Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

niedziela, 24 marca 2013

Rozdział 7

NOTKA DEDYKOWANA RASMUSCE, DZIĘKI ZA POMOC W SZUKANIU WENY :*

Siedziałam z laptopem na kolanach i szukałam jakiejś nowej roboty. Dziewczyny miały rację, odkąd uporałyśmy się z duchem w Summerside, miałam o wiele lepszy humor. Już nie myślałam tak wiele o tym co było… wcześniej.
Obok mnie, wyjątkowo na tylnej kanapie, siedziała Weronika i przeglądała stos gazet zakupionych na ostatniej stacji benzynowej. Anna prowadziła i słuchała radia cicho puszczonego na wiadomości. Jeśli gdzieś w okolicy grasowała jakaś paranormalna zjawa nie miała szans się ukryć…!
Muszę przyznać, że Anna była świetnym kierowcą, bo w przeciwieństwie do Wer prowadziła Impalę spokojnie, bez żadnych ekscesów. Oczywiście nie mogłam jej za to głośno pochwalić, bo zostałabym wykopana na pobocze jeszcze zanim zdążyłabym dodać „bez obrazy, Wer”.
Właśnie miałam zamknąć laptopa (oczywiście nic nie udało mi się znaleźć… Czy w okolicy nie ma już żadnych porządnych duchów? Wilkołaków? Czegokolwiek…?), kiedy Wer nagle skamieniała.
- Nie…! – krzyknęła, nim zdążyłam zapytać co się stało. Anna obróciła się gwałtownie, z boku rozległo się trąbienie, gdy samochód zjechał na drugi pas.
Na moich kolanach wylądowała gazeta, którą przed chwilą czytała Wer, więc podniosłam ją by dowiedzieć się co nią tak wstrząsnęło. Ona sama patrzyła w krajobraz za oknem zaciskając pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę. We wstecznym lusterku widziałam zaniepokojony wzrok Anny, więc czym prędzej skierowałam wzrok na artykuł.
- „Wczoraj w godzinach wieczornych, w miasteczku Corntown doszło do niespodziewanej śmierci państwa Megan i Dereka Ward” – zaczęłam czytać cicho. Wer jeszcze mocniej wbiła wzrok w szybę. Może mi się zdawało, ale miałam wrażenie, że po jej policzku spływa łza. –„Ich niespodziewana śmierć, zaniepokoiła policję, która wszczęła śledztwo i podejrzewa morderstwo. Co dziwniejsze, ciała Adama, syna państwa Ward nie znaleziono, nie ma także jakichkolwiek informacji o miejscu jego pobytu…”
W tym momencie Ann zahamowała gwałtownie i zjechała na pobocze, nic sobie nie robiąc z trąbienia kierowców jadących za nią. Wer wyprysnęła z samochodu, jeszcze zanim do końca się zatrzymał i zaczęła okładać pobliskie drzewo pięściami, a po chwili zaczęła je jeszcze dodatkowo kopać. Ann wyszła z samochodu, jednak nawet nie próbowała podchodzić do siostry. Stała tylko oparta o maskę Impali i przyglądała jej się z zatroskaniem.
Przeniosłam wzrok z powrotem na gazetę i szybko przebiegłam artykuł wzrokiem. Wynikało z niego, że policja nie znalazła żadnych śladów i śledztwo utknęło w martwym punkcie. Zdaje się, ze to było coś dla nas. Tylko dlaczego tak wstrząsnęło Weroniką?
Odpowiedź była prosta, jednak musiałam się upewnić. Wysiadłam więc z auta i podeszłam do Ann, która nadal przyglądała się Wer, która powoli opadała z sił.
- Ann…
- To byli łowcy – odparła cicho, choć nawet nie zadałam żadnego pytania. – Tak jak nasi rodzice. Często razem pracowali. Ja prawie ich nie pamiętam, bo ostatni raz byliśmy u nich… dawno temu, ale Wer pamięta. Zwłaszcza, że…
Zamilkła, a ja czekałam na ciąg dalszy. Kiedy jednak nie nastąpił, stwierdziłam:
- To straszne… - westchnęłam, choć nie bardzo wiedziałam co powiedzieć. – Musieliście być ze sobą blisko…? – spytałam ciszej.
Ann zacisnęła usta, ale spod drzewa dotarł do nas cichy głos Wer:
- Ja ich szczerze nienawidziłam. Zasłużyli sobie na taką śmierć… jakakolwiek ona była…
Już nie wyżywała się na niewinnym drzewie. Siedziała teraz tylko zmęczona wybuchem, z głową opartą o podkulone kolana.
Spojrzałam na Ann, bo rozumiałam coraz mniej. Jeśli nie to, to co nią tak wstrząsnęło?
- Adam był jej przyjacielem – wyjaśniła mi cicho Ann, zerkając niespokojnie na siostrę. – Bardzo bliskim przyjacielem…
Nie musiała mi tłumaczyć nic więcej.
***&***
Cieszyłam się jak nigdy. Rodzice nareszcie zgodzili się zabrać nas do domu innych łowców. Dwuletnia Anie spała w foteliku, a ja łapczywie chłonęłam rozmazane widoki za oknem Impali taty. Kiedy podróż dobiegła końca, moim oczom ukazał się piękny dom z ogrodem. Z jednej strony otaczał go las. Wyszłam z samochodu i zobaczyłam jak rodzice witają się z parą nieciekawie wyglądających ludzi. To musieli być ci łowcy. Podeszłam bliżej. Miałam przeczucie, że nie są zbyt mili. Nagle usłyszeliśmy płacz Anny. Odwróciłam się szybko kierunku Impali, gotowa interweniować. Pobiegłam w kierunku otwartych drzwi samochodu, tata je tak zostawił. Obok stał przestraszony chłopak. Miał blond włosy i niebieskie oczy. Nachyliłam się do wnętrza samochodu, odpięłam Annę i chwilę głaskałam ją po głowie. Kiedy się uspokoiła, postawiłam ją na ziemi, a ta podreptała do mamy.
- To Weronika – po chwili ciszy wskazał mnie ojciec – a to Anna.
- Nasze córki – dodała mama. – Kochanie – zwróciła się do mnie – to ciocia Megan i wujek Derek.
Sądząc po ich minach nie pasowało im ani nasza obecność, ani nazwanie ich ciocią i wujkiem. Kobieta wyrwana z zamyślenia podeszła do chłopaka, który skulił się lekko i uderzyła go otwartą dłonią w twarz. Wzdrygnęłam się na dźwięk uderzenia.
- Wystraszyłeś Annę – powiedziała kobieta z wyrzutem.
- A to nasz syn, Adam – Derek powiedział to z niechęcią i rozczarowaniem.
- Przepraszam – jęknął chłopiec cicho.
Kobieta podeszła do moich rodziców i zaprosiła ich do środka. Tata wziął Annie na ręce i zniknął z pozostałymi w środku budynku. Na podwórku zostałam tylko ja i Adam, który po chwili pobiegł za pobliską szopę. Pobiegłam za nim. Widziałam, że uderzenie go nie zszokowało, musiało nie być pierwsze. Chociaż miałam dopiero cztery lata, wychowywanie się w rodzinie łowców sprawiło, że więcej rozumiałam. Usiadłam obok chłopaka na trawie. Tępo wpatrywał się w deski szopy. Przytuliłam go, to samo zrobiła mama, kiedy tata jedyny raz mnie uderzył.
- Zagoi się – powiedział chłopak.
Uśmiechnął się do mnie ciepło, a ja tylko mocniej go objęłam.
*
Świadomość spotkania Adama sprawiała, że nie potrafiłam usiedzieć na miejscu. Znałam go już trzy lata i zawsze wyczekiwałam wyjazdu do państwa Ward. Zdążyliśmy zbudować między nami specyficzną więź. Byliśmy przyjaciółmi, rozumieliśmy się bez słów. Z każdą kolejną wizytą bardziej nienawidziłam jego rodziców. Na każdym kroku podkreślali, że Adam jest dla nich jedynie ciężarem,  ogranicza ich. Kiedy tylko to było możliwe, poniżali go albo bili. Moi rodzice jakby tego nie zauważali. Miałam wrażenie, że tylko ja przejmuję się jego losem. Kiedy dotarliśmy na miejsce, od razu wybiegłam z samochodu i pognałam do ogródka. Zauważyłam jak Derek szarpie Adma za włosy. Po chwili uderzył jego głową o pień pobliskiej brzozy i puścił. Moi rodzice dopiero wygramalali się z auta, więc tego nie widzieli. Derek poszedł ich przywitać. Ja natomiast podbiegłam do Adama i mocno go przytuliłam. Rodzice byli przyzwyczajeni, że zawsze czas spędzam z Adamem i już nie pytali czy idę do środka.
- Ale się za mną stęskniłaś – zażartował chłopiec, kiedy dorośli zniknęli w domu.
- Miesiąc to dużo – broniłam się, nie przestając przytulać ośmiolatka.
Adam odwzajemnił uścisk. Był strasznie chudy, mogłam policzyć wszystkie jego kości.
- Idziemy nad rzekę? – spytał nagle, wyswobadzając się z uścisku.
- Mhm, tylko powiem rodzicom – powiedziałam i popędziłam do domu.
Zdjęłam buty w przedpokoju i pomaszerowałam do salonu. Annie bawiła się na ziemi przywiezionymi klockami. Kilka razy rodzice próbowali namówić ją do włóczenia się ze mną, ale ona nie chciała. Zresztą moja siostra raczej nie przepadała za Adamem, nie wiem dlaczego.
- Idę na spacer – powiedziałam.
Rodzice przerwali rozmowę. Wszyscy spojrzeli w moim kierunku.
- Dobrze, kochanie – odparła mama. – Uważaj na siebie.
- Dobrze.
Wybiegłam na dwór w jednym bucie, ubierając na szybko drugiego. Adam stał przy furtce do lasu. Podbiegłam do niego i ruszyliśmy w gąszcz drzew.
- Jak twoja głowa? – zapytałam
- Nie martw się – odparł. – Nie pierwszy i nie ostatni raz.
To ostatnie zdanie słyszałam od niego aż za często.
- Zawsze martwię się o przyjaciół. Jesteś dla mnie jednym z nich.
- A ty dla mnie jedynym.
Zamilkłam. Słychać już było szum pobliskiej rzeki. Po chwili między drzewami ukazała się błękitna wstęga. Zdjęłam sandały i wbiegłam do chłodnej wody. Podciągnęłam wyżej sukienkę bombkę na ramiączkach i ruszyłam w głąb rzeki. Zatrzymałam się dopiero kiedy woda sięgała mi do połowy uda. Adam zdjął buty, podwinął spodnie i dołączył do mnie. Brnęliśmy przez wodę, aż do dużego płaskiego kamienia, który wystawał niedaleko. Usiedliśmy na nim oboje. Nasze stopy nadal pozostawały w wodzie.
- Kiedy znowu przyjedziesz? – spytał Adam.
- Nie wiem, to zależy od rodziców – odparłam smutno.
Położyliśmy się na kamieniu i długo leżeliśmy wpatrując się w niebo. Miałam dopiero siedem, a Adam osiem lat. Byliśmy jednak dojrzalsi od naszych rówieśników. Może z powodu życia w rodzinach łowców lub przymusu radzenia sobie od najmłodszych lat samemu.
- Daj mi tę gazetę – powiedziałam do Alice.
Jeszcze raz przyjrzałam się artykułowi. Starałam się omijać zdjęcie Adama, nie potrafiłam jednak go zignorować i mój wzrok ciągle się na nim zatrzymywał. Dorósł przez te kilka lat, a jego rysy się wyostrzyły. Jednak jego jasne blond włosy i  smutne oczy poznałabym wszędzie. Nagle zauważyłam coś interesującego, mianowicie podpis pod zdjęciem. „Zaginiony Adam Ward (19 lat)”. Dopiero teraz to do mnie dotarło zaginiony, a nie martwy.
- On żyje – szepnęłam.
- Co? – spytała Alice.
- Tu piszą, że nie znaleziono ciała Adama, więc jest szansa, że żyje.
- A może po prostu to coś tak się zabawiło, że nic z niego nie zostało – wtrąciła Anna.
- Zamknij się! – krzyknęłam.
- Wer, uspokój się – Alice położyła mi rękę na ramieniu.
- Przepraszam Ann.
Moja siostra tylko kiwnęła głową.
- Jest szansa, że Adam żyje. Jeśli to prawda to go odnajdę – powiedziałam twardo.
- To zły pomysł – mruknęła Alice.
