, który włożę w przeżycie, powinnaś przynajmniej dać się zaprosić na randkę…
- Przynajmniej…?
- Muszę mieć dla czego żyć, co nie? – uśmiechnął się i zamknął oczy.
- Będziemy u Harry’ego za siedem godzin. Wytrzymaj.
- Alice? – zapytał słabo.
- No?
- Wiesz, że wcale cię nie musiałem całować?
- Wiem.
- I?
- I nic. Tak tylko mówię, żebyś wiedziała, że…
- Że? – zapytałam, kiedy zamilkł.
Jack jednak już odpłynął.
***
Pierwsze, co zrobił Harry to na mnie nawrzeszczał. Potem zajął się Jackiem. Rana nie była zbyt groźna, ale chłopak stracił dużo krwi. Opatrzył go i zaaplikował kroplówkę. Ja w tym czasie wzięłam prysznic, by zmyć z siebie krew.
- Jak noga? – zapytał Harry.
- Dobrze, prawie już się zagoiła.
- Po kilku dniach? – zdziwił się.
- Zawsze się szybko regenerowałam – wzruszyłam ramionami. – Co z nim?
- Wyliże się z tego.
- A gdzie reszta? – zaniepokoiłam się.
- Adam dzwonił pół godziny temu, że właśnie wyjeżdżają. Powinni być wieczorem.
Pokiwałam głową.
- Jaki jest Jack? – zapytałam nagle.
- Taki jak widzisz – odparł Harry. – Nic dodać nic ująć. A co?
- Gdybyś był moim ojcem, naprawdę byś go nie wpuścił?
- Naprawdę. A co się stało…? – zapytał podejrzliwie.
- Nic, pójdę się przespać, jechałam całą noc…
Poszłam na górę, do jednego z wolnych pokoi. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. To było parę bardzo dziwnych dni. A najdziwniejsze było to, że…
Nie dokończyłam myśli. Po prostu zasnęłam.
  
***&***

Adam ostrożnie ucałował moją ranę. Przesunęłam dłonią po jego plecach. Chłopak wziął mnie na ręce i zaniósł do Impali.
- Co to w ogóle było? - zapytała Ann, kiedy już wyruszyliśmy.
- Ile słyszeliście?
- Tylko, że uczyni cię swoją kobietą - powiedział Robbie. - Chyba naczytał się za dużo "Zmierzchu".
Zaśmiałam się.
- Chodziliśmy z nim do szkoły w Lawrence - wyjaśniłam. - I chłopak się nieszczęśliwie zakochał.
- To smutne - powiedziała Ann, ziewając.
Resztę trasy pokonałam śpiąc. Obudził mnie dopiero spanikowany głos Alice.
- Ona nie zamieni się w wampira, co nie? - pytała cicho.
- Aleś ty niedouczona - mruknęłam.
- A ty nierozważna - Ruda mnie objęła.
- Też się cieszę, że cię widzę.
Adam usiadł obok i głaskał moje odkryte ramię. 
- Głodna? - spytał Harry niosąc hamburgera.
- Jak wilk.
***
Było już późno. Adam spał wtulony w mój bok, a ja nie potrafiłam zasnąć. Czułam się winna, w końcu to przez miłość do mnie Dylana spotkał taki los. Czy gdybym była kimś innym, lub gdyby mnie nie poznał, czy nadal byłby zwykłym chłopakiem? Zamknęłam oczy i próbowałam zasnąć. Udało mi się dopiero po pierwszej. Jednak to nie był spokojny sen. Miałam koszmar. Stałam nad przepaścią. Adam stał po drugiej stronie. Coś na mnie polowało, wyczuwałam to. Adam pomachał mi i skoczył. Bałam się, że zginie, ale on wylądował obok mnie. Wtedy z mgły wyłonił się demon i wręczył mi pistolet. Nawet nie wiem czemu, strzeliłam prosto w serce Adama. Obudziłam się zalana potem.
*********************************************************************************
To znowu my :) Notki zdaje się, będą pojawiać się w miarę regularnie: ostatni dzień miesiąca. Prawdopodobnie. Taki przynajmniej jest plan :)
Notka taka sobie. Jaka jest, każdy widzi. Bestiariusz i inne zakładki uzupełnimy już wkrótce.
Dla ciekawskich, których interesuje ilość nawiązań, o które pytałam pod ostatnią notką: odpowiedź pojawi się wkróce pod rozdziałem 10.
Ogłoszeń koniec :)
Pozdrawiamy, 
Szalona i Szurnięta
PS: Jeśli macie jakieś propozycje co do tego, co chcielibyście jeszcze dodać do bloga (jakie akcesoria, zakaładki), żeby był bardziej przejrzysty, to piszcie w komentarzach :)
PS2: Zachęcam do zaglądania do zakładek. Nie opisujemy dokładnie potworów w notkach, bo jest to zrobione w "Bestiariuszu". A z zakładki "Łowcy..." można się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy o bohaterach, o których nie wspominamy w rozdziałach :) Zatem, zapraszam XD.
S&S

niedziela, 1 września 2013

Rozdział 10

Obudziłam się bardzo wcześnie. Przeciągnęłam się szeroko, próbując ustawić kręgi we właściwych miejscach. Ostatnio u Harry'ego zrobiło się strasznie tłoczno i wylądowałam na kanapie. Poczłapałam do łazienki i wzięłam szybki prysznic. Kiedy weszłam do kuchni, Harry był już na nogach.
- Nie śpisz? – zapytał.
- A nie widać?
Uśmiechnął się ciepło. Pomyślałam gorzko, że ze strony Wer usłyszałabym w odpowiedzi tylko jakąś cierpką uwagę, lub spojrzenie rzucone spode łba.
- Jajecznicy? – zaproponował, skręcając gaz pod patelnią.
- Umiesz przygotować jeszcze jakieś inne danie? – zainteresowałam się, wyciągając talerz dla siebie. – Z chęcią, poproszę.
- Jeśli chcesz wiedzieć, jestem mistrzem kuchni włoskiej, japońskiej i francuskiej – droczył się ze mną.
- Imponujące…
Usiadłam przy stole i przysunęłam do siebie koszyk z chlebem. Harry usiadł naprzeciw, a ja nagle poczułam się prawie jak w domu.
- Korzystając z tego, że pozostali jeszcze śpią… - zaczął nagle. – Powiedz, co się dzieje?
- Nic – odparłam zaskoczona.
- Właśnie widzę, że nic. Wer się do ciebie nie odzywa i chodzi naładowana jak chmura burzowa, a ty wszystkich unikasz. Co się stało?
- Nic – odparłam bardziej zdecydowanie i zajęłam się jajecznicą. – Martwię się tylko tym, że moje poszukiwania wcale nie posuwają się do przodu…
- Dziecko, na wszystko przyjdzie czas… Teraz przygotujemy im śniadanie, a potem poszukam dla was jakiegoś zajęcia, co? – uśmiechnął się.
- Jesteś cudownym człowiekiem, Harry – powiedziałam całkowicie szczerze.
- No, ba! – w drzwiach kuchni pojawił się rozczochrany Robbie. Z rana wyglądał, jakby ktoś wyciągnął go właśnie z kosza na pranie. Nie ujmowało mu to jednak uroku.– Widzę, że robicie śniadanie…?
- Chcecie pomidorów do jajecznicy? – zapytałam, kiedy do kuchni weszła rozespana Ann i cmoknęła Robbiego w policzek.
- Może być… - mruknęła. - Czy my przechodzimy na jakąś jajeczną dietę, czy coś…?
- Prawdziwy łowca po prostu musi mieć jaja – uśmiechnął się Robbie, sadzając sobie Ann na kolanach, a ta uśmiechnęła się do niego promiennie. Skupiłam się na jajecznicy.
Podałam im śniadanie i przygotowałam następną porcję, z hałasów na piętrze wnioskując, że zaraz pojawi się Wer z Adamem. Weszli do kuchni, akurat kiedy wrzucałam na patelnię pomidory.
- Nienawidzę pomidorów w jajecznicy! – naskoczyła na mnie Weronika.
- Spokojnie, zrobię ci nową… - nie dałam się sprowokować i przełożyłam danie na większy talerz. – Ktoś jeszcze ma ochotę?
W końcu wszyscy usiedli przy stole, a ja zaczęłam zmywać naczynia.
- Nie jesz? – zapytał Robbie.
- Już jadłam.
Woda leciała do zlewu z pluskiem, widelce stukały o talerze. Poza tym panowała cisza, przerywana jedynie pojedynczymi mlaśnięciami.
- A gdzie Harry? – Robbie ponownie przerwał ciszę.
- Szuka dla nas roboty…
W tym momencie do pomieszczenia wszedł gospodarz z telefonem przy uchu.
- Dobra, Tim, dzięki. Zajmiemy się tym, nie ma sprawy… Podeślę tam kogoś, będą wieczorem. Trzymaj się, bracie…!
Rozłączył się i spojrzał na nas.
- Co jest? – zapytała niecierpliwie Wer.
- Nuda i standard. Duch, trzydzieści kilometrów stąd.
- Znowu duch? – mruknęłam. To zaczynało być nudne. Jakby nie było innych potworów na tym świecie…
- Nie łatwo go będzie zabić – ostrzegł Harry. - Nawiedza spory, zaniedbany park…
- Damy radę – stwierdził Adam i wstał. – Za ile ruszamy…?
- Hola, hola, spokojnie…! – ostudził go Harry. – Dwadzieścia kilometrów dalej mamy następne straszydło. Nawiedza jakieś stare domostwo. Normalka, ale nie ma się tym kto zająć, a w ciągu ostatniego tygodnia zginęły już dwie osoby…
- To najpierw załatwmy nawiedzony dom, a potem park… - zaproponowała Wer. – Szybko uporamy się z pierwszym duchem, a potem spróbujemy znaleźć sposób na drugiego…
Reszta wstała, przystając na propozycję Wer.
- A nie łatwiej będzie się rozdzielić? – zapytałam cicho, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych.
- Po co? – zdziwiła się Anna.
- Zajmiemy się wtedy obiema sprawami jednocześnie, a potem ta ekipa, która skończy szybciej pomoże tej drugiej – argumentowałam. - Więcej potworów unicestwionych w krótszym czasie…
- Nie sądzę… - zaczęła Wer.
- To świetny pomysł – wszedł jej w słowo Harry. – Uważam, że pięciu łowców to trochę za dużo na jednego ducha…
- Czterech i pół – wtrąciła cicho z przekąsem Wer, ale ja nawet nie zareagowałam na tę jawną złośliwość.
- …tylko byście sobie przeszkadzali – dokończył Harry.
- Ok., jak chcesz – zgodziła się Wer. – Ja z Adamem zajmę się parkiem, a reszta tamtym drugim duchem i potem do nas przyjadą.
- A nie lepiej będzie jeśli Alice… - zaproponował Robbie.
- Nie, nie będzie – przerwała mu ostro Wer i wyszła z kuchni. Adam poszedł za nią.
- Co jej się stało? – zapytał zdezorientowany Robbie.
- Nieważne – pokręciłam głową. – Jeśli chcecie się sami zająć tą sprawą to spoko, znajdę sobie jakieś inne zajęcie…
- Nie, naprawdę – zaprzeczyła Ann. – Nie przeszkadzasz nam.
- Pójdę się spakować – westchnęłam i wyszłam z kuchni.

