Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

sobota, 20 kwietnia 2013

Rozdział 8



NOTKA DEDYKOWANA ZWIERZAKOWI, KTÓRY JEST Z  NAMI OD SAMEGO POCZĄTKU

Anna zarzekała się, że nie jedziemy daleko, ale podróż i tak trwała jak na mój gust za długo. Zarówno Wer jak i Adam potrzebowali natychmiastowej pomocy, ale Ann miała rację – nie mogłyśmy tak po prostu wejść na Izbę przyjęć z pobitą do nieprzytomności dziewczyną i chłopakiem dziurą w brzuchu. A biorąc pod uwagę fakt, że obie byłyśmy we krwi, a na dodatek zza mojego paska do spodni sterczał duży, zakrwawiony sztylet… Cóż, ta przygoda mogłaby skończyć się na komisariacie.
Ale życie Wer i Adama było warte więcej niż moja wolność. Ann pewnie powiedziałaby tak samo.
To co mnie przekonało, to fakt, że osoba, do której wiozła nas Ann była łowcą, na dodatek z jakimś doświadczeniem medycznym (Ann mówiła coś o służbie medycznej na froncie podczas wojny w Wietnamie…). A to w naszej sytuacji…
A to w naszej sytuacji było o wiele lepsze od szpitala.
- To tutaj – odezwała się cicho młodsza z sióstr, wjeżdżając na spore podwórko przed dużym piętrowym domem.
Zerknęłam na tylną kanapę. Wer leżała z głową na kolanach Adama, który właśnie się chyba obudził, bo rozglądał się dookoła trochę nieprzytomnie.
- Poczekaj tu – powiedziała Ann i wyskoczyła z auta.
Załomotała do drzwi, które uchyliły się lekko po chwili, a następnie rozwarły na całą szerokość.
- Anna…? – zapytał z niedowierzaniem niski mocno łysiejący facet koło pięćdziesiątki. – Co ty tutaj robisz? Co ty TERAZ tutaj robisz? Czy wam rozum odjęło?!
- Harry, nie teraz – poprosiła cicho Ann.
- Gdzie Weronika? – zorientował się nagle.
- W aucie – Anna wyglądała w tym momencie bardzo krucho.
Harry zaniepokoił się i wyszedł za próg, jednak otrząsnął się i wymierzył w nią pistolet, pewnie naładowany solą.
 – Udowodnij, że jesteś sobą – zażądał.
- Harry! – jęknęła Anna.  – Z Wer jest źle! Bardzo źle. Naprawdę nie ma czasu…
- Obiecałem waszym rodzicom, że się wami zajmę… - mruknął, chowając spluwę za pas. – Ale jeśli jesteś jakimś przeklętym demonem w ciele Anny to lepiej przyznaj się do tego, nim będzie za późno…
- Harry…! – jęknęła Ann. Nigdy jeszcze nie widziałam jej takiej zdesperowanej.
Podeszli do auta. Harry posłał mi zdziwione spojrzenie, ale o nic nie zapytał, tylko pomógł Annie wyjąć Wer z samochodu.
- Adam? – mruknął na widok chłopaka. – Robi się coraz ciekawiej…
Zanieśli Wer do środka, a ja pomogłam Adamowi wygramolić się z auta. Oparł się o mnie niemal całym ciężarem, musiał stracić już bardzo dużo krwi. Moja kurtka, którą przyciskał do boku była już cała czerwona. Zerknęłam za siebie na tylną kanapę – cała tapicerka również była w czerwonych plamach.
„Wer się to nie spodoba” – pomyślałam przelotnie. Miałam tylko nadzieje, że będzie miała szansę się o to wściec... – „Na pewno będzie miała. To twarda dziewczyna, a ty też się musisz wziąć w garść, Alice…”.
W końcu znalazłam się z Adamem w holu. Trochę nam to zajęło, bo nie ułatwiał mi zadania.
- Wer…? – zapytał mało przytomnie.
- Harry się nią dobrze zajmie – nie znałam go, ale Anna mu ufała, więc ja też musiałam.
Położyłam go na sofie stojącej w salonie. Z dźwięków rozlegających się w domu wywnioskowałam, że zanieśli Wer do jednego z pokoi położonych w głębi domu, pewnie do sypialni dla gości…
Adam był ledwo przytomny, więc rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu apteczki, czy czegokolwiek podobnego. Nie miałam ochoty grzebać w cudzym domu, ale teraz było to konieczne…
- Em… szukasz czegoś? – usłyszałam głos Harry’ego, akurat kiedy grzebałam w kuchennych szafkach.
- Adam też jest ranny – odparłam, bynajmniej nie speszona.
Harry czym prędzej podszedł do chłopaka, który już odpłynął.
- No ładnie… - mruknął, po czym podszedł do jednej z szafek, której jeszcze nie zdążyłam sprawdzić i wyjął sporych rozmiarów apteczkę. – Kto mu to zrobił?
- Ja – mruknęłam, a Harry zamarł na chwilę, więc czym prędzej zapytałam – Co z Wer?
- Jest nieprzytomna – odpowiedział, wracając do opatrywania Adama – ale stabilna, jakby to powiedzieli w szpitalu… Ann przy niej siedzi, gdyby coś się stało. Powiedziała, że powinienem zejść na dół…
- Aha – mruknęłam . – Wyliże się z tego?
- On czy ona?
- Oboje.
Harry westchnął.
- Nie wiem co jej jest. Jest nieźle poturbowana, wiele zależy od niej samej i jej woli walki… A Adam…  - przerwał zszywanie jego rany i spojrzał na mnie. – Wybacz ciekawość, ale po co dźgnęłaś go sztyletem w brzuch…  - zawiesił głos.
- Alice – podpowiedziałam. Widocznie Ann nie zdążyła mnie przedstawić. – Alice Morgan.
- Morgan? – nazwisko musiało być mu znajome, jednak nie dał tego po sobie poznać. Prawie. – Em, Harry Evans, do usług. Więc? O co poszło?
- O demona – wyjaśniłam krótko.
- Zaraz, zaraz… - pokręcił głową. – Po kiego grzyba rzucałaś się z nożem na demona?
Westchnęłam i sięgnęłam po zdobywczy sztylet.
- Po to, a właściwie dlatego – pokazałam mu go.
Harry na dobre oderwał się od Adama i jego rany.
- To… niemal niemożliwe… Od lat go nie widziałem… - mówił do siebie. – Najpierw ty, teraz ten sztylet… Co jeszcze?
- Adam – chrząknęłam cicho, wskazując brodą chłopaka. – Chyba nadal potrzebuje pomocy.
- Tak, jasne – oddał mi sztylet. – Potem pogadamy, bo jak widzę mamy o czym… Mogłabyś tu trochę ogarnąć? – wskazał pobojowisko, jakie udało nam się wspólnie zrobić z pomocą masy środków opatrunkowych. – A potem jakąś herbatę? Trochę mi zajmie łatanie go…
- Jasne – mruknęłam i zaczęłam zbierać środki opatrunkowe. Wpadło mi do głowy, żeby posprzątać Impalę, ale doszłam do wniosku, że Wer będzie chciała sama to zrobić. Nikt przecież nie może tykać jej maleństwa bez jej osobistej zgody…
Kiedy uporałam się z bałaganem w salonie, poszłam do kuchni by zrobić obiecaną herbatę. W wejściu wpadłam na Ann.
- Co z Wer? – zapytałam od razu.
Nie odpowiedziała, tylko sięgnęła do szafki i wyciągnęła z niej butelkę whisky. Odkręciła i pociągnęła spory łyk, a następnie wyciągnęła butelkę w moim kierunku. Choć z zasady nie piję, wzięłam od niej butelkę i się poczęstowałam. Alkohol zapiekł mnie w gardle, ale to i tak nie pomogło. Sądząc po minie Ann, jej również nie. Oddałam jej butelkę.
- Hej, miała być herbata, a nie moja ulubiona whisky! – do kuchni wszedł Harry i odebrał Ann alkohol. – To ostatnia butelka z tego rocznika!
Annie spojrzała tylko na niego, więc bez słowa oddał jej butelkę, a ona wyciągnęła trzy szklanki i rozlała resztkę napoju.
- Może być i tak… - westchnął Harry i jednym łykiem opróżnił swoją szklankę. – Dowiem się w końcu co się stało?
Odsunęłam swoją szklankę na bok i usiadłam na blacie. Powoli zaczynałam się tu czuć jak we własnym domu, choć już dawno zapomniałam jak to jest mieć własny dom… Anna opróżniła swoją szklankę do połowy i wskazała na mnie.
- To jest Alice – obróciła się i wskazała na mężczyznę – a to Harry. Alice napatoczyła nam się po drodze i jakoś jej się tak zostało. A Harry to stary znajomy naszych rodziców, który często pomagał im w łowach. Jego dom jest czymś w rodzaju skrzynki kontaktowej dla łowców… Jak możesz lubić takie świństwo…? – mruknęła.
- Brawo, upiłaś się niecałą szklanką – westchnęłam, bo rzeczywiście zaczęła mówić nieco bardziej bełkotliwie, niż można by to uznać za normalne.
- W takim razie może ty mi wyjaśnisz, co demon robił w ciele Adama i co wy robiłyście w miejscu, w którym się kręcił…?
Anna otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła i pociągnęła kolejny łyk ze szklanki. Westchnęłam. Dla jej własnego dobra chciałam zabrać jej szklankę, ale doszłam do wniosku, że są w pewne sytuacje, w których  byłoby to po prostu świństwem. A to była jedna z takich sytuacji.
- Znalazłyśmy ogłoszenie w gazecie o śmierci państwa Ward – wyjaśniłam. – Weroniką bardzo to wstrząsnęło i postanowiłyśmy się tym zająć. W ich domu znalazłyśmy ślady po demonie, a także ten sztylet – wskazałam nóż, który położyłam na blacie obok siebie. - Potem Weronika wymknęła się na spotkanie z demonem, który zostawił jej wiadomość w pokoju Adama…  Kiedy przybyłyśmy na miejsce Adam na chwilę odzyskał panowanie nad sobą i wyniósł Wer na zewnątrz, ale potem demon znów go opanował i musiałam go potraktować nożem… - wyjaśniłam, a Ann potakiwała głową bez słowa. – Potem przyjechałyśmy prosto tutaj.
Harry pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Więc to musiała być pułapka… - mruknął do siebie, a potem zwrócił się do Ann – A teraz panna Wilde wyjaśni mi łaskawie dlaczego pojawiłyście się tutaj DOPIERO TERAZ, kiedy sytuacja okazała się kryzysowa… Słucham, no Ann? Wiesz ile czasu minęło?
Nie do końca rozumiałam o czym mówił, więc również spojrzałam na Ann, która niechętnie podniosła na nas wzrok.
- Łowy – wymamrotała w końcu.
- Łowy?! – wybuchnął Harry. – Łowy?! Czy wam życie niemiłe?! Niczego się od nich nie nauczyłyście? Ile czasu minęło od ich śmierci?! Ile?!
- Trzy miesiące, dwa tygodnie i pięć dni – odpowiedziała Ann zdecydowanie przytomniej.
- Więc już czternaście tygodni temu powinnyście być u mnie! – krzyczał Harry. – Co wy sobie wyobrażacie?! Nie jesteście nimi! Jesteście jeszcze dziećmi, do jasnej cholery!
- Już nie, Harry – odparła zimno Ann,  już chyba całkowicie trzeźwa, o ile wcześniej w ogóle była pijana. – Już nie. Dzieci łowców, nigdy tak naprawdę nie są dziećmi, wiesz o tym. Kiedy inne dzieci uczyły się jeździć na rowerze ja i Wer uczyłyśmy się jak naładować rewolwer pociskiem z solą. Kiedy inne dzieci uczyły się na pamięć stolic Europy, my byłyśmy egzaminowane ze znajomości egzorcyzmów. Jesteśmy łowcami, czy tego chcemy czy nie. I to od urodzenia.
- Co nie zmienia faktu, że to co zrobiłyście było nieodpowiedzialne – Harry mówił już spokojniej. – Wiecie jak się czułem, nie mając do was żadnej wiadomości, zwłaszcza gdy dowiedziałem się o śmierci Sary i Jeffrey’a? Skąd miałem wiedzieć czy w ogóle żyjecie?
- Miałyśmy zostawić niewinnych ludzi na pastwę potworów tylko dlatego, że się o nas martwiłeś? Nie jesteśmy już dziećmi, dajemy sobie radę same.
- Jak widać nie – odpowiedział, wskazując rękę ścianę, za którą na kanapie leżał nieprzytomny Adam. – Alice, może ty przemówisz jej do rozumu…
- Ann, powinnaś się położyć – stwierdziłam. – Jesteś wykończona.
Pokiwała głową, bo emocje z niej opadały i zmęczenie rzeczywiście dało jej się we znaki.
- Obudźcie mnie, gdyby z Wer coś się działo… - mruknęła i pomaszerowała do sypialni.
Zostałam w kuchni tylko z Harrym.
- Naprawdę się o nie martwiłem… - westchnął.