- Niby czemu? – zapytałam przez zęby.
- A jeśli to podstęp? – odparła Ruda.
Zadrżałam. Nie chciałam się przyznać, ale brałam to pod uwagę. Jednak, jeśli żył, nie mogłam go tak zostawić. Nie mogłam znowu popełnić tego błędu.
- A gdybyś to ty była na moim miejscu? – spytałam.
- Zignorowałabym to. Zapomniała, uznała za martwego i żyła dalej – odpowiedziała Ruda spokojnie, ale przez jej twarz przemknął cień. Czyżby znów pomyślała o Rogerze?
Ponownie zadrżałam. Miałabym zapomnieć? Zapomnieć o Adamie? Chwilę rozważałam zabranie Impali i odjazd bez dziewczyn. Szybko jednak porzuciłam ten pomysł.
- Masz rację – powiedziałam i podarłam gazetę.
Na ziemię upadł fragment ze zdjęciem Adama. Rozejrzałam się. Dziewczyny patrzyły w innym kierunku, więc szybko podniosłam skrawek i schowałam do kieszeni skórzanej kurtki. Alice i Anna nic nie zauważyły.
- Traktujemy to jako zwykłą robotę? – spytałam Rudą.
- Chyba tak. W końcu to coś dla nas.
Od razu poczułam się lepiej. Co prawda, Ruda sama sobie zaprzeczała, bo niby jak mam zapomnieć pracując nad tą sprawą, ale zabicie tego draństwa dostarczy mi wielkiej satysfakcji.
- To na co czekamy? – spytałam z udawanym brakiem entuzjazmu.
Wsiadłyśmy do Impali. Annie dalej prowadziła, ale tym razem to Alice siedziała z tyłu. Po dziesięciu minutach jazdy zaczęłam rozpoznawać widoki za oknem. Pierwszy raz nie cieszył mnie widok ani wodospadu, ani dwóch zrośniętych dębów. Czułam pustkę, jakby ktoś usunął mi jakiś ważny narząd. Minęłyśmy tablicę z napisem „Corntown” i po chwili znalazłyśmy się na placu średniego rozmiaru pełnym stoisk z domowymi wyrobami. Tak jak to pamiętałam, można było kupić tu świeży chleb, ciasta i inne pyszności, a także figurki wystrugane z drewna, swetry robione na drutach, czy biżuterię. Anna zaparkowała samochód przed ratuszem. Przeszłyśmy kawałek do pobliskiego motelu zarezerwować pokój i przebrać się w stroje FBI.
- Ja pójdę zobaczyć miejsce zbrodni, a wy ciała, ok? – zaproponowałam.
- Pójdę z tobą – powiedziała Alice. – Ann poradzisz sobie sama?
- Jasne – odparła moja siostra.
- Boisz się, że zwieję? – spytałam z wyrzutem.
- Wolę nie zostawiać cię samej – odparła Ruda.
Zdenerwowało mnie zachowanie Alice. Wcale nie miałam zamiaru uciekać, bo niby dokąd? Najpierw muszę dowiedzieć się czegoś, a potem mogę zacząć działać. Rozstałyśmy się z Anną i samochodem pojechałyśmy na obrzeża miasta, do domu państwa Ward. Budynek nie zmienił się zbytnio. Jednak teraz cały teren ogrodzony był policyjną taśmą. Zaparkowałam obok radiowozu. Przeszłyśmy obie pod taśmą.
- Dzień dobry! Agentka Turunen – pokazałam odznakę – i agentka Olzon –wskazałam Rudą.
- Dzień dobry! Czym mogę służyć?
- Chciałyśmy się rozejrzeć – powiedziała Alice.
Funkcjonariusz zaprosił nas do środka. W całym salonie pełno było śladów krwi. Ściany, podłoga, kanapa, dywan, wszystko było nią naznaczone.
- Coś niezwykłego? – zapytałam.
- Nie, jedynie odrobina siarki na dywanie.
Siarka oznaczała, że to faktycznie robota jakiegoś draństwa.
- Rozejrzę się na górze – powiedziałam do Alice i wdrapałam się po schodach.
Szłam aż do końca korytarza i skręciłam na lewo, do małego pokoju. To tu sypiał Adam. Zamknęłam za sobą drzwi i otworzyłam szufladę biurka. Było tam moje zdjęcie, już wiem dlaczego zniknęło z mojego portfela. Podniosłam je, pod nim znajdowała się koperta… była zaadresowana do mnie. Wzięłam ją w ręce i otworzyłam.
„Jeśli to czytasz to oznacza, że jednak wróciłaś. Twój kolega uważał, że jesteś na to zbyt doświadczona. Nie martw się, Adam nadal żyje. Jednak jeśli chcesz, aby tak pozostało, przyjdź do starej hali produkcyjnej. Masz czas do końca miesiąca.”- brzmiał list. Zajrzałam do koperty, był tam jeszcze srebrny pierścionek, taki jak mój. Zdjęłam łańcuszek z szyi i włożyłam go na niego. Teraz miałam dwa. Schowałam list do kieszeni, zawiesiłam naszyjnik i wróciłam do Rudej.
***&***
Kiedy Wer poszła na górę, rozejrzałam się po salonie. Rzeczywiście jedynym śladem była siarka, jednak i ją ciężko było zauważyć. Gdybym nie wiedziała czego szukać, pewnie nawet bym jej nie zauważyła…
- Gdzie znaleziono ciała? – zapytałam towarzyszącego mi policjanta.
- W kuchni – wskazał ręką kierunek.
Kuchnia była otwarta, widać było z niej pół salonu. Przykucnęłam. Choć nie było widać śladów walki, cała kuchnia podobnie jak salon była pełna zaschniętej już krwi. Poza tym nic nadzwyczajnego. Coś jednak wpadło mi do głowy i położyłam się płasko na ziemi. Moja mama miała w kuchni tajną skrytkę, o której nie wiedział nawet George… Ja sama dowiedziałam się o niej przez przypadek, kiedy coś spadło mi za szafkę.
Miałam rację, pod szafką coś było. Nie mogłam jednak wyciągnąć tego w obecności policjanta, więc poprosiłam go, by przyniósł mi latarkę. Na szczęście nie miał jej przy sobie, wiec kiedy zniknął sięgnęłam ręką pod szafkę i wyciągnęłam tajemniczy przedmiot. Schowałam go szybko za pasek, pod kurtkę, bo policjant właśnie wracał z latarką. Poświeciłam dla niepoznaki pod pustą już szafkę.