***&***

Wsiadłam do Impali od strony pasażera.
- Jesteś pewna? - spytał Adam, siadając za kierownicą.
- Nie, ale próbuję ci udowodnić, że kocham cię bardziej, niż to auto.
Uśmiechnął się szeroko i zapiął pas.
- Ale i tak zginę, jeśli coś się z nim stanie - zażartował.
- W bardzo bolesny sposób.
Zaśmiał się i włączył kasetę. Z głośników popłynęło "Unforgiven" Metalliki.
- Tak, w ogóle dlaczego tam jedziemy? - spytałam.
Bose stopy oparłam o przednią szybę i ułożyłam się wygodnie.
- Kiedy uciekłem, nic ze sobą nie wziąłem - zaczął. - Tam są moje rzeczy, po które bałem się wrócić.
- Okey.
Podkręciłam głośność i zamknęłam oczy.
Zapukałam do domu Harry'ego.
- Otwarte! - usłyszałam z wnętrza domu.
Weszłam, a za mną dziewięcioletnia Anna. Już stąd widziałam blond włosy Adama. Siedział w salonie na kanapie i oglądał kreskówki. Nie widziałam go całe dwa i pół miesiąca. Zrzuciłam buty i pognałam do niego. Zauważył mnie i wstał. Wtuliłam się w niego, a on jęknął.
- Przepraszam - powiedziałam, szybko się od niego odsuwając.
- Wer... - wyszeptał, jakby nie dowierzał, że tu jestem. - To nic - dodał i objął mnie.
Po chwili do pokoju wszedł Harry.
- Śliczny obrazek - powiedział. - Gdzie Ann?
- Tu - powiedział moja siostra, wchodząc do salonu.
- Dobrze. Pomożesz mi w kuchni? - spytał jej, a ona tylko pokiwała głową.
Znowu zostałam sama z Adamem. Nim zdążył zaprotestować uniosłam mu bluzkę i zobaczyłam co go tak zabolało. Lewe żebra były sine, wyglądały jak obite prętem. Nie dotknęłam ich, aby nie sprawić mu bólu.
- Powinieneś to czymś smarować - powiedziałam.
Nic nie powiedział, tylko zaczął bawić się moimi włosami.
- Może pójdziemy na górę i ci to opatrzę? - zapytałam.
Dalej nie odpowiedział, ale po chwili podreptał w kierunku schodów. Ja natomiast poszłam do kuchni i zabrałam z apteczki potrzebne rzeczy. Wdrapałam się na górę i poszłam do "mojego" pokoju. Adam siedział na łóżku i bawił się wytopionym rok wcześniej pierścionkiem. Mój dyndał na szyi na cienkim łańcuszku. Usiadłam obok.
- Mam potrzebne rzeczy - powiedziałam.
Adam znowu się nie odezwał.
- O co chodzi? - zapytałam cicho.
Dotknął mojej dłoni i głaskał ją.
- Tydzień tu, tydzień na obozie i znowu szara rzeczywistość - powiedział.
- Więc ucieknijmy - wyszeptałam.
- Za sześć lat - powiedział twardo.
Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Nie mogłam rzucić wrednego tekstu jak do wszystkich innych. Chciałam powiedzieć coś co go podbuduje. Ostatecznie Adam uniósł T-shirt.
- Tylko tobie ufam na tyle, abyś mogła mnie opatrzyć.
Kawałkiem szmatki nasączonym spirytusem przemyłam jego żebra. Robiłam to najdelikatniej jak potrafiłam. Później ostrożnie nałożyłam odpowiednią maść. Po wszystkim zeszliśmy do salonu i oglądaliśmy kreskówki. To był najlepszy tydzień dla Adama. Uśmiechał się tak często, że czasem myślałam, że tylko śnię. Ale niestety musiał kiedyś dobiec końca.
- Dobra. To zajmie tylko jakieś pół godziny - powiedział Adam, otwierając drzwi swojego starego domu - później już zajmiemy się akcją.
Nic nie odparłam tylko poszłam za nim do jego dawnego pokoju.
- Kiedy uciekłem, nie zabrałem nic, a potem bałem się po to wrócić - mruknął.
- Rozumie - powiedziałam i zaczęłam pakować rzeczy z szuflad do torby.
Nasze wspólne zdjęcie z tego okropnego obozu; moje zdjęcie, to które Adam mi podwędził, zeszyt, w którym...
- Tym razem to ty bierzesz zeszyt - podałam Adamowi notatnik z okładką oklejoną naklejkami.
- Mam notować myśli? - spytał niepewnie.
- To coś jak nasz wspólny pamiętnik - odparłam. - Opisujesz dzień, notujesz myśli,  możesz spisywać wiersze, albo rysować. To ma być częścią ciebie i mnie. Częścią nas.
Otworzyłam na jednej ze stron i zobaczyłam rysunek róży. Wyglądała jak żywa. Pamiętam, że malowałam ją pół wieczoru. Na następnej stronie były złote myśli Adama. Takie w stylu "Rodzina to nie tyle krew, co wspólnota serc". Kolejną rzeczą w szufladzie był mały czarny zeszycik, którego nienawidziłam. Adam prowadził spis wszystkich obrażeń wraz z datami. Nigdy nie rozumiałam po co to robi. Po piętnastu minutach znowu siedzieliśmy w samochodzie.
- Nienawidziłam ich - wyrwało mi się.
- Gdybyś miała takich rodziców i w końcu oni zorientowaliby się, że byli źli, wybaczyłabyś im?
- Chyba nie - odparłam bez zastanowienia. - A ty?
- Kiedy ten demon zaatakował rodziców tata do mnie zadzwonił - zaczął Adam. - Powiedział "Byłem okropnym ojcem. Może dlatego demon nas szuka. Wybacz mi i nie wracaj do domu.". Powiedziałem, że mu wybaczam i czym prędzej pojechałem do domu. Byli już martwi, a resztę już znasz.
- Nie wiedziałam - powiedziałam.

