Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

niedziela, 24 marca 2013

Rozdział 7

NOTKA DEDYKOWANA RASMUSCE, DZIĘKI ZA POMOC W SZUKANIU WENY :*

Siedziałam z laptopem na kolanach i szukałam jakiejś nowej roboty. Dziewczyny miały rację, odkąd uporałyśmy się z duchem w Summerside, miałam o wiele lepszy humor. Już nie myślałam tak wiele o tym co było… wcześniej.
Obok mnie, wyjątkowo na tylnej kanapie, siedziała Weronika i przeglądała stos gazet zakupionych na ostatniej stacji benzynowej. Anna prowadziła i słuchała radia cicho puszczonego na wiadomości. Jeśli gdzieś w okolicy grasowała jakaś paranormalna zjawa nie miała szans się ukryć…!
Muszę przyznać, że Anna była świetnym kierowcą, bo w przeciwieństwie do Wer prowadziła Impalę spokojnie, bez żadnych ekscesów. Oczywiście nie mogłam jej za to głośno pochwalić, bo zostałabym wykopana na pobocze jeszcze zanim zdążyłabym dodać „bez obrazy, Wer”.
Właśnie miałam zamknąć laptopa (oczywiście nic nie udało mi się znaleźć… Czy w okolicy nie ma już żadnych porządnych duchów? Wilkołaków? Czegokolwiek…?), kiedy Wer nagle skamieniała.
- Nie…! – krzyknęła, nim zdążyłam zapytać co się stało. Anna obróciła się gwałtownie, z boku rozległo się trąbienie, gdy samochód zjechał na drugi pas.
Na moich kolanach wylądowała gazeta, którą przed chwilą czytała Wer, więc podniosłam ją by dowiedzieć się co nią tak wