Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

piątek, 22 marca 2013

Rozdział 6

NOTKA DEDYKOWANA SPARKLE, DZIĘKI ZA MOTYWACJĘ  :*

Odkąd wyjechałyśmy z Lewistown, siostry nie wracały do tematu Rogera. Raz tylko, podczas jednego z postojów, kilka dni po tym jak, opuściłyśmy miasteczko, Wer zapytała:
- Alice, czy ty i Roger… - zawahała się. – Wiedziałaś?
Pokręciłam głową, ale zaraz potem, po namyśle, pokiwałam nią ponuro.
- Wtedy było za wcześnie. A teraz już nic nie jest takie samo…
Wer już więcej do tego nie wracała. Ja również.
Od paru tygodni wśród potworów panował dziwny spokój. Nie mogłyśmy znaleźć żadnej roboty. Albo doniesienia o wampirach były zwykłymi plotkami nastolatek zakochanych w „Zmierzchu”, albo duchy nawiedzające domy na wzgórzach okazywały się zwykłą „urban legend”. W każdym razie włóczyłyśmy się po kraju bez konkretnego celu już od paru tygodni…
- Gdzie jesteśmy? – zapytałam przeciągając się szeroko, po drzemce na tylnej kanapie Impali. Co jak co, ale fotele, to ten samochód miał wygodne... Obudził mnie dźwięk klaksonu i przekleństwa Wer.
- Na autostradzie – odparła wściekła. Z tego, co zdążyłam się zorientować jakiś baran zajechał jej drogę.
- To widzę – sarknęłam. – Pytam się dokąd jedziemy, widzę, że zmieniłyśmy kierunek…
- Annie coś znalazła w internecie…
Młodsza siostra podała mi wydruk ze strony jakiejś gazety. Nie pytałam, kiedy zdążyła to wydrukować. Spałam dość długo, co odkryłam zerkając szybko na zegarek. Wyprostowałam się zainteresowana, ale na widok nagłówka, mój entuzjazm opadł.
- „Krwawy duch atakuje”? Serio…? – zapytałam z politowaniem. – To na kilometr pachnie jakąś bzdurą i wyssaną z palca historyjką zdesperowanego dziennikarza…
- Czytaj dalej – odparła Anna. – Nie oceniaj książki po okładce, mówią. Artykułu po tytule też nie, jak widać.
Westchnęłam wciąż nieprzekonana i zagłębiłam się w lekturze.
„Miasteczko Summerside przeżywa ostatnio chwile grozy, rodem z horroru. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, w ciągu ostatniego tygodnia zaginęło parę osób, których zwłoki odnaleziono wczoraj bestialsko zmasakrowane. Wszystkie znajdowały się w okolicy opuszczonego od lat domu, który mieszkańcy miasteczka omijają z daleka. Twierdzą, że jest nawiedzony. Po dłuższych poszukiwaniach udało mi się ustalić, że w domu tym mieszkał kiedyś Tom Brunter, rzeźnik, który w latach sześćdziesiątych został oskarżony o brutalne morderstwa, a następnie skazany na śmierć. Przed wykonaniem wyroku jednak popełnił samobójstwo – powiesił się w swoim domu, do którego pozwolono mu wrócić – było to jego ostatnie życzenie. Niedawno minęła 50 rocznica jego śmierci. Czy te zdarzenia są ze sobą powiązane? Czyżby Rzeźnik z Summerside powrócił by dalej terroryzować to spokojne miasteczko? Czy mieszkańcy żyli w złudnym spokoju przez pół wieku, by ponownie poczuć powiew grozy na plecach? Policja prowadzi śledztwo, ale na razie nic jeszcze nie wiadomo o ostatnich morderstwach…”
Artykuł był podpisany nazwiskiem V.Mertigo. Złożyłam kawałek papieru i oddałam Annie.
- Chyba nie macie zamiaru jechać do tego Summer-coś-tam?
- Niby dlaczego nie? – zapytała Wer, bez włączania kierunkowskazu zjeżdżając na lewy pas i wyprzedzając tira. – Duch, tajemnicze morderstwa… to coś dla nas, no nie?
- Jak dla mnie to bujda – wyraziłam swoją opinię. – No, proszę was… „Rzeźnik z Summerside”…? Ok, to jeszcze ma jaki taki sens, ale „powiew grozy na plecach”? Gość naoglądał się za dużo horrorów, a teraz usiłuje zarobić na chleb, szukając sensacji tam gdzie jej nie ma…
- Ale coś w tym jest – upierała się Anna. - Ciała wyglądały na pocięte rzeźnickim nożem, po za tym znajdowały się w pobliżu jego domu… I wierz mi, widziałam zdjęcia. To nie wygląda na dzieło człowieka.
- Pozwolę sobie wam przypomnieć ostatniego „ducha” – mruknęłam. – Facet wykupił chyba cały zapas ketchupu w mieście, żeby wyglądało to realistycznie…
- Alice, do jasnej cholery! – zirytowała się Wer, co poskutkowało głośnym trąbieniem z Mercedesa jadącego prawym pasem. – Ugryzło cię coś, czy jak?! Mamy robotę, jak okaże się, że to bujda to jedziemy dalej, a jak nie, to rozwalimy to cholerstwo i przynajmniej uratujemy kilku ludziom życie…
- Wybaczcie… - mruknęłam, bo miały rację. – Chyba trochę ostatnio straciłam humor. Zobaczymy o co chodzi, zabijemy krwawego rzeźnika i powinno mi się poprawić…
- Wszystko ok? – zaniepokoiła się Annie.
- Nie bardzo – przyznałam. – Ale jak pozbędę się kilku duchów, powinno mi się poprawić – powtórzyłam, uśmiechając się krzywo.
- No, to jedziemy z tym koksem! – zawołała radośnie Wer, włączając wyjątkowo kierunkowskaz i zjeżdżając z autostrady. 
Kiedy minęłyśmy tablicę z napisem „Summerside 60km”, westchnęłam cicho i zagapiłam się w okno. Może to rzeczywiście była prawda… Musiałam się na czymś wyżyć, żeby zapomnieć o tym, co wydarzyło się w Lewistown. Krwiożerczy duch nadawał się do tego idealnie… Pytanie tylko, czy czas naprawdę leczy rany?