***&***

Miasteczko Little Hangleton nie wyróżniało się niczym spośród sobie podobnych. Maleńki ryneczek z ratuszem i kościołem, parę sklepów, kawiarnia, szewc i kwiaciarnia. Kilka starych domków dookoła, parę dostojniejszych domostw wśród okolicznych pól.
Zatrzymaliśmy się przy kawiarni i zapytaliśmy o interesujący nas adres. W odpowiedzi pokazano nam pokaźny dom na wzgórzu. Oczywiście wyglądał na opuszczony.
- Załatwię jakiś motel, a wy się nieco rozejrzyjcie – postanowiłam. Robbie i Anna pomachali mi na pożegnanie i ruszyli na rynek by pozbierać podstawowe informacje.
Przez całą drogę robiłam wszystko, by zwracać na siebie jak najmniej uwagi. Oboje stanowili śliczną parę i dobrze się na nich patrzyło, ale co za dużo to nie zdrowo. Znów czułam się jak piąte koło u wozu i to uczucie potęgowało się z każdą chwilą. Dlatego ucieszyłam się, że mogę trochę od nich odetchnąć.
Nie mam nic do zakochanych par. Naprawdę. No, może czasami. Kiedy jednak patrzyłam na Wer i Adama albo na Robbiego i Ann… W pewnym sensie im zazdrościłam. Do tego stopnia, że byłam nieco zła na Wer i Ann. Kiedy je spotkałam, pomyślałam, że w końcu trafiłam na kogoś, kto mnie rozumie, kto wie co przeżyłam. Na kogoś, na kogo w końcu mogę liczyć. Wiele się od nich nauczyłam i w końcu przyzwyczaiłam do czasem drażniącej obecności. Ale kiedy wśród nas pojawili się chłopacy… dla mnie już nie było miejsca. Czułam się niepotrzebna.
Inna sprawa, że…
Wizyta w Lewistown wiele zmieniła. Naprawdę wiele. Cały czas wyraźnie pamiętałam najgorsze momenty tamtych dni, ale to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci…
Nie chciałam o nim myśleć, naprawdę. Nie powinnam. Obiecałam sobie i jemu… Zakazałam mu się ze mną kontaktować. Posłuchał. To powinno wystarczyć, żebym zapomniała. Już kiedyś próbowałam i prawie mi się udało, ale teraz…
„Ogarnij się, Alice. Masz robotę do wykonania” – napomniałam się, powracając do rzeczywistości.
Wstąpiłam do motelu na obrzeżach miasteczka i zapytałam o wolne pokoje. Miły starszy pan w okularach połówkach i długą białą brodą zaprowadził mnie i pokazał wolne pokoje. Kiedy zapytałam o cenę, nie zażądał zbyt dużo, więc zapłaciłam za nocleg na dwa dni. Ta sprawa nie powinna zająć nam więcej…
Zabrałam klucze i skontaktowałam się z Ann. Dowiedzieli się paru ciekawych rzeczy, więc umówiliśmy się w kawiarni na rynku. Kiedy dotarłam tam po kilkunastu minutach, już na mnie czekali. Usiadłam naprzeciw nich i zamówiłam mocną kawę.
- I czego się dowiedzieliście? – zainteresowałam się, kiedy już otrzymałam napój. Zaciągnęłam się intensywnym zapachem i humor od razu mi się poprawił. Przynajmniej na moment, bo po chwili przypomniało mi się jak Lisa nazywała mnie „kawoholiczką”…
- Mnóstwa ciekawych rzeczy – zaczął Robbie. – Dom wybudowano w 1837 roku jako rezydencję rodową rodziny Abbott. Ronald, senior rodu wraz swą małżonką Ginewrą, zwaną Ginny, miał siedmioro dzieci: 6 synów i córkę…
- W tamtych czasach ludzie mnożyli się jak króliki… - mruknęłam.
- Cóż, nie było telewizji – skomentowała Ann.
- …i prezerwatyw – dodał Robbie. – W każdym razie, umarł przedwcześnie, wszystko pozostawiając dużo młodszej żonie, która zaraz po zakończeniu żałoby wyszła za mąż za Jamesa, bliźniaczego brata Ronalda…
- Już widzę, jaką szczęśliwą parą byli Abbottowie… - sarknęłam. – Możemy przejść do konkretów?
- Dzieci, które nie były zadowolone z wuja-ojczyma po paru latach uknuły spisek i zabiły go, a rozwścieczona matka zemściła się na nich srogo, każde zabijając w inny wyrafinowany sposób – wyjaśniła Anna.
- Uroczo – mruknęłam, dopijając kawę. – Więc mamy siedem wściekłych duchów do wytłuczenia?
- Tylko jednego. Dzieci skremowano, ale matka, która tuż potem popełniła samobójstwo, nie została pochowana.
- Słucham? – zdziwiłam się. – Jak to ‘nie pochowana’? Musieli jej urządzić jakiś pogrzeb. Jakikolwiek. Przecież nie gnije teraz w piwnicy, chyba… - patrząc na ich miny musiałam jednak wziąć pod uwagę i taką opcję. – Więc… nie wiemy gdzie jest jej grób…? – zapytałam zrezygnowana.
- Nie ma grobu – westchnęła Ann. – Powiesiła się na strychu, ale ciało zniknęło z kostnicy. Od tego czasu, czyli drugiej połowy XIX wieku, dom stoi pusty i niszczeje.
- Uroczo – powtórzyłam. – Rozumiem, że nie mamy innego wyboru tylko zbadać dom?
- Na to wygląda – mruknął Robbie i zawołał kelnerkę. – Ja płacę – zaznaczył nim zdążyłam zaprotestować.
Kiedy stanęliśmy na ganku nawiedzonego domu, w oczy od razu rzucił mi się wąż wyrzeźbiony na frontowych drzwiach.  Pomiędzy jego splotami dostrzegłam diadem, czarę, książkę, pierścień i medalion. Wyglądało to jak herb rodowy…
- Nie znam się na heraldyce, ale to wygląda na herb – mruknął Robbie, potwierdzając moje przypuszczenia. – Ciekawe co oznacza…?
- Wygląda znajomo… - odparła Ann. – Może wykorzystali ten motyw w jakimś filmie…?
- Wejdźcie do środka, a ja rozejrzę się w ogrodzie – zaproponowałam, ucinając tę dyskusję i ruszyłam na tyły domu.
- Erm, Alice…? – zawołał za mną Robbie. – Otworzysz…?
Westchnęłam i wróciłam się na ganek. Drzwi choć pięknie rzeźbione były strasznie spróchniałe, a zamek trzymał ledwo-ledwo.
- Wystarczy mocniej popchnąć… - zauważyłam, ale posłusznie wyciągnęłam z kieszeni sławną już spinkę i pogmerałam ją w zamku. Chwilę to trwało, ale w końcu udało mi się otworzyć drzwi bez niszczenia ich.
- Może kiedyś jednak poprosimy o klucz? – zaproponowałam, chowając spinkę do kieszeni.
- Tak jest o wiele ciekawiej – wyszczerzyła się Ann i zniknęła w środku razem z Robbiem.
Obeszłam dom dookoła, próbując wypatrzeć coś w oknach. Jednak to szopa stojąca na końcu ogrodu wywołała moje największe zainteresowanie. Podeszłam do niej ostrożnie i trzymając w pogotowiu pistolet pchnęłam drzwi. Uchyliły się z niemal filmowym skrzypnięciem. Weszłam do środka. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to… pustka. Szopa była zupełnie pusta.
Obróciłam się, kiedy nagle drzwi się zatrzasnęły. Odbezpieczyłam pistolet i czujnie się rozejrzałam, czekając na ducha. Coś jednak mi nie pasowało… temperatura wcale nie spadła, chociaż powinna. Jeżeli tu był duch…
Podeszłam do drzwi. Były zamknięte.
- Halo? Jest tu kto? Duszku? – zawołałam w przestrzeń, ale odpowiedziała mi cisza. – No, nie… - mruknęłam i sięgnęłam po telefon. Zasięg też był w porządku. Dla pewności włączyłam latarkę. Światło nie migotało. – No, nie… - jęknęłam raz jeszcze i zadzwoniłam do Ann.
- Co jest? – zapytała zaniepokojona.
- Zatrzasnęłam się w szopie na końcu ogrodu – mruknęłam.
- W sensie, że duch cię uwięził? – po jej głosie poznałam, że już biegnie w moim kierunku.
- Nie duch, tylko zwykły przeciąg – mruknęłam, czując się coraz bardziej głupio. – Czy ja zawsze muszę mieć takiego pecha…?
Anna rozłączyła się, a po paru minutach usłyszałam, jak ktoś wali do drzwi. W końcu stare drewno nie wytrzymało i z łoskotem wpadło do środka.
- Ty zawsze się w coś wpakujesz… – westchnęła Ann.
- Bywa – odparłam. – Znaleźliście coś? – zainteresowałam się.
- Nic ciekawego. Robbie czeka na nas na rynku – dodała, odczytując SMSa.
Kiedy dotarłyśmy na rynek jednogłośnie postanowiliśmy zgłębić historię domu i rodziny Abbott. Dlatego poszliśmy… Tak, do biblioteki. Ann była oczywiście w siódmym niebie.
I tak ponownie wylądowaliśmy nad stertą gazet i starych ksiąg. Długo szperaliśmy szukając jakiejkolwiek przydatnej informacji…
- Zasadniczo to potrzebujemy tylko informacji, gdzie pochowano tę kobietę – zauważył Robbie. – Nic więcej nam do szczęścia nie jest potrzebne…
- Problem w tym, że jej NIE POCHOWANO – zwróciłam mu uwagę i westchnęłam. Nagle mój wzrok padł na jeden z artykułów w starej gazecie.
"POWRÓT RONALDA ABBOTTA
Sir Ronald Abbott, po wielu latach tułaczki powrócił w końcu do Little Hangleton, gdzie z przykrością odkrył, że podczas jego nieobecności w jego rodzinie doszło do serii zabójstw oraz ohydnej bigamii. Jego żona Ginewra, biorąc go za zmarłego pojęła za męża jego brata, Jamesa. Lady Ginewra otrzymała informację o tym, że sir Ronald zginął podczas jednej ze swoich wypraw do Ameryki Południowej. Informacja ta jednak jest nieprawdziwa, a sir Ronald ma się dobrze. Tuż przed jego powrotem siedmioro dzieci sir Ronalda w bestialski sposób usunęło ojczyma, a matka zemściła się za ten czyn w wyjątkowo okrutny sposób: dwóch synów udusiła, dwóch następnych utopiła, dwóch zastrzeliła, a jedyną córkę pchnęła sztyletem. Sir Ronald powrócił do domu w dniu, w którym zrozumiawszy swój potworny czyn sama odebrała sobie życie na strychu rodowej rezydencji Abbottów. Sir Ronald odebrał jej ciało z kostnicy i więcej nie widziano ani jego ani ciała jego żony. Ciało sir Jamesa oraz dzieci Ginewry i Ronalda spopielono i złożono na miejscowym cmentarzu."
- Super, czyli mamy o jednego trupa mniej… - mruknęłam.
- …a zniknięcia ciała wcale nie jest takie tajemnicze, na jakie wygląda – dodała Ann. – Więc co robimy w takim razie?
- Cóż – westchnął Robbie - nadal nie wiemy gdzie możemy szukać ciała Ginewry, ale…
- Zaraz, zaraz – przerwałam mu. – A czy w domu były jakiekolwiek ślady bytności ducha?
- Nie bardzo… - odparli po chwili wahania. – Ale o co ci chodzi?
- Z artykułu wynika, że Ronald wywiózł gdzieś ciało żony. To raczej powinno jej utrudnić nawiedzanie tego domu, prawda?
- Cóż, po pierwsze mógł ją wywieźć niedaleko – odparła Anna - a po drugie mogła być silnie związana z tym domem. Czasem duchy nawiedzają miejsca oddalone o dziesiątki kilometrów od miejsca swojego pochówku…
- Nadal coś mi nie pasuje… byliście na strychu? – zapytałam.
Robbie spojrzał na mnie z zakłopotaniem.
- Nie, nie mogliśmy znaleźć wejścia, a potem zadzwoniłaś, więc…
- Więc sobie odpuściliście – mruknęłam. – Dobra – dodałam głośniej – zrobimy tak: wy poszukacie strychu i tam trochę powęszycie, a ja rozejrzę się na cmentarzu. Ta historia jest za bardzo zagmatwana, by mieć proste wyjaśnienie…
Anna skinęła zadowolona głową i pożegnaliśmy się. Ruszyłam w kierunku cmentarza.