- Chyba jednak coś mi się wydawało… - mruknęłam, oddając mu latarkę, po czym wstałam i otrzepałam się z kurzu.
Przedmiot uwierał mnie w plecy, więc poczułam ulgę na widok Wer. Ona sama miała niewyraźną minę, którą na mój widok zamaskowała dziwnym uśmiechem.
- Masz coś? – zapytała.
- Nie – odparłam, jednocześnie dając jej do zrozumienia, że coś jest na rzeczy.
Kiedy wyszłyśmy z domu, pokazałam jej przedmiot znaleziony pod szafką. Gwizdnęła z podziwem.
- Nawet nie masz pojęcia, co właśnie trzymasz w rękach… - mruknęła.
- Wiem – stwierdziłam zimno. – Wyobraź sobie, że wiem.
Przed oczami stanęła mi kartka z pamiętnika mamy…
Demona bardzo ciężko się pozbyć – mówił mi Michael. – Można go egzorcyzmować, jednak to go nie zabije, zmusi jedynie do opuszczenia opętanego ciała. Na potężne demony nie działają nawet egzorcyzmy, żaden człowiek nie posiada tak wielkiej siły by egzorcyzmować tak potężne demony jak Lilith lub Azazel…
Potem jednak pokazał mi pewien nóż, sztylet. Nie był duży, ostrze nie było zbyt szerokie, miało jednak charakterystyczne ząbki na ostrzu. Na klindze była inskrypcja po łacinie, którą rozszyfrowałam jako „zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną”. Kiedy zapytałam, co to, Michael odpowiedział, że jest to jedna z niewielu rzeczy, która może całkowicie unicestwić demona, sprawić by zniknął, a potężniejsze demony zmusić do ucieczki. Nie chciał mi jednak powiedzieć skąd miał ten sztylet…
- Alice? – Wer zamachała mi przed oczami ręką.
- Czy jest więcej takich sztyletów…?
- Z tego co wiem… - zastanowiła się. - Ja znam tylko jeden. Moi rodzice go dostali, nie wiem od kogo… A potem przekazali rodzicom Adama, potrzebny był im do łowów. Niedługo potem się pokłócili i zdaje się, że został u nich…
Kiwnęłam głową zamyślona. To było jednak niemożliwe, by był to ten sam sztylet, który należał do mojego ojca, choć idealnie pasował do opisu mamy…
- W każdym razie, bardzo nam się przyda – mruknęła Wer – bo to…
- Demon – dokończyłyśmy jednym głosem.
Kilka minut później spotkałyśmy się z Ann pod ratuszem. Jej relacja potwierdziła naszą hipotezę. Ciała były zmasakrowane, ale nie było to nic charakterystycznego. W połączeniu ze sztyletem na demony ukrytym pod kuchenną szafką i brak jakikolwiek poszlak wynikiem mógł być jedynie demon. Siarka na miejscu przestępstwa była już ostatnim, bezsprzecznym argumentem.
- Tylko pytanie brzmi, czemu tak nagle zaatakował? – zamyśliła się Ann. – Przecież oni byli bardzo dobrymi łowcami…
- Ale za to okropnymi ludźmi – rzuciła Wer ponuro.
- Obawiam się, że demon nie brał tego pod uwagę… - skomentowałam. – Może po prostu chciał się zabawić? One często atakują bez konkretnego powodu, po prostu z nudy…
- Wątpię – zaprzeczyła gwałtownie Wer. W jej głosie brzmiała pewność. Czyżby jednak było coś, o czym nam nie powiedziała?
- Pewnie zaleźli mu za skórę – zaproponowała Ann. – Przecież to łowcy. Zabili pewnie bez liku jego kolegów i postanowił się zemścić.
- Więc to pewnie nie byle jaki demon, skoro nie dali mu rady – myślałam na głos.
- Chodźmy coś zjeść – zaproponowała nagle Wer, a ja wraz z Anną spojrzałyśmy na nią zdziwione. Wyraziliśmy jednak zgodę na mały posiłek i po chwili już siedziałyśmy w przytulnym barze nad sałatkami i burgerami.
Po posiłku postanowiłyśmy rozejrzeć się jeszcze po mieście i posłuchać plotek. Plotki to bardzo dobre źródło informacji, wbrew pozorom. Zero cenzury. Z tego wszystkiego wyłonił się dość ponury obraz rodziny Ward. Byli zawsze zamknięci w sobie, nie rozmawiali zbyt wiele z sąsiadami. Często nie było ich w domu, a mały Adam zostawał sam. Z tego powodu był bardzo wychudzony, często też można było dostrzec wielkie sińce na jego ciele. Nikt jednak nie mówił głośno o tym, że był bity. W końcu to ich prywatna sprawa…
W efekcie wieczorem znalazłyśmy się w motelu, zmęczone masą informacji, które nijak nie chciały się ze sobą powiązać. Wer była jakaś nieswoja i niespodziewanie spokojna. Położyłyśmy się spać, by następnego dnia od rana rozpocząć śledztwo.
- Wer? – zapytałam jeszcze w ciemności.
- No?
- Nie rób głupstw – poprosiłam.
- Jasne – mruknęła, odwracając się na drugi bok.
Coś w jej głosie jednak mówiło mi, że nie powinnam jej wierzyć, ale nim zdążyłam to dokładniej rozważyć, zmorzył mnie sen.
***&***
Upewniłam się, że dziewczyny na pewno już śpią i po cichu wygramoliłam z łóżka. Na wszelki wypadek udałam, że idę do kibelka, gdzie przebrałam się. Następnie zabrałam kluczyki i pistolet ze srebrnymi kulami i cichutko wyszłam. Impala nadal stała pod ratuszem. Dzięki temu nie obudził ich dźwięk silnika. Zanim wyjechałam wrzuciłam centa do fontanny na środku placu. Zawsze tak robiłam, kiedy tu byłam. Miało mi to zapewnić powrót do tego miejsca. Zawsze działało. Miałam nadzieję, że i teraz mnie nie zawiedzie.
- Kupimy sobie lody? - spytałam Adama.
Zrobił smutną minę. Pewnie nie miał kasy. Zapłaciłabym za niego, ale wiedziałam, że to go tylko bardziej dobije.