***&***
W miasteczku znalazłyśmy niejakiego Victora Mertigo, który był autorem artykułu, na który trafiłyśmy, a raczej Anna trafiła w necie. Facet wyglądał na około trzydzieści lat, miał hiszpańskie korzenie i co chwilę wprowadzał jakieś hiszpańskie słówka. Opowiedział nam prawie całą historię swojego życia nim oznajmił, że informacje czerpał z biblioteki publicznej w Summerside. Zmarnowałam jakieś dwie godziny życia na słuchanie opowieści o babci Grecie i jej króliku. W ostateczności pożegnałyśmy się z Victorem i poszłyśmy do biblioteki, ulubionego miejsca Alice i Anie, ja tam chyba wolę Burgerbary. Oczywiście, aby dowiedzieć się czegoś istotnego musiałyśmy się przekopać przez masę kronik i starych dzienników i tym podobnej nudnej makulatury. Jak zwykle odpadłam najwcześniej, po prostu literki zaczęły mi się zlewać w wielkie czarne plamy. Na szczęście Anna przy wsparciu Alice znalazła coś interesującego. W jednym z artykułów z czasu, kiedy Tom zakładał sklep, było napisane, że pracowała tam niejaka Sally Newton. Okazało się, że kobieta choć starsza trzyma się dość dobrze i miesza dość niedaleko. Postanowiłyśmy z braku lepszych pomysłów ją odwiedzić. Mieszkała w małym domku, o ścianach pomalowanych na zielono, z ogródkiem warzywnym. Przedstawiłyśmy się jako fascynatki historii paranormalnych. Siwowłosa kobietka chwilę wahała się czy wpuścić nas do środka, jednak ostatecznie to zrobiła. W środku pachniało kotem i to nie jednym... Sally zrobiła nam herbatę i zaczęła odpowiadać na pytania Alice.
- Pracowała pani w sklepie rzeźnika Toma, prawda? – zapytała łagodnie.
- Tak, ale to był strasznie skryty człowiek – odparła starsza pani. – Wy też jesteście w sprawie tych morderstw? – zapytała nagle przerażona.
- Nie, nie do końca – uspokoiła ją Anna.
- Proszę nam powiedzieć – kontynuowała Alice – o nim coś więcej. Chciałybyśmy napisać artykuł do gazety, z którą współpracujemy, ale coś bardziej realistycznego niż to co ukazało się w miejscowym dzienniku – skrzywiła się. – Mogłaby pani nam pomóc?

- Cóż, zbyt wiele wam o nim nie powiem.- westchnęła starsza pani. – Mówiłam, był bardzo skryty. Wyjątkowo dbał o swoją prywatność. Mieszkał w domu na wzgórzu, ludzie mówią, że teraz ten dom jest nawiedzony. Tuż obok miał rzeźnię, w której pracował, a codziennie rano przywoził do sklepu swoje wyroby. Był naprawdę dobrym rzeźnikiem – ludzie uwielbiali kupować jego wyroby. Zaraz na początku zatrudnił mnie do pomocy. Byłam wtedy młodziutką dziewczyną – kobieta odwróciła się i podała mi zdjęcie, na którym stała przy płocie w jasnej sukience i dwoma długimi warkoczami zaplecionymi na głowie. – Pracowałam u niego kilka lat, zanim stał się tym potworem… a może zawsze nim był? Nikt tego nie wie. Nagle ludzie zaczęli znikać w tajemniczych okolicznościach i znajdowano ich zmasakrowane ciała wokół miasteczka. Głownie przy domu Toma…
- Czy jest ktoś jeszcze, kto znał go nieco bliżej, co najmniej tak jak pani…? – dopytywała się Alice, bo dużo się nie dowiedziałyśmy.
- Nie… - staruszka pokręciła głową. – Nikt… Choć…
- Tak? – zapytałam niecierpliwie, kiedy się zamyśliła.
- Pół roku przed tymi morderstwami zatrudnił do pomocy takiego jednego chłopaka. Miał wielu klientów i nie dawał rady, a chłopak był kimś w rodzaju czeladnika, Tom uczył go fachu… Pomagał mu w rzeźni. Ja tam nigdy nie byłam, a on przebywał tam niemal codziennie. On mógłby coś więcej wiedzieć…
- Jak się nazywa? – spytała Anna.
- Terry Mingan. Ale on wam nie pomoże – dodała pani Newton. – Tom zabił go, gdy wydało się, że to on odpowiedzialny jest za te morderstwa. Pewnie z zemsty, bo to Terry dostarczył najwięcej dowodów…
- Dziękujemy bardzo - powiedziałam i wstałam.
Dziewczyny spojrzały na mnie zdziwione.
- Będziemy się już zbierać - dodałam. - Ale bardzo dziękujemy za pomoc.
- Naprawdę nam pani pomogła - powiedziała Alice i dołączyła do nas.
Przeszłam przez ulicę i oparłam się o maskę Impali.
- Co to było? - spytała Alice.
- I tak niczego się nie dowiedziałyśmy, a poza tym mam ochotę na hamburgera.
- A ty tylko o żarciu - warknęła do mnie. - Ja jadę dowiedzieć się czegoś o tym Terrym.
***&***
Porzuciłam Annę i Wer i wróciłam do biblioteki. Tym razem szukałam informacji o zamordowanym chłopaku, Terrym. Nie było tego wiele, parę wzmianek w gazetach o jego śmierci, nekrolog, jakieś wspomnienia. Zainteresowała mnie drobna notka, z dziennika wydanego parę lat po jego śmierci, jakoby ktoś go widział, ale bez konkretów.