Uśmiechnęłam się kącikiem ust i podałam mu szklankę z moją whisky. Wziął ja ode mnie i opróżnił jednym haustem.
- Co ma się marnować… - mruknął, odstawiając puste szklanki do zlewu, a butelkę wrzucając do kosza. – A co ty tutaj robisz, Alice?
- Przypałętałam się po drodze – wzruszyłam ramionami, powtarzając słowa Ann.
- Ktoś o twoim nazwisku nie może się przypałętać ot tak, po prostu… - zaczął, odsuwając krzesło od stołu. – Herbaty?
- Chyba jednak się skuszę – mruknęłam i sięgnęłam po szklanki, a Harry włączył wodę i wyjął earl greya w torebkach. – Musiałeś znać kogoś o moim nazwisku, skoro o tym wspominasz…
- Owszem – mruknął, wpatrując się w czajnik. – Ale nie widziałem go o wielu lat…
Woda zagotowała się. Harry zalał torebki z herbatą i wyciągnął cukier.
- Nazywał się Michael Morgan. Mówię o nim w czasie przeszłym, wątpię jednak by zginął. Był cholernie dobrym łowcą. My wszyscy jesteśmy mistrzami w swoim zawodzie, bo tu nie ma miejsca na partactwo, ale Mike to była zupełnie inna liga. Odkąd zniknął, wiele kreatur odetchnęło z ulgą… Nie wiem, co się z nim stało. Ukrywa się pewnie gdzieś albo…
- Opętał go demon – przerwałam mu.
Harry uniósł wzrok znad kubka z herbatą. Był całkowicie zaskoczony.
- Nie wiem co się stało. Nie było mnie tam. Moja matka i ojczym pojechali się z nim spotkać, a potem znaleziono ich martwych, zamordowanych w bestialski sposób – mówiłam cicho. – Minęło wiele czasu nim dowiedziałam się wystarczająco dużo, by poskładać to w całość. Nie wiem czego od nich chciał, ani dlaczego moja matka zgodziła się z nim spotkać, choć na pewno podejrzewała, że to jakiś podstęp. Nigdy się z nami nie kontaktował, nie było powodu, dla którego nagle miałby zacząć… - mówiłam niemalże do siebie, ponownie roztrząsając to wszystko.
- Znałaś Mike’a? – przerwał mi Harry.
Pokręciłam głową.
- Więc skąd….?
- Ja nigdy go nie widziałam, ale moja matka znała go doskonale – mruknęłam i podniosłam wzrok na mojego rozmówcę. – Był moim ojcem.
***&***
Miejsce, w którym się znalazłam wyglądało dziwnie znajomo. Jakbym już kiedyś tu była. Ciepły wiatr rozwiał mi włosy. Morskie fale zmoczyły mi stopy. Słońce grzało niemiłosiernie.
- Weronika – usłyszałam za sobą głos mamy.
Odwróciłam się i zobaczyłam dwuletnią siebie. Już wiedziałam skąd znam to miejsce. Spędziłam tu z rodzicami pierwsze wakacje. Ale co ja robię we własnym wspomnieniu? Rozejrzałam się za jakąś wskazówką. Nieopodal stał młody mężczyzna w czarnym garniturze. Nie zauważyłam go wcześniej. Wyglądał dziwnie, nie pasował do tego miejsca i nie pamiętam, żeby był tamtego dnia na plaży. Ruszył w moim kierunku i zatrzymał się naprzeciw mnie.
- Witaj, Weroniko – powiedział.
- Kim jesteś? – spytałam.
- Kosiarzem, ale możesz mi mówić Ethan.
- Czyli umarłam – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam.
- Nie, ale jesteś na granicy.
Ja ze wspomnień właśnie zaczęłam budować zamek z piasku.
- Mogę wygrać?
- Jeśli odnajdziesz odpowiednie drzwi – powiedział Ethan.
- Jakaś podpowiedź? – spojrzałam wyczekująco.
- Wymazałaś z pamięci to wspomnienie – przytaknęłam. – Zmierz się z nim, ale pamiętaj, że jeśli się wycofasz, umrzesz – dokończył i zniknął.
Wiedziałam co się wydarzy. To prawda, że starałam się wymazać to wspomnienie. Jak widać nie udało mi się. Podeszłam do młodszej mnie i obserwowałam jak zamek z piasku rośnie. Zadrżałam, wiedziałam co teraz nastąpi. Tata przypadkiem uderzył piłką w mój zamek. Budowla rozsypała się w drobny mak. Nie usłyszałam przeprosin. Wstałam.
- Nienawidzę cię! – krzyknęłam w kierunku taty i uciekłam.
Do teraz nie wiem dlaczego to zrobiłam. Biegłam przed siebie, a tata nawet mnie nie gonił. Zatrzymałam się dopiero na drugim końcu plaży. Ruszyłam ścieżką prowadzącą do miasta. Nie wiem jak wtedy trafiłam do hotelu, w którym się zatrzymaliśmy. Tata i mama już na mnie czekali.
- Co ty sobie wyobrażasz?! – krzyczał tata.
- Gdzieś ty była? – spytała mama. – Wiesz dobrze, że nie wolno mi się denerwować.
Krzyczeli na mnie, a ja bałam się, że coś się przeze mnie stanie ciężarnej mamie. Że mój wybryk zaszkodzi siostrze. Długo po tym incydencie męczyły mnie wyrzuty sumienia, przez które nie mogłam spać w nocy. Nagle zauważyłam, że drzwi za recepcją emanują niebieskawą poświatą. Podeszłam do nich i nacisnęłam klamkę. Wnętrze wciągnęło mnie do środka. Tym razem stałam na szpitalnym korytarzu. Nie potrafiłam skojarzyć, co to za wspomnienie. Błąkałam się chwilę po korytarzach, szukając mojego wcześniejszego wcielenia. Znalazłam je wciśnięte między dwie starsze panie na sofie w poczekalni. Mogłam mieć tu z pięć lat. Nadal nie potrafiłam rozpoznać co ma nastąpić. Nagle zza zakrętu wyszedł Ethan.
- Dobrze ci poszło – powiedział i pstryknął w palce.
Przede mną pojawiła się tablica z dziewięcioma kratkami. Kosiarz ponownie pstryknął w palce i jedna z nich się zakreśliła.
- Teraz będzie trudniej – powiedział. – Zostaniesz uwięziona w ciele ze swojego wspomnienia.
- Co? – jęknęłam zmarnowana.
- Nie będziesz miała wpływu na to co zrobi twoje przeszłe wcielenie, ale będziesz mogła zrezygnować.
Ethan nie czekał na moją odpowiedź. Znowu pstryknął palcami i wylądowałam między dwoma starszymi babciami. Obie śmierdziały co najmniej jednym kotem. Wstałam ale nie czułam władzy nad ciałem. Zupełnie jakbym nie ja nim kierowała. Stanęłam obok gabinetu z numerem dwadzieścia dwa. Teraz przypomniałam sobie, że za nimi jest Ania, u dentysty. Nagle usłyszałam jej krzyk. Przestraszona wbiegłam do pomieszczenia i zobaczyłam zapłakaną siostrę, a nad nią faceta z zakrwawionym wiertłem. Nie pomyślałam wtedy, działałam impulsywnie i wbiłam mu jakieś narzędzie dentystyczne w nogę, po czym uciekłam z Anną. Na korytarzu wpadłyśmy na tatę, który jeszcze nic nie wiedział. Niestety dogonił nas lekarz z zakrwawionym narzędziem dentystycznym w nodze i zaczął się wydzierać. Miałam ochotę zniknąć, nie oglądać dłużej tego wspomnienia. Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że mogło to przekreślić moje szanse na pokonanie śmierci. Wspomnienie skończyło się wcześniej niż przypuszczałam. Już po chwili byłam w moim domu. Znowu miałam osiemnaście lat. Rozejrzałam się w poszukiwaniu Ethana. Bałam się, że wszystko zepsułam, bo tym razem nie przeszłam przez drzwi. Zaczęłam panikować i kiedy w końcu kosiarz się pojawił nie byłam pewna, czy się cieszyć, czy płakać. Ale szedł do mnie z tą samą tablicą. Teraz dwie kratki były zaznaczone. Czyli jednak mi się udało.
- Przepraszam. Zapomniałem ukazać drzwi – powiedział.
- Czyli jest dziewięć wspomnień? – spytałam.
Kiwnął głową.
- Gotowa na kolejne? – zapytał.
- Jeśli to ma pomóc mi przezwyciężyć śmierć.
Mężczyzna pstryknął palcami i znowu byłam w ciele siebie z wspomnień. Tym razem miałam siedem lat. I był dzień moich urodzin. Wręcz wyskoczyłam z łóżka i pognałam na dół. Nie zastałam nikogo. Może rodzice poszli załatwić coś w sprawie moich urodzin. Usiadłam w kuchni i czekałam cierpliwie. Po godzinie zorientowałam się, że coś jest nie tak. Wróciłam na górę. Anie spała u siebie, a sypialnia rodziców była pusta. Rozejrzałam się po niej i na szafce nocnej znalazłam kartkę. „Pojechaliśmy do Harry’ego. Wrócimy jutro rano. Pilnuj siostry.” Zrobiło mi się smutno. Wróciłam na dół i zrobiłam sobie i Ann śniadanie. Siostra jakby czytając mi w myślach zeszła na dół zaspana.
- Wsyskiego najlepsego – powiedziała, wręczając mi ręcznie robioną laurkę.
- Dziękuję – przytuliłam ją i nałożyłam jajecznicę.
Obejrzałam kartkę. Był tam rysunek podpisany „Ja i Wer”. Pomyśleć, że pięciolatka pamiętała o moich urodzinach, a rodzice nie. Nie wiem dlaczego Śmierć wybrała akurat to wspomnienie. Owszem byłam tu zła na rodziców, ale nie było to złe wspomnienie. W skrzynce na listy znalazłam kartkę urodzinową od Adama. Nie wiem jak on to zrobił, ale czułam się wyjątkowa. Na kartce był narysowany piesek z pękiem balonów. W środku było napisane „Wszystkiego najlepszego dla jedynej przyjaciółki”. Zrobiło mi się na chwilę smutno. Tęskniłam za nim. Chciałam zawsze być blisko i oszczędzić mu cierpienia w życiu. Spostrzegłam, że drzwi frontowe emanują niebieską poświatą. Bez wahania je otworzyłam i zostałam wciągnięta do wnętrza. Stałam na łące w pobliżu jeziora. Nieopodal znajdowało się kilka namiotów. Pod drzewem stał Ethan i bił mi brawo. Znowu pojawiła się dziwna tablica i kolejna kratka została zaznaczona.
- Jesteś niesamowita – powiedział z podziwem.
- Dziękuje.
Kosiarz znowu zniknął, a ja po raz kolejny musiałam się zmierzyć ze swoim wspomnieniem. Niestety tym razem dokładnie wiedziałam czego dotyczy. Znowu miałam jedenaście lat. Siedziałam naprzeciwko Adama. Grzaliśmy się przy ognisku. Pamiętałam to miejsce. Obóz dla dzieci łowców. Dziwne, ale takie coś istnieje. Wysyła się tam dzieciaki, aby nauczyły się czegoś od starszych łowców. Byłam tylko raz i nigdy więcej nie chciałam się tam znaleźć. Podszedł do mnie William, „ciacho”, na widok którego piszczały wszystkie dziewczyny. Poza mną.
- Hej, słoneczko – zaczął. – Chodź ze mną. Po co zadawać się z takim śmieciem? – wskazał Adama.
- Wynoś się – powiedziałam tylko jadowicie.
Odszedł. Adam podniósł się, otrzepał spodnie i zaczął iść w kierunku lasu. Podreptałam za nim. Zatrzymał się dopiero przy wodospadzie.
- Ma racje – stwierdził.
- Kto? – nie wiedziałam o co mu chodzi.
- William. Powinnaś iść z nim. Ja jestem nikim.
- Wcale nie.
Chłopak zaczął wyłamywać sobie palce.
- Widzę jak na niego patrzysz – powiedział.
- Cóż widać jesteś ślepy – stwierdziłam ostro.
- Zostaw mnie – odparł.
- Jak chcesz. Nienawidzę cię! – długo potem żałowałam tych słów.
Odeszłam, nie odwracając się za siebie. Jak mogłam mu to powiedzieć? Owszem, zdenerwował mnie, ale ja zraniłam go bardziej. A potem zrobiłam coś jeszcze gorszego. Umówiłam się z Williamem i całowaliśmy się przy ognisku. Upewniałam się tylko czy Adam to widzi. Po randce wpadłam na niego przy jeziorze.
- Myślałem, że jesteś inna – powiedział.
- Nie obchodzi mnie co myślisz – znowu go zraniłam.
Odszedł bez słowa. Nie dość, że nie był zazdrosny, to tylko pogorszyłam sprawę. Na dodatek zagrałam wbrew sobie i dałam satysfakcję Williamowi. Tym razem świeciło się wejście do namiotu. Chciałam jak najprędzej opuścić to wspomnienie. Wbiegłam do namiotu i wylądowałam przed moim domem. Nie wiem dlaczego, ale po prostu zaczęłam płakać. Po mojej twarzy spływały łzy, a ja tylko stałam i patrzyłam przed siebie. Zobaczyłam Ethana i się ogarnęłam.