***&***

Spojrzałam na rozległy plan parku i cicho jęknęłam.
- To nam zajmie całą wieczność - mruknęłam.

- Chyba jednak, będzie nam potrzebna pomoc - powiedział Adam.
Wyjęłam moją "komórkę numer trzy" i wykręciłam numer do Alice. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że przecież jestem na nią zła. Odebrała po trzecim sygnale.
- No? - usłyszałam jej rozdrażniony głos.
- Mamy problem. Park jest za duży na dwójkę łowców. Dacie radę kogoś przysłać? - spytałam.
- Zobaczymy co da się zrobić - rozłączyła się.
- Co za bezczelna krowa - mruknęłam. - Rozłączyła się.
- Alice?
- Skąd wiedziałeś?
- Powiedzmy, że zgadłem - uśmiechnął się szeroko i usiadł za kierownicą.
Popatrzyłam na niego zdziwiona.
- Trzeba znaleźć jakiś motel - powiedział Adam.
- Wiesz, że gdybym cię tak nie kochała...
-... nie siedział bym na miejscu kierowcy?
Usiadłam obok niego i pocałowałam go.
- Jak ty mogłeś wątpić w to, że jesteś ważniejszy od maleństwa - udałam obrażoną.
- No, nie gniewaj się - powiedział i musnął ustami moją szyję.
Nie zareagowałam, a Adam powtórzył pieszczotę.
- Wybaczam ci - mruknęłam.
Zaśmialiśmy się i odjechaliśmy z pod zarządu parku.
Motelik był taki jak zwykle tani i obskurny. Adam wynajął pokój dwuosobowy, a ja próbowałam dodzwonić się do Ann, Alice, albo chociaż Robbie'ego. Żadne nie odbierało.
- Chodźmy coś zjeść - Adam pojawiła się nagle za mną.
- Umieram z głodu.
Wyszliśmy z motelu i ruszyliśmy w kierunku przytulnej knajpki. Usiedliśmy w rogu, przy oknie i zamówiliśmy po hamburgerze.
- Myślisz, że przyjadą? - spytałam.
- Na pewno.
Kiedy już zjedliśmy Adam zasłonił mi oczy i prowadził mnie gdzieś. Nie bałam się, że się przewrócę. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach. W końcu Adam zdjął dłonie z moich oczu i zobaczyłam mały skwerek. Na środku stała biała trzypiętrowa fontanna, a całość otaczał wysoki żywopłot. Usiadłam na ławeczce, a Adam klęknął przede mną.
- Wyjdziesz za mnie? - spytał, wyjmując z kieszeni małe czerwone pudełeczko.
Otworzył je, a w środku znajdował się złoty pierścionek z małym niebieskim oczkiem. Nie potrafiłam z siebie nic wydusić. Ta chwila była tak nierealna. Łowcy nie jest dane przeżywanie czegoś takiego.
- Tak - odparłam łamiącym się głosem.
Adam założył pierścionek na mój palec, a ja wtuliłam się w niego. W tej chwili nic nie istniało. Byłam tylko ja i Adam i obietnica lepszego jutra.
***&***

Kiedy dotarłam na cmentarz miałam już zasób wskazówek, który miał mi pomóc odnaleźć potrzebne groby, a raczej grobowiec. Wydawało mi się nieco dziwne, że dzieci pochowano razem z znienawidzonym ojczymem, ale to nie była jedyna rzecz, która mi tu nie pasowała. Coś było zdecydowanie nie tak z tą rodziną…
Na straży grobowca stał ponury, zakapturzony anioł z kosą. Zapewne miał wyobrażać śmierć, bo pod powłóczystą szatą widać było jedynie kości. Obok stał kromy grób niejakiego Marvolo Gaunta. Wzdrygnęłam się na widok posągu, choć nie było jeszcze bardzo późno, lecz pochyliłam się nad tablicą.
  
James Abbott
* 7.08.1800
+ 12.06.1849
Fred Abbott
* 4.09.1831
+ 13.06.1849
Arthur Abbott
* 4.09.1831
+ 13.06.1849
Thomas Abbott
* 17.05.1833
+ 13.06.1849
Harry Abbott
* 1.12.1836
+ 13.06.1849
Peter Abbott
* 15.06.1839
+ 13.06.1849
Andrew Abbott
* 2.03.1842
+ 13.06.1849
Luna Abbott
* 31.07.1834
+ 13.06.1849

Od ilości dat mieniło mi się w oczach, ale dotarło do mnie, że Ginewra zabiła swoje dzieci już następnego dnia po zbrodni popełnionej na ojczymie. Przeraziło mnie, że najmłodsze dziecko miało zaledwie siedem lat… Jak bardzo lady Ginny musiała kochać swojego drugiego męża by zabić siedmioletniego syna? Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić…
Z jednej strony w czasach małżeństw aranżowanych mogło się zdarzyć, że rodzina kazała jej wyjść za mąż za brata swojego ukochanego, co wyjaśnia frustrację po jego śmierci z rąk własnych dzieci… Ale…
Istotny był również fakt, że James i Ronald byli bliźniakami i byli identyczni, o czym przekonaliśmy się oglądając archiwalne fotografie. Jedynym różniącym ich szczegółem była niewielka blizna na czole, którą James nabył w dzieciństwie…
Zamrugałam, czując, że coś na kształt rozwiązania zagadki błąka się na skraju mojego umysłu. Jednak nim zdążyłam to uchwycić, rozdzwonił mi się telefon.
- No? – mruknęłam rozdrażniona, bo czułam, że myśl mi ucieka.
- Mamy problem. Park jest za duży na dwójkę łowców. Dacie radę kogoś przysłać? – usłyszałam głos Wer.
- Zobaczymy co da się zrobić - rozłączyłam się szybko i schowałam telefon do kieszeni.
Zagapiłam się ponownie w nagrobek. Blizna, bliźniacy, dzieci pochowane razem z ojczymem…
Bliźniacy. Blizna.
Wróciłam szybko do biblioteki, po drodze dzwoniąc do Ann.
- Macie coś?
- Aha. Znaleźliśmy wejście na strych, było nieźle zamaskowane. Ten dom musi mieć z milion tajnych skrytek…
- …których wcześniej nie zauważyliście, bo…? – weszłam jej w słowo. Ann zamilkła na dłuższą chwilę, a w tym milczeniu wyraźnie wyczułam zawstydzenie.  – Ok, zostawmy to. Co z tym strychem?
- Bałagan, stare zdjęcia, listy, śmieci. Lina, którą na wszelki wypadek spaliliśmy… Tym razem zapałki zadziałały…
Zignorowałam złośliwość i pchnęłam drzwi do biblioteki.
- Słuchaj, Ann… Wer do mnie dzwoniła, że potrzebują pomocy. Muszę do nich jechać, dacie sobie radę?
- Ale nic się nie stało? – zaniepokoiła się Ann.
- Nie spokojnie, po prostu park przerósł ich możliwości – odparłam prędko, bo bibliotekarka właśnie zabijała mnie wzrokiem, za zakłócanie ciszy.  – Ja muszę kończyć. Sprawdzę jedną rzecz, bo coś mi świta i zostawię wam w bibliotece kartkę ze wskazówkami, ok? Przejrzyjcie uważnie te zdjęcia i listy, tam może być coś istotnego… Zwłaszcza zdjęcia.
- Ok… - nim Ann zdążyła dodać coś jeszcze rozłączyłam się i mijając wściekłą bibliotekarkę pognałam do czytelni.
Zasiadłam nad albumem ze starymi zdjęciami i odszukałam na nich rodzinę Abbottów. Na każdym zdjęciu uważnie przyglądałam się Ronaldowi. Wkrótce odkryłam, że na części zdjęć uwieczniono nie Ronalda, lecz Jamesa! Wyglądało na to, że albo James podszywał się pod brata albo swobodnie zamieniali się miejscami.
- Ciekawe… - mruknęłam do siebie i zaczęłam sporządzać notatki dla Anny i Robbiego. Poza tym odkryłam jeszcze, że James interesował się podróżami, zwłaszcza Ameryką Południową i marzył o podróży w tamte rejony…
„Czy to nie dziwne, że James marzy o podróży, a na wyprawę wyrusza Ronald i prawie tam ginie…?” – zastanawiałam się. W jednej z kornik odkryłam wzmiankę, że ojciec braci zdecydowanie faworyzował Ronalda i finansował większość jego zachcianek. W głowie powoli zaczynał mi się pojawiać zarys tej historii… Kiedy jednak spojrzałam na zegarek, odkryłam, że już późno i powinnam udać się na pomoc Wer i Adamowi. Uzupełniłam więc notatki dla Robbiego i Ann, a następnie zostawiłam je pod opieką bibliotekarki. Spojrzała na mnie podejrzliwie, ale obiecała przekazać wiadomość.
Kiedy wyszłam z biblioteki uświadomiłam sobie, że nie mam samochodu.  Robbie na pewno by mi nie pożyczył, a poza tym miałam mało czasu do stracenia… Z westchnieniem rozejrzałam się po opustoszałym o tej porze miasteczku i mój wzrok padł na nieliczne samochody stojące wzdłuż ulicy.
Westchnęłam.
- Ta robota naprawdę demoralizuje – mruknęłam i sięgnęłam do kieszeni po ukochaną spinkę…