Więcej dowiedziałam się od ludzi. Na początku reagowali strachem, potem opryskliwie nazywali mnie pismakiem (czy ja wyglądam na dziennikarkę…?), ale kiedy udawało mi się ich przekonać, że nie mam zamiaru pisać artykułu do gazety, w końcu zaczynali coś mówić. Po kilku takich rozmowach, głównie ze starszymi mieszkańcami miasteczka, sytuacja chłopakach rysowała się tak:
Terry był młody i zdolny, bardzo szybko się uczył. Kiedy mrukliwy rzeźnik go zatrudnił, bardzo szybko wszystkiego się nauczył, a Tom pozwolił mu często przebywać w swoim otoczeniu, co było bardzo dziwne, gdyż mało komu pozwalał się zbliżać do swojego domu i rzeźni. Jedna kobieta, która wtedy mogła mieć około siedmiu lat, powiedziała mi, że w jego wzroku było coś przerażającego. Inni jednak nie potwierdzali jej relacji, mówili, że Terry był bardzo miłym chłopcem. Najciekawsze było jednak to, że Terry był ostatnią ofiarą starego rzeźnika. To morderstwo akurat nie było zbrodnią doskonałą i Tom wpadł w ręce policji, a potem popełnił samobójstwo.
W mojej głowie powoli zaczynała kształtować się wizja tego, co się tu działo. Nie byłam jednak jeszcze pewna, więc postanowiłam udać się w jeszcze jedno miejsce.
Z naszym duchem-nie-duchem związane były trzy miejsca. Jego dom i rzeźnia – tam udały się Wer i Ann, oraz jego sklep. Postanowiłam się tam rozejrzeć.
Musiałam trochę popytać, ale w końcu ustaliłam miejsce, w którymś kiedyś stał sklep. Był to nieduży, piętrowy budynek. Na dole pewnie znajdował się sklep, o czym świadczyły duże okna na parterze, a na piętrze magazyn, chłodnia. Po samym sklepie nie został niemalże nawet ślad, bowiem w jego miejscu powstał urząd gminy. Pracowało w nim pół miasteczka.
Z kolejnych rozmów przeprowadzonych z mieszkańcami dowiedziałam się, że po śmierci Terry’ego budynek został przekazany gminie.
- Po śmierci Terry’ego? – zdziwiłam się.
-  No tak – odparł mój rozmówca. – Tom planował uczynić chłopaka swoim spadkobiercą, dać mu w spadku rzeźnię i sklep, ale potem coś mu odbiło i chciał to zmieniać… No a potem znaleźli Terry’ego martwego.
- Aha – mruknęłam. W tym momencie coś zaczynało mi się nie zgadzać. Zapisał mu w testamencie niemal wszystko co miał…? To trochę niepodobne do seryjnego mordercy… Jakkolwiek szalony by nie był…
- Niech mi pan tylko jeszcze powie – wróciłam do rzeczywistości – kto jeszcze mógłby mi pomóc…
Mężczyzna roześmiał się.
- Niemal każdy w tym budynku! Każdy ze starszych mieszkańców go znał, a ci młodsi znają go z opowiadań rodziców dziadków… albo z opowiadań o nich.
- To znaczy? – zapytałam, bo zrobił tajemniczą minę i nie chciał mówić dalej.
- No wie pani. Rodziny ofiar starego Toma. Ale proszę ich nie niepokoić, to dla nich wciąż wielka tragedia…
Ton jego głosu sugerował cos wręcz odwrotnego, jakby pragnął bym zaczęła wyciągać stare brudy na światło dzienne, ale cóż, tacy są sąsiedzi…
- Zaraz, zaraz… - nagle coś wpadło mi do głowy. – Mówi pan o ofiarach sprzed 50 lat, prawda?
Facet rozejrzał się dookoła podejrzliwie.
- Owszem, o tych starych, ale… - zniżył głos do szeptu. – ale o tych nowych też.
- To znaczy? – westchnęłam, próbując ukryć zniecierpliwienie. Czy on koniecznie musiał dawkować napięcie…?
- Wierzy pani w duchy? – zapytał.
- Jak mam dobry dowód – odparłam, zgodnie z prawdą. Nie wierzę w duchy, które nie istnieją. A ostatnio mnie i dziewczynom zdarzały się głównie takie…
- Tom wrócił – szepnął mój rozmówca. – Wrócił by dokończyć dzieła. Odsyła na tamten świat tych, których nie zdążył odesłać 50 lat temu. Ich, a także ich rodziny.
- Czy coś łączy ofiary? Te stare lub nowe? A najlepiej ich wszystkich…?
- Stare ofiary to głównie stali klienci jego sklepu. A nowi… - przełknął gorączkowo ślinę – to pracownicy urzędu gminy i ich rodziny.
- Ach tak… - westchnęłam do siebie i podziękowałam za rozmowę. Robiło się coraz ciekawiej. Może sklep, a teraz urząd gminy, był jakoś przeklęty?
Coś ciągle mi nie pasowało, ale tak czy siak, najpierw powinnam rozejrzeć się w tym tajemniczym budynku…
***&***
Stałyśmy przed domem na wzgórzu. Ściany sypały się, szyby w oknach były powybijane, brakowało dachówek. Na razie nie wchodziłyśmy, tylko obserwowałyśmy z daleka.
- Ten dom jest nawiedzony - usłyszałyśmy za sobą.
Obejrzałyśmy się i zobaczyłyśmy dwójkę dzieciaków na rowerach. Wyglądali na braci.
- Jak to? - zapytałam.
- Nie wiecie? To dom starego rzeźnika i on go nawiedza - powiedział starszy.
Spojrzałyśmy na siebie z Ann znacząco.
- Ale przecież duchy nie istnieją - powiedziała spokojnie Anna.
- Ale uparte - mruknął drugi chłopiec.
- To dlaczego ludzie tam giną, lub wybiegają z krzykiem? - mruknął starszy.
- Nie warto z nimi dyskutować - zwrócili się do siebie i odjechali.
Anna stała chwilę oszołomiona.
- Słodkie dzieciaki - powiedziałam. - Może podejdźmy bliżej - zaproponowałam.
Siostra tylko kiwnęła potakująco. Zaczęłyśmy się wspinać na wzgórze po rozpadających się kamiennych stopniach. Musiałyśmy uważać, bo niektóre były dość mocno zniszczone. Kiedy w końcu dotarłyśmy na szczyt okazało się, że cały dom jest oklejony policyjną taśmą. Cóż za złośliwość losu.
- To co robimy? - spytała Ann.