- Możesz to naprawić – powiedział. – Musisz tylko wrócić do żywych.
- Dam radę – szepnęłam.
Znowu tablica i jedna kratka mniej. Zostało ich tylko pięć. Muszę wziąć się w garść.
- Jesteś gotowa, czy rezygnujesz?
- Gotowa.
Ethan rozpłynął się. Wylądowałam w swoim piętnastoletnim ciele. Miałam przy sobie broń. Stałam obok Impali i czekałam na tatę. Byłam podekscytowana, miała jechać na swoją pierwszą robotę. W pobliżu doszło do serii dziwnych zabójstw. Ofiary miały ślady wkłucia i były pozbawione przysadki mózgowej. Po chwili z domu wyszedł tata machając mamie na do widzenia, ja też jej pomachałam. Później wsiedliśmy do auta i odjechaliśmy. Nagle stało się coś dziwnego. Czas przyspieszył, czułam się jak w karuzeli. Kiedy się zatrzymał stałam przed rudą dziewczynką w moim wieku. Celowałam do niej bronią, ale nie miałam odwagi pociągnąć za spust. Była kitsune, ale to coś innego niż duch, czy demon. Wtedy do domu wpadł tata. Nagle dziewczyna rzuciła się na niego  i zaatakowała go. Strzeliłam, jednak trafiłam tylko ojca w ramię. Rzadko chybiłam, chyba po prostu nie chciałam trafić. Dopiero tata wbił jej sztylet w serce.
- Myślałem, że jesteś gotowa – powiedział z rozczarowaniem.
Dopiero po chwili zaczął na mnie krzyczeć, ale nie słuchałam go. Patrzyłam w puste oczy dziewczyny. Po śmierci jej źrenice przybrały wrzecionowaty kształt. Pamiętam, że wtedy bardziej żal mi było potwora niż mojego ojca. Niebieska poświata, kolejne drzwi. Ciemność. Nagle pojawił się Ethan.
- Świetnie ci idzie – stwierdził. – Dlatego podnosimy poprzeczkę.
- Co? – jęknęłam.
- Teraz będziesz miała władzę nad wspomnieniem, ale jeśli coś zmienisz, umrzesz.
- Czyli muszę odtworzyć jak najdokładniej te sytuacje? – spytałam.
- Tak, ale nie martw się teraz to tylko krótkie urywki z twojego życia – uśmiechnął się do mnie.
Pstryknął w palce. Pojawiła się dobrze mi znana tablica. Cztery pola pozostały puste. Westchnęłam.
- Muszę zrobić jeszcze wiele rzeczy, więc dawaj to wspomnienie.
Zniknął i nagle wylądowałam w Impali. To było dwa lata temu. Byłam w drodze do Corntown. Chciałam odwiedzić Adama. Wyjaśnić mu wszystko. Miałam nadzieję, że nie znienawidził mnie tak całkowicie. Skręciłam w boczną drogę, minęłam rynek. Spojrzałam tęsknie na fontannę i wcisnęłam pedał gazu. Ruszyłam drogą pod górkę, w kierunku domu państwa Ward. Kilka metrów przed bramą zauważyłam tabliczkę „Sprzedane”. Wiem, że wtedy zawróciłam. Wiem też, że Adam był w domu, a ta tabliczka to zmyła. Chciałam jechać dalej, ale ostatecznie zawróciłam i zatrzymałam się na rynku. Wrzuciłam jakieś drobne do fontanny. Drzwi Impali zaświeciły się na niebiesko.
- Faktycznie krótkie – powiedziałam, otwierając je.
Stałam w swoim pokoju. Miałam sześć lat. Przez chwilę widziałam tabliczkę z pustymi trzema kratkami, ale po chwili zniknęła. Ethan się nie pokazał. Do pokoju wpadł tata. Zaczął krzyczeć. Odsunęłam się pod ścianę. Machał mi przed nosem swoim notesem.
- Gdzie są wyrwane kartki? – spytał.
- Mam gdzieś twoje kartki – odpowiedziałam tak jak wtedy, mimo iż teraz powiedziałabym coś innego.
- Smarkulo, jak ty się odzywasz – uderzył mnie w twarz i wyszedł.
To było dwa dni po tym jak zapomnieli o moim występie. Byłam zła i wtedy tata uderzył mnie drugi raz w życiu. Wyszłam przez okno i szłam przed siebie, aż przyuważyłam kolejne przejście. Tym razem miałam siedem lat i siedziałam na łóżku w pokoju hotelowym. W drzwiach mignął mi Ethan, kolejny kwadrat został zaznaczony. Do pokoju wbiegła zapłakana Ann. Została wtedy zaatakowana przez ducha podczas wakacji. To były nasze ostatnie wakacje. Usiadła obok, a ja ją przytuliłam. Znowu nie wiedziałam dlaczego to wspomnienie. Co niby miałabym w nim zmienić?
- Tatuś mnie nie kocha – powiedziała Anie.
- Kocha cię bardzo.
- Gdyby kochał, nie dał by mnie zaatakować – powiedziała cicho.
- Starał się – broniłam go.
Już wiem o co chodziło Śmierci. Wyglądało to wtedy jakby tata użył Anny jako przynęty. Powinnam jej wtedy powiedzieć prawdę. Mogłam powiedzieć jej, że tata nas kocha, ale nie tak jak inni ojcowie. Że jest zimny i czasami mu na nas nie zależy, ale przeważnie nas kocha. Czas się zatrzymał, a drzwi do łazienki zaświeciły się na niebiesko. Wyswobodziłam się z objęć siostry i przeszłam do ostatniego, mam nadzieję, wspomnienia. Znowu wróciłam do domu. To był dzień wyjazdu rodziców. Wtedy widziałam ich ostatni raz. Tylko przez sekundę widziałam tablicę.
- Procedura jak zwykle – powiedział tata, stojąc  w drzwiach.
- Wszystko wiem – odparłam, chociaż chciałam krzyczeć, żeby zostali.
- Kocham was, skarby – mama dała nam po buziaku. – Wrócimy szybko.
Chciałam im powiedzieć, że jeśli teraz wyjdą, to czeka ich śmierć. Ale jeśli to zrobię, dołączę do nich, a wtedy Ann nie będzie już miała nikogo. Wzięłam się w garść i pomachałam im przez okno. Odjechali, a Anie znieruchomiała. Obok schodów stał Ethan, trzymał zapełnioną planszę. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam płakać. Podszedł do mnie i mnie objął. Poczekał, aż się uspokoiłam.
- Dziękuję. Już dobrze – powiedziałam.
- Jesteś gotowa – odparł. – To ostatnie drzwi – wskazał te prowadzące do piwnicy.
Kiedy je otworzyłam, nie wciągnęły mnie jak poprzednie. Prowadziły do ciemnego korytarza. Na końcu świecił mały punkcik.
- Ta, nie idź w stronę światła – mruknęłam i zamknęłam je za sobą.
***&***
Byłyśmy u Harry’ego już od kilku dni, a Wer nadal nie odzyskała przytomności. Adam obudził się pod dwóch dniach i pierwsze co zrobił, to poszedł do Wer. Jego rana zaprotestowała i zaczęła lekko krwawić, więc by wykluczyć podobne sytuacje w przyszłości, wstawiliśmy do sypialni Wer drugie łóżko, by mógł przy niej czuwać bez szkody dla swojej rekonwalescencji.
Ann była bardzo milcząca. Jeśli nie siedziała przy Wer, znikała na całe dnie w bibliotece, gdzie przeszukiwała stare księgi spisane chyba we wszystkich językach świata. Nie przyznała się jednak czego szuka. Widziałyśmy się jedynie wtedy, gdy łaskawie zdarzało jej się zejść na posiłek.
Adam zdrowiał w szybkim tempie, ale woleliśmy być ostrożni i zabroniliśmy mu się przemęczać. Nie był z tego zadowolony, jednak i tak całe dnie spędzał przy Wer, na przemian z Ann.
Ja tymczasem pomagałam Harry’emu w domowych obowiązkach. On sam nie miał dla nas tak wiele czasu, jak by chciał, bowiem telefony wciąż się do niego urywały. Plaga duchów i  innych kreatur postawiła na nogi wszystkich łowców w okolicy, a Harry jako doświadczony łowca często musiał służyć im pomocą. Biegał więc z telefonem przy uchu po całym domu i szukał potrzebnych informacji.
Jednego dnia wpadłam na niego, kiedy w pośpiechu ubierał buty.
- Idziesz gdzieś? – zapytałam.
- Potrzebuję owcy – odparł pośpiesznie.
- Mogłeś powiedzieć, że nie lubisz wieprzowiny – odparłam zdziwiona, wspominając, przygotowany przeze mnie dziś obiad. – Zaraz, nie mówiłeś, że jesteś…
- Nie jestem – burknął. – A owca nie jest dla mnie. Będę wieczorem – mruknął i zatrzasnął za sobą drzwi.
Wzruszyłam ramionami i podeszłam do księgi rozłożonej na stoliku w salonie. Była otwarta na stronie opisującej dżiny.
- Ki diabeł…? – mruknęłam, pochylając się nad księgą.
Z opisu wynikało, że dżina można zabić jedynie sztyletem unurzanym w krwi owcy. Przeniosłam wzrok na sąsiednią stronę i dowiedziałam się, że dżiny to istoty wychwytujące pragnienia człowieka, które następnie tworzą iluzję by móc się żywić ich krwią. Nie zazdrościłam łowcy, który się teraz miał mierzyć z jednym z nich…
- Ha, a ja podejrzewałam Harry’ego o żydowskie korzenie…
Łowca rzeczywiście wrócił wieczorem. Jadł kolację, którą mu odgrzałam podczas gdy ja zmywałam naczynia.
- Co z dżinem? – spytałam.
- Trup – mruknął. – Naprawdę myślałaś, że jestem Żydem? – zainteresował się.
Westchnęłam.
- To było moje pierwsze skojarzenie. Co z tego, że nie miało kompletnie sensu…?
Harry roześmiał się.
- Chyba cię lubię, Alice… Nawet nie wiesz jak bardzo jesteś podobna do Mike’a…- westchnął nagle.
- Dobrze go znałeś? – zapytałam z pozoru obojętnie.
- Wiele razem przeszliśmy. Ja znam prawie każdego łowcę w tym kraju, a na pewno w tym stanie…
- Jaki był? – zapytałam zakręciwszy wodę i przysiadłszy się do stołu.
- Matka ci nie opowiadała? – uśmiechnął się.
- Cały czas. Chciałabym jednak usłyszeć opinię kogoś innego…
- Myślę, że nie będzie się dużo różnić… Może tylko tym, że nie będę się rozwodzić nad tym jaki jest przystojny…
Roześmialiśmy się oboje.
- Mama bardzo go kochała – westchnęłam. – Ale nie miała mu za złe, że nas zostawił. Wiedziała, że tak było bezpieczniej… do czasu.
- Łowcy nie powinni zakładać rodzin – westchnął Harry.
- A… A rodzina Wer i Ann? Rodzina Adama? – zapytałam zdziwiona.
- Cóż, wiesz jaki los ich spotkał… - mruknął ponuro. – I taki los spotyka każdego łowcę, prędzej czy później. Nie zależnie od tego, jak dobry by nie był. Żaden łowca nie dożywa sędziwego wieku…
- A ty? – spytałam.
- Wyglądam aż tak staro?! – oburzył się.
- Pytałam o twoją rodzinę – wyjaśniłam, uśmiechając się lekko.
- Widzisz tu jakąś rodzinę?
Pokręciłam głową.
- Łowcą można zostać na dwa sposoby. Możesz urodzić się w rodzinie łowców i wtedy masz przechlapane. To nie jest coś, od czego można się uwolnić. Łowcą zostaje się na całe życie. Jak raz wdepniesz w to bagno, to choćbyś uciekł na drugi krańce świata, ono i tak cię dopadnie i wciągnie jeszcze głębiej…
- A drugi sposób?
Harry uśmiechnął się krzywo.
- Przecież wiesz. Życie cię do tego zmusza. Jeśli widzisz jak jakiś demon zabija twoją całą rodzinę, to ciężko tak po prostu przymknąć na to oczy i żyć dalej. A poza tym… jeśli zabiło twoje rodzeństwo, rodziców, chłopaka i przyjaciółki, to w końcu upomni się także o ciebie.
- Na szczęście nie miałam rodzeństwa ani chłopaka – mruknęłam ponuro. – Oszczędzono mi trochę bólu.
- Nadal masz ojca – zauważył cicho Harry.
- Tylko gdzie? – mruknęłam. – I czy jeszcze pamięta kim jest? Rodzice zginęli ponad dwa lata temu. A demon musiał opętać go już wcześniej.
- Są ludzie, którzy są opętani przez lata i zachowują pełną świadomość. To wszystko zależy od człowieka… A Mike nie zalicza się do osób, które łatwo dają za wygraną…
Milczeliśmy przez chwilę. Harry skończył kolację i odstawił naczynia do zlewu. Włączył czajnik zrobił dwa kubki herbaty.