- Nie mam ochoty - odpowiedział - ale jeśli chcesz to możesz sobie kupić.
- Tak tylko pytałam.
Rzadko schodziliśmy do miasta. Rodzina Ward nie cieszyła się tu powszechną sympatią. Od naszego poznania byłam tu z nim drugi raz, a miałam już dziewięć lat. Wiedziałam, gdzie Adam mnie prowadzi. Na środku okrągłego placu stała duża fontanna. Na środku kamiennej misy stał posąg pięknej anielicy. Kobieta wznosiła dłonie ku górze. Usiadłam na kamiennym murku i zamoczyłam dłoń w chłodnej toni.
- Masz - podałam Adamowi centa.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Wrzuć, to na szczęście - powiedziałam.
Zamachnęłam się i rzuciłam monetę przez lewe ramię. Chwilę później usłyszałam plusk i zobaczyłam jak pieniążek opada na dno. Adam wahał się, ale w końcu również pozbył się pieniążka. Robiłam tak co roku, od kiedy pierwszy raz tu przyjechałam. Prosiłam rodziców, żeby się zatrzymali i gnałam wypowiedzieć życzenie. Brzmiało ono zawsze tak samo "Wrócić tu, do Adama". Jak na razie zawsze się spełniało. Nagle Adam chlusnął mnie wodą. Nie byłam mu dłużna. Chwilę później byliśmy cali mokrzy. Na szczęście był środek lata i słońce mocno grzało. Adam oparł dłonie o murek i dopiero teraz zauważyłam dlaczego cały dzień chował lewą do kieszeni. Palce były sine i dziwnie powykrzywiane.
- Masz wybite palce - powiedziałam ze strachem.
Chłopak szybko zabrał dłoń.
- Pokaż - poprosiłam.
Ujęłam jego dłoń w swoje i delikatnie obejrzałam palce.
- Trzeba je nastawić - stwierdziłam.
- Zrób to - zaproponował.
- Ale to będzie boleć - zaprotestowałam..
- Proszę.
- Dobrze - odparłam i szybko ponastawiałam palce.
Adam zacisnął zęby, ale mimo to wyrwał mu się jęk bólu. Po wszystkim wtuliłam się w niego. Oboje mieliśmy łezki w oczach.
- Dziękuję - szepnął mi do ucha.
Jechałam po pustej drodze w stronę opuszczonej fabryki. Na szyi dyndały mi dwa srebrne pierścionki.
Oparłam się plecami o pień brzozy i obserwowałam jak Adam wytapia srebrne kule. Derek kazał mu to zrobić, zanim pójdziemy na miasto. Chłopak ostrożnie i powoli produkował pociski. Jego niebieskie oczy pełne były skupienia. Nagle wpadłam na genialny pomysł.
- Wytopmy sobie dwa pierścienie na znak naszej przyjaźni – zaproponowałam.
- Dobry pomysł – chłopak uśmiechnął się szeroko.
Zaczął coś robić ze srebrem i po jakimś czasie stworzył dwa pierścionki. Wyglądały jak przeplatające się cienkie gałązki. Z przodu każdy miał malutkie serduszko. Byłam pełna podziwu dla jego dzieła. Nikt pewnie by mi nie uwierzył, że stworzył to jedenastolatek. Z kieszeni spodni wyjęłam dwa srebrne łańcuszki. Nawlekałam na nie pierścionki i zawiesiłam jeden na szyi. Właśnie kiedy podawałam drugi Adamowi pojawił się Derek.
- Co ty sobie myślisz?!- podbiegł do Adama i szarpnął go za włosy, aby chłopak wstał. – Miałeś wytapiać kule, a nie bawić się w złotnika! – warknął i kopnął go z kolana w brzuch.
Chłopak zgiął się w pół. Stanęłam między nimi.
- To ja to zrobiłam – powiedziałam twardo.
- Co?! – Derek był wściekły.
Przywarłam bliżej Adama.
- Co się stało? – na podwórku pojawił się mój tata.
- Twoja córka wykorzystała moje srebro na kule do stworzenia tego badziewia – podał mu pierścionek Adama.
- Oddam ci te kule – powiedział mój ojciec, podając mi łańcuszek.
- Dobra – Derek puścił syna i poszedł z tatą do samochodu.
Adam osunął się na ziemię. Uklęknęłam przed nim.
- Przepraszam – głos mi zadrżał.
- Dla tego – zabrał ode mnie wisiorek i zawiesił na szyi – było warto.
Przytulił mnie mocno i pocałował w policzek.
Od tego czasu nie zdejmowałam pierścionka. Ann często pytała po co noszę to badziewie, nie wiedziała, skąd je mam. Nie wiedziała też jak ważna dla mnie jest ta błyskotka. W ciemności zauważyłam zbliżającą się fabrykę. Zaparkowałam Impalę na opuszczonym parkingu i wysiadłam. Upewniłam się, że mam przy sobie naładowaną broń i weszłam do środka. Znalazłam się w wielkiej opuszczonej hali. Wszędzie pełno było sprzętu różnego przeznaczenia. Rozejrzałam się. Na środku stała jakaś postać odwrócona tyłem. Cicho jak mysz ruszyłam w tamtym kierunku. Broń oczywiście miałam w gotowości. Kiedy byłam metr od tej osoby, ona odwróciła się. Zamarłam. Przede mną stał Adam, ale… jego oczy były całe czarne.
***&***
Coś wyrwało mnie nagle z głębokiego snu. Czyżby przyśnił mi się jakiś koszmar…?
Nie, to alarm samochodowy, nie nasz na szczęście. Po chwili jednak do wyjącego alarmu dołączyły wszystkie okoliczne psy, a po chwili kolejny samochód. Obróciłam się na drugi bok, z zamiarem poproszenia Wer, by zamknęła okno (ją także musiał obudzić ten harmider), jednak… Jednak łóżko starszej siostry Wilde było puste.
- Ann! – zerwałam się na równe nogi i włączyłam światło.
- Co jest…? – zmrużyła oczy, oślepiona światłem.
- Tą kretynkę znowu gdzieś wywiało…!
- Może poszła na spacer…? – zaproponowała Ann bez przekonania, wyskakując z łóżka.
Ja już byłam ubrana, chwyciłam kurtkę i podeszłam do drzwi.
- Sprawdzę, czy samochód stoi. A ty poszukaj czegoś… Czegokolwiek – poleciłam jej i wybiegłam.
