Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

piątek, 23 sierpnia 2013

Rozdział 9

NOTKĘ DEDYKUJEMY LUNIERAIN ZA TO, ŻE ZARAŻA NAS POZYTYWNYM PODEJŚCIEM DO ŻYCIA

Wróciłam z Adamem do domu Harry'ego. Alice z Harrym rozmawiali w kuchni. Chwilowo wszystko było okey. W salonie Ann oglądała jakiś słaby horror wtulona w Robbie'ego, nie chciałam im przeszkadzać, więc poszłam do kuchni, a Adam za mną.
- O czym tak gadacie? - spytałam.
- Ann wygląda na... bo ja wiem... szczęśliwą - powiedziała Alice.
- Wiem, dlatego nie mam nic przeciwko Robbie'emu, w szczególności, że już raz nas uratował i nikogo przy tym nie okaleczył - spojrzałam na Alice z wyrzutem.
- Jakby nie ja, już byłabyś martwa! - rzuciła ostro.
- Nie będę wyprowadzać cię z błędu - mruknęłam.
Alice już chciała mi coś odpyskować, ale Harry jej przerwał.
- Zamknijcie się i przestańcie zachowywać jak dzieci - powiedział spokojnie.
- Dobrze - powiedziałam cicho. - Będę u góry.
- Wiesz, że postąpiłaś głupio? - spytał jeszcze.
- Czasami każdy łowca traci zdrowy rozsądek - odparłam.
Wychodząc zauważyłam, że Ann zasnęła Robbie'emu na kolanach. Chłopak zauważył mnie i spojrzał lekko spanikowanym wzrokiem, Alice i Ann musiały mu fajne rzeczy o mnie naopowiadać, że tak się mnie boi.
- Zanieś ją na górę - poradziłam mu. - Możesz, o ile Harry nie ma nic na przeciw, tu spać - puściłam do niego oczko.
Adam poszedł do pokoju. Kiedy tam weszłam, próbował zmienić sobie opatrunek. Podeszłam i wyjęłam mu świeżą gazę z ręki. Delikatnie zdezynfekowałam ranę i fachowo opatrzyłam. Później pocałowałam go i położyliśmy się spać. Można pomyśleć, że postępuję bezmyślnie. Ale wbrew pozorom  jestem świadoma, że w życiu łowcy nie ma miejsca na miłość. Umieramy wyjątkowo szybko, a każda bliska osoba to kolejna karta przetargowa. I ja i Adam jesteśmy tego świadomi, a mimo to próbujemy. Obudził mnie dzwonek jednego z trzech telefonów Adama. Była druga w nocy. Spojrzał na wyświetlacz i szybko odebrał, wychodząc na korytarz. Mimo drzwi słyszałam co mówi.
- Halo Jake, co się stało? - spytał cicho, przez telefon.
Na chwilę nastała cisza.
- A gdzie są rodzice?
Wstałam i wciągnęłam jeansy na nogi.
- Dobrze. Słuchaj! Zabierz Lucasa i wyjdźcie z domu. Najlepiej do sąsiadki... Tak, daj jej telefon i z nią pogadam. Pod żadnym pozorem nie wchodźcie do domu. Już będę jechał - powiedział do telefonu.
Weszłam do łazienki, spięłam włosy w kok i zaczęłam myć zęby.
- Przepraszam, że panią obudził, ale jestem ich kuzynem - słyszałam Adama dzięki otwartym drzwiom do łazienki - i miałem przyjechać ale wyrobię się dopiero na jutro i czy chłopaki mogliby u pani przenocować?
Wyszłam ubrałam pierwszy lepszy T-shirt.
- Dziękuję.
Adam wszedł do pokoju.
- Co się stało? - spytałam.
- To długa historia. Wrócę niedługo.
- Więc opowiesz mi po drodze - powiedziałam i narzuciłam skórzaną kurtkę na T-shirt.
Adam zrobił zdziwioną minę.
- Chyba nie myślałeś, że cię puszczę samego - mruknęłam.
- Nie musisz. Załatwię to szybko i wrócę.
- Nie ma mowy - powiedziałam hardo.
Nagle drzwi się otworzyły i do pokoju wpadła zaspana Ann.
- Możecie przeprowadzać kłótnie małżeńskie w dzień? - mruknęła ze złością.
Zignorowaliśmy ją.
- I tak pojedziesz, co nie? - Adam się poddał.
- Kocham cię - pocałowałam go w policzek. - I zapomniałeś, że bez auta nie pojedziesz, a to ja je mam - pokazałam mu język.