- Nadal nie powiedziałeś mi jakim jest człowiekiem – odezwałam się, obejmując kubek dłońmi.
- Bardzo cię interesuje…
- To ktoś, kogo moja matka darzyła wielkim uczuciem, którego stawiała mi za wzór, nauczyła szacunku do niego. A poza tym… jest moim ojcem. Nawet jeśli go nie znam, to tak jakbym go znała. Mama nie pozwoliła mi o nim zapomnieć. W jej opowieściach był jak żywy, choć niematerialny.
- Mike jest bardzo odważnym człowiekiem, posiada wszystkie cechy, które czynią go świetnym łowcą. Jest uparty i zdeterminowany, przenikliwy, szybko podejmuje decyzje. Jedyne co można mu zarzucić, to to, że często ryzykował własnym życiem, nawet jeśli gra nie była warta stawki. Nie potrafił usiedzieć spokojnie. Jeśli przez trzy dni nie trafiła mu się żadna robota, to potrafił wsiąść w samochód i jechać tak długo nim na coś nie trafił. Po drodze czytał wszystkie gazety i chwytał się każdej bzdury. A gdy na coś już trafił to nawet jeśli sprawa przerastała jego możliwości nie miał najmniejszego zamiaru cierpliwie czekać na wsparcie. Często kończyło się to tym, że musiałem ratować go z opresji… Kiedy jednak trzeba było, potrafił wykazać się opanowaniem. A za przyjaciół poszedłby do piekła…
- A tymczasem to piekło przyszło do niego… - mruknęłam. – Wiesz może gdzie on jest? Albo może być?
- Nie mam pojęcia. Wierz mi, szukałem, ale zdało się to na nic.
- Ja też szukałam. Od śmierci mamy i George’a niemal bez przerwy. Ale nie trafiłam na żaden ślad. Ty jesteś pierwszym. I ten sztylet – wskazałam brodą leżący na stole nóż. – w swoim pamiętniku, mama wspomina, że podobny należał do Mike’a…
- Jest tylko jeden taki sztylet – odparł Harry.  – Możliwe, że był w posiadaniu Mike’a bo takie rzeczy przechodzą z rąk do rąk w kręgach łowców. Chociażby legendarny Colt.
- Colt? – zapytałam.
- Broń, którą można zabić wszystko – Harry uśmiechnął się na widok mojej miny. – Nie łudź się, nie widziano go od ponad stu lat, a trop się urywa bez śladu.
- Cóż… Warto pomarzyć… - spojrzałam na zegarek. – Późno już, pójdę chyba spać... umyjesz jeszcze te talerze?
- To mój dom – uśmiechnął się do mnie.
- Wybacz, zdaje się, że już się tu zadomowiłam… - westchnęłam, wstając od stołu.
- To dobrze. W tym domu każdy łowca powinien czuć się jak u siebie…
- Z tego co mówisz, wynika, że stałam się łowcą… - mruknęłam.
- Jeszcze w to wątpisz? – zapytał, ale ja już bez słowa poszłam spać.
Harry miał jednak rację. Jeśli nie urodzisz się łowcą to życie cię nim uczyni. Mnie uczyniło. A to funkcja, której nie da się zrzec.
Następnego dnia rano postanowiłam wstać wcześniej i zrobić śniadanie. Po tygodniach spędzonych z rodzeństwem Wilde, które obfitowały w emocjonujące przeżycia, zaczynało mi się trochę nudzić. Wer nadal była nieprzytomna, Adam zdrowiał, Ann snuła się pod domu jak duch, Harry pracował. Czułam się niepotrzebna. Chciałam poprosić starego łowcę, by znalazł mi jakąś robotę, bym miała chociaż czym zająć ręce…
Kroiłam szynkę, kiedy do kuchni wsunęła się Ann. Pod oczami miała wory, włosy miała matowe i potargane. Usiadła przy stole i ospale zaczęła smarować chleb masłem.
- Jak się ma Wer? – zapytałam. Ostatnio to było jedyne pytanie, które zadawano w tym domu.
- Przecież wiesz – mruknęła. – Bez zmian.
- Powinnaś odpocząć – westchnęłam. – Jeśli padniesz z wyczerpania, Weronice wcale nie doda to sił.
- Mam po prostu się czymś zająć, kiedy moja siostra leży od kilku dni bez znaku życia?
- Obudzi się, na pewno. Jest silna, ale jej ciało musi się zregenerować – mówiłam, jednak sama równie mocno się martwiłam. Długa nieprzytomność Wer była niepokojąca. Nikt z nas nie wiedział co jej właściwie jest. Jakby była zawieszona na granicy życia i śmierci…
 Wzdrygnęłam się na to porównanie, a do kuchni wszedł Harry pociągając nosem.
- Czy ja czuję kiełbaski?  - zapytał. – Skąd masz kiełbaski?
- Z zamrażalnika – odpowiedziałam. – Zaglądasz tam choć czasem?
- Złota dziewczyna – mruknął z zadowoleniem, zrzucając na swój talerz kilka frankfurterek. – Skąd się takie biorą?
- Pozwolisz, że nie będę się wdawać w szczegóły – wywróciłam oczami i wbiłam na patelnię kilka jaj, miałam zamiar zrobić jeszcze jajecznicę.
Nagle zabrzmiał dzwonek.
- Zostań, ja otworzę! – zawołał Harry, zrywając się z miejsca. – Ty zajmij się jajecznicą…
- Czy on myśli tylko o jedzeniu…? – mruknęłam.
Ann wywróciła oczami i bez entuzjazmu wbiła widelec w jedną z kiełbasek.
- Co ty tu robisz? – usłyszałyśmy przytłumiony głos Harry’ego, dochodzący z przedpokoju. – Myślałem, że przeniosłeś się na północ…
- Mała zmiana planów. Miałem w okolicy trochę pracy…
Po drugiej stronie stołu Anna zamarła z widelcem w połowie drogi do ust. Pomiędzy brwiami pojawiła jej się drobna zmarszczka, intensywnie nad czymś myślała.
- Harry, potrzebuję twojej pomocy – mówił tymczasem tajemniczy głos. – Kilkadziesiąt kilometrów stąd jest…
- Nie mogę, naprawdę nie mogę…
- Harry, to ważne. Proszę, przynajmniej pomóż mi się zorientować co to jest…
Dobiegło nas ciche westchnienie Harry’ego.
- Naprawdę… Mam gości…
- Gości…? Harry, proszę…
- No dobra, Robbie, właź, przedstawię cię…
Anna  nagle podniosła się z krzesła i ruszyła w kierunku przedpokoju. Zaintrygowana poszłam za nią.
Weszłyśmy do salonu, dokładnie w tym samym momencie, w którym Harry wprowadził do niego przybysza. Był to młody wysoki chłopak o brązowych włosach, w szarej bluzie i czarnych dżinsach.
- Robbie…?
- Co ty tutaj robisz?! – wykrzyknął chłopak na widok Anny.
- Co TY tutaj robisz?! – odparła równie zdziwiona.
- Erm, wy się znacie? – zapytałam niemal równocześnie z Harrym, bo gapili się na siebie, jakby widzieli się pierwszy raz w życiu, a z ich wypowiedzi wynikało, że to raczej nie jest ich pierwsze spotkanie.
- Tak… - mruknął chłopak i przeniósł wzrok na Harry’ego. – To są twoi goście?
- To łowcy. Innych gości się raczej nigdy nie spodziewam…
- A gdzie Weronika? – dopytywał się dalej.
- Właśnie z jej powodu  tu jesteśmy – mruknęła Anna.
Nie zamierzała mówić nic więcej, więc chłopak przeniósł wzrok na mnie.
- My się chyba nie znamy… - wyciągnął w moją stronę dłoń. – Robbie. Robbie Spencer, łowca.
- Alice – uścisnęłam jego dłoń. Miał mocny uścisk. – Alice Morgan, córka łowcy.
Uniósł brwi, ale nie skomentował.
- Nie chciałabym być wścibska – zaczęłam, bo Anna nadal wpatrywała się w swoje buty, a Harry nie kwapił się do rozmowy – ale można wiedzieć skąd się znacie?
- Poznaliśmy się w Raxton.
- W Raxton? – przełknęłam ślinę. Doskonale pamiętałam co było w Raxton.
- Raxton? – powtórzył za mną jak echo Harry. – A co u licha robiliście w Raxton?
Oboje milczeli, choć przecież to nie było nic nagannego.
- Polowali na wilkołaka – wykrztusiłam w końcu, kiedy Harry zaczął się niecierpliwić.
- Rozumiem, że było to już po tym jak cię spotkali?
- My poznaliśmy się przez przypadek – wtrącił Robbie, nagle zakłopotany. – To znaczy z Anną i Weroniką. Alice nie było wtedy z nimi…
- Byłam, ale zajęta – mruknęłam.
- To znaczy?
- Zajmowałam się innym wilkołakiem – odparłam niechętnie. Nie chciałam tego ponownie roztrząsać.
- Nic nie rozumiem… - westchnął Harry.
- To długa historia – odezwała się w końcu Ann. – Z Wer jest źle – odpowiedziała, nim Robbie zadał pytanie.
- Co…?
- Co się stało? I kto to jest? – w przedpokoju nagle pojawił się Adam.
Anna odsunęła się od niego, tak że nagle znalazła się tuż obok Robbiego. Wywróciłam oczami.
- Adam, nie powinieneś wstawać… Twoja rana…
- Chrzanić ranę – machnął ręką. - Nie pierwsza i nie ostatnia. Chcę wiedzieć kto to i skąd zna Wer – zmierzył Robbiego ciężkim wzrokiem.
- Łowca, a kogo się spodziewałeś? – warknęła Anna. – Myślałeś, że to  jej narzeczony? W sumie po tylu latach…
Adam zmrużył oczy, ale nic nie powiedział. Wraz z Harrym w milczeniu przyglądaliśmy się tej wymianie zdań.
- Adam, wracaj do łóżka – odezwałam się w końcu, czując jak powietrze gęstnieje. Mój umysł jeszcze nie ogarnął, kto tu z kim, i kto o kogo, ale należało czym prędzej rozluźnić atmosferę. – Powinieneś jeszcze odpoczywać.
- Dzięki za troskę, ale po prostu zżera cię poczucie winy – mruknął.
To zabolało. Rzeczywiście miałam wyrzuty sumienia, że tak bez zastanowienia przejechałam mu nożem po brzuchu, ale przecież był opętany przez demona! Gdybym tego nie zrobiła, pewnie nie byłoby tu ani mnie, ani jego.
Nim jednak zdążyłam coś odrzec, chłopak odwrócił się i ruszył z powrotem.
- Idę do Wer, nie powinna być sama.
- Kto to był? – zapytał cicho Robbie, gdy Adam zamknął za sobą drzwi do sypialni.
- Chłopak mojej siostry – odparła Anna.
- Aha – skomentował. – To dobrze, że ona mi się nie podoba… - napotkał moje zdziwione spojrzenie i się speszył. – To znaczy nie miałem na myśli, że nie jest ładna, tylko że nie w ten sposób, no… Anna po prostu bardziej mi się podoba… Ja… - zamilkł speszony i odwrócił wzrok.
Westchnęłam i wymieniłam z Harrym spojrzenia.
- Pójdę zrobić herbaty – mruknęłam.
- Myślę, że piwo będzie lepsze – odparł gospodarz. – Jest w lodówce.
- Jak uważasz, to twój dom – wzruszyłam ramionami i poszłam do kuchni, a Harry zaprowadził Robbiego i Annę do salonu.
Wyjęłam piwo z lodówki i spojrzałam na patelnię.
- No pięknie… - mruknęłam i wyłączyłam gaz pod zwęgloną jajecznicą.
- Niestety nie poczęstujemy cię śniadaniem – mruknęłam, wchodząc do salonu i siadając obok Harry’ego. – Diripienda negri to chyba nie to co lubisz…
Wszyscy obecni uśmiechnęli się pod nosem. Tylko Harry spojrzał na mnie z zawodem.
- Nici z mojej jajecznicy?
Pokręciłam głową.
- Chyba że cierpisz na niestrawność – uśmiechnęłam się krzywo. – Ale żarty na bok. Słyszałam, że przychodzisz tu z jakimś problemem – zwróciłam się do Robbiego.
- Myślałem, że Harry mi pomoże. Kawałek stąd doszło do serii przestępstw…
- To raczej sprawa dla policji – wtrącił się gospodarz.
- Tak, ale tam nic nie trzyma się kupy. Pomiędzy przestępstwami nie ma żadnych powiązań, ale są do siebie podobne. Mimo to podejrzani o nie są zupełnie różni ludzie, który wcale nie kryli się, jakby chcieli być nakryci. Na dodatek zarzekają się, że ich tam nie było i niektórzy rzeczywiście mają rację. Policja nie jest w stanie nic zrobić…
- Dobre alibi – mruknął Harry.
- Brzmi ciekawie – zainteresowałam się. – Szukasz kogoś do pomocy…?