***&***

Nagle zobaczyłam Alice w jaskrawo pomarańczowym kabriolecie. Przetarłam oczy, bo nie mogłam w to uwierzyć.
- Ale masz gust - rzuciłam, kiedy wysiała.
- Tylko to udało mi się zwędzić - odparła spokojnie.
Adam objął mnie spokojnie ramieniem i gładził po plecach.
- To plan parku - podałam Alice jedną z kserokopii.
- Mhm - Ruda pochyliła się nad mapką.
- Rano, raczej nic nie znajdziemy - powiedział Adam. - Myśleliśmy, żeby wybrać się tam w nocy.
- Mhm... - mruknęła Alice.
- Co język połknęłaś?! - warknęłam.
Zignorowała moją docinkę, ograniczając się do krótkiego ponurego spojrzenia.
- Wynajmę sobie pokój - powiedziała w końcu i schowała mapkę do kieszeni.
Podreptałam za nią, aż do jej pokoju. Bez ceregieli usiadłam na łóżku, a Adam obok. Założyłam nogę na nogę i położyłam na niej obie dłonie.
- Co u Ann? - spytałam.
- W porządku. Robbie o nią zadba.
Alice odwróciła się do mnie i zrobiła zdziwioną minę.
- Wer, od kiedy ty nosisz pierścionek?
- To? - wskazałam srebrną obrączkę na szyi - Od dziesiątego roku życia - mruknęłam.
Alice przewróciła oczami.
- Ten drugi - wskazała moją dłoń.
- Oświadczyłem się - wypalił Adam nim zdążyłam wymyślić ciętą ripostę.
Mina Alice całkiem zbiła mnie z tropu.Nie wyglądała na zaskoczoną. Możliwe, że w ogóle jej to nie obeszło, bo nic nie odpowiedziała.
- Dobra. Będziemy u siebie - mruknął Adam i pociągnął mnie do wyjścia.
Jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Po chwili siedziałam na łóżku małżeńskim, a Adam siedział na przeciw i całował moją szyję. Wsunęłam dłoń pod jego koszulkę i przesunęłam do góry. Trafiłam na bliznę ciągnącą się od lewego ramienia do mostka.
Trzy dni po zakończeniu felernego obozu tata, mama i pani Ward pojechali na akcję. Ann jak zwykle została z Harrym, a mnie rodzice zawieźli do Adama. To była ostatnia noc, do pana Ward przyszedł jakiś kolega i pili wódkę w salonie. Ja i Adam wracaliśmy z miasta. Chłopak ledwie zdjął buty, kiedy Derek złapał go za ramię i siłą zaprowadził do salonu. Jego wredny kolega złapał mnie tak, abym nie mogła się wyrwać.
- O której się wraca? - spytał mocno już wstawiony Derek.
- Przepraszam - wyjąkał Adam.
- To moja wina - powiedziałam.
- Nie kłam - wysyczał mi facet, który mnie trzymał.
Zaśmierdziało na wpół przetrawioną wódką. Derek uderzył Adama w twarz. Następnie wyjął z kominka rozgrzany pręt, służący za pogrzebacz i uderzył nim chłopaka w ramię. Adam krzyknął i upadł na podłogę.
- Zostaw go! - krzyknęłam.
Pan Ward kopnął syna w brzuch.
- Zostaw go! - krzyczałam, wyrywając się.
Po moich policzkach spływały łzy. Derek podszedł do mnie, spojrzał na mnie zimnym wzrokiem.
- Nigdy nie zostaniesz prawdziwym łowcą - wysyczał. - Prawdziwy łowca nie płacze i nie jest sentymentalny.
Jego kolega mnie puścił i oboje poszli do kuchni pić, a ja uklękłam przy Adami.
Zdjęłam z Adama koszulkę i zaczęłam całować tę bliznę. Adam nie został mi dłużny i też zdjął mój top.

***&***

Długi czas spędziłam pochylona nad kserokopią mapy parku. Był naprawdę spory, a o duchu wiedzieliśmy niewiele. Czułam, że mózg mi zaraz eksploduje. Była późna noc, a ja cały miniony dzień spędziłam na rozwiązywaniu upiornie trudnej zagadki. Teraz miałam do rozgryzienia kolejną.
Zastanawiałam się, dlaczego Wer nie poszukała jeszcze informacji o duchu, nie wiedzieliśmy o nim prawie nic… No, ale przecież była tu z Adamem, nad czym ja się zastanawiam…
Westchnęłam cicho i złożyłam mapę na pół. To na nic. Potrzebujemy więcej informacji. Pora dnia uniemożliwiała nam szukanie informacji w bibliotece, która od dawna była zamknięta, ale zostało nam jeszcze przeszukanie parku. Noc nadawała się do tego idealnie…
Zerknęłam raz jeszcze na mapę. Legenda była bardzo niewyraźna, ale udało mi się odkryć jakieś ruiny, sceny taneczne, ogrody i altany. Dodatkowo gęste krzaki idealne na zakopanie ciała czy czegokolwiek innego.
- Trzeba sprowokować tego ducha – westchnęłam i wyszłam z pokoju.
Zamyślona zapukałam do drzwi Wer i nie czekając na odpowiedź weszłam do środka po czym stanęłam zamurowana. Weronika siedziała obnażonemu do pasa Adamowi na kolanach i całowali się namiętnie. Jednak w osłupienie wprowadziło mi to, że od pasa w górę Wer ubrana była jedynie w kremowy stanik…
Na dźwięk otwieranych drzwi Wer obróciła się gwałtownie i spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka.
- Puka się – warknęła.
- Pukałam – odparłam, otrząsnąwszy się z oszołomienia i w końcu udało mi się oderwać od nich wzrok i przybrać nieco mniej zbaraniały wyraz twarzy. Doprawdy, już nigdy nie wejdę nieproszona do czyjegokolwiek pokoju…
- Czego chcesz? – zignorowała moją wypowiedź,  mocno mrużąc oczy.
- Myślę, że powinniśmy się przejść po parku i sprowokować ducha. Teraz – dodałam, żeby nie było wątpliwości.
Wer odsunęła się od Adama, wstała i podeszła do mnie powoli. Potrzebowałam całej siły woli żeby się nie cofnąć.
- Uroczyście ci obiecuję, że kiedyś cię zamorduję… Daj nam się ubrać.
- Jasne – mruknęłam nic sobie nie robiąc z jej groźby. Nie pierwsza to i nie ostatnia…
Wyszłam z pokoju i próbowałam ochłonąć. Pierścionek zaręczynowy na palcu Weroniki był dla mnie małym zaskoczeniem, spodziewałam się czegoś podobnego. Ale…
Pokręciłam głową. Robbie ma dużo racji, łowcy muszą czerpać z życia garściami…
…ale czemu tuż przed moim nosem?
- Robisz to specjalnie? – wzdrygnęłam się. Adam totalnie mnie zaskoczył.
- Gdzie Wer? – zapytałam.
- Czesze się – odparł spokojnie, mierząc mnie jednak twardym spojrzeniem. – Więc jak? Robisz to z premedytacją czy po prostu masz takiego farta?
- Po prostu mam takiego pecha – sprostowałam ponuro. – Już nigdy nigdzie nie wejdę nieproszona… Będę mieć koszmary do końca życia…
Niespodziewanie Adam roześmiał się.
- Kiedy nie jesteś nieznośna to jesteś całkiem zabawna… - mruknął.
- Dzięki – sarknęłam. – Co prawda, zamiast „zabawna” wolałabym usłyszeć coś w stylu „inteligenta” albo „sprytna”, ale i tak fajnie było usłyszeć jakiś komplement – uśmiechnęłam się cierpko.
- Życie dało w kość? – zapytał nagle poważnie, widząc mój podły humor.
- Nie tak jak tobie – szepnęłam.
- Chodźmy – koło nas pojawiła się Wer. – A ty nie podrywaj mojego narzeczonego… - spojrzała na mnie gniewnie i rzuciła Adamowi kluczki do Impali. To już doprawdy było dziwne…
A najdziwniejsze było to, że usiadła obok mnie na tylnej kanapie. Adam był równie zaskoczony co i ja. Milczała przez dłuższą chwilę, aż w końcu zapytała:
- Przeprosisz mnie w końcu?
- Jeśli tylko mi powiesz za co – odparłam. Naprawdę nie miałam siły na główkowanie.
- Jeszcze się pytasz…?! – wybuchła.  – O mało nie zabiłaś Adama, zachowujesz się jakbyś byłą tu najmądrzejsza, robisz wszystko żeby mnie wkurzyć i jeszcze się pytasz za co masz mnie przeprosić…?!
- Pewnie ogółem za to, że żyję – mruknęłam gniewnie. – Za to, że pałętam ci się po życiorysie. Za to, że zginęli moi rodzice. Za to, że Adam został opętany. Za to, że staram się jak mogę, ale to nie wystarcza. Za to, że chcę tylko znaleźć ojca. Za to, że uważam, że życie łowcy nie jest dla mnie… - wyliczałam coraz bardziej wzburzona. Adam w milczeniu prowadził samochód, nie zwracając uwagi na naszą kłótnię. Do parku był spory kawałek. – Za to, że nie potrafię przejść do porządku dziennego po śmierci bliskich mi osób. Za to, że nie chcę wciągać w to bagno moich przyjaciół. Za to, że nie lubię pokazywać swoich uczuć. Za to, że wszystko maskuję ironią. Za to, że… - urwałam gwałtownie i cichutko wyszeptałam – za to, że próbuję na nowo odkryć jak to jest być sobą.
Wer siedziała w milczeniu, jakby zaskoczona moją tyradą. Adam zaparkował na niewielkim parkingu przed kutą żelazną bramą przy głównym wejściu do parku. Wysiadł zostawiając nas same i usiadł kawałek dalej na rozsypującym się murku.
- Czemu myślisz, że obwiniam cię o całe zło świata…? – zapytała nagle.
- Bo czasem sama myślę, że tak jest…
Wydawała się zaskoczona moim wyznaniem. Ale to była najszczersza prawda. Całe zło, które mnie spotkało… miałam nieustające wrażenie, że w mojej mocy było powstrzymanie go. Nie wiem jak, ale na pewno było coś, co mogłam zrobić.
- Alice… Cieszę się, że z nami jesteś.
Podniosłam na nią wzrok. Nie była już zła. Uśmiechała się.
- Wiesz co mnie najbardziej wnerwiało ostatnio? – zapytała, kiedy nie znalazłam odpowiedzi na jej słowa. – Twój spokój. To, że przy całej mojej wściekłości ty cały czas zachowywałaś spokój i nie dałaś się sprowokować. Chciałam, żebyś na mnie wrzasnęła, sklęła, obraziła. Ale twoje opanowanie denerwowało mnie jeszcze bardziej.
- Taki już mój urok – uśmiechnęłam się lekko. – Niektórzy potrafią zrobić potrójne salto, a ja jestem mistrzem we wkurzaniu ludzi.
Wer roześmiała się.
- W to nie wątpię.
- To co… zgoda? – zapytałam niepewnie.
Wer zmrużyła oczy.
- Ty się mnie boisz… - zauważyła i uśmiechnęła się szeroko. – Zgoda, ale pod jednym warunkiem.
- No?
- Jeszcze raz usłyszę z twoich ust, że nie nadajesz się na łowcę to naprawdę zostanie z ciebie morka plama – zagroziła.
Uśmiechnęłam się szeroko.
- W takim razie możesz zacząć szukać mopa, bo łowca to ze mnie żaden. Ale dla dobra sprawy mogę poudawać, że jest inaczej…
- Ty naprawdę chcesz zginąć… - Wer pokręciła z niedowierzaniem głową, a ja otworzyłam drzwi od Impali. Wer wysiadła za mną i złapała mnie za ramię.
- Nigdy w siebie nie wątp, Alice – przestrzegła mnie. – Wątpliwości to pierwszy i przedostatni krok do szybkiej i bolesnej śmierci…
- A ostatni? – zapytałam z wrodzonej ciekawości.
Uśmiechnęła się łobuzersko.
- Ostatni krok to głupota.