- Gdzie jedziemy? - spytała Ann trochę już rozbudzona.
- Ty nigdzie, my do roboty - odparłam.
Zrobiła niewyraźną minę.
- Wiesz, że i tak się zabiorę, więc daj mi kilka minut na ogarnięcie się - powiedziała i nim zdążyłam zareagować pobiegła do siebie.
- No to przyjemną, prywatną misję mamy z głowy - mruknęłam.
Adam nic nie odpowiedział tylko złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w kierunku podwórka. Podeszłam do Impali i czule poklepałam ją po masce. Adam tylko przewrócił oczami i usiadł na miejscu pasażera. Wsiadłam do auta i czekałam na Anne.
- Wiesz, czasem to czuję się zazdrosny - powiedział od niechcenia Adam.
- O kogo? - zapytałam zdziwiona.
- O twoje auto. Kochasz je bardziej niż mnie - udał obrażone dziecko.
- Bo ono tyle nie zrzędzi - mruknęłam.
- Kto zrzędzi? - usłyszałam rozradowany głos Alice, która pchała się na tył mojej Impali.
Co do cholery ona tu robi. Rozejrzałam się za Ann i zauważyłam, że macha mi wsiadając z Robbie'm do jego wozu. Pokazałam jej uniesiony kciuk.
- Jeśli próbujesz zostać ofiarą morderstwa popełnionego przeze mnie to nie musisz mi tłumaczyć co do cholery tu robisz.
- Jadę na robotę.
- Chyba nie tym autem - rzuciłam ostro.
- Nie mogę jechać z Robbiem i Ann, bo mnie o to prosił.
Zacisnęłam rękę w pięść. Adam położył na niej swoją dłoń.
- Jeśli mnie wkurzysz to cię wysadzę i wracasz na piechotę - zaznaczyłam i odpaliłam auto.
Droga była prosta, długa i strasznie nudna. Alice na szczęście spała. Co prawda z otwartą buzią i bałam się, że obślini mi Impalę, ale przynajmniej nie gadała. Adam cały czas mnie nawigował. Ann i Robbie jechali tuż za nami. Po około trzech godzinach dotarliśmy do małego miasteczka Prelienstown. Zatrzymaliśmy się obok domu wskazanego przez Adama i postanowiliśmy zdrzemnąć się do siódmej. Adam położył głowę na moich kolanach. Gładziłam go po włosach. Po chwili oboje zasnęliśmy. Obudziła mnie Ann pukające w okno Impali. Robbie stał nieopodal. Adam też już wstał. Podniósł się, pocałował mnie w policzek i wyszliśmy z auta. Oczywiście nie miałam zamiaru budzić Alice. Adam poszedł do sąsiedniego budynku, a my zostaliśmy przy samochodzie. Widziałam jak Adam puka, a później otworzyła mu na oko dwudziestoletnia brunetka z długimi nogami. Na jego widok uśmiechnęła się promiennie i zaczęła coś trajkotać. Gestem wskazała, aby wszedł. Adam tylko pokiwał głową, a po chwili z wnętrza domu wyszła dwójka dziewięcioletnich chłopców. Przywitali się z Adamem i całą trójką ruszyli w naszym kierunku, a brunetka za nimi. Cały krótki odcinek, oddzielający nas od siebie, zagadywała Adama.
-... może byś chciał nocować u mnie - usłyszałam kiedy podeszli.
Adam podszedł do mnie i objął mnie w pasie.
- Ja i moja narzeczona damy sobie radę - odparł i pocałował mnie w skroń.
Kobieta zrobiła grymas, po czym ponownie się uśmiechnęła.
- Miło mi - wyciągnęła do mnie dłoń. - Jestem Gemma.
- Weronika - uścisnęłam jej dłoń.
Całkowicie zignorowałam fakt, że Adam nazwał mnie swoją narzeczoną. Nagle z auta wygramoliła się Alice z roztrzepanymi włosami i resztkami śliny na brodzie.
- Coś mnie ominęło? - zapytała.
- Idziemy do środka - spytałam szeptem Adama, całkowicie ignorując pytanie Rudej.
Kiwnął głową.
- Musimy już iść - zwrócił się do Gemmy.
- To do zobaczenia.
Adam nadal mnie obejmując podszedł do drzwi przy których stali chłopcy.
- Hej, jestem Lucas - powiedział ten o jaśniejszych blond włosach.
Oboje mieli niebieskie oczy.
- A ja Jake - ten miał trochę ciemniejsze włosy.
- Cześć, jestem Weronika, albo Wer, jak kto woli.
Weszliśmy do środka. W oczy rzucił się wielki telewizor plazmowy i konsola do gier. Chłopaki poszli na górę, a my z Adamem usiedliśmy na kanapie.
- Rodziców Jake'a zabił ghul, więc siostra jego matki go przygarnęła - wyjaśnił.
- To okropne.
- Ale tak kończą łowcy - powiedział smutno.
- Wiem.
Do domu weszli Anna, Robbie i Alice, która doprowadziła się do normalnego stanu.
- To co to za robota? - spytała Ann.