- I tak miałyśmy odwiedzić komisariat - powiedziałam podając jej fałszywą odznakę FBI.
Jak dobrze, że moja siostra wygląda na starszą niż jest. Znowu musiałyśmy pokonać rozpadające się schody. Później wsiadłyśmy do Impali i przy dźwiękach ACDC wróciłyśmy do miasteczka. Przebrałyśmy się w motelu i ruszyłyśmy na komisariat.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry - odparłyśmy pokazując odznaki.
- Czego FBI tutaj szuka? - zapytał szeryf.
- Chciałyśmy zobaczyć ciała ofiar oraz wejść na teren dawnej rzeźni - powiedziałam.
- Dobrze chodźcie za mną.
Szeryf Andersen zaprowadził nas do policyjnej kostnicy. Założyłyśmy odzież ochronną i zajęłyśmy się oględzinami ciał. Anna rozcięła klatkę piersiową jednej z ofiar i dokładnie obejrzała serce. Nie wiem po co. Kiedy skończyła wyjęłam obejrzane wcześniej serce i odwróciłam się w jej kierunku.
- Będziesz moja walentynką? - zapytałam z niewinnym uśmieszkiem.
- Przestań! To nie jest śmieszne.
Z kostnicy wyszłyśmy po godzinie. Wszystkie ofiary miały podcięte gardła, a kilka miało również pocięte ręce i nogi.
- To teraz dom rzeźnika? - spytałam Ann, kiedy byłyśmy już w motelu.
W końcu mogłam przebrać się w swoje swobodne ciuchy.
- Może najpierw porozmawiamy z Alice - zaproponowała moja siostra.
Wzięłam komórkę i wykręciłam numer Rudej.
- Gdzie jesteś? - spytałam nim zdążyła coś powiedzieć.
- W Urzędzie Gminy, a co?
Nie odpowiedziała tylko się rozłączyłam.
- I? - spytała Anna.
- Musimy odwiedzić Urząd Gminy.
Poszłyśmy na piechotę. Zajęło nam to kilkanaście minut. Alice, kiedy tylko mnie zobaczyła od razu się wydarła.
- Co ty sobie myślisz?! Zero kultury!
- Przepraszam, nie lubię marnować kasy na telefonie.
Ruda odburknęła coś jeszcze, ale jej nie słuchałam.
- Dowiedziałaś się czegoś? - spytała moja siostra.
- Tak jakby - mruknęła. - Tom uczynił Terry'ego swoim spadkobiercą, a potem chłopak został jego ostatnią ofiarą. Po tym zabójstwie Tom został złapany. Swoją drogą, to morderstwo było nieco inne od wcześniejszych, może dlatego, udało się go złapać.... - zamyśliła się. - No, a po za tym Terry był miłym, ale zamkniętym w sobie młodym chłopakiem. Nic nadzwyczajnego. Mimo to, coś mi się tu mocno nie zgadza... - westchnęła.
Postanowiłyśmy jeszcze chwilę popytać pracowników, ale nie dowiedziałyśmy się nic nowego.
***&***
- No, więc wygląda na to – westchnęłam, opierając się o maskę Impali, za co zostałam niemalże zabita wzrokiem Wer – że Tom był seryjnym mordercą. Zabijał ludzi, którzy odwiedzali jego sklep i ich rodziny. Jego pomocnik, Terry, nakrył go, a Tom go zabił, mimo iż wcześniej chciał go uczynić swoim spadkobiercą. Jednak policja wpadła na jego ślad i go złapali. A on popełnił samobójstwo. A teraz wrócił i dokańcza swoje dzieło – mówiłam z coraz mniejszym przekonaniem. – Czy wam też się wydaje, że to się kupy nie trzyma…? – jęknęłam.
- Jak dla mnie brzmi całkiem sensownie – mruknęła Ann. – Nie takie rzeczy się widziało, co nie, Wer? – szturchnęła siostrę łokciem.
- No, ale skoro Rudej coś nie gra… - odparła.
- Nie jestem ruda – warknęłam. – No, nie wiem. Duch zabija znajomych Terry’ego, to wygląda jakby się mścił, za to, że przez niego wpadł. Ale z drugiej strony… - westchnęłam. – To wszystko wydaje mi się mocno naciągane…
- Marudzisz… - machnęła ręką Wer. – ale w zasadzie masz rację. Coś tu zgrzyta. Chodźmy rozejrzeć się jeszcze w domu, może tam coś znajdziemy… - wskoczyła na fotel kierowcy.
- Dom jest zaplombowany – zgłosiłam obiekcje.
- To już mamy załatwione – uspokoiła mnie Ann.
- Nie obijamy się tak jak ty – dogryzła mi Wer, ale zignorowałam ją i bez słowa wsiadłam na tylną kanapę.
Droga zajęła nam tylko kilka minut, dom na wzgórzu nie był daleko. Wer zaparkowała na dole i rozpoczęłyśmy wędrówkę po rozwalających się schodach. Wkrótce byliśmy na górze.
- Chyba powinnyśmy się rozdzielić – stwierdziła Wer.
- Ok, to ja z Alice pójdę do domu, a ty do rzeźni – zaproponowała Ann. – Ruda, pasuje ci to?
- Pod jednym warunkiem – odparłam.
- No?
- Nie jestem ruda – wycedziłam, obróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku domu. Zatrzymałam się dopiero na ganku.
Anna dogoniła mnie szybko, odprowadzając siostrę wzrokiem.
- Coś ty taka nie w sosie? – spytała.
- Po prostu nie jestem ruda – mruknęłam. Miałam dość tłumaczenia im tego po raz setny.
Anna wytrzeszczyła na mnie oczy.
- A przepraszam bardzo, jaki to jest kolor? – zapytała, podtykając mi pod nos kosmyk moich własnych włosów.
- Kasztanowy – odparłam z godnością.
- Tyś chyba w życiu kasztana na oczy nie widziała – mruknęła Ann pod nosem.
Westchnęłam, jednak zignorowałam tę uwagę.
- Zdaje się, że mamy problem – wskazałam na drzwi. – Czy w czasie mojego nic nie robienia załatwiłyście klucz? – zapytałam z przekąsem.