***&***

Stanęliśmy we trójkę na parkingu, przed parkiem. Był środek nocy i jedynymi dźwiękami było pohukiwanie sowy i Alice dmuchająca nos.
- Teraz na pewno element zaskoczenia mamy z głowy - zażartował Adam.
- Właśnie o to chodzi - szepnęłam. - Jak zobaczymy ducha, łatwiej go będzie zidentyfikować.
Adam podał mi i Alice pistolety naładowane solą. Weszliśmy w głąb parku.
- To teraz jak w horrorze? Rozdzielimy się? - zaśmiałam się.
- Genialny plan - skwitowała Alice.
Postanowiłam zignorować jej komentarz i ruszyłam przed siebie w kierunku wielkiej sosny. Nic. Później przeszłam kawałek i zobaczyłam młodą dziewczynę z blond włosami długimi do pasa, które zaplecione były w mizerny warkocz. Miała na sobie kremowe spodnie rurki i czarny top z odkrytymi plecami. W pierwszej chwili nie skojarzyłam, że to nasz duch. Dopiero kiedy Adam wystrzelił, dotarło to do mnie.
- Zakładam jej osobisty, jednoosobowy fanklub - mruknęłam.
- Co? - zapytała Alice.
- Ten duch nie ma białej sukienki, należy mu się szacunek - odparłam.
Adam się zaśmiał.
- Teraz musimy odkryć kim ona jest - powiedział Adam.
Zaczęliśmy więc wracać do Impali, kiedy duch stanął przed nami. Nie zaatakował jednak.
- Ta miłość nie jest ci pisana - usłyszałam jej dźwięczny głos, w swojej głowie. - Pisana ci śmierć i odrodzenie. Strata i nadzieja. Jeden twój błąd może zmienić przyszłość wielu - i zniknęła.
- Co ona się tak gapiła i nic nie mówiła? - spytała Alice.
Nie odpowiedziałam, byłam zbyt zszokowana tym co powiedział mi duch. Jak to, ta miłość nie jest mi pisana? Jak można umrzeć i żyć dalej? Co ona bredziła? Pewnie chciała tylko mnie nastraszyć.
- Co tak milczysz? - spytał Adam.
- Nie psuj tego spokoju - zażartowała Alice.
- Zastanawiam się jak Alice sobie radzi bez mózgu - zaśmiałam się.
- A było tak pięknie - skwitowała Ruda.