***&***

- To co to za robota? - spytała Ann.
- Chłopcy zadzwonili do mnie dziś w nocy, że coś im hałasuje w piwnicy… - zaczął Adam nieświadomie rozczochrując sobie włosy, a drugą ręką obejmując siedzącą obok niego Wer. Robbie przysiadł na pufie, a Ann siadła mu na kolanach. Chłopak zerknął szybko na Weronikę, ale ta nawet nie zwróciła na to uwagi. Ja sama oparłam się o najbliższą ścianę, pilnując, żeby nie zrzucić żadnego z licznych obrazków.
- …chcieli sprawdzić co to, ale rozsądnie stwierdzili, że lepiej będzie się z kimś skontaktować. Nie mieli z resztą broni więc… Poradziłem im by poszli do sąsiadki i od razu ruszyliśmy.
- Jakie hałasy? – zapytał Robbie. – Jakieś konkretne?
- Określili to jako piski…
- Może to po prostu były szczury – palnęłam, nie do końca poważnie, ziewając szeroko. Tym razem się wyjątkowo nie wyspała. Dodatkowo zasnęłam w jakiejś dziwnej pozycji i, wstyd się przyznać, zaśliniłam sobie cały rękaw… Miałam tylko nadzieję, że Wer nic nie zauważyła... – Ten dom wygląda na stary…
- To nie były szczury! – usłyszałam obrażony głos Jake’a, a obaj chłopcy zbiegli po schodach. – Nie jesteśmy dziećmi…!
Musiałam im przyznać rację. Choć mieli po dziewięć lat, nie byli dziećmi. Byli dziećmi łowców. To nie to samo.
- To na pewno nie były szczury – dodał z pełnym przekonaniem Lucas, a spojrzenie jego niewinnych niebieskich oczu wwierciło się we mnie tak mocno, że aż zrobiło mi się głupio. – Bardziej przypominało to tarcie metalu o metal. No wiecie, taki nieznośny dźwięk. Albo czasem jak się przejedzie kredą po tablicy.
- A do tego jeszcze stukoty i trzaski. Ale bardzo ciche – włączył się Jake.
- Okej, sprawdzimy to – zadecydował Adam.
Zerknęłam na Wer. To ona zazwyczaj rozdzielała zadanie i pełniła funkcję szefa. Teraz jedna siedziała w milczeniu i kiwała głową, pozwalając decydować Adamowi. Ech, co ta miłość robi z ludźmi…!
- Ale to za chwilę – kontynuował Adam. – Najpierw musimy się tu nieco ogarnąć i uzupełnić zapasy – podniósł się z kanapy, kiedy nagle coś mnie tknęło.
- Pierwszy raz coś takiego się zdarzyło? – zapytałam chłopców.
- Tak, ale mieszkamy tu od niedawna… - wyjaśnił Jake. – Odkąd… - głos mu się załamał.
- Musieliśmy się przeprowadzić, bo było nam ciasno, kiedy Jake z nami zamieszkał – dokończył Lucas.
Wer podeszła i przytuliła Jake’ego. Adam w swojej opowieści nie wspomniał, jak dawno temu zginęli jego rodzice. Najwyraźniej to wciąż była świeża rana. Jedna z rodzaju tych, które bolą bardzo długo. Sama miałam takich parę…
Jake uwolnił się szybko z objęć Wer, już całkowicie opanowany. Ma dopiero dziewięć lat, a… Ale jest dzieckiem łowców. To nie to samo.
- Od jak dawna tu mieszkacie?
- Rodzice kupili ten dom, jakieś trzy miesiące temu, ale wprowadzać się zaczęliśmy niedawno – wyjaśnił Lucas. – Polowali na wampiry i nie mieli czasu zajmować się przeprowadzką. Jakiś tydzień temu przywieźliśmy ostatnie meble i zamieszkaliśmy już tutaj. Tata poustawiał większość mebli i teraz, kiedy prawie wszystko stoi na swoim miejscu, pojechali na akcję.
Rzeczywiście. Meble stały na właściwych miejscach, ale półki były puste. Żadnych bibelotów, książek, gazet… tylko parę szpargałów. W głębi domu dostrzegłam kilka pudeł. Obrazki nad moją głową też wyglądały na świeżo przybite.
- Okej, no to mamy jasność… - mruknęłam.
- …to na pewno szczury – wszedł mi w słowo Lucas i uśmiechnął się do mnie niewinnie.
Patrzyłam na niego w milczeniu, po czym uśmiechnęłam się szeroko.
- Właśnie… To na pewno szczury…

***&***

- Właśnie… To na pewno szczury…
- No to co robimy? - spytałam cicho.
- Może Alice i Ann pojadą na zakupy, bo lodówka świeci pustkami - zaczął Robbie. - Ja z Adamem naładujemy naboje solą, bo nie ma wątpliwości, że to duch.
- Ok - odpowiedzieli jednocześnie.
- A ja? - zapytałam.
- Pograsz z nami w Tekkena na PlayStation - powiedział uradowany Jake.
- Jestem za - uśmiechnęłam się szeroko.
Wszyscy wyszli, a ja wraz z chłopakami podeszłam do ogromnego telewizora i usiadłam na ziemi. Obok mnie od razu znalazł się Lucas z bezprzewodowymi padami. Podał mi jednego, a Jake włączył Tekkena 6.
- Wygrany gra z Jake'iem - powiedział Lucas i wybrał postać Kazuyi.
Ja natomiast wybrałam Devil Jina i zaczęła się gra. Chłopak dobrze grał, ale ja miałam za sobą lata praktyki i szybko go pokonałam.
- Oszukiwałaś - jęknął zawiedziony.
Przyszła kolej na Jake'a, który grał Yoshimitsu. Ja nadal nie zmieniłam postaci i wygrałabym, gdyby pad nagle nie kopnął mnie prądem. Po chwili ekran zaczął migać.
- Uciekajcie! Natychmiast! - krzyknęłam do chłopaków i odłożyłam pad, który znowu mnie pokopał.
Blondyni pobiegli do drzwi, ale te były zamknięte, chociaż pamiętam, że Adam zostawił je otwarte na oścież. Okna również zostały zatrzaśnięte. Wpadłam na genialny pomysł i wybiłam szklane drzwi, które prowadziły na tył ogrodu. Wybiegliśmy z chłopakami na trawę i od razu na niej usiedliśmy dysząc ciężko.
- Wer... - usłyszałam zlękniony głos Adama. - Nic wam nie jest? Co się stało.
Chłopak przytulił mnie mocno. Opowiedziałam mu i Robbiemu, który po chwili do nas dołączył, co się wydarzyło.
- Teraz mamy sto procent pewności, ze to duch - mruknął Adam.
- Tak, bo bezprzewodowe pady nie kopią prądem - zaznaczył Jake.
Nagle na podjeździe usłyszeliśmy samochód. Mój ukochany pomógł mi wstać i objęci ruszyliśmy w tym kierunku.