- Właśnie w tej sprawie przyjechałem – westchnął Robbie. – Ale skoro Harry jest zajęty…
- Ja z tobą pojadę – zadecydowałam nagle.
- Co?! – wyrwało się zarówno Harry’emu jak i Annie.
- Nudzi mi się – wzruszyłam ramionami.
- Moja siostra jest umierająca – wycedziła Ann – a tobie się nudzi…?
- Ann, Wer jest pod dobrą opieką i zarówno moja jak i twoja obecność lub nieobecność, nie będzie mieć wpływu na to czy wyzdrowieje – mówiłam spokojnie. – Wiem, że ciężko ci się z tym pogodzić, ale nie jesteś w stanie jej pomóc. Ja również nie. Harry musi tu zostać, na wypadek gdyby coś zaczęło się dziać, ale tobie i mnie przyda się jakaś odskocznia. Myślę, że polowanie dobrze nam zrobi, a skoro nadarza się okazja…
- Nie – odparła zimno Ann.
- Tak – powiedziałam twardo. – Sama mi to jeszcze nie tak dawno doradzałaś, pamiętasz?
Anna zaczynała się łamać. Spoglądała to na mnie to na Robbiego, a to znowu na Harry’ego. W końcu westchnęła.
- Ile nam to zajmie?
- Myślę, że kilka dni… Jesteś pewna? – zatroskał się Robbie. – Jakby co, to myślę, że razem z Alice doskonale damy sobie radę…
- Nie – przerwała mu gwałtownie, ale zaraz dodała łagodniej – Alice ma rację, muszę się trochę od tego wszystkiego oderwać. Rozwalenie jakiejś kreatury pomoże mi się odstresować…
- Zuch dziewczynka! – westchnął Harry. – Więc co?
- Myślę, że się trochę ogarniemy i możemy wyjeżdżać jutro rano – Robbie przeszedł do konkretów.
- Mnie to pasuje. Ann? – zapytałam.
Pokiwała powoli głową.
- Zajrzę jeszcze do Wer… - mruknęła i odeszła od stołu.
- Są ze sobą bardzo blisko – zauważył młody łowca, kiedy zniknęła.
- I to jak – mruknęłam. – Mam nadzieję, że Wer wyzdrowieje – dodałam ciszej.
Choć nie dawałam tego po sobie poznać, choroba Weroniki bardzo mnie martwiła. Tak naprawdę to nie nuda mi doskwierała, tylko strach.
Strach przed tym, że Wer się z tego nie wyliże. I to przed tym strachem właśnie próbowałam uciec.
***&***
Wyjechaliśmy samochodem Robbiego. Oczywistym było, że bez zgody Wer nawet nie powinniśmy dotykać Impali. Chyba, że życie było nam niemiłe… Anna siedziała na przednim siedzeniu i milczała. Robbie próbował ją delikatnie zagadywać, ale w końcu dał za wygraną i cicho puścił radio. Ja siedziałam z tyłu i przeglądałam uczynione przez niego notatki, porównując je często z moim notesem.
- Pamiętnik? – zagaił w końcu.
- Notes – poprawiłam go.
- Długo go prowadzisz? – pytał dalej.
- To mojej mamy – ucięłam.
Milczał przez chwilę, ale nie wytrzymał długo.
- Więc twój ojciec był łowcą, tak?
Westchnęłam ciężko.
- Robbie, słuchaj – zaczęłam spokojnie, choć dziś wszystko działało mi na nerwy. – Nie chcę być wredna, ale mam dziś wyjątkowo podły humor i…
- I lepiej cię nie drażnić? – domyślił się.
- Tak. Nie potrafisz wysiedzieć cicho trochę dłużej niż minutę…? – zapytałam, jednak czar, który wokół siebie roztaczał już na mnie zadziałał i czułam jak na mojej twarzy pojawia się uśmiech.
- Nie – uśmiechnął się rozbrajająco i pogłośnił radio, a ja wróciłam do studiowania notatek, uśmiechając się skrycie pod nosem.
- Za ile będziemy? – odezwała się Anna.
- Ty mówisz! – ucieszył się Robbie.
Spojrzenie, które mu posłała mogło by zmrozić ognisko.
- Okey, rozumiem, martwisz się o siostrę. Ty zresztą też – zwrócił się do mnie. – Przepraszam, taka już moja natura, że nie biorę życia na poważnie.
- Łowcy zazwyczaj biorą je bardzo poważnie, w końcu zazwyczaj dla nich jest wyjątkowo krótkie – skomentowałam.
- Dlatego muszę czerpać z niego garściami – uśmiechnął się do Anny. – Nie martw się, Weronika wyjdzie z tego.
- Skąd możesz wiedzieć? – burknęła. – Harry nawet nie wie co jej jest…
- Jestem w stanie się założyć, że kiedy wrócimy to będzie cała i zdrowa – uspokoił ją Robbie, ale we wstecznym lusterku widziałam, że ten pozorny optymizm to tylko gra, która miała podnieść Ann na duchu.
- Będzie dobrze – włączyłam się. – Ale kierowca nie odpowiedział na pytanie. Kiedy będziemy na miejscu, panie kierowco? – zapytałam, bo i mnie nurtowało to pytanie.
- Za jakieś pół godziny – odpowiedział.
Jechaliśmy w milczeniu, kiedy nagle coś wpadło mi do głowy.
- Robbie, a w zasadzie ile ty masz lat? – może i było to dziwne pytanie, zważywszy na okoliczności, ale byłam po prostu ciekawa. Zachowywał się bardzo dojrzale, a nie wyglądał na starszego od nas.
Chłopak roześmiał się.
- I kto tu nie potrafi wysiedzieć cicho…? – puścił mi oko we wstecznym lusterku. – A wiosen liczę sobie siedemnaście, skoro pytasz młoda damo.
- I tak spokojnie prowadzisz sobie samochód?
- Lewe prawko – wyszczerzył się.
- No, tak… znamy to – uśmiechnęłam się.
- No… od tej strony to cię nie znałem – udawał oburzonego.
- Bo prawdę mówiąc to zasadniczo znasz mnie od wczoraj – zgasiłam go. – Podrywasz każdą dziewczynę w zasięgu wzroku? – zainteresowałam się.
- Nakryłaś mnie – westchnął z udawanym żalem. – Mówiłem, korzystam z życia. A poza tym, powiedz mi Alice, jak można cię nie lubić?
- Słucham? – wytrzeszczyłam na niego oczy.
Nic nie odpowiedział tylko posłał mi tajemniczy uśmiech i skupił się na drodze.
Westchnęłam teatralnie, a Ann się cicho odezwała:
- Ona jest zajęta, Robbie.
- Ojej… - westchnął. – A czy w twoich ramionach znajdę pocieszenie, o piękna…?
Byłam gotowa się założyć, że na twarzy Ann w końcu pojawił się uśmiech. Potrzebne było jej towarzystwo kogoś tak pogodnego jak Robbie.
- Jak zasłużysz, Cassanovo – zaczęła się z nim droczyć.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, Ann już nie byłą tak ponura jak rano. Miasteczko nazywało się Perryville i nie było zbyt duże. Unikaliśmy robót w dużych miastach, zresztą tam o dziwo potwory atakowały rzadziej. Rozejrzeliśmy się nieco w centrum, między innymi zajrzeliśmy na komisariat policji by dowiedzieć się więcej o napadach. Wywiad, który przeprowadził Robbie był jednak tak dobry, że nie dowiedzieliśmy się niczego nowego. Powoli zmierzchało, więc postanowiliśmy poszukać jakiegoś noclegu.
Anna wysiadła z auta by załatwić pokój w motelu, a ja wraz z Robbiem wyciągnęliśmy z bagażnika najpotrzebniejsze rzeczy.
- Przepraszam za to po drodze, nie chciałem cię urazić – powiedział nagle.
- Czym? – zdziwiłam się.
- Tym całym „podrywaniem” – zrobił w powietrzu cudzysłów. – Chciałem jedynie trochę rozweselić Ann, żeby nie była taka ponura.
- I ci się udało – uśmiechnęłam się. – Naprawdę, nie gniewam się. To było nawet miłe.
- A co na to twój chłopak?
- Nie mam chłopaka – spochmurniałam, bo wiedziałam co Ann miała wtedy na myśli.
- Więc co…
- Nieważne – ucięłam. – Chodźmy, bo jeszcze Ann zacznie nas o coś podejrzewać…
Dziewczyna czekała na nas przy recepcji. Wzięła od Robbiego swój plecak i poprowadziła nas do pokoju. Otworzyła drzwi i stanęła w progu.
- No pięknie – westchnęła.
Zajrzałam jej przez ramię.
- No pięknie – powtórzyłam za nią jak echo.
W pokoju były tylko dwa łóżka.
- O co chodzi? – zainteresował się chłopak, bo tarasowałyśmy wejście.
- Jesteś pewna, że poprosiłaś o trojkę? – zapytałam Ann.
- Kpisz?  - spojrzała na mnie z politowaniem i weszła do pokoju. – Robbie, śpisz na dywanie – zarządziła, kładąc swoje rzeczy na jednym z łóżek.
- Chcesz, żeby się przeziębił?! – wyrwało mi się. – Przecież zmieścimy się w jednym łóżku…
- Wiercę się w nocy i ślinię przez sen – odparła Ann z kamienną twarzą. – potrzebuję dużo miejsca. Jak tak się o niego martwisz możesz go do siebie przygarnąć…
- Ok, Robbie śpi na podłodze – odparłam błyskawicznie nim ta wizja dotarła do mojego umysłu i położyłam swoje rzeczy na drugim łóżku.
- Erm… - chłopak patrzył na nas chwilę zdezorientowany. – Ok, to ja skoczę jeszcze do auta po śpiwór…
- Naprawdę się ślinisz w nocy? – zapytałam, kiedy wyszedł.
- Kpisz? – powtórzyła.
Roześmiałam się w odpowiedzi.
- Lubi cię – mruknęła cicho Ann.
- Nie, to ciebie lubi – odparłam.
- Jasne – mruknęła.
- No tak, jasne. A na uszach staje żeby rozśmieszyć mnie, a nie ciebie. Jaaaasne… – westchnęłam z przekąsem.
Ann westchnęła.
- Mówisz tak tylko dlatego, że gdzieś tam jest Roger…
Zamknęłam oczy i zacisnęłam usta, by nie powiedzieć czegoś, czego będę żałować.
- Roger nie ma tu nic do rzeczy. Ma swoje własne życie, a ja mam swoje. Dla nas obojga będzie najlepiej jeśli nasze drogi już się nie skrzyżują…
- Jasne – skomentowała.
- Jestem – w drzwiach pojawił się Robbie. – Znalazłem nawet poduszkę  – wyszczerzył się i pomachał nam niebieskim jaśkiem.
Żadna z nas nie umiała powstrzymać uśmiechu, ale to uśmiech Anny sprawił chłopakowi najwięcej radości.
***&***


Stałam na podłodze u Harry’ego. Byłam znowu sobą. Miałam osiemnaście lat i spoglądałam na śpiącego Adama. Już chciałam go obudzić, kiedy spostrzegłam, że on leży obok mnie. Patrzyłam na swoje ciało. Puste, bo ja byłam tutaj. Odwróciłam się i napotkałam  wzrok Ethana.
- Powiedziałeś, że jak zmierzę się ze swoimi wspomnieniami to nie umrę – warknęłam i ruszyłam na niego z pięściami.
Mężczyzna złapał mnie za nadgarstki.
- Nie wiedziałem. Dalej masz szansę żyć…
- Co mam zrobić? – przerwałam mu.
- … ale to już nie zależy od ciebie.
- A od kogo?! – krzyknęłam.
- Od nich – wskazał Harry’ego budzącego Adama.
Nie zauważyłam kiedy wszedł. Opuściłam dłonie. Byłam załamana.
- Zostaniesz tutaj? – zapytałam z nadzieją.
- Tak. Póki to się nie rozstrzygnie.
- Dziękuję – szepnęłam.
Zrezygnowana usiadłam na krześle pod oknem i chwilę wpatrywałam się w swoje puste ciało. Adam podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał tęsknie na tę skorupę. Następnie uniósł koszulkę. Zobaczyłam gruby opatrunek na jego brzuchu. Harry ostrożnie go zdjął i moim oczom ukazała się długa, brzydka rana. Co prawda była już prawie zagojona, ale wyglądała okropnie. Odruchowo rzuciłam się, żeby go przytulić i najzwyczajniej w świecie przeleciałam przez niego, jakby był tylko powietrzem.
- Super – jęknęłam.
- To normalne – powiedział Ethan.
- A nie mogłeś mnie uprzedzić?! – warknęłam.
- Nie przypuszczałem, że będziesz chciała to zrobić – odpowiedział spokojnie.
Zdenerwowana usiadłam na skraju łóżka i patrzyłam jak przyjaciel moich rodziców opatruje Adama. Chłopak mocno zaciskał zęby, kiedy Harry przemywał mu ranę.
- Co mu się stało? – spytałam Ethana.
- Miejmy nadzieję, że sam ci kiedyś powie – odparł.
- A jeśli nie? – zapytałam.