Ann westchnęła.
- Dostałyśmy zgodę na wejście do domu…
-…ale klucza już nie – dokończyłam, podchodząc do drzwi, by przyjrzeć się zamkowi.
Anna bez słowa zdarła policyjną taśmę, a ja po dokładnym obejrzeniu drzwi sięgnęłam do kieszeni spodni i wyciągnęłam starą spinkę.
- Nawet nie wiesz jak wiele drzwi otworzył już ten „klucz” – pomachałam jej nią przed nosem i pochyliłam się do zamka.
- Żartujesz sobie? – usłyszałam głos mojej towarzyszki, po chwili milczenia.
- A wy niby jak to robicie? – zerknęłam na nią przez ramię, wciąż gmerając w zamku.
- Z buta…? Łomem…?
Wywróciłam oczami, tak żeby nie zauważyła, a zamek w końcu puścił.
- Mój mały skarb! – zawołałam, całując spinkę.
- Planujesz wyprawę do Góry Przeznaczenia? – sarknęła Anna, zaglądając do wnętrza domu ponad moim ramieniem.
- Mam do niej sentyment – odparłam. – Dostałam ją od mamy – dodałam ciszej, ostrożnie chowając ją do kieszeni jeansów.
Rozejrzałam się kontrolnie dookoła, wyciągnęłam zza pasa pistolet nabity solą (po tak długim czasie spędzonym z Wer i Ann, niemal zawsze noszę go przy sobie) i ostrożnie weszłam do środka.
W pomieszczeniu panował półmrok, ale od razu dało się zauważyć, że od wielu lat nikogo tu nie było. Wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu, szyby były matowe, w kątach uwite były duże pajęczyny. Po za tym, dom był praktycznie nietknięty. Sława nawiedzonego domu, a może także i prawdziwy duch, skutecznie odstraszała ewentualnych złodziei.
Ann stanęła obok mnie, również z pistoletem w dłoni i rozejrzała się czujnie, gotowa do strzału.
- Pójdę na górę – zaproponowała, jednak złapałam ją za ramię.
- Lepiej się nie rozdzielajmy.
- Boisz się? – zakpiła.
Posłałam jej zirytowane spojrzenie.
- Nie o to chodzi…
- Więc o co? – zapytała niecierpliwie.
- O…  UWAŻAJ! – krzyknęłam, gdy za jej plecami pojawił się duch rzeźnika.
Anna padła na ziemię, a ja wystrzeliłam solny pocisk. Duch zniknął. Przynajmniej na chwilę.
- Właśnie o tym – dokończyłam spokojniej.
- Nie jestem małym dzieckiem! – zirytowała się. – Myślisz, że się na tym nie znam…?!
Ja jednak słuchałam jej tylko jednym uchem.
- Masz latarkę? – zapytałam, podchodząc do ściany.
- A po co ci? – zdziwiła się, jednak sięgnęła po przyczepioną do paska spodni małą latarkę.
- Po to – oświetliłam ścianę.
Z całej jej powierzchni została zdrapana tapeta, obrazki leżały potrzaskane na podłodze, meble gwałtownie odsunięte. Pustą przestrzeń wypełniono napisami. Jednym napisem.
„morderca”
„morderca”
„MORDERCA”
„MORDERCA”
Wydrapane głęboko w tynku, tak głęboka, że widać było cegły. Nachlapane niedbale farbą, choć równie dobrze mogła to być krew. Duże, małe… Na ścianie nie było nawet skrawka wolnego miejsca.
- Skąd wiedziałaś? – spytała Ann, w skupieniu oglądając to niesamowite dzieło.
- On mi pokazał – obróciłam się.
Ann podążyła za moim wzrokiem i pociągnęła za spust. Zdążyłam jednak podbić jej rękę i kula trafiła w sufit.
- Zwariowałaś?! – krzyknęła, ładując ponownie nerwowo broń.
Duch zafalował i zniknął.
- Poczekaj, on chce nam coś pokazać… - powstrzymałam ją.
- To może być pułapka! – zaoponowała Annie.
- Gdyby była, to już byłybyśmy martwe! – zirytowałam się.
- Nie sądzę, znam się na mojej robocie! – krzyknęła Ann, a za jej plecami pojawił się duch.
Musiała zauważyć coś w moim wzroku, bo błyskawicznie odwróciła się i byłaby nacisnęła spust, ale zdążyłam powalić ją na ziemię.
- Co robisz, kretynko?! – wrzasnęła Ann, próbując wyrwać się z uścisku, ale byłam silniejsza, choć jej samej siły nie brakowało. Przygniotłam ją jeszcze bardziej do ziemi, a na podłodze tuż przed moim nosem, litera po literze pojawiał się napis.
- Nie ruszaj się – wycedziłam przez zęby, wpatrując się w pojawiające się litery. Bałam się, że jeśli będzie się za bardzo wiercić, zmiecie włosami przesłanie Toma.
- Co ty… - Ann nadal się rzucała. – Jeśli przez ciebie zginiemy, to będę cię torturować w piekle…
Tom skończył pisać i po prostu zniknął, a ja puściłam Ann i odturlałam się na bok. Dziewczyna zerwała się na równe nogi i rozejrzała się zdezorientowana.
- Gdzie on się podział…?
Bez słowa wskazałam napis na podłodze.
- „To on. Powstrzymajcie go…”? – przeczytała Annie na głos.
- To nie Tom jest mordercą – kiwnęłam głową.
- Więc kto?
Westchnęłam.
- Przecież wiesz… Chodźmy, Wer chyba może mieć kłopoty…
Ann kiwnęła głową i ruszyła biegiem w kierunku rzeźni.
***&***
To miejsce było okropne. Pełno krwi, zaschniętej i świeżej. Na wszelki wypadek wyjęłam pistolet naładowany solą. Rozejrzałam się ostrożnie. W kącie zauważyłam jakiś kształt. Ruszyłam w tamtym kierunku. W kącie była skulona Sally.
- To on - wychrypiała, wskazując za mnie palcem.