Pod ratuszem byłam w kilka minut, alarmy już zdążyły ucichnąć, a psy poszły z powrotem spać. Wyjątkowo byłam im wdzięczna za tę pobudkę, bo miałam paskudne podejrzenia co do poczynań Wer. Ona o czymś nam nie powiedziała…
Samochodu oczywiście nie było. Stwierdziłam to już z daleka, wiec pognałam biegiem z powrotem. Przed motelem czekała już na mnie Anna z dwoma świstakiem papieru w ręce i najpotrzebniejszym sprzętem. Podała mi je bez słowa, najpierw skupiłam się na papierach.
Pierwszym z nich było zdjęcie Adama wyrwane z gazety, którą Wer rano czytała w samochodzie. A drugi…
- Cholera! – mruknęłam, po przeczytaniu listu.
- Lepiej się pośpieszmy – zgodziła się Ann, wtykając za pasek spodni pistolet. – To dość daleko… chcesz sztylet? – spytała jeszcze.
- Chcę – mruknęłam i schowałam go za pasek. – Obawiam się, że będziemy go musiały dzisiaj wypróbować…
Pobiegłyśmy przez ciemność, Ann znała drogę. Z jej relacji wiedziałam, że do przebycia miałyśmy kilka kilometrów, co tym tempem powinno nam zająć prawie godzinę. Nie miałyśmy tyle czasu.
- Ann, poczekaj! – zawołałam, nieco zdyszana i przeskoczyłam niski parkan otaczający jakąś posesję. Na trawniku leżały dwa górskie rowery.
- Zwariowałaś?! – krzyknęła szeptem.
- Chcesz odzyskać siostrę, czy tylko jej ciało? – zapytałam bezlitośnie. Te kreatury nie znają litości. Anna wiedziała to tak samo dobrze jak ja.  Podobnie jak i mnie, demony pozbawiły ją rodziców…
Annie już nie  protestowała. Podałam jej ponad parkanem rowery, a potem sama przez niego przeskoczyłam. Wsiadłyśmy na nie i popedałowałyśmy w kierunku fabryki.
- Oddamy je, jak już będzie po wszystkim – uspokoiłam jeszcze Ann, która jednak w milczeniu tylko naciskała mocno pedały.
Do czego to doszło, jeszcze trochę z nimi poprzebywam i zostanę zawodowym złodziejem…! - pomyślałam, pochylając się niżej nad kierownicą.
Nawet nie miałam siły się na nią złościć. Teraz najważniejsze było tylko to, by zdążyć na czas. Nim demon zrobi z Weroniką to samo… 
To samo co z moimi rodzicami.
***&***
- No co, nie strzelisz? – zakpił demon.
- Zostaw go! – krzyknęłam.
- Bo co mi zrobisz? Zabijesz? A jak to niby zrobisz bez szkody dla Adasia? – kpił dalej.
- Czego chcesz?! – warknęłam.
Demon rzucił się na mnie i przygwoździł do ziemi. Pistolet wyleciał mi z dłoni.
- Zabawić się – roześmiał mi się w twarz.
Szybkim ruchem wyswobodziłam się, ale nie na długo. Demon złapał mnie za włosy i rzucił o ścianę. Osunęłam się po niej. Czułam rwący ból w ręce. Chyba złamałam palec. Widziałam jak moja broń ląduje w najciemniejszym kącie fabryki.
- Wiesz, że Adaś długo nie mógł się pozbierać po tym jak go zostawiłaś? – zaczął demon, stając nade mną. – Myślał, że po prostu żałowałaś tego pocałunku i bałaś się spojrzeć mu w twarz.
- Zamknij się! – warknęłam.
Demon kopnął mnie w żebro. Usłyszałam trzask i poczułam przeszywający ból.
Siedziałam u Adama na łóżku. Kolana miałam pociągnięte pod brodę. Kilka łez spływało po moich policzkach. Tata znowu nie pozwolił mi iść z nimi na łowy. Miałam już dwanaście lat i chyba powinnam zacząć praktyczną część bycia łowcą. Annę rodzice zawieźli do Harry’ego, znajomego starszego łowcy, a ja zostałam z Adamem. Chłopak właśnie wszedł do pokoju. Usiadł obok mnie i pogłaskał po plecach.
- On po prostu nie chce cię stracić – powiedział. – Zależy mu na tobie.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak Adama musiał zaboleć fakt, że przeszkadza mi zainteresowanie i opieka rodziców, coś czego on nigdy nie miał.
- Nie wiem jak ty sobie radzisz – szepnęłam.
Jego dłoń przestała gładzić moje plecy.
- Gdybym cię nie poznał pewnie już dawno byłoby po mnie – delikatnie dotknął mojego policzka.
Kiedy to zrobił, koszulka mu się podniosła i ukazała świeże siniaki na żebrach. Zadziałam impulsywnie i pocałowałam go w usta. Chłopak objął mnie w pasie i odwzajemnił pocałunek. Od dłuższego czasu o tym marzyłam. Nie miałam jednak wystarczająco dużo odwagi. Bałam się, że Adam nie myśli o mnie w ten sposób i tylko popsuję naszą przyjaźń. Kiedy się od siebie oderwaliśmy, do pokoju wpadł mój tata. Nie wiedziałam co tu robi. Już dawno mieli wyjechać. Może czegoś zapomniał.
- Wera, zbieraj się, jedziemy – powiedział.
- Ale mieliście robotę - nic z tego nie rozumiałam.
- Załatwimy to później, a teraz złaź na dół – ojciec był zły.
Przytuliłam Adama i zeszłam za tatą do Impali. Kiedy już ruszyliśmy, dowiedziałam się, że rodzice pokłócili się z państwem Ward.
- Nie mam zamiaru utrzymywać kontaktu z kimś takim – warknął tata, dodając gazu.
Nigdy nie dowiedziałam się o co poszło. To był ostatni raz kiedy widziałam Adama. Właśnie kiedy przemogłam się i go pocałowałam, musieliśmy się rozstać.
- Wiesz, że on jest tutaj – demon wskazał na siebie. – Uwięziony, ale czuje i widzi wszystko.
- Spieprzaj! – warknęłam.
Demon unieruchomił moje nadgarstki i zbliżył twarz bardzo blisko do mojej.
- Może chcesz powtórzyć pocałunek? – spytał bezczelnie się przybliżając.