- Jeśli umrzesz to ci wszystko opowiem.
- Trzymam za słowo – odparłam i ruszyłam ku wyjściu.
Poszedł za mną. Zajrzałam do kuchni i salonu. Ale nigdzie nie było dziewczyn.
- Czego szukasz? – spytał Kosiarz.
- Nie czego, tylko kogo. Anny i Alice.
W sypialniach też ich nie było.
- Wyjechały dzisiaj rano – powiedział Ethan.
Zatrzymałam się w połowie kroku.
- Gdzie? – zapytałam.
- Nie wiem – odparł spokojnie.
Zrezygnowana wróciłam na górę i usiadłam na parapecie. Adam miał już świeży opatrunek, a Harry właśnie wychodził. Chłopak pogłaskał moje ciało po policzku.
- Musisz z tego wyjść – szepnął. – Bez ciebie moje życie nie ma sensu.
- Staram się – odparłam, chociaż wiedziałam, że mnie nie usłyszy.
Ethan usiadł obok mnie na parapecie.
- Myślisz, że gdyby zabrali mnie do szpitala to bym cię nie spotkała? – zadałam nurtujące mnie pytanie.
- Nie jestem pewien, ale sądzę, że nic by to nie zmieniło. A może nawet pogorszyło sprawę.
Kiwnęłam głową. Głupio zabrzmi, ale zaczęłam się nudzić. Zeszłam na dół i usiadłam na kanapie obok Harry’ego. Łowca właśnie oglądał wiadomości. Słuchałam zainteresowana. Nic ciekawego, parę morderstw w jakimś miasteczku. Huragan w innym, nic nowego. Po informacjach Harry wyłączył telewizor, więc wróciłam na górę. Adam spał zwinięty w kłębek. Było mi go żal, chciałam oszczędzić mu cierpienia, a wpakowałam go w kolejne. Ze złości zamachałam ręką i zrzuciłam z parapetu doniczkę. Adam przestraszony podniósł głowę.
- Nie mówiłeś, że tak można – powiedziałam do Ethana.
- Nie pytałaś – odparł.
Chłopak wstał z łóżka i podszedł do okna.
- Kto to? – spytał głośno.
- Ja – szepnęłam, ale i tak nie usłyszał.
Ethan siedział spokojnie, wyglądając przez okno. Adam schylił się do resztek doniczki i jęknął. Rana zaprotestowała i zaczęła krwawić. Zsunęłam się z parapetu i przez przypadek poruszyłam firanką.
- Wer to ty? – zapytał chłopak ostrożnie.
Kiwnęłam głowę, chociaż wiedziałam, że to na nic.
- Jeśli to ty – zaczął – to zrób coś jeszcze.
Podeszłam do łóżka i zdenerwowana zrzuciłam koc. Nie wierzyłam, że tym razem mi się uda, a tu taka niespodzianka. Adam zrobił zszokowaną minę i wyszedł z pokoju.
- Czy ja zrobiłam coś nie tak? – spytałam smutno Ethana.
Żniwiarz pokręcił głową. Nie zdążył jednak nic odpowiedzieć, bo chłopak wrócił z tablicą Ouija pod pachą. Usiadł na ziemi i położył ją przed sobą.
- Możesz się później ze mnie nabijać, ale odezwij się – powiedział kładąc dłonie na wskaźniku.
Podeszłam do tablicy i usiadłam naprzeciw Adama.
- Jesteś tu? – spytał z determinacją w głosie.
Przesunęłam wskaźnik na pole „Tak”. Chłopak szybko wciągnął powietrze.
- Kochanie, czy ty umarłaś? – spytał smutno.
Dłonie mi zadrżały. Z liter znajdujących się na planszy ułożyłam odpowiedź „Nie do końca”.
- Czyli jest jeszcze nadzieja – stwierdził.
Chwilę milczał i tylko wpatrywał się w planszę. Później podniósł wzrok i spojrzał, zapewne nieświadomie, wprost na mnie.
- Czy jest coś co mogę zrobić? – zapytał.
Spojrzałam na Ethana.
- Lubię cię, więc ci pomogę – odparł. – Muszą zniwelować zewnętrzne obrażenia. Nic więcej nie mogę ci powiedzieć.
- Dziękuję – szepnęłam.
„Moje ciało trzeba opatrzyć. Z tego co pamiętam, mam złamane żebro i palec prawej ręki.”
Adam znowu zniknął na kilka minut. Tym razem wrócił z Harrym.
- Nie wiem skąd ten pomysł, ale nich ci będzie – marudził.
Starszy łowca zaczął badać moje ciało. Nastawił złamany palec i założył opatrunek na żebro.
- Skąd wiedziałeś, że są złamane? – spytał zdziwiony Harry.
- Byłem tam i widziałem – skłamał.
Harry tylko machnął ręką i wrócił na dół. Ethan podszedł do mnie i położył mi dłoń na ramieniu.
- Może kiedyś się spotkamy, ale jeszcze nie nadszedł twój czas – powiedział.
Chwilę zajęło mi zrozumienie sensu jego słów.
- Czyli jeszcze nie umrę?
- Nie dziś.
Odetchnęłam z ulgą.
- Polubiłem cię – stwierdził nagle mężczyzna.
- Z wzajemnością – uśmiechnęłam się.
Kosiarz już chciał dotknąć mojej głowy, ale odsunęłam się kawałek.
- Mogę mieć prośbę? – spytałam cicho.
- Oczywiście – tym razem to on się uśmiechnął.
- Nie czarujmy się, kiedyś umrę. Możesz to ty po mnie wtedy przyjść?
Ethana zamurowało.
- Wydaje mi się, że nie będzie z tym problemu – odparł.
- To do zobaczenia – powiedziałam.
- Mam nadzieję, że nieprędko – dotknął mojej głowy i nastała ciemność.
***&***

Obudziło mnie wycie policyjnych syren. Była chyba szósta rano. Niechętnie obróciłam się na drugi bok i opuściłam stopy na podłogę. Hałas musiał obudzić też Annę, bo wygrzebała się z pościeli i szeroko przeciągnęła.
- Gdzie Robbie? – zaniepokoiła się, gdy jej wzrok padł na puste posłanie. Wróć, dywan.
- Może poszedł po bułki? – mruknęłam bez przekonania. – Wiesz, śniadanie do łóżka i te sprawy…
- Wątpię – burknęła i wyskoczyła z łóżka.  – Zbieraj się, mamy robotę.
Jęknęłam, ale posłusznie zwlokłam się z łóżka. Ubrałyśmy się szybko, Ann rzuciła mi szybko jedną z fałszywych odznak FBI.
- Squirrel?! – zawołałam, kiedy zajrzałam do środka. – Mam się nazywać Alice Squirrel?
- Anna Wolf, do usług – uśmiechnęła się, bez wątpienia złośliwie.
- Ale wiewiórka? – jęczałam dalej. – Wilk i wiewiórka? No proszę cię, kto to kupi?
- Franklina i Edisona kupili, więc mała menażeria różnicy im nie zrobi… - wzruszyła ramionami Anna. – Harry takie mi dał, co ci zrobię.
Pomamrotałam jeszcze trochę pod nosem, ale w końcu udało nam się wyjść.
Samochód oczywiście był zamknięty, bo kluczki miał Robbie. Musiałyśmy iść do centrum na pieszo.
- Gdzie on się podziewa? – mamrotałam pod nosem, jednak nim zdążyłam wygłosić jakąś dłuższą uwagę, mój wzrok przyciągnęło zbiegowisko przed sklepem jubilerskim. Witryna była wybita, a dookoła aż roiło się od policji.
- Mam dziwne wrażenie, że to coś dla nas… - skomentowała Anna i zanurkowała pod policyjną taśmą.
- Proszę pani, nie wolno… - na jej spotkanie wyszedł jeden z funkcjonariuszy, ale zamilkł na widok odznaki. Wsunęłam się za Anną pod taśmę i razem weszłyśmy do sklepu. W środku był jeden wielki bałagan. Wszędzie potłuczone szkło, w kątach sponiewierane pierścionki. Trochę krwi, zniszczona lada. I pełno policji.
- Agentki Squirrel i Wolf – przedstawiłam nas jednemu z policjantów, z trudem zachowując powagę. – Czy może mi pan powiedzieć co tu się wydarzyło?
- Squirrel? Wolf? – spojrzał na mnie dziwnie. – Oglądała pani kiedyś bajkę „Wilk i zając”…?
- Właśnie, zając – stwierdziłam zimno. – Nie wiewiórka. Czy mógłby pan odpowiedzieć na pytanie, sierżancie… - przyjrzałam się plakietce przypiętej do munduru. – Sierżancie Morrison?
- Przepraszam – stropił się. – Bardzo przepraszam, to była moja ulubiona bajka…
- Sierżancie! – zawołała Ann, a ten niemalże podskoczył.
- Tak, przepraszam… O 5.38 ktoś zbił witrynę i wdarł się do sklepu. Zaczął go plądrować nie zważając na wyjący alarm. Kiedy usiłował otworzyć kasę pancerną, do środka wpadł ochroniarz i doszło do walki. Ochroniarz został pchnięty nożem w ramię, jest w szpitalu. Włamywacz uciekł.
- Szczegółowa relacja… - mruknęłam.
- Owszem, wszystko jest nagrane na monitoringu, technik właśnie odzyskał nagranie… Włamywacz wcale się nie krył…
- Możemy je zobaczyć? – zawołałyśmy z Ann jednocześnie.
Sierżant skinął głową i poprowadził nas na zaplecze. Przepuszczono nas do komputera. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Dopiero kiedy zegar w rogu wskazał 5.38 szyba nagle rozpadła się na drobne kawałki a do środka wpadł… Robbie!
- Co?! – wykrzyknęłyśmy jednocześnie z Ann, co było bardzo nieprofesjonalne, ale nie mogłyśmy po prostu w to uwierzyć. Robbie?!
Nagranie pokrywało się z tym, co opowiedział nam policjant. Robbie wyskoczył przez rozbitą witrynę tuż przed pojawieniem się policji.
Rozejrzałyśmy się jeszcze trochę po sklepie, ale nie znalazłyśmy nic, co mogłoby nas zainteresować. Ruszyłyśmy powoli przez plac przed sklepem próbując zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
- Nie wierzę, po prostu nie wierzę… - mamrotała w kółko Ann. – To nie mógł być on…
- A niby kto? Jak to wytłumaczysz?
- Demon, chociażby – odpowiedziała natychmiast.
- Drugi w tak krótkim czasie? – sarknęłam. – Aż tak bardzo nas lubią? Bardzo mało prawdopodobne…
- Ale nie niemożliwe – kłóciła się dalej Ann.
- Siarka – przerwałam jej krótko.
- Co?
- Siarka, a raczej jej brak – powtórzyłam.
- Dlaczego koniecznie chcesz, żeby był winny?! - wybuchła nagle Ann. – Co on ci zrobił?!
Spojrzałam na nią zdziwiona.
- Nie chcę, mnie samej trudno w to uwierzyć… Ale tę opcję też musimy wziąć pod uwagę. Spójrz na to chłodno, Ann. Znamy go dwa dni. Myślisz, ze to wystarczy by mu zaufać? W pełni zaufać?
- Jest łowcą – odparła. – A my musimy sobie ufać. Łowca, który poluje samotnie ginie szybko i boleśnie.
Westchnęłam. Filozofia życiowa łowców jakoś do mnie nie przemawiała. Choć kilka razy pewnie uratowała mi życie…
-… a poza tym Harry mu ufa – kontynuowała Ann. – A ja ufam Harry’emu. Bezgranicznie.
- Po prostu on ci się podoba - skomentowałam. - Dlatego tak mocno go bronisz...
- Wcale nie! - zdenerwowała się Ann. - Przestań, Alice! To się robi nieznośne! A nawet jeśli, to to nie jest twój interes...!
- Ja tylko mówię, że musisz wziąć pod uwagę fakt, że istnieje taka możliwość..., że nie jest tym za kogo się podaje.
- On mi się nie podoba, jasne?! – krzyknęła naprawdę zdenerwowana już Ann.
- Ok., spokojnie, dotarło… - odparłam, choć wiedziałam swoje. Ja na jej miejscu zachowywałabym się dokładnie tak samo…
- Dziewczyny… jest problem –zajęte kłótnią, nie zauważyłyśmy Robbiego, który nagle pojawił się koło nas. Jak długo tu stał? I ile słyszał?
- Robbie…! – zawołała Anna, a w jej glosie słychać było ulgę, mimo iż próbowała to ukryć.
- Gdzieś ty był? – w moim glosie dla odmiany słychać było z trudem skrywaną niechęć.
- Ja, słuchajcie dziewczyny… - wyglądał na naprawdę zagubionego, jednak nadal odnosiłam się do niego z rezerwą. Anna może mu ufać, Harry też. Może i nie jestem łowcą z długoletnim stażem, ale życie nauczyło mnie, że ostrożności nigdy za wiele. I że w pełni ufać można tylko sobie.
- Co się stało? – spytała Anna, chwytając go za ramię.
Robbie obejrzał się za siebie.