***&***

Znowu wylądowaliśmy w bibliotece.
Zanim wróciliśmy z parku, już świtało, więc nie było sensu wracać do motelu. Tu wszędzie było tak daleko… Usiedliśmy na ławce na rynku i czekaliśmy aż otworzą kawiarnię.  Wypiliśmy po mocnej kawie i kiedy tylko otworzono bibliotekę zasiedliśmy nad grubymi księgami i albumami.
- Znów to samo… - jęknęłam. Bibliotekarka uciszyła mnie wzrokiem. Wyglądała niemal identycznie jak ta w Little Hangleton. – Czego szukamy?
- Najpierw musimy się dowiedzieć co to za dziołcha, przynajmniej wiemy jak wygląda – mruknęła Wer zagłębiając się w album ze zdjęciami z corocznego miejscowego festynu.
- Sądząc po tym, jak była ubrana, nie musimy szukać daleko… - dodał Adam, sięgając po kolejny album.
- Tylko ostatnie 40 lat – mruknęłam zrezygnowana, patrząc z powątpieniem na stos albumów piętrzący się na stole. Z westchnieniem zaczęłam przeglądać jeden z nich.
Dłuższy czas pracowaliśmy w milczeniu. Ciszę przerywał jedynie szmer przewracanych kartek i ciche kroki bibliotekarki.
- O co właściwie chodziło z waszym duchem? – zainteresowała się Wer. Cieszyłam się, że miedzy nami już ok. Jej wredny humor potrafił być bardzo męczący i demotywujący.
- Dobre pytanie – mruknęłam, - Ogółem mąż kopnął w kalendarz, żona bierze ślub z jego bratem bliźniakiem, dzieci mordują ojczyma, matka zabija dzieci i popełnia samobójstwo. Nikt nie wie gdzie jest ciało, bo pierwszy mąż okazuje się nie być nieboszczykiem i ukrywa gdzieś ciało. Na dodatek, bracia non stop zamienili się miejscami, pytanie tylko czy specjalnie…
- Skomplikowane – skomentował Adam.
- Ano… - mruknęłam i chciałam jeszcze trochę pomarudzić, ale Wer zerwała się nagle z okrzykiem.
- Mam! Spójrzcie! – pokazała nam jeden z albumów.
Na wskazanym przez nią zdjęciu stała dziewczyna z parku, w bardzo podobnym stroju zresztą. Koło niej stała jeszcze jedna dziewczyna. Podpis pod obrazkiem głosił: „Viginia Blanco oraz Amanda Dippet, zwyciężczynie konkursu na najlepsze ciastka podczas dorocznego festynu”. Zdjęcie datowane było na trzy lata wstecz.
- Ok, czyli wiemy już jak się nazywa… Czas poszukać czegoś o okolicznościach jej śmierci – mruknęłam i zawołałam bibliotekarkę. Na pytanie o Virginię zareagowała z podejrzliwością.
- Czemu was to interesuje…?
- To przyjaciółka mojej kuzynki – skłamałam gładko. – Chcieliśmy odwiedzić jej grób…
- Ona nie miała przyjaciół – bibliotekarka zmrużyła oczy.
„Trzeba było powiedzieć, że kuzynka przyjaciółki…” – westchnęłam w myślach, szybko szukając jakiegoś nowego kłamstwa.
- Poznały się na jakimś wyjeździe w dzieciństwie. Clary, moja kuzynka, dobrze ją zapamiętała, bo pożyczyła jej książkę, a ponieważ już się nie spotkały…
- Przykro mi, ale nie mogę pomóc. Jej ciało nie zostało znalezione…
- Ale… jak to? – wyrwało mi się.
Bibliotekarka westchnęła.
- Październik 2011 – wskazała stos archiwalnych wydań miejscowej gazety.
- No, to szukamy dalej… - mruknął Adam i przeniósł do naszego stolika stosik gazet z podanego okresu. Znów zaczęliśmy czytać…
- Ok, mam to – powiedziałam po chwili, otwierając gazetę z 12 października.
„W dniu wczorajszym 21-letnia Virginia Bianco została uznana za zaginioną – przeczytałam na głos. -  Wyszła na spacer do parku i nie wróciła. Policja przeszukała park, a odnalezione ślady pozwalają przypuszczać, że została zamordowana. Nie znaleziono jednak jej ciała. Policja nadal bada tę sprawę...”
- Jest dalej coś ciekawego? – zapytała Wer.
- Nie tylko jakieś bzdury o jej codziennym życiu w miasteczku… - odparłam, odkładając gazetę na stół.
- Jesteś pewna? – zapytał Adam, wskazując jakiś fragment.
„Virginia nie była normalnym dzieckiem - powiedziała nam jedna z jej sąsiadek. - Była przerażająca. Czasem jak spojrzała na ciebie tym wielkimi oczami, to człowiek aż się otrząsał. Cała jej rodzina była obłąkana, dom wariatów…! Czasem jak coś powiedziała do kogoś tym ponurym głosem to, aż mroziło człowieka. Ci co z nią gadali ,raczej kiepsko kończyli, chociażby ten chłopak od Eastwoodów…
Wspomniany chłopak od Eastwoodów, czyli Charlie Eastwood, to kolega z klasy Virginii. Razem chodzili na zajęcia plastyczne. Zginął parę miesięcy temu potrącony przez samochód. Wśród mieszkańców wioski, krążą pogłoski, że kilka dni wcześniej Virginia ostrzegała go przed samochodami, a chłopak chodził nieźle wystraszony. Czy te sprawy się łączą? Czy Virginia była wieszczką…?”
- Czy ten artykuł jest podpisany „V.Mertigo”? – sarknęłam. – Bo napisany jest w podobnym tonie…
- Nie, tym razem nie – pokręciła głową Wer. – Więc co z tym robimy?
- Pogadajmy z ludźmi. Warto dowiedzieć się o niej coś jeszcze – zauważyłam.
- Ja jeszcze obejrzałbym jej grób – mruknął Adam.
- Grób?
- Tutaj napisali, że na cmentarzu jest symboliczna mogiła.
- Ok, czyli się rozdzielamy? – zapytałam.
- Tak, obejrzę ten grób i zaraz do was dołączę – postanowił Adam. – Będziemy w kontakcie – pocałował Wer w policzek i wyszedł.
- To gdzie najpierw? – zapytała Weronika.
- Jej matka mieszka niedaleko… - zaproponowałam. Chwilę później stałyśmy już pod zaniedbanym domkiem.
- Pani Bianco? – zapytałam, gdy otworzyła nam niska, chuda kobieta. Miała matowe, przetłuszczone włosy i ziemistą cerę. Ubrana była w szary, wystrzępiony szlafrok.
- Mogę w czymś pomóc? – zachrypiała.
- Chciałyśmy porozmawiać o pani córce, Virginii – powiedziała łagodnie Wer, kładąc jednocześnie dłoń na framudze, tak by kobieta nie mogła zatrzasnąć nam drzwi przed nosem.
- Duchy nie lubią być wzywane za dnia – coś w jej głosie sprawiło, że zrobiło mi się nagle strasznie zimno. – Wejdźcie, dawno nie miałam gości – dodała już normalnym tonem.
Usiadłyśmy na wysłużonej kanapie, a kobieta poczłapała do kuchni, powłócząc nogami.
- Co chcecie wiedzieć? Mam dla was ciasteczka…
Ciasteczka wyglądały na bardzo stare i zakurzone. Nie byłam pewna, czy biała substancja, którą były pokryte to lukier czy pleśń…
- Jaka była za życia, co lubiła robić, jakie miała relacje z rówieśnikami…
- Żadnych – przerwała nam ponuro kobieta. – Całe miasteczko jej się bało, wyzywali ją od czarownic…
- Dlaczego…?
- Virginia… troszczyła się o ludzi, nie chciała by stała im się krzywda. Chciała ich chronić, jak tylko mogła. Ale czasem wiedza… - zmrużyła oczy. – To zrobił stary Eastwood, zemścił się za syna… Ale nic mu nie zrobią, nie ma dowodów, zresztą jego brat jest burmistrzem…A przecież… Virginia tak bardzo kochała Charliego, chciała zrobić wszystko, żeby nie dopuścić do jego śmierci… On nie wiedział o jej uczuciach, a potem… Bał się, myślał, że chce mu napędzić stracha, a on przecież wiedziała co go czeka, chciała…
Kobita umilkła. W napięciu czekałyśmy, co jeszcze powie. Nagle podniosła głowę.
- Co wy tu robicie?! Kto wam pozwolił tu wejść? Nie chcę nowego odkurzacza, mój działa bardzo dobrze, wynocha stąd…!
Zerwałyśmy się z kanapy i rzuciłyśmy do wyjścia, ta kobieta mnie przerażała… Wer wypadła za drzwi, a ja nagle poczułam na ramieniu mocny uścisk kościstej dłoni.
- Strzeż się, córko łowcy – usłyszałam tuż przy uchu jej zachrypnięty szept. – Strzeż się, bowiem za tobą idzie śmierć. Twoje życie jest warte więcej niż ci się wydaje. Za tobą kroczy śmierć, a przed tobą przeznaczenie. Jesteś trucizną… Trucizną, która zatruje wszystko, cały świat… Jeśli tylko pomylisz drogę…
Odskoczyłam do niej przerażona. Uśmiechnęła się do mnie przez przymknięta drzwi.
- Smakowały ci ciasteczka? Może chcesz przepis…?
- Nie, dziękuję… - powiedziałam słabo i odwróciłam się czym prędzej. – Do widzenia…
- Wszystko ok? Jesteś strasznie blada, Alice? – zauważył Adam, kiedy dołączyłam do nich na końcu uliczki.
- Tak, po prostu dawno nie spałam – skłamałam. – Co na cmentarzu? – zainteresowałam się, by zmienić temat.
- Nic nowego. Grób jest pusty. A u was?
- Jej matka to stara wariatka, nie pytaj – skróciła Wer. – ogółem Virginia była szalona…
- …i umiała przepowiadać przyszłość – dodałam.
- Co?! – wyrwało się obojgu.
Mój wzrok padł na słup z ogłoszeniami.
- Myślę, że możemy się dowiedzieć, gdzie jest ciało Virginii…
Wer podążyła za moim wzrokiem.
- Wróżka? Serio?
Wzruszyłam ramionami.
- Już mnie nic nie zdziwi… - wyciągnęłam telefon i wybrałam numer. Nikt nie odebrał, ale z nagrania na sekretarce dowiedziałam się, że dziś wróżka nas nie przyjmie, ale możemy odwiedzić ją jutro.
- Macie jakiś lepszy pomysł? – zapytałam.
- Nie, ale to i tak jest nienormalne… - odparła Wer.
- Wracajmy do motelu – poprosiłam. – Chcę się w końcu porządnie wyspać…

***&***

Obudziłam się i spojrzałam na Adama. Nie spał, tylko bawił się moimi włosami. Przesunęłam ręką po jego umięśnionym brzuchu.
- Przepraszam - powiedział zakłopotany. - Nie chciałem cię budzić - zabrał dłoń z moich włosów.
- Nie obudziłeś - podniosłam się trochę i odnalazłam jego usta.
Całowaliśmy się coraz namiętniej i wtedy zadzwonił telefon.
- Cholera - zaklęłam i odebrała.
- Hej Wer - to była Ann.
- Cześć.
- Skończyliśmy i właśnie do was jedziemy - powiedziała.
- Dobrze.
- To pa.
- Pa.
Rozłączyłam się i wyłączyłam telefon. Podeszłam do drzwi i zamknęłam je od środka.
- Teraz nikt nam nie przeszkodzi - mruknęłam, wracając do łóżka.
- Nie poznaję cie - zażartował Adam i objął mnie, wsuwając dłonie pod koszulkę. 
Chwilę głaskał moje plecy, a ja całowałam jego obojczyk. Później zdjął moją bluzkę. Popchnął mnie, nachylił się nade mną i zaczął namiętnie całować. Gładziłam jego umięśnione plecy, a on zaczął odpinać moje spodnie.
***
Leżałam wtulona w Adama.
- Muszę się ogarnąć nim Ann przyjedzie - powiedziałam.
- Kocham cię - powiedział Adam.
- Ja ciebie też - odparłam i zniknęłam w łazience.
Prysznic zajął mi pięć minut. W tym czasie Adam ubrał się i zrobił naleśniki.
- Jesteś ideałem faceta - zabrałam się za wcinanie śniadania.
- Dla mojego ideału wszystko - zaśmiał się i nałożył sobie naleśniki.