- Spierdalaj! Nie kręcą mnie takie ciule – odwarknęłam i kopnęłam go w kolano.
Zachwiał się, ale po chwili odzyskał równowagę. Próbowałam doczołgać się do pistoletu, ale od początku wiedziałam, że mam marne szanse. Zdenerwowałam go. Złapał mnie za włosy i z całej siły uderzył moją głową o ścianę. Zabolało i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Puścił moje włosy.
- Adaś myślał, że będziesz mądrzejsza i od razu mnie zastrzelisz. Właśnie, dlaczego tego nie zrobiłaś? W końcu nie zależy ci już na nim – nie widziałam go, ale słyszałam jego głos.
Poczułam jak wysuwa z pod mojej bluzki łańcuszek.
- A jednak – zaśmiał się.
- Oddawaj – szarpnęłam łańcuszek.
- Bylibyście śliczną parą, gdybym się nie wtrącił.
Powoli wracał mi wzrok, na razie widziałam zamazane obrazy, ale to i tak lepsze od czarnej plamy. Stał znowu na środku hali i patrzył w moim kierunku. Uśmiechał się perfidnie.
- O czym ty bredzisz? – warknęłam.
- Jeszcze się nie domyśliłaś? - zapytał spokojnie.
Miałam dość tej jego gry. Nie bawiły mnie jego zagadki i niedomówienia.
- Jakbym wiedziała o co ci chodzi, to na pewno bym pytała - odparłam, próbując wstać.
Udało mi się. Wzrok już całkiem mi powrócił. Szybko analizowałam sytuację. Do broni się nie dostanę. Co najwyżej mogę zacząć odmawiać egzorcyzm.
- On cie kocha, słoneczko - wypalił nagle demon.
To było jak grom z jasnego nieba. Kolana się pode mną ugięły. Adam mnie kochał. Mimo, że go porzuciłam, nie ze swojej winy ale porzuciłam.
- Ale to nie przeszkadza mi cię zabić – warknął i rzucił się na mnie.
Nie zdążyłam zareagować. Złapał mnie za gardło i zaczął dusić. Próbowałam się bronić, ale miałam za mało siły. Brakowało mi powietrza, gardło paliło. Nagle napastnik mnie puścił. Zamrugałam i zobaczyłam tak dobrze mi znane niebieskie oczy. Później nastała ciemność.
***&***
Byłam nieźle zasapana kiedy dotarłyśmy w końcu do fabryki. Nikt mnie nie uprzedził, że stoi na wzgórzu. Stromym wzgórzu. Impala stała na pustym parkingu, bez poszanowania jakichkolwiek wytyczonych linii. Rzuciłyśmy rowery na ziemię i pobiegłyśmy do wejścia, w biegu wyciągając pistolety. Nie zdążyłyśmy jednak nawet dotknąć drzwi, gdy otwarły się ona gwałtownie, otworzone zapewne kopniakiem.
Anna stanęła jak zamurowana na widok postaci stojącej w drzwiach, ja jednak zachowałam zimną krew. Z listu znalezionego w kurtce Wer, wynikało, że Adam zapewne jest opętany przez demona, który zabił jego rodziców. Niezależnie od tego kim był dla Wer, teraz nie był sobą.
- Nie strzelaj! – zawołał widząc wymierzoną w siebie lufę pistoletu.
Nie ze mną te numery, ale Ann już biegła w jego stronę, a raczej w stronę siostry, która wisiała bezwładnie w jego ramionach. Chłopak podał jej ją bez wahania, a po jego twarzy przemknął grymas bólu. Pełna niepokoju podbiegłam bliżej.
- Ja… nie dam… mu rady… już… - wyjęczał, a jego oczy nagle stały się czarne.
Nie wiem kiedy pistolet w mojej ręce zamienił się miejscami ze sztyletem, ale demon nie zdążył wypowiedzieć nawet słowa, kiedy z całej siły dźgnęłam go ostrzem w brzuch na wysokości pępka. Demon zdążył się nieco odsunąć, więc cios nie trafił tam, gdzie miał trafić, ale wystarczyło. Głowa odskoczyła mu do tyłu, a demon wyleciał z niego chmurą czarnego dymu. Chłopak z jękiem padł na ziemię.
- Co z Wer…? – wyjęczał, trzymając się za krwawiący brzuch. Rana byłą głęboka, ale w szpitalu powinni go jakość poskładać…
Spojrzałam na dziewczynę, która leżała Ann na kolanach. Młodsza z sióstr nawet nie patrzyła w kierunku Adama.
- Jest nieprzytomna – powiedziałam zgodnie z prawdą i ściągnęłam kurtkę. – Poczekaj, muszę zatamować krwawienie…
- Zajmij się Wer! – zażądał, charcząc.
- Anna się nią zajmie, a ty się za chwilę wykrwawisz… Wierz mi, ona wcale nie będzie z tego zadowolona…
Przyłożyłam mu zwinięty materiał do rany i pomogłam Annie zanieść Weronikę do samochodu. Ułożyłyśmy ją ostrożnie na tylnym siedzeniu. Ann wsiadła na siedzenie kierowcy i spojrzała na mnie wyczekująco. Wytrzeszczyłam na nią oczy.
- A Adam?!
- Poradzi sobie – mruknęła, wkładając kluczyki do stacyjki.
- Wykrwawi się – poprawiłam ją i ruszyłam w jego kierunku by pomóc mu wstać. Podprowadziłam go do samochodu i posadziłam na tylnej kanapie, a sama usadowiłam się z przodu. – Oboje potrzebują szpitala…
Anna westchnęła i spojrzała na Adama nieprzychylnie za pomocą wstecznego lusterka. Odpaliła jednak samochód i skierowała go na główną drogę.
- Mam lepszy pomysł… - mruknęła. – Nie wymaga wymyślania wiarygodnego kłamstwa, dlaczego on ma ciętą ranę brzucha, a ty masz za paskiem zakrwawiony sztylet…
Uśmiechnęłam się krzywo i zapięłam pas, a Anna dodała gazu.
*********************************************************************************
Tego się nie spodziewaliście, ale to znowu my :)
Jako, że napisanie poprzedniej notki zajęło około czterech miesięcy tą macie prawie dzień po dniu :D. Życzymy miłego czytania
Wasze, S&S
P.S. Kolejna powinna być niedługo ;)