- Mamy problem. To coś…
- Stać! Ręce do góry! – dookoła nas nagle zaroiło się od policji. Odruchowo chwyciłam za broń. Dwóch funkcjonariuszy podeszło do Robbiego i skuli mu ręce na plecach kajdankami. Anna nawet nie zdążyła zaprotestować, a chłopak już odjeżdżał radiowozem w kierunku aresztu.
- Brawo, agentko Wolf – podszedł do nas jeden z policjantów. – doskonale się pani spisała. Pani zresztą też, agentko Squirrel – zwrócił się do mnie. – Ten ptaszek trochę posiedzi sobie w więzieniu…
Odszedł bardzo z siebie zadowolony, a my spojrzałyśmy na siebie zdezorientowane.
- Nadal mu nie ufasz? – zapytała Ann słabo.
- Powiedzmy, że trochę bardziej… Ale pewna będę, jak złapiemy to „coś”, o czym mówił…
Anna skinęła głową i ruszyła powoli przed siebie. Poszłam powoli za nią. Najważniejsze pytanie brzmiało teraz: O jakiej istocie mówił Robbie?

***&***
Poczułam zimny powiew na mojej skórze. Otworzyłam oczy i ostrożnie podniosłam się z łóżka. Zabolała mnie głowa i ponownie opadłam na poduszkę.
- Wer! – krzyknął Adam i po chwili znalazł się obok mnie.
Odwróciłam głowę i dotknęłam dłonią jego policzka.
- Żyjesz – odetchnął z ulgą.
- Dzięki tobie - uśmiechnęłam się ciepło.
Pomyślałam oczywiście też o Ethanie, który bardzo mi pomógł. Jednak nie chciałam o nim wspominać na głos, wydawało mi się to nieodpowiednie. Znowu spróbowałam się podnieść, tym razem z pozytywnym skutkiem. Adam niepewnie obserwował moje poczynania.
- Jak się czujesz? – zapytał.
- Jak nowo narodzona – odparłam z uśmiechem.
Chciałam zadać jedno z nurtujących mnie pytań, ale właśnie do pokoju wpadł Harry. Spojrzał na mnie i zaniemówił.
- Wer. Jak u diabła? – mruknął.
- Cześć Harry, miło mi cię widzieć – powiedziałam.
Wstałam powoli i spostrzegłam, że żebro się zrosło.
- Dzięki Ethan – szepnęłam tak, by nikt nie słyszał.
Obaj łowcy patrzyli na mnie z lekki przestrachem na twarzy.
- No co? – spytałam zdziwiona. – Nic mi nie jest.
Nie zważając na ich miny zeszłam do kuchni. Leżenie kilka dni bez życia, poskutkowało pustym żołądkiem. Z lodówki wyjęłam jajka i wzięłam się za robienie jajecznicy. Później nałożyłam ją na trzy talerze i zaniosłam do salonu. Wróciłam do kuchni po trzy butelki piwa. Adam z Harrym chodzili za mną krok w krok.
- Denerwujecie mnie – mruknęłam, biorąc się za posiłek. – Siadajcie i jedzcie.
Niepewnie usiedli, Adam naprzeciw, a Harry obok mnie. Spoglądali na siebie znacząco.
- Dobra miejmy to za sobą – powiedziałam. – Chlapnijcie mnie wodą, nafaszerujcie solą i inne takie. Tak na marginesie przypominam, że noszę srebrny pierścionek na szyi i nie wiję się z bólu.
Harry odetchnął z ulgą. Oboje zaczęli ze smakiem wcinać jajecznicę. Kiedy skończyliśmy, Adam otworzył usta, aby coś powiedzieć.
- Nie – zaprotestowałam. – Najpierw ja zadaje pytania, a później mogę na nie odpowiadać – powiedziałam.
- Niech ci będzie – mruknął Harry.
- Po pierwsze, gdzie u diabła jest Alice i Anna?
Spojrzeli na siebie, jakby telepatycznie ustalali wersję wydarzeń.
- Dziewczyny pojechały na akcje z Robbiem – zaczął Harry.
- To dobrze. Powinny ratować ludzi, a nie siedzieć w domu i myśleć czy się obudzę, skoro to nie zależało od nich.
Ich mina, kolejny raz zbiła mnie z tropu. Jakby nadal mi nie ufali.
- Kolejne… skąd Adam ma ranę na brzuchu? – zapytałam.
Harry zbladł.
- Skąd wiesz?
- Najpierw ja pytam – powiedziałam twardo.
- Tam w fabryce – zaczął Adam – na chwilę odzyskałem panowanie i cię wyniosłem.
Wziął głęboki wdech.
- Ale później – kontynuował – demon znowu mną zawładnął i Alice dźgnęła mnie tym niezwykłym sztyletem.
- Co?! Jak ją zobaczę to nie ręczę za siebie – warknęłam.
- Chciała cię ratować – powiedział Adam.
Wstałam tak gwałtownie, że krzesło na którym siedziałam, przewróciło się.
- Jeszcze bronisz tej flądry?! Widomo przecież, że wystarczy drasnąć rękę tym sztyletem, a demon spieprza, gdzie pieprz rośnie! – wręcz wykrzyczałam. – Niby taka obeznana, bo widziała taki w pamiętniczku mamy – marudziłam dalej, ale już ciszej.
- Wer uspokój się – powiedział Harry. – Usiądź.
Zanuciłam "Some Kind of Monster" aby się uspokoić, podniosłam krzesło i usiadłam.
- Ile byłam nieprzytomna? – spytałam.
- Dwa tygodnie i dwa dni – odparł Adam.
- Teraz ja zadaję pytania – powiedział nagle Harry. – Jak to możliwe?
- Nie wiem. Byłam na granicy życia i śmierci, jak duch.
- Byłaś duchem? - spytał zszokowany.
- Coś w tym stylu. Nie pamiętam wszystkiego - skłamałam.
Starszy łowca kiwnął głową.
- Adam nie powinien się forsować – powiedział Harry po chwili, zmieniając temat.. – Lepiej jak wróci na górę.
Kiwnęliśmy głową i powoli wróciliśmy do pokoju na górze. Usiadłam na łóżku, a Adam obok.
- Przepraszam – szepnęłam.
- Za co? – zapytał zdziwiony.
- Za obóz kiedy miałam jedenaście lat, za to, że nie wróciłam… za wszystko – głos mi się lekko łamał.
- Nie masz za co przepraszać.
Przytulił mnie mocno. Czułam się bezpiecznie w jego ramionach. Nawet nie wiem kiedy zaczęliśmy się całować. Przerwało nam dopiero chrząknięcie Harry’ego. Oderwaliśmy się od siebie i od razu spaliłam buraka.
- Przyniosłem wam papiery do sortowania, żebyście się na coś przydali – mruknął, położył na łóżku stos pożółkłych kartek i wyszedł. Adam zaśmiał się głośno. Dołączyłam do niego i zaczęliśmy porządkować stos. Chłopak dzielił kartki według języka, a ja istot, których dotyczą. Spędziliśmy nad tym ładnych parę godzin.
Później położyłam się na piersi Adama i zasnęłam.
***&***

Pozwolono nam spotkać się na kilka minut z Robbiem. Nie powiedział nam nic wiele, prócz tego, że wyszedł wcześniej, bo w nocy coś przyszło mu do głowy. Wydawało mu się, że miejsca, w których popełniono przestępstwa nakładają się w dużej mierze na sieć zabytkowych kanałów pod miasteczkiem. Wyszedł by zdobyć mapy podziemi, a potem wpadł na patrol policji który poszukiwał go pod zarzutem napadu na sklep z biżuterią. Uciekł czym prędzej i natknął się na nas.
- Więc to nie ty napadłeś na sklep? – upewniła się Ann.
- No, co ty! Nie było mnie tam. Miałbym alibi, bo kiedy włamywałem się do biblioteki zauważył mnie jakiś dzieciak, ale przyrzekł mi, że będzie mówił, że mnie nigdy nie widział. Choćby z niego pasy zdzierano, nie powie, że włamywałem się do biblioteki.
- W zasadzie włamanie jest dużo lepsze niż włamanie z rabunkiem i spowodowaniem ciężkiego uszczerbku zdrowia… - mruknęłam. – Z dwojga złego…
- Mówię tylko, że ten dzieciak będzie się zaklinał na wszystkie świętości, że mnie tam nie było. Marne alibi, co?
- Groziłeś mu nożem, czy jak? – zdziwiłam się.
- Szczerze? Powiedziałem mu, że jestem superbohaterem i jeżeli powie komuś, że mnie tu widział, to światu będzie grozić zagłada. Że nie wolno mu nikomu ufać, bo każdy może być szpiegiem… No, co? – zapytał widząc nasze miny. – Miał osiem lat…!
- Biedne dziecko, będzie mieć ciężkie dzieciństwo… - westchnęłam. – Ale koniec tych bzdur. Skoro nie ty, to kto to był? Lub co? Demona wykluczyłyśmy, bo nie znalazłyśmy siarki. Więc? Twój zły brat bliźniak? Zmutowane alter ego?
- Myślę, że to mógłby zmiennokształtny – mruknął Robbie. – Teraz na to wpadłem.
- Jak to się je? – zapytałam. – I jak sprawdzimy, czy masz rację?
- Na filmie z monitoringu świecą im się oczy. Tak jak kotu…
- Robbie ze sklepu miał na nosie okulary przeciwsłoneczne – przypomniała sobie Anna. – Po co mu one o szóstej rano?
- Żeby zakryć świecące oczy – odparłam. – Ok., sprawdźmy czy wcześniej też był taki zapobiegliwy… Coś jeszcze powinnyśmy wiedzieć o zmiennokształtnym?
- Srebrna kulka powinna go załatwić – odparł. - Tylko dobrze wyceluj, bo musi trafić prosto w serce.
- Jasne. Chodź, Ann.
Kiedy wyszłyśmy, skierowałyśmy się prosto na komisariat policji. Poprosiłyśmy o nagrania z monitoringu związanymi z poprzednimi przestępstwami. I zaczęłyśmy oglądać.
- Zatrzymaj! – zwołała Anna, przy chyba ósmym z kolei nagraniu. – Cofnij ze dwie sekundy i powiększ.
Cofnęłam kilka klatek do tyłu, a po powiększeniu na ekranie pojawiły się świecące oczy.
- Sprytna bestia – skomentowałam. – zasłaniała oczy jak tylko się dało. Mamy szczęście, że tutaj okulary lekko zsunęły się jej z nosa…
Miałyśmy naprawdę niezłego farta. Drobne niedociągnięcie było widać jedynie na trzech klatkach.
Korzystając z tego, że miałyśmy otwarty komputer poszukałam dodatkowych informacji o zmiennokształtnym.
-„ …żyje w ciemnych wilgotnych miejscach, najchętniej w podziemiach”- przeczytałam. – To wyjaśnia dlaczego Robbie skojarzył te przestępstwa z kanałami… „zmieniając się, przejmują wszystkie wspominania swojej ofiary”… To brzmi groźnie… - skomentowałam.
- Nigdy nie spotkałaś się ze zmiennokształtnym? – zapytała Ann.
- Nie. Mama nie wspomina o nich wiele w swoim pamiętniku. Chyba nie są zbyt pospolite…
- No, rzeczywiście – zgodziła się Anna. - Po prostu pamiętam jak rodzice na nie kiedyś polowali… Ale to było dawno temu. Nie skojarzyłam tego w pierwszej chwili.
- Więc chodźmy – stwierdziłam. – Jestem głodna nowych doświadczeń…
Zaopatrzyłyśmy się w naładowane srebrem pistolety i zeszłyśmy do podziemi. Cały czas trzymałyśmy pistolety w pogotowiu.
- Pamiętaj, jeśli zobaczysz Robbiego to strzelaj, bo prawdziwy Robbie siedzi w areszcie – przypomniałam Annie.
- Nie jestem żółtodziobem – sarknęła. – Powinnyśmy się rozdzielić, będzie szybciej.
- Nie, nie powinnyśmy – zaoponowałam. – Chcesz potem rzucać monetą do której Alice masz strzelić?
- Do tej, która jest mniej wredna i mniej ruda – odcięła się Ann. – Pójdę w lewo.
- Ale… - nim jednak zdążyłyśmy się ruszyć z korytarza obok wybiegł Robbie. – Uważaj!
Anna obróciła się odbezpieczając pistolet, a Robbie podniósł ręce do góry.
- Nie strzelaj, to ja! – krzyknął. – Uciekłem, żeby wam pomóc…!
- Strzelaj! – zawołałam, bo Anna stała na linii strzału i nie mogłam tego zrobić za nią. Ten korytarz był stanowczo za wąski!
- Anno, nie! Bałem się, że stanie się wam krzywda. Że tobie stanie się krzywda… - mówił, podchodząc powoli bliżej. Pistolet w ręce Ann drżał coraz mocniej. – Proszę, musicie mi uwierzyć. Ann, zależy mi na tobie i nie chcę, by stała ci się krzywda… Proszę, to naprawdę ja…
- Robbie…
- Ann, strzelaj do cholery! – wrzasnęłam jej niemal prosto do ucha, ona jednak nie była w stanie się ruszyć, więc odepchnęłam ją na bok, wycelowałam i strzeliłam prosto w pierś Robbiego-zmiennokształtnego. Potwór w ostatniej chwili, próbował się na mnie rzucić, ale kula sięgnęła celu.