***&***


Zatrzasnęłam bagażnik Impali wyładowany zakupami wszelkiej maści, choć głównie spożywczymi. Anna posłała mi gniewne spojrzenie.
- Delikatnie! To nie Maluch! Chcesz, żeby Wer mnie zabiła…?
Weronika miała poważne obawy przed powierzeniem nam samochodu. Głównie obawiała się, że znowu zaślinię jej samochód, co zbyłam wyniosłym milczeniem, ale Ann obiecała, że jej cacko wróci nienaruszone.
- Maluch? – zapytałam. – A co to niby?
Anna wywróciła oczami i wsunęła się na miejsce kierowcy.
- Jedźmy lepiej.
Droga minęła nam w milczeniu. Dopiero kiedy dojeżdżałyśmy do domu Jake’ego i Lucasa, mruknęłam:
- Wer chyba zaakceptowała Robbiego…
Ann rzuciła mi kose spojrzenie.
- Nie, nie mam ochoty na dziewczyńskie pogaduchy. Nie bawi mnie to.
Przełknęłam komentarz, bo przed oczami pojawiła mi się postać Lisy. Tylko raz zorganizowałyśmy prawdziwe, dziewczyńskie piżama-party. Nas też to nie bawiło.
- Chciałam tylko powiedzieć… - urwałam, bo podjechałyśmy przed dom. Duża szyba w drzwiach do ogrodu była wybita.
Anna wyskoczyła z auta i podbiegła do domu, wyciągając jednocześnie zza paska pistolet. Jednak w tym momencie za rogu domu wyszła Wer wraz z Adamem.
- Spokojnie, nic się nie stało – uspokoiła młodszą siostrę.
- Kto stłukł szybę? – dopytywała się Anna, chowając z powrotem pistolet.
- Ja.
- Czy ty możesz choć raz czegoś nie zdemolować…? – westchnęłam teatralnie, a Wer spojrzała na mnie gniewnie. – No, co? Pożartować nie można…?
W tym momencie dołączyli do nas chłopcy wraz z Robbiem. Wer podeszła do Impali i podejrzliwie obejrzała ją ze wszystkich stron. Oględziny wypadły chyba pomyślnie, bo nikt nie zginął.
- O co chodzi?  - zapytała w tym czasie Anna.
- To duch – odparł Robbie. – Coś zatrzasnęło drzwi do domu, a pad pokopał Wer…
- To akurat nic dziwnego mruknęłam.  – Przeciągi się zdarzają. Źle izolowane kable też…
- Pad był bezprzewodowy – zgasił mnie Adam.
- A to już rzeczywiście dziwne – zgodziłam się. – Myślę, że musimy zajrzeć do piwnicy…
- W końcu gadasz mądrze – mruknęła Wer. – Jak się dzielimy?
- Mogę zejść do piwnicy – zaofiarowałam się.
- Pójdziemy z tobą – odparli jednocześnie Anna i Robbie.
- To my zostaniemy z chłopcami… - zaczął Adam.
- …i rozpakujecie zakupy – dokończyłam za niego. – Lody się zaraz roztopią.
- Lody?! – zawołali chłopcy jednocześnie.
- Nie wspominając o pizzy – puściłam im oko i ruszyłam za Anną na dół.
- Zamknięte – zawyrokowała, kiedy stanęłam na ostatnim stopniu.
Robbie przepchnął się obok mnie na wąskich schodach. Nacisnął klamkę, a gdy to nic nie dało załomotał pięścią w drzwi.
- Spróbuj wyważyć – zaproponowałam.
- Wątpię, są bardzo masywne – mruknął, ale uderzył kilka razy barkiem w drzwi. Zdaje się, że obecność Ann miała na to wpływ… Drzwi jednak nawet nie drgnęły.
- Chyba potrzebujemy klucza – mruknął, dyskretnie masując ramię.
- Albo wytrycha – dodała Ann i obejrzała się na mnie. – Alice nie masz może…
- Czy ja wyglądam na kogoś, kto nosi ze sobą wytrychy? – zapytałam zimno.
- Nie, ale spinki i owszem – odparła z uśmiechem.
Robbie spojrzał się na mnie dziwnie, a ja pokręciłam głową w niemym „nie pytaj”. Podeszłam bliżej i spojrzałam na zamek.
- Fortu Knox nie otworzysz spinką za pięć dolców – podsumowałam oględziny. – Trzymali tu diamenty, czy co…?
- Czyli z magicznego, spinkowego machniom nici? – upewniła się Ann.
- W rzeczy samej. Wracajmy na górę, trzeba poszukać klucza…
- …i pójść do biblioteki – mruknął Robbie, uprzedzając Ann, która uśmiechnęła się do niego. – Warto się dowiedzieć czegoś więcej o tym domu…

***&***

- I co tam wyczytałaś? - zapytałam Ann, kiedy odłożyła kolejną rozsypującą się gazetę.
Siedziałyśmy właśnie w bibliotece, królestwie mojej siostry. Poszukiwałyśmy czegokolwiek na temat tego ducha. Reszta została w domu.
- "Dennie Frey, dwudziestoletnia kobieta, odebrała sobie życie wieszając się w piwnicy" - przeczytała Ann.
- To mamy, gdzie jej grób?
Ann zrobiła niepocieszoną mnie.
- No co? - spytałam.
- "Jej szczątki na polecenie ojca skremowano" - zacytowała zimno.
- No to mamy problem - mruknęłam.
- Coś musi być w tej piwnicy - Ann powiedziała to, o czym obie myślałyśmy.