W nagrodę za cierpliwość, pod dzisiejszą notką nietypowy bonus - OBRAZEK!
Specjalnie na życzenie Szurniętej, umieszczamy pierścionek Weroniki, cobyście wiedzieli jak wygląda...
Pierścionek Wer
Szal&Szur


11 komentarzy:

  1. Bardzo fajne. Każda następna notka jest coraz to lepiej napinana, coraz bardziej wciągająca i mniej zerżnięta. Ta jest jak na razie moją ulubioną, choć jest trochę łzawa , ale poza tym kawał dobrej roboty. Z niecierpliwością czekam na następną.

    Wasz stały czytelnik
    Zwierzak

    OdpowiedzUsuń
  2. "Mniej zerżnięta"? No wiesz...!
    To że łzawa, to zasługa Szur, ale tak to już jest. Krew się leje, to i łzy muszą :)
    Postaramy się by NN była równie szybko co i ta, ale na pewno nie jutro, czy też dziś. W każdym razie nie za 3 miesiące...
    Oby.
    Szalona, S&S

    OdpowiedzUsuń
  3. Zgadzam się z powyższym, każda następna notka jest coraz lepsza. Czekam na więcej! (Ach, ta moja niecierpliwość...)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NN powinna się pojawić wkrótce (po świętach? Szur?). Cieszymy się, że się podoba :) nie wiem, czy każda następna jest coraz lepsza, ale staramy się jak możemy, że Was nie zanudzić.
      Oczekujcie na więcej :)
      Szal
      S&S

      Usuń
  4. Podoba mi się ten rosnący poziom, wiecie? ;) Wzajemnie się motywujemy i są efekty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy za pochwałę :)
      Motywacja z korzyścią dla wszystkich :D
      Szur :*
      S&S

      Usuń
  5. Fajny blob, ciekawy :)
    Czekam na NN :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Mamy nadzieję, że pojawi się niedługo :)
      Szal, S&S

      Usuń
  6. No nareszcie jakaś inna rodzina łowców. A za to, co robili z Adasiem, to mam ochotę im nogi z d...tyłka powyrywać. Idę wyładować swoją agresję. Dzięki za dedytkę :D A rozdział wspaniały. Musicie dać kolejny rozdział - jestem ciekawa co z Adamem i jak się to wszystko potoczy.
    Pozdrawiam.
    Rasmi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam - za każdym razem, zamiast "poniżali" czytam "pomizial" :D

      Usuń
    2. NN (mamy nadzieję) już niedługo ;)
      Byłaby dziś, ale Szal ma problemy z komputerem :/
      Niestety demon Cię uprzedził, ale sama bym jego rodziców zatłukła ;)
      Szur, S&S

      Usuń