- Ann? Wszystko ok? – zapytałam, kiedy upewniłam się, że na pewno jest martwy. Dziwnie patrzyło się na martwe ciało Robbiego, jednak wiedziałam, że to nie był on.
- Tak… - powoli podniosła się z ziemi. – Przepraszam, Alice. Ja po prostu… nie potrafiłam. Wiedziałam, że to nie Robbie, ale mimo to bałam się, że zrobię mu krzywdę, że…
- Teraz kiedy odzyskał nasze… no, moje zaufanie nie chciałaś znów nim chwiać – dokończyłam. – Wiem.
- To nie powinno się zdarzyć – pokręciła Ann głową. – Jestem łowcą, a łowca się nie waha, Nigdy. Nawet gdy chodzi o kogoś, na kim mu zależy.
Nie skomentowałam tego ostatniego zdania. To nie był odpowiedni czas na to.
- Wiesz czemu tak bardzo nie cierpię Adama? – mówiła dalej Ann. – Bo przez niego Wer jest ciągle narażona na niebezpieczeństwo. Jest dla niego w stanie zrobić wszystko, nie bacząc na to co może się stać. Jest gotowa dla niego poświęcić zdrowie, życie, duszę… wszystko. Naprawdę wszystko. Sama widziałaś. A i to nie był pierwszy raz.
Skinęłam głową, a Anna mówiła dalej. To musiało gnębić ją od jakiegoś czasu.
- Nie chcę by ze mną stało się tak samo. Łowca nie powinien… nie powinien mieć niczego, co demon lub jakakolwiek inna istota mogłaby obrócić przeciwko niemu. Łowca, który kieruje się uczuciami jest skazany na szybką i pewną śmierć.
- Ale teraz już koniec – pocieszyłam ją. – Wyciągniemy Robbiego z więzienia i wracamy do Harry’ego. I do Wer.
- Tylko najpierw trzeba tu nieco ogarnąć – zauważyła Ann. – Ludzie nie powinni zobaczyć tego syfu…
Rzeczywiście. Dookoła pełno było resztek mazi, które zmiennokształtny pozostawiał przyjmując nową postać. Nie był to miły widok…
- Ok, według mapy, kawałek dalej jest miejsce, w którym teoretycznie dało by się ukryć… Em, zwłoki – odparłam. – Ukryję go tam – szturchnęłam nogą ciało „Robbiego” - a ty tu ogarnij trochę, co? Potem przyjdę ci pomóc…
Ann kiwnęła głową, choć nie miała najszczęśliwszej miny.
- Myślisz, że mówił szczerze? – zapytała nagle, kiedy już chwyciłam ciało pod pachy.
- Miał wszystkie jego wspomnienia – odparłam wymijająco. – Zaraz wracam.
„Robbie” na szczęście nie zaliczał się do gigantów i dałam radę jakoś go przemieścić, choć kosztowało mnie to niemało wysiłku. W końcu znalazłam się w zaułku, który zawalony był gruzami i innymi śmieciami. Wepchnęłam go głęboko pod to gruzowisko i przysypałam jeszcze nieco z wierzchu. Kończyłam już powoli kiedy usłyszałam za sobą kroki. Obróciłam się i stanęłam oko w oko z rozwścieczoną Ann.
- Ile mam na ciebie czekać?!
- Ann, co ty tu robisz? Miałaś posprzątać tam…
- Zostawiłaś mnie tam z tym całym syfem. Nie uważasz, że to trochę nie w porządku? Daj pistolet.
- Po co ci?
- Mój wpadł do kałuży, kiedy poszłaś. Daj, przecież ci oddam, jak wyczyszczę swój…
Z wahaniem podałam jej pistolet.
- Ale po co ci, skoro już żeśmy go załatwiły… - cofnęłam rękę, ale Ann już wyrwała mi pistolet z ręki.
- A skąd wiesz, że był tylko jeden? – w jej głosie była jakaś dziwna satysfakcja.
Patrzyłam na pistolet w ręce Anny, czując jak tracę kontrolę nad tym co się dzieje. Lufa mojego pistoletu celowała prosto w moje serce.
- Ann to, ja… - zawołałam słabo.
- Wiem – uśmiechnęła się. – Ale Ann jest za daleko by cię usłyszeć – odbezpieczyła pistolet.
- Nie ruszaj się – usłyszałam nagle znajomy głos. Za Anną stał… Robbie! – Odłóż pistolet!
- A co? Strzelisz do mnie? – zakpiła Anna-nie-Anna, odwracając się do niego. – Przecież wiem, że nie dasz rady tego zrobić. Ona za bardzo ci się podoba…
- Robbie, strzelaj! – zawołałam, widząc, że się waha.
- No, dalej… - podjudzał go zmiennokształtny. – Strzelasz, czy najpierw mam przerobić na papkę twoją koleżankę? Mam na to wielką ochotę, w końcu zabiła mi kolegę…
- Och, zamknij się już! – zawołał Robbie, pociągając za spust. „Anna” padła na ziemię, tuż pod moje stopy. Czarne loki opadły jej na twarz.
- Widziałam już dzisiaj martwego Robbiego, martwą Annę… - westchnęłam. - Nie zdziwią mniej już nawet moje własne zwłoki.
- Leżą dwa korytarze dalej – stwierdził Robbie. - Zdaje się, że trafiliśmy na fenomen. Prawie nigdy nie polują w grupach.
- Co ty tu w ogóle robisz? – zapytałam. – I czy to na pewno ty?
- A zastrzeliłbym go, gdybym był zmiennokształtnym? – skomentował.
- Dla niepoznaki, mógłbyś… Więc?
Westchnął.
- Doszedłem do wniosku, że jeden zmiennokształtny nie dałby rady popełnić tylu przestępstw w tak krótkim czasie. Musiało być ich co najmniej dwóch. Uciekłem więc by was ostrzec. Zaraz przy wejściu natknąłem się na jednego. Wyglądał jak ty.
- Myślałam, że się ze mnie nabijasz… - spojrzałam na niego zdziwiona. – Trzy? I jak poznałeś, że to nie ja?
Wyciągnął telefon i włączył kamerę.
- Oczy, pamiętasz?
- Robbie? O co tu do cholery chodzi? – koło nas nagle pojawiła się Anna.
- Znalazłam kolejnego – wskazałam głową na ciało zmiennokształtnego.
Anna wytrzeszczyła oczy.
- Ale… Ale to ja… - wyjąkała.
- Dałam się nabrać – wzruszyłam ramionami. – Możesz się czuć usprawiedliwiona.
- Wszyscy daliśmy się nabrać – odparł Robbie. – Ale więcej ich już nie ma, sprawdziłem. Możemy wracać do Harry’ego.
- Więc były dwa?
- Trzy – poprawiłam Annę. – Chodźmy już stąd, chcę obejrzeć swoje zwłoki i wracać do domu…
Kiwnęli głowami i ruszyliśmy w kierunku wyjścia. Po drodze rzeczywiście miałam okazję obserwować swoje martwe ciało. Dość drastyczne przeżycie…
Wsiedliśmy do auta. Robiło się już ciemno. Robbie dał mi kluczyki.
- Prowadzisz.
- Czemu?
- Jestem poszukiwany przez policję – stwierdził krótko, więc wzięłam kluczyki i przesiadłam się na miejsce kierowcy. Anna i Robbie usiedli z tyłu.
Już wkrótce Anna zasnęła, opierając głowę o ramię Robbiego. Ten na początku był zaskoczony tym gestem, ale po chwili ostrożnie objął ją ramieniem. Kątem oka obserwowałam ich w tylnym lusterku.
- Nie potrafiła do ciebie strzelić – powiedziałam po jakimś czasie. – Wiedziała, że to nie ty, ale i tak nie potrafiła.
- Po co mi to mówisz?
- Bo to coś znaczy. Prawda? – uśmiechnęłam się do niego. – Ty też miałeś opory.
- Bo nie byłem pewien, czy to nie jest Anna. W dwóch jeszcze byłem w stanie uwierzyć, ale trzech zmiennokształtnych w jednym miejscu to trochę za dużo.
- A jednak – uśmiechnęłam się i nic już nie powiedziałam.
Kilka minut później jednak, Robbie nie wytrzymał.
- Myślisz, że mam u niej jakieś szanse? – zerknęłam na niego w lusterku. – No, wiesz…
- Czemu pytasz?
- Życie łowcy jest krótkie. Nawet bardzo dobrego łowcy. Dlatego należy z niego korzystać. Nie ma w nim zbyt wiele miejsca na miłość, więc jeśli ją spotykamy… Trzeba wykorzystać szansę. Dlatego pytam, czy to w ogóle ma sens…
- Miłość? – powtórzyłam. – Ona zawsze ma sens. A co do Ann… Myślę, że ona nie miałaby nic przeciwko temu, ale twoje szanse w dużej mierze zależą od Wer.
- Bo?
- Jeżeli cię nie zabije cię za sam pomysł zbliżenia się do Ann, to sądzę, że potem pójdzie z górki…
Robbie nic nie odparł. Uśmiechnął się jedynie do mnie kącikiem ust, prawdziwy uśmiech przeznaczając dla Ann, która niedługo potem się obudziła.
- Miałam dziwny sen – stwierdziła. – Śniło mi się normalne życie.
- Aż szkoda się budzić – mruknęłam.
- Szczerze, to trochę nudne to było – skrzywiła się Ann. – Ale całkiem przyjemne. Daleko jeszcze?
- Już prawie jesteśmy.
Parę minut później wjechałam na podjazd. Nie zdążyłam wyłączyć silnika, a na ganek wypadł już Harry Adam i… Wer.
Anna wyskoczyła z auta i rzuciła się siostrze na szyję. Wysiadłam z auta i oddałam Robbiemu kluczyki.
- Pamiętaj, o ile Wer na wstępie cię nie zabije to będzie dobrze.
Uśmiechnął się do mnie i podeszliśmy do reszty.
***&***
Podeszłam do Ann i mocno ją przytuliłam.
- Wiedziałam, że się ogarniesz – szepnęła mi do ucha.
Kiedy skończyłyśmy się witać, spojrzałam na Robbiego. Chłopak patrzył na mnie z przestraszoną miną, ciekawe jakie historie o mnie poznał. Przybrałam groźną minę.
- Jeśli coś jej się stanie to cię wypatroszę – powiedziałam do niego poważnym tonem.
- Dobrze - odetchnął z ulgą.
Ponownie się uśmiechnęłam.
- To co na akcji? – spytałam z nieukrywanym zainteresowaniem.
- Zmiennokształtny – powiedziała tylko Ann.
- A jakieś szczegóły? - drążyłam.
- Nic ciekawego. Naprawdę - odparła Ania.
Kiwnęłam głową i wyszłam przed dom, a Adam za mną. Alice stała obok samochodu Robbiego i wpatrywała się w niebo.
- Wer. Dobrze cie widzieć – powiedziała, kiedy mnie zauważyła.
- Powinnaś raczej uciekać – powiedziałam ostro.
Ruda wycofała się trochę.
- Kurwa, jak można tak nie pomyśleć? – spytałam.
Alice milczała.
- Ciesz się, że żyję, bo Wer by cię obdarła ze skóry – mruknął Adam.
- Jak nie wiesz jak czegoś używać to zostaw to zawodowcom – powiedziałam.
- Adam żyje, jak widzisz. Nie był nawet umierający. W przeciwieństwie do ciebie – odparła. 
Nagle w oczy rzuciły mi się jakieś plamy na tylnej tapicerce mojego maleństwa. Podbiegłam do Impali i zobaczyłam palmy krwi.
- I jeszcze zniszczyłaś moje maleństwo! – warknęłam.
- Zabroniłaś go dotykać – odparła bezczelnie, jednak cofnęła się jeszcze trochę.
- Lepiej uciekaj – poradził jej Adam.
Po chwili Ruda zniknęła we wnętrzu domu.
- Kocham cię – powiedział Adam obejmując mnie. – A Impale się wyczyści.
- Ja też cię kocham – odparłam i pocałowałam go.
*********************************************************************************
INFO dla niewtajemniczonych: Tablica Ouija - tablica wykorzystywana w seansach spirytystycznych do porozumiewania się z duchami.
Komputer Szal jest już cały, więc wrzucamy kolejną część naszych wypocinek :)
Mamy nadzieję, że się podoba ^^
Do zobaczenia, S&S

P.S. Dla fanów "Supernatural": Słyszeliście, że będzie 10 sezonów? Jupi! Będzie co oglądać, a zastanawianie się nad dalszym sensem istnienia zostanie odwleczone ;)
Szur :*
P.S.2 Dla pozostałych: Serdecznie zachęcam do rozpoczęcia przygody z "Supernatural". Uprzedzam jednak, że jak ktoś już zacznie to nigdy jego psychika nie wróci do normalności ;)
Szur :*