Szybko odwróciłam się na piecie i ujrzałam ducha Terry'ego z wielkim, rzeźniczym nożem. Zamachnął się na mnie ale zdążyłam zrobić unik. Jednak udało mu się wytrącić mi broń. Cofnęłam się i złapałam jakiś pręt leżący na ziemi. Zaatakowałam nim ducha, jednak nic to nie dało.
- Czy nikt już nie używa żelaza? - mruknęłam do siebie i zrobiłam kolejny unik.
Duch ciął mnie ostrzem po ramieniu. Zatoczyłam się i w ostatniej chwili schyliłam aby uniknąć kolejnego ciosu. Nagle usłyszałam wystrzał i Terry zniknął. W drzwiach rzeźni zauważyłam Alice i Ann. Odetchnęłam z ulgą. 
- Zostań tu na straży - powiedziała Ruda, otaczając Sally kręgiem z soli.
- My zajmiemy się grobem - dodała Ann i obie wybiegły.
Zawsze to ja zostaję w najgorszym miejscu. Następnym razem się na to nie zgodzę. Podniosłam z ziemi pistolet i czekałam na powrót Terry'ego. Duch mnie nie zawiódł i już po kilku minutach pojawił się ponownie. Trafiłam go solą, co dało mi kilka minut ponownego czekania i tak kilka razy.
***&***

Przybiegłyśmy w samą porę. Jeszcze trochę, a duch przerobiłby Wer na czekoladki…
Biegłyśmy szybko do samochodu, gorączkowo zastanawiając się, jak szybko znaleźć grób Terry’ego. Kiedy dopadłyśmy samochodu, Ann zaklęła siarczyście.
- Cholera, Wer ma kluczyki…!
Samochód na szczęście był otwarty, więc chwyciłyśmy sprzęt, ale nie miałyśmy jak go odpalić.
- Może potrafisz zrobić takie machniom z kabelkami? – zapytała z nadzieją Ann.
- Czy ja wyglądam na złodzieja…? – zapytałam. – A poza tym Wer by mnie zabiła za gmeranie przy samochodzie. Chodź, na piechotę będzie szybciej.
- No to gazu - zgodziła się Anna.
Ruszyłyśmy biegiem w kierunku centrum. Nie było to daleko, ale z kanistrem pełnym paliwa w plecaku, nie biegło mi się zbyt dobrze. Annie z łopatą pewnie też nie..
Nagle, po paru minutach biegu, wpadłyśmy na kogoś z impetem.
- Co wy tu robicie? I po co wam łopata? – zdziwił się Victor.
- Gdzie jest pochowany Terry Mingan?! – zapytałam bez ogródek.
- Został skremowany – wykrztusił zszokowany dziennikarz. – Po co wam łopata?
- Cholera…! – jęknęła Ann.
- Nie przeklinaj – mruknęłam pod nosem z przyzwyczajenia. – Cały?
- A niby jak by go mieli skremować? W połowie? – wytrzeszczył na nas oczy. – Czy wy się dobrze czujecie?
- Tak… - mruknęłam, myśląc gorączkowo.
- Więc po co wam ta łopata?
- Do jednej cholery, czego się czepiasz tej łopaty! – zirytowała się Annie. – Na rynku zakopany jest skarb, może być…?!
- Annie, spokojnie – mruknęłam.
- Jak mam być spokojna, skoro jakiś wściekły duch zaraz zatłucze mi siostrę, a ja muszę tu gadać z jakimś półgłówkiem…!
- Annie – skarciłam ją wzrokiem. – Może coś po nim zostało? – dopytywałam się dalej. -Ząb mleczny? Pukiel włosów…?
- No, tak, zgadza się – ożywił się. – W tablicy pamiątkowej zamurowano pukiel jego włosów. Skąd wiedz-….?
- Masz samochód? – przerwałam mu.
- Stoi za rogiem.
- Zawieź nas tam.
Był zbyt oszołomiony, by protestować. Kiedy jednak ruszył, zaczął domagać się wyjaśnień.
- To długa historia – ucięłam.
Victor gwałtownie zatrzymał samochód na środku drogi. Zawisłyśmy wraz z Anną na pasach.
- Co ty…?!
- Nie jadę dalej dopóki mi nie powiedzie po co wam ten pukiel włosów.
- Musimy go spalić – wyjaśniłam krótko.
- Po co?
- Żeby Terry przestał zabijać – odparła Ann.
- Ale on nie żyje od 50 lat! – zawołał Victor.
- No właśnie.
Samochód powoli zaczął toczyć się do przodu.
- Sugerujecie, że duch zabija mieszkańców miasteczka…?
- Mógłbyś przyśpieszyć…? – zaproponowałam.
Samochód zaczął toczyć się szybciej.
- I że tym duchem jest Terry, a nie Tom…?
- Trochę nam się śpieszy… - mruknęła Ann.
Victor dodał nieco gazu.
- I że mamy w związku z tym zniszczyć pamiątkową tablicę…?
- Do jasnej cholery, jak zaraz nie dodasz porządnie gazu, to będziesz miał na sumieniu moją siostrę…! – nie wytrzymała Ann.
Ten argument widocznie podziałał, bo już chwilę później byliśmy na miejscu. Wyskoczyłyśmy szybko z samochodu i podbiegłyśmy do tablicy wmurowanej w ścianę budynku. Dopiero po chwili dotarło o mnie, że jesteśmy przed sklepem Toma.
Rozejrzałyśmy się dookoła, na szczęście w pobliżu nie było nikogo.
- Ann, daj łopatę.
- Czy wy chcecie…? – Victor poszedł do na pełen wątpliwości.
- Tak – mruknęłam, poprawiając chwyt.
- Poczekaj – złapał mnie za ramię i wyjął mi z ręki łopatę.
- Dżentelmen w każdym calu – mruknęłam pod nosem, a dziennikarz zamachnął się łopatą.
Uderzył nią w tablicę parę razy, kiedy nagle rozległ się dźwięk syreny alarmowej.
- Kto zakłada alarm na tablicę pamiątkową?! – wykrzyknęła Anna, a ja schyliłam się i z pomiędzy okruchów płyty wyciągnęłam pukiel blond włosów. Z kieszeni wyciągnęłam zapalniczkę…
- Stać, ręce do góry! – ktoś wrzasnął mi wprost do ucha i wytrącił z ręki zapalniczkę. Pukiel włosów udało mi się chować do kieszeni.