***&***

- Hej, jak wam poszło? – zapytałam, kiedy już się zwlekłam z łóżka.
Obudził mnie zapach naleśników, Adam robił śniadanie, a Wer paradował tylko w majtkach i jego dużym białym T-shircie. Błogosławiłam mój kamienny sen, ale wstać postanowiłam dopiero, gdy w motelu pojawiła się Ann z Robbiem. Udało mi się wynająć pokój tuz obok Wer i Adama, więc mieliśmy wspólny aneks kuchenny i mogliśmy naradzić się przy śniadaniu.
- Cóż, mieliśmy trochę problemów, ale w końcu to rozgryźliśmy – uśmiechnęła się do mnie Ann. - Mówię ci, takiej pokręconej rodzinki, to ja jeszcze nie widziałam…
- No? – zapytałam naprawdę zainteresowana i zaatakowałam widelcem mój naleśnik. Taka miła odskocznia po nieśmiertelnej jajecznicy…
- W skrócie? No więc James, tak pragnął wyjechać do Ameryki Południowej, że zamienił się z Ronaldem. Ojciec sfinansował mu wyprawę i wyjechał. Potem został uznany za zmarłego. O zamianie wiedzieli tylko bracia. Ronald tymczasem jako James przebywał dużo z Ginny i ku swojemu zdumieniu odkrył, że żona żywi do niego cieplejsze uczucia niż kiedy przebywał z nią jako on…
- Czyli miałam rację z aranżowanym małżeństwem…? – zapytałam.
- Dokładnie – zgodził się Robbie. – Ronald odkrył, że jego żona miała romans z Jamesem. Trochę się zdenerwował, a kiedy oświadczył jej się jako James, bez wahania przyjęła oświadczyny.
- Ja nie mogę… - mruknęła przysłuchujące się nam z uwagą Wer mimowolnie zerkając na własny pierścionek. Ann podążyła za jej wzrokiem. Dostrzegła pierścionek, zerknęła na Adama i z uśmiechem pokiwała głową.
- Pięknie, podwójne małżeństwo…
- Tymczasem do Jamesa docierają wiadomości o ślubie Ginny – kontynuował Robbie. - Od dawna próbował pozbyć się jakoś brata, więc jako Ronald w tajemnicy wysyła do dzieci list, w którym opowiada o romansie Jamesa i Ginny i namawia ich do uśmiercenia „wuja”. Dzieci, niektóre już prawie dorosłe, knują spisek i wujek-ojczym, a tak naprawdę ich rodzony ojciec pada martwy. Ginny, przekonana, że zabito Jamesa, jej jedyną miłość, wpada w szał i zabija dzieci. James tymczasem  jest już w drodze powrotnej. Spotyka się z Ginny, a kiedy ta odkrywa, że tak naprawdę zabito jej męża, który ponoć był dość kiepskim towarzyszem życia, a ona zabiła bez powodu swoje dzieci… No, cóż… Lina, którą znaleźliśmy na strychu nie była tam bez powodu.
- A co z jej ciałem? – dopytywałam się.
- James pochował brata razem z dziećmi, a ciało Ginny porwał z kostnicy i wywiózł kilka kilometrów dalej. Pochował ją w swoim grobowcu pod przybranym nazwiskiem. Wystarczyło jedynie znaleźć miejsce pochówku Jamesa i sprawa była rozwiązana – zakończyła Anna.
- Genialne… - mruknęłam. – Na to bym nie wpadła…
- Bardzo pomogły nam listy znalezione na strychu i twoje notatki – dodał Robbie. – Zwłaszcza twoje uwagi o bliźnie i list wysłany przez Jamesa do dzieci…
- Dobra, dość tego dobrego, zaraz spóźnimy się do wróżki – przerwał nam rozmowę Adam, zabierając talerze.
- Wróżki?! – zdziwiła się Ann.
- Tak, do wróżki – mruknęła Wer. – Kolejny genialny pomysł Alice. Dajcie się ubrać.
- Prawdę mówiąc, gdyby nie Alice, to nie rozgryźlibyśmy zagadki… - mruknął Robbie i razem z Ann wyszliśmy na zewnątrz.
- Czy ja dobrze widziałam… - zaczęła Ann.
- Tak.
- A czy ja dobrze rozumiem, że oni…
- Tak – powtórzyłam z westchnieniem. – Ja nic nie wiem, nawet mnie nie pytaj.
- Ale o co chodzi? – Robbie wydawał się kompletnie nie zorientowany w sytuacji.
- Nic – odparłyśmy jednocześnie, a zaraz potem dołączyli do nas Adam i Wer. Ruszyliśmy pod wskazany adres.
Drzwi otworzyła nam starsza kobieta w fioletowym turbanie. Jąkała się lekko, kiedy nas witała.
- Nazywam się Sybilla, wejdźcie – poprowadziła nas do salonu zastawionego charakterystycznym wystrojem. – wiem jaki jest cel waszej wizyty…
- Ile nas to będzie kosztować? – zapytał praktycznie Adam.
- Obietnicę, że ulżycie tej biednej dziewczynie – odparła z uśmiechem staruszka. – Przyszliście tu w sprawie Virginii Bianco, prawda?
- Tak, czy może nam pani powiedzieć, gdzie ją pochowano? – zapytała Wer.
- Usiądźcie, zaraz się tego dowiemy…
Rozsiedliśmy się na fotelach i pufach, a kobieta zaczęła wyciągać różne przedmioty: płatki róży, jakieś drobne kostki, karty, srebrne kulki, coś co wyglądało jak pukiel włosów…
- A teraz poproszę osoby, które ją widziały by wraz ze mną utworzyły krąg i złapały się za ręce.
Wraz z Wer i Adamem podeszłam do wróżki i złapaliśmy się za ręce. Adam był bardzo sceptyczny, a reszta odsunęła się na bezpieczną odległość. Kobieta zaczęła coś nucić i mruczeć w jakimś dziwnym języku, coraz szybciej i szybciej…
- Ona tu jest…! – zawyła nagle prosto do mojego ucha. – Czeka, aż ją ktoś uwolni, szukała zemsty, lecz nie znalazła w niej ukojenia… Wciąż widzę w niej dobro… Wciąż chce chronić ludzi, lecz swą wieszczbą ściąga na nich przekleństwo… Niech strzegą się ci, którzy usłyszeli jej głos… Czy chcecie ją o coś zapytać…? Śmiało, pytajcie…
- Gdzie jest twoje ciało, Virginio? – wykrztusiłam w końcu.
- Me zwłoki leżą tam, gdzie stare łączy się z nowym, gdzie natura oplata technikę w miłosnym uścisku… Tam gdzie siła przyrody tańczy z geniuszem człowieka… Tam głęboko pod ziemią znajdziecie moje kości…
Staruszka zadrżała i nagle zawisła w moich ramionach. Przestraszyła mnie nie na żarty. Adam zabrał ją ode mnie, bo niewiele brakowało a i ja bym zemdlała, i położył ją a podłodze. Ocknęła się niemal natychmiast.
- Chyba jestem już na to za stara… Dowiedzieliście się czegoś pomocnego?
- To nie było do końca jasne… - mruknęła Wer.
- Mamy szukać miejsca, gdzie stare łączy się z nowym – wyjaśniłam. – A natura oplata technikę, czy jakoś tak… Zna pani takie miejsce?
- Myślę, że powinniście odszukać stare drzewo oplatające latarnię, tylko to miejsce kojarzy mi się z waszym opisem.
- W takim razie musimy iść do parku… - zadecydował Adam.
Pożegnaliśmy się i podziękowaliśmy za pomoc. Zabraliśmy sprzęt i pojechaliśmy z powrotem do parku.


***&***

- Widzisz gdzieś drzewo wrośnięte w lampę - zapytałam.
- Jakbym widział to bym ci powiedziała - mruknęła Alice.
Ann i Robbie sprawdzali inną część parku, ja z Alicę tę, a Adam jeszcze inną. Rozejrzałam się ponownie i nic. Same drzewa, żadnych lamp. Skręciłam w boczną ścieżkę i minęłam  zniszczony posąg wilka. Kawałek dalej stał drugi, a obok niego zauważyłam dąb... wrośnięty w starą parkową latarnię.
- Mam! - krzyknęłam do Alice.
Podbiegłyśmy tam i już miałyśmy zacząć kopać, kiedy zaatakował nas duch Virginii.
- Przepraszam - wyszeptałam i strzeliłam.
Zniknęła, ale po chwili wróciła. Ostatecznie Alice zajęła się kopaniem, a ja chwilowym odciąganiem ducha.
W pewnym momencie nim zdążyłam wystrzelić Virginia dźgnęła Alice nożem w udo. Szybko odesłałam ducha.
- Wszystko ok - mruknęła Alice i wróciła do kopania.
W końcu znalazła kości. Zrobiła to co zwykle, a Virginia stanęła w płomieniach.
- Czasami wiedza nas zabija - wyszeptała jeszcze w moim umyśle i zniknęła.
Odnalazłyśmy z Alice pozostałych i od razu pojechaliśmy do Harry'ego. Rana Alice była brzydka i uniemożliwiała jej sprawne poruszanie się.Nie powiedziałam im tego czego się dowiedziałam. To pozostanie tajemnicą moją i Virginii. Prawdą jest, że to nie ona zabijała miejscowych, ona tylko nadal przepowiadała im przyszłość, przepowiadała jak umrą. Większość próbując uniknąć losu ginęła wcześniej niż powinna. Tak jak to powiedział Virginia to wiedza ich zabiła.
*********************************************************************************
Na osłodę ostatniego dnia wolności macie nową nocię :)
W roku szkolnym mamy wielką nadzieję dodawać coś raz w miesiącu, ale nie wiemy jak to będzie :(
Mamy nadzieję, że się podoba :D
Wasze, S&S
P.S.
Tak się właśnie czuję(my) xD
Byle do października :*
Szur <3
...I Szal :)
PS od Szalonej: Supernatural znane jest z wielu nawiązań do popkultury. Pewnie zauwazliście, że w tej notce jest wiele nawiązań do Harry'ego Pottera. Jak wiele ich znajdziecie? Piszcie w komentarzach, co udało Wam się wyłapać :)