- Dobra, nic już nie wskóramy, wracajmy.
Podziękowałyśmy zrzędliwej bibliotekarce i na piechotę wróciłyśmy do nawiedzonego domu. Adam czekał na nas przed domem. Zobaczył mnie i nieświadomie poczochrał swoje jasne włosy. Robił tak kiedy się denerwował, wiedziałam to.
- Co się stało? - zapytałam.
- Telewizor wybuchł. Wszyscy zabrali się do motelu, a ja czekam tylko na was.
Pokiwałam głową i wsiedliśmy do Impali. Zawiozłam nas pod motel, taki jak inne, w których sypiałam. Ann od razu poszła szukać Robbie'ego. A ja zostałam sama z Adamem.
- Jak tam rana? - zapytałam, przysuwając się do niego.
- Dobrze - mruknął odwracając wzrok.
- Widzę, że kłamiesz - uniosłam jego czarny T-shirt.
Rana była wściekle czerwona. Musnęłam delikatnie jej brzeg palcem. Adam syknął. Odwróciłam głowę, aby ukryć łzę spływającą po policzku. Słabość, na którą łowca nie może sobie pozwolić. Zagryzłam zęby i spojrzałam ponownie na Adama.
- Kocham cię - szepnął i przesunął dłonią po mojej szyi.
- Ja też cię kocham - kolejna rzecz niegodna łowcy, wyznawanie sobie miłości, która jest tylko gwoździem do trumny.
Wtuliłam się w Adama, a później zaczęliśmy się całować. Przerwał nam dopiero telefon.
- Słucham? - chłopak szybko odebrał.
Wsunęłam dłoń pod jego bluzkę i głaskałam go po plecach.
- Lucas dzwonił?... Tak dobrze... - odpowiadał szybko. - Dopiero za trzy dni?.. Tak poradzimy sobie...
Po chwili schował komórkę do kieszeni.
- Rodzice chłopaków wrócą za trzy dni - mruknął i wrócił do całowania mnie.


***&***

Motelik zaliczał się do gatunku tych podlejszych, ale musiał na razie wystarczyć. Nie należało ryzykować. Chłopcy zasiedli przed telewizorem z lodami, które prawie się zdążyły roztopić, a Anna, gdy tylko wróciła, postanowiła zrobić jakieś kanapki na obiad. Zmusiła Robbiego do pomocy w kuchni. Wyraźnie słyszałam ich przekomarzanki. Adam i Wer nadal siedzieli w Impali, a ja… A ja nagle poczułam się bardzo samotna. Mimowolnie zerkałam na migoczący ekran, próbując skupić się na czytanej właśnie gazecie. Nie było w niej nic ciekawego.
Po kilku minutach jednak nie wytrzymałam. Nie mogłam znieść bezczynności. Wstałam, wyszłam na zewnątrz i zapukałam w okno Impali. Po dłuższej chwili szybka opuściła się do połowy i zobaczyłam lekko zarumienioną twarz Wer.
- Ty chcesz zginąć – wycedziła. Za nią dostrzegłam Adama z potarganymi włosami.
- Owszem, właśnie dlatego poluję na potwory – odparłam gorzko. Ewidentnie przeszkodziłam im w… nie ważne. W końcu byli dorośli. Odwróciłam wzrok, próbując przegnać ponowne uczucie samotności.
- Czego chcesz? – warknęła Wer.
- Szukać klucza.
- Anna nic nie znalazła w bibliotece – odparła zimno.
- Bo wątpię, by bibliotekarka chowała go w staniku – sarknęłam. – Rusz tyłek. Musi być gdzieś w domu.
Wer otworzyła usta by coś mi odwarknąć, ale Adam ją uprzedził:
- To nie jest taki zły pomysł. Lepsze to niż bezczynne czekanie na państwa Shammer…
Wer spojrzała na niego zdziwiona, a on pocałował ją w czoło i mruknął:
- Uważaj na siebie – i wysiadł z auta.
- Siadasz z tyłu – warknęła Wer, zamykając mi drzwi przed nosem, kiedy chciałam usiąść na zwolnionym przez niego miejscu. Wzruszyłam ramionami i wpakowałam się na tylną kanapę. Zapięłam pas, co było bardzo rozsądnym posunięciem, bo Weronika nie zna określenia „ograniczenie prędkości”. A na dodatek była wściekła.
Oparłam się o szybę i zamknęłam oczy.
- Nie zaśliń samochodu – wycedziła Wer, biorąc gwałtowny zakręt.
Nie odpowiedziałam. Nie miałam siły się z nią kłócić. Myślę, że po tych kilku spędzonych razem miesiącach, nawiązało się między nami coś na kształt przyjaźni. A jednak, kiedy Wer była na kogoś wściekła, nie odpuszczała tak łatwo. Jednak nadal mogłam jej ufać. Nawet jeśli prowadziła samochód jak wariat…
- Ty zawsze wszystko popsujesz! – wrzasnęła nagle na mnie, aż podskoczyłam. – Wszystko! Myślisz, że jesteś taka zabawna? Że wszyscy tylko czekają aż ich uratujesz? Nic nie wiesz o byciu łowcą, nie wiesz nawet jak uratować tych, na których ci zależy!
- Tutaj w lewo – odparłam spokojnie, nie dając po sobie poznać jak bardzo dotknęły mnie jej słowa.
Gwałtownie skręciła kierownicę i poślizgiem wjechałyśmy przed dom. Zawisłam na pasach boleśnie uderzając się w głowę. Wer siedziała w bezruchu. Cicho odpięłam pas.
- Powiedz coś! – krzyknęła, kiedy chwyciłam za klamkę.
Otworzyłam drzwi i wysiadłam na zewnątrz.
- Zacznę od kuchni.
Odbezpieczyłam pistolet i podeszłam do kuchennych drzwi. Za sobą usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Ostrożnie weszłam do środka, a Wer ruszyła do głównego wejścia. W kuchni na blacie stała reszta zakupów. Pomidory leżały rozgniecione na ziemi. Przeszłam ostrożnie nad nimi i rozejrzałam się dookoła.
- Mam coś! – zawołała nagle Wer.
Przeszłam do salonu. Dziewczyna trzymała w rękach ramkę ze zdjęciem rudowłosej kobiety.
 - To nasz duch? – upewniłam się. Wer skinęła głową.
Wyjęłam jej z rąk ramkę i podważyłam jej tył, pilnując by nie stłuc szybki. Wer syknęła.
- Co ty wyprawiasz…?!
Zignorowałam ją i zajrzałam pod dyktę. Na dłoń wypadła mi pożółkła kartka. Był to krótki liścik miłosny, podpisany „twój Jeremy”. Nagle coś wpadło mi do głowy. Oddałam Wer ramkę i bez słowa ruszyłam z powrotem do kuchni.
- Gdzie ty idziesz? – warknęła cicho, ale ruszyła za mną, zostawiając ramkę na komodzie.
- Moja mam chowała stare listy miłosne w ramkach swoich zdjęć…
- No i…?
- …a klucz do piwnicy na dnie ostatniej szuflady – odparłam, kucając i wysuwając najniższą szufladę. W środku znajdowały się patelnie i pokrywki od garnków.
- Klapa – mruknęła nie bez satysfakcji. – Przecież teraz wprowadzili się tu rodzice Lucasa, zauważyli by klucz, gdyby tu był…
Nie odpowiedziałam tylko wymownie spojrzałam na nierozpakowane pudła stojące w przedpokoju i zaczęłam wyciągać wszystko  szuflady. Wer z westchnieniem skrzyżowała ręce i przyglądała mi się bez słowa.
Kiedy wyciągnęłam ostatnią pokrywkę, klucza nadal nie było. Wer już miała rzucić kolejną złośliwą uwagę, kiedy za jej plecami pojawił się duch.
- Padnij! – krzyknęłam i strzeliłam, a pocisk przeleciał tuż nad głową Wer i trafił w zjawę, która natychmiast zniknęła.
- Chcesz mnie zabić…? – zawołała z wyrzutem Wer, podnosząc się z podłogi. Nagle urwała, a jej wzrok padł na podstawę szuflady. Podążyłam za jej wzrokiem. – Ta szuflada jest głębsza…
Wsunęłam rękę do środka i pomacałam dno. Nagle moje palce trafiły na coś w rodzaju haczyka. Pociągnęłam za niego i dno szuflady przechyliło się na bok. Wyjęłam dyktę, a pod spodem, pod grubą warstwą kurzu leżał… klucz.
- Mów mi Sherlock – mruknęłam, chwyciwszy go i podniosłam się z klęczek.
- Lepiej będzie jak wrócimy po wsparcie – stwierdziła chłodno Wer. – Ktoś musi być przynętą, a sama nie chcę schodzić do piwnicy…
Cudownie, miałabym być przynętą.
- Więc chodźmy – otworzyłam drzwi do salonu i w ostatniej chwili zdążyłam uchylić się przed lecącym nożem. Wer, która stała za mną, też uniknęła ostrza i bez wahania wystrzeliła ponad moim ramieniem w kierunku kobiety stojącej po drugiej stronie salonu. Nóż upadł na posadzkę.
- Zmywajmy się stąd – westchnęłam.
Kiedy chwyciłam za klamkę Impali, Wer zauważyła:
- Krwawisz.
Rzeczywiście. Nóż jednak drasnął mnie w dłoń. Musiał rozciąć jakaś tętnicę, bo choć rana była niewielka, to całkiem dużo krwi już spłynęło mi po ręce.
- Trzymaj – rzuciła mi bandaż. Kiedy chciałam podziękować, dodała – Nie myśl sobie. Po prostu nie chcę, żebyś mi poplamiła tapicerkę. Znowu.
Zrobiłam prowizoryczny opatrunek i wsiadłam na tylną kanapę.
- Jeśli przeszkadza ci moje towarzystwo, wystarczy powiedzieć – powiedziałam cicho, po dłuższej chwili ciszy. – Myślałam, że moja obecność sprawia wam przyjemność, ale skoro tak nie jest, skoro jedynie przeszkadzam, to wystarczy, że powiesz, a pójdę swoją drogą.
- Nie chcę mieć cię na sumieniu – odparła zimno.
- Uważasz, że nie dam sobie rady? – mruknęłam pod nosem, poprawiając bandaż. – Pewnie masz rację… Czemu pozwoliłaś mi z wami jechać?
Milczała długo.
- Ostatnio ginie coraz więcej łowców. Jest nas coraz mniej. A ty… Ty się świetnie na nadajesz na jednego z nas.
Nie wiedziałam co odpowiedzieć.
- Przecież… Niedawno mówiłaś coś innego.
Nie odpowiedziała. Resztę drogi przebyłyśmy w milczeniu.
W motelu opowiedziałyśmy jak zdobyliśmy klucz. Mówiła głównie Wer. Ja siadłam na krześle i zaczęłam czyścić pistolet.
- Musimy podzielić się na grupy – dotarł do mnie głos Adama.
- Ja z Anną pójdę do piwnicy, a wy będziecie robić za przynętę. Co wy na to? – zaproponował zaraz Robbie.
- Może być – kiwnął głową Adam, choć sądząc po minie Wer niespecjalnie chciała być przynętą. -  Alice? A ty?
- Pójdę z Anną i Robbiem – odparłam krótko, umieściłam ostatni fragment broni na właściwym miejscu i schowałam ją za pasek spodni.
- No to jedziemy – zakomenderował Adam i zapakowaliśmy się do samochodów.

***&***

Jak ktoś musi robić za przynętę, to zawsze jestem ja. Staliśmy z Adamem na środku salonu nawiedzonego domu i czekaliśmy na ducha. Jake i Lucas zostali w Impali, nie chcieliśmy ich narażać.
- Znowu jestem przynętą - udałam urażoną.
Adam się roześmiał.
- Nawet w takiej sytuacji żartujesz.
- Życie łowcy jest za krótkie, by traktować je poważnie.
Nagle przed nami pojawiła się ruda kobieta w, tak zgadliście, białej sukience. Na szyi miała ślady po linie, rzuciła się w moim kierunku, ale Adam był szybszy i trafił ją pociskiem z solą.
- Jak zostanę duchem to będę nawiedzać w jeansach i skórzanej kurtce - mruknęłam.
Adam znowu się roześmiał.
- Nie zdziwiłoby mnie to - powiedział i znowu oddał strzał.
- A tak w ogóle dlaczego ja nie mam broni? - zapytałam zdziwiona.
- Jak już zauważyłaś jesteś przynętą - zażartował i rzucił mi drugą strzelbę.
Nastała chwila spokoju.
- Pamiętasz to co powiedziałem Gemmie? - Adam nagle spoważniał.
- Że jestem twoją narzeczoną.
- Właśnie to. Ja... naprawdę chciałbym, abyś została moją żoną.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo przede mną znowu pojawił się duch Dennie. Drasnęła mnie w policzek i zniknęła trafiona przez Adama. Chciałam rzucić jakiś tekst na temat mnie w białej sukni i konnej bryczki, ale wiedziałam, że nie czas na  żarty.
- Ja też tego chcę - odparłam w końcu szeptem.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do salonu wpadli Jake z Lucasem. Co oni tu robili?
- Przyszliśmy pomóc, bo długo was nie było - powiedział Jake.
- Wracajcie... - zaczął Adam, ale pojawiła się Dennie.
Roztrzaskała szybę i sprawiła, że odłamki szkła poszybowały w kierunku Lucasa. Odruchowo rzuciłam się w jego kierunku i zasłoniłam. Poczułam ból, kiedy fragmenty szyby wbiły mi się w ramię. Zjawa zaśmiała się i zniknęła w płomieniach.
- W samą porę - mruknęłam.
Adam od razu do mnie podbiegł. Natomiast przestraszony Lucas objął mnie w pasie.
- Przepraszam... - zaczął.
- Spokojnie. To tylko draśnięcie - odparłam i poklepałam go po plecach.
Po chwili wyswobodziłam się z objęć młodego. Adam dotknął mojego ramienia. Zabolało i mimowolnie syknęłam.
- Będzie trzeba zszyć - zauważył.
- Będziesz musiał trzymać mnie za rękę - powiedziałam ze śmiertelną powagą.
Zaśmiał się i złożył pocałunek na zranionym ramieniu. Tym razem nie zabolało.

***&***
Klucz pasował. Tuż przed tym jak Robbie go przekręcił, miałam upiorną wizję ponownych poszukiwań. Był mocno zardzewiały, ale gładko dało się go przekręcić. Chłopak mocno pchnął drzwi, które ustąpiły z jękiem, jakby żywcem wyjętym z horroru i ostrożnie weszliśmy do środka. Ręką wymacałam kontakt, ale oczywiście żarówka była przepalona. Albo wcale jej nie było. Wyciągnęłam latarkę.
- Dobra, systematycznie. Zaczniemy od tyłu i będziemy się wracać do schodów – zarządził Robbie.
Zrobiłam krok do przodu i poświeciłam przed siebie latarką.
- Nie musimy szukać… - odparłam i w tym momencie drzwi zatrzasnęły się z hukiem. - Powiedzcie, że klucz nie został w zamku… - jęknęłam.
- Przynajmniej możemy załatwić ducha – mruknął Robbie, wpatrując się na zwisającą z haka na suficie, zakrwawioną linę, na którą padł strumień światła z mojej latarki.
Jakby na zawołanie, postać kobiety pojawiła się za jego plecami. Wystrzeliłam równo z Anną. Mój pocisk przeleciał Robbiemu koło lewego ucha, Anny koło prawego.
- Au! – jęknął, łapiąc się za głowę. – Ogłuchnę przez was…
- Daj zapałki, zanim wróci – odpowiedziałam, a chłopak rzucił mi pudełko zapałek. Było dziwnie lekkie.
- Serio? – zapytałam z niedowierzaniem, wpatrując się w ostatnią zapałkę. – Serio? – powtórzyłam. – Takie rzeczy zdarzają się przecież tylko w filmach…
Anna polała linę benzyną, a ja oddałam jej zapałkę.
- Żeby nie było na mnie – zastrzegłam, a ona spojrzała na mnie ciężko. – Mam dwie lewe ręce do takich rzeczy i potwornego pecha…
Potarła zapałką o draskę i…
- Uważaj! – zawołał Robbie, a Anna odruchowo padła na ziemię. Pocisk ponownie przegnał zjawę, a Anna dźwignęła się z ziemi. Zapałka oczywiście zgasła.
- Cholera jasna! – zaklęła. – I co teraz?
Zagryzłam dolną wargę i włożyłam dłonie do tylnych kieszeni dżinsów, jak zawsze gdy byłam zdenerwowana.
- Zabijcie mnie – jęknęłam nagle i wyciągnęłam z lewej kieszeni zapalniczkę.
Anna spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka, a Robbie porwał zapalniczkę i prztyknął płomień do liny. Zapłonęła żółtym ogniem, a w powietrzu rozszedł się zapach palonej krwi.
Gdy tylko płomień objął całą linę, drzwi ponownie się otworzyły z dobrze nam już znanym złowieszczym jękiem. Zebraliśmy swoje rzeczy i wyszliśmy na górę.
- Powiedz mi tylko – zapytała Anna – po co ci zapalniczka?
- Przecież mówiłam – westchnęłam. – Do zapalenia świeczki potrzebuję pięciu zapałek. Zapalniczka jest bezpieczniejsza…
- Ja cię kiedyś zabiję… - skwitowała Anna, wchodząc do salonu, gdzie była już reszta.
- Z chęcią ci pomogę – mruknęła Wer. Siedziała na kanapie obok Adama, a jej ramię mocno krwawiło. Jake i Lucas stali za ich plecami. – I co?
- Załatwione – opowiedział Robbie. – To trzeba zszyć – wskazał na ramię Wer. – Zaraz się tym zajmę… Macie tu gdzieś apteczkę?
Jake pobiegł po środki opatrunkowe, a potem Robbie ostrożnie zaczął zszywać ranę Weroniki. Adam cały czas gładził ją po plecach. Razem z Anną poszłam do kuchni przygotować coś do jedzenia, a chłopcy zaczęli podłączać ponownie PS (do drugiego telewizora), bo Wer zdążyła się już z nimi założyć, że da radę pokonać ich jedną ręką.
W milczeniu kroiłam chleb, a Anna zaczęła smażyć jajecznicę.
- Co się z tobą dzieje, Alice? – zapytała nagle.
- Słucham?
- Jesteś jakaś taka nieswoja ostatnio. Już od naszego wyjazdu z Lewistown, choć to akurat jestem w stanie zrozumieć, ale teraz jest jeszcze gorzej – wyjaśniła. – Jesteś rozkojarzona, zachowujesz się jak kompletny nowicjusz, którym przecież już nie jesteś.
- Jestem – przerwałam jej ostro. – Jestem nowicjuszem.
- Nie – odwróciła się i spojrzała mi prosto w oczy. – Jesteś łowcą. Czy tego chcesz, czy nie. Przyjmij to w końcu do wiadomości i zacznij się zachowywać jak łowca.
Milczałam.
- Nie masz racji – odparłam w końcu. – Ani ty, ani Wer. Nie jestem łowcą i się na niego nie nadaję. Wiesz czemu zachowywałam się tak dziwacznie? Bo kiedy zobaczyłam tych chłopców i pomyślałam, że tak właśnie wygląda ich całe dziewięcioletnie życie to uświadomiłam sobie, że dla mnie to w pewnym sensie jest zabawa, przygoda, która zapewnia mi dreszczyk emocji. Dla nich, dla was… to życie.
Tym razem to Anna milczała. Odwróciła się z powrotem do jajecznicy i mieszała ją zamyślona. Zaczęłam smarować kromki masłem i nakładać plasterki szynki i ogórka. Kiedy kolacja była gotowa i miałyśmy zanieść ją do salonu, Ann złapała mnie za ramię.
- To nie jest dla ciebie zabawa. Nawet jeśli była, to przestała nią być, kiedy wróciłaś do Lewistown. I nie ważne, co próbujesz sobie wmówić, co próbujesz sobie udowodnić…teraz to także twoje życie…
Podniosła tacę z talerzami i zaniosła ją do salonu, gdzie chłopcy świętowali swoje zwycięstwo nad Weroniką. Stałam przez chwilę sama w kuchni jak skamieniała, bo…
Bo Anna miała rację.
*********************************************************************************
Zapraszamy do poczytania tych blogów :)
Podzieliłyśmy je według zawartości :p

1. Blogi obyczajowe (ale bardzo ciekawe):
http://tmhtl.blogspot.com
http://let-it-be-my-sweet-secret.blogspot.com
http://blackelyart.blogspot.com
2. Harry Potter i pochodne:
http://gingerhair-life-story.blogspot.com
http://hogwartitsmylife.blogspot.com
3. Percy Jackson <3:
http://glonomozdzek.blogspot.com

http://percyjacksonandthegreeks.blogspot.com
A teraz reszta :) Przepraszamy za te długie miesiące przerwy, ale brak internetu i/ lub jednej z nas.
Może następna będzie niedługo, ale nie wiem jak damy radę
Kochamy i przepraszamy S&S 

14 komentarzy:

  1. świetnyy <3
    Czekam na nn :p
    http://hogwartitsmylife.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :)
      nn tym razem powinno być szybciej (nie planujemy wyjazdów z brakiem internetu, w sumie wcale nie planujemy wyjazdów xD)
      Szur <3

      Usuń
    2. a i dzięki, że mój blog napisałyście :D

      Usuń
  2. masz świetnego bloga i wgl rozdziały są pasjonujące ! czekam z niecierpliwością na nn :DD i zapraszam do mnie . http://percyjacksonandthegreeks.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :)
      Jest nas dwie ;) Ale spoko większość tego nie zauważa :D
      Szur :)

      Usuń
  3. Jak długo czekałam na tą chwilę, już traciłam nadzieję, a tu BUM-nowy rozdział.
    Rozdział jest świetny a do tego bardzo dłuuugi. Nie mogę doczekać się następnego. Dużo weny wam życzę, pozdrawiam Roxee.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :)
      Mamy nadzieję, że wena dopisze :D
      Na nn już jest pomysł, więc powinna być najpóźniej na początku września ;)
      Szur :*

      Usuń
  4. Bardzo fajne. Ciekawa akcja i duża oryginalność. Kawał dobrej roboty. Nie mogę się doczekać na Następne rozdziały.
    P.S
    PSP to mała konsola przenośnia, nie da się jej podłączyć do TV i grać we dwoje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy :)
      Co do P.S. to wina Szal, nie przyuważyłam, że strzeliła takiego błęda :/
      Oczywiście dzięki za info.
      Poprawiamy :)
      Szur :)

      Usuń
  5. Dzięki za reklamę, nie wypowiem się jeszcze co do treści, bo wciąż nadrabiam zaległości ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. u mnie nowy rozdział , zapraszam

    OdpowiedzUsuń