- Jesteście zatrzymani pod zarzutem zniszczenia mienia publicznego – na moich nadgarstkach zamknęły się zimne kajdanki, podobnie jak i na rękach Victora i Anny.
- Super – mruknęła ta ostatnia.
- Wszystko co powiecie, może być użyte przeciwko wam! – wrzeszczał dalej policjant.
- Spokojnie, doskonale pana słyszę – wymamrotałam pod nosem i zastałam pociągnięta w kierunku komisariatu policji.
- Przepraszam, w kieszeni kurtki znajdą panowie moją odznakę. Agentka Delson, FBI… - spróbowała Anna, jednak została zignorowana.
Kilka minut później siedzieliśmy już wszyscy troje w areszcie.
- Super – sarknęła Ann. – Ciekawe czy Wer jeszcze żyje… - mimo iż mówiła to z przekąsem, widziałam, że szczerze martwi się o siostrę.
- Zaraz to załatwię – westchnęłam.
Podeszłam do pilnującego nas policjanta i pociągnęłam nosem. To było to. Zrobiłam najniewinniejszą miną jaką miałam w swoim repertuarze.
- Przepraszam, czy mogę prosić pana o małą przysługę…? – zapytałam. Młody policjant spojrzał na mnie nieprzychylnie, ale kiedy zatrzepotałam rzęsami, wyraz jego twarzy nieco złagodniał.
- Czy byłoby kłopotem, gdyby pożyczył mi pan jednego papierosa…? Od pół roku próbuję rzucić, ale wie pan, stres i tak dalej… - spojrzałam na niego błagalnie. – Chyba umrę jeśli zaraz nie zapalę…
Policjant zerknął na mnie, ale chyba także już długo zmagał się z nałogiem, bo zapytał:
- Mogą być bez filtra?
Skrzywiłam się delikatnie.
- Chyba nie mam dużego wyboru.
Rozejrzał się dookoła i po chwili podał mi zapalonego papierosa. Zaciągnęłam się głęboko i stłumiłam atak kaszlu. Jak ludzie mogą palić takie świństwo…?
Wypaliłam pół papierosa, a niedopałek schowałam do kieszeni z puklem włosów Terry’ego. Podziękowałam policjantowi pięknym uśmiechem, a kiedy odwrócił się na chwilę z pomocą Victora i Anny rozdmuchaliśmy niedopałek i spaliliśmy włosy.
- Mam nadzieję, że zdążyliśmy – westchnęła Anna.
- Ja też – mruknęłam. – Ktoś w końcu musi nas stąd wyciągnąć.
***&***
Dziewczyny wybiegły w pośpiechu, a ja sprawdziłam co z Sally. Na szczęście nie była mocno ranna.
- Kiedy poszłyście, udałam się do domu Toma - zaczęła opowiadać po trzecim usunięciu Terry'ego. - Trochę poszperałam w jego pokoju i znalazłam białą kopertę ukrytą pod obluzowaną deską w podłodze. Przeczytałam go.
Przerwałam jej strzałem, to duch znowu się pojawił.
- Niech pani kontynuuje - poprosiłam.
- Pisał w nim, że Terry zwariował, że to chłopak jest sprawcą tych wszystkich mordów. Żałował, że nauczył go sprawnego posługiwania się nożem. Postanowił to zakończyć i go zabił. Policja nie wierzyła w winę Terry'ego, więc Tom popełnił samobójstwo.
- To przykre - powiedziałam.
Nigdy nie wiedziałam jak w takich momentach rozmawiać z ludźmi, to Anna się na tym znała. Dlatego nie powiedziałam nic, więcej. Znowu pojawił się duch. Pociągnęłam za spust, ale nic się nie stało. No ładnie i po nabojach. Terry podszedł bliżej kręgu i próbowała jakoś ominąć zabezpieczenie. Otworzył okno, a wiatr, chociaż niewielki, powoli zaczął rozdmuchiwać kryształki soli. Kiedy krąg już prawie został przecięty, duch zapalił się i zniknął w płomieniach. Wypuściłam powietrze.
- To już koniec - powiedziałam spokojnie do Sally.
- Naprawdę?
- Tak. W końcu jesteśmy profesjonalistkami.
Pomogłam kobiecie wstać i wyprowadziłam ją z domu. Dużym problemem były krzywe, zniszczone schody, ale udało nam się je pokonać. Odwiozłam kobietę do domu i wybrałam numer Anny. Jej komórka milczała. Zaczęłam się martwić i zadzwoniłam do Rudej. Ona również nie odbierała. Dziwne. Nagle, przejeżdżając obok rynku, zauważyłam tłum. Wysiadłam z samochodu i ruszyłam w tamtym kierunku. Na środku placu leżała roztrzaskana kamienna tabliczka.
- To te dwie wariatki to zrobiły - jakaś kobieta mówiła drugiej.
- Wiedziałam, że z tą rudą jest coś nie tak. Dobrze, że je złapali.
Nagle wszystko zrozumiałam. Ann i Alice dały się złapać, ale po co niszczyły tabliczkę?
***&***

- No, więc dowiem się wreszcie o co dokładnie tutaj chodzi? – dopytywał się Victor. – Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia…
- Dzięki za podwózkę – mruknęła Ann.
Była już spokojniejsza, choć nadal nie wiedziałyśmy jeszcze co się dzieje z Wer. Nie mogłyśmy nawet zadzwonić, bo zabrali nam telefony. Próbowała raz jeszcze powołać się na swoją fałszywą odznakę, ale znów została zignorowana.
- Nie żartujcie, pytam serio…
- Piszesz artykuły do gazet science-fiction? – spytałam.
- Nie, a co?
- Więc ta wiedza nie jest ci potrzebna.
- Wierz mi, będzie lepiej, jeśli pozostaniesz w stanie błogiej nieświadomości  - dodała Ann. – I dla ciebie i dla nas.
- Duchy istnieją, prawda? – nie dawał za wygraną.
Westchnęłam.
- Dobrze ci radzę, zostaw to.
W końcu udało się nam go przekonać. W celi zapadła na chwilę cisza. Ann w końcu ją przerwała.
- Alice?
- Tak? – podniosłam głowę.
- Przepraszam – powiedziała cicho.
- Za co?
- Nie powinnam była się z tobą kłócić – wyjaśniła. – Miałaś rację. Widocznie masz lepszy instynkt niż ja…
- Miałaś do tego prawo – odparłam. – W końcu jesteś łowcą dłużej niż ja…
- Kim są łowcy? – wtrącił się Victor, ale zignorowaliśmy go.
- Ja po prostu nie chcę, żeby ludzie traktowali mnie jak małe dziecko, bo nim nie jestem. Znam się na tej robocie tak samo dobrze jak Wer, a jednak nigdzie nie puszcza mnie samą.
- Martwi się o ciebie – powiedziałam, uśmiechając się do niej. – Ciesz się, że ją masz. Nawet nie wiesz, jak bardzo ci jej zazdroszczę…
- No dobra, dziewczynki wyłazić… - Te łzawe wynurzenia przerwał nam dziarski głos samej Wer. – A ten co tu robi? – zdziwiła się na widok dziennikarza.
- Przyczepił się po drodze – stwierdziła Ann. Myślałam, że przytuli siostrę, ale tylko przepchnęła się obok niej w drzwiach. – Co tak długo? Wiesz jak nam się tu nudziło?
- Mogłabym zapytać o to samo… - mruknęła blondynka, patrząc na mnie wymownie. – Zapałki wam zamokły?
- Nie, skończyły mi się papierosy – sarknęłam i przeszłam obok niej, ignorując jej zdziwioną minę.
Wyszłyśmy przed komisariat i już miałyśmy wsiąść do Impali, kiedy Victor dogonił nas i złapał mnie za rękaw.
- Jakbyście znalazły coś ciekawego to… - wcisnął mi do ręki kawałek papieru. – To mój numer telefonu. Wierzcie mi, nie takie rzeczy już widziałem…
- Spoko – mruknęłam i wsiadłam na tylną kanapę.
- Ty to masz powodzenie – gwizdnęła Wer, odpalając silnik.
- Daruj sobie – jęknęłam.
- Więc wygląda na to  - wtrąciła Ann – że to Terry był sadystycznym zabójcą, a Tom go nakrył i zabił. Potem go złapali, popełnił samobójstwo i zaczął straszyć w domu, by odstraszyć ludzi od Terry’ego…
- Racja. A teraz po 50 latach, chłopak powrócił i mścił się na znajomych Toma – dodałam, kiedy przejeżdżaliśmy koło domu rzeźnika. – Poczekaj chwilę.
Wysiadłam z samochodu, nim jeszcze na dobre się zatrzymał i pobiegłam po schodach na górę. Drzwi były otwarte. Ledwo weszłam do środka, nieopodal zamigotał duch Toma. Uśmiechnęłam się do niego.
- Możesz odejść, Terry już nikogo nie skrzywdzi – powiedziałam.
Tom w odpowiedzi wskazał palcem podłogę. Tuż obok poprzedniego napisu, na kurzu pojawiło się jeszcze jedno słowo: „Dziękuję”. Gdy podniosłam wzrok, ducha już nie było.
Kiedy wróciłam do samochodu, dziewczyny spojrzały na mnie pytającym wzrokiem.
- Odszedł – powiedziałam krótko.
Wer kiwnęła głową i włożyła kluczyki do stacyjki.
- Wer? – coś nagle wpadło mi do głowy.
- No?
- Może dasz Annie poprowadzić?
Blondynka spojrzała na siostrę, po czym wzruszyła ramionami.
- W zasadzie, czemu nie.
Kiedy zamieniły się miejscami, Ann odnalazła we wstecznym lusterku mój wzrok i puściła mi oko.
- Tylko nie przekraczaj setki – ostrzegła jeszcze Wer, nim ruszyłyśmy w dalszą drogę.
*********************************************************************************
Uff... to znowu my :)
Nie gniewajcie się na nas, ale zapowiadałyśmy, że mogą być dłuższe przerwy.
Wiecie szkoła, zadania, brak weny i inne przeciwności losu...
Na szczęście kolejny rozdział mamy już dokładnie obmyślony :D
Życzymy miłego czytania ^^
Do zobaczenia
Wasze, S&S

4 komentarze:

  1. Bardzo fajne. Długie i to mi się podoba. Fajnie zrobione opisy i dialogi. Reasumując kawał dobrej roboty. Z niecierpliwością czekam na następny.

    Zwierzak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :)
      Cierpliwość popłaca, prawda...?
      NN będzie zdecydowanie szybciej, bo jest już prawie gotowa. Więc tym razem nie bd musieli długo czekać na nowy rozdział.
      Szal, S&S
      PS: Najdłuższy komentarz, jaki dotąd widziałam ;)
      S.

      Usuń
  2. No, nareszcie kopnęła się w cztery litery (i to nie jest dłoń :D ) i przeczytałam. Sorka, dziewczyny, za mój jakże wczesny zapłon :D A co do rozdziału - zmasakrowane ciała. To lubię. Czy ktoś nauczy mnie robić "machniom" ? Byłabym wdzięczna :D A teraz idę do kuchni. Przez Was mam ochotę na jakieś mięso :).
    Postaram jutro się przeczytać siódmy rozdział. Może tak być?
    Pozdrawiam.
    Rasmuska.
    Ps.: Dzięki, Szal, za odnalezienie mojego jednego procenta. Tak niewiele, a jak cieszy xD
    Ps2.: Tak wiem. Jestem rypnięta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękujemy, dziękujemy :) [w końcu]
      Spoko, nie gniewamy się. Lepiej późno niż później...
      Co do uczenia "machniom", to proszę zwrócić się bezpośrednio do Alice, bo my nie posiadamy takich umiejętności (chyba, że... Szur?).
      Życzę smacznego, choć nie rozumiem tego nagłego apetytu...[szeptem, na stronie: Are you a vampire...?]
      pzdr,
      Szal S&S
      PS: Ależ proszę bardzo - lubię liczyć :)
      Sz.

      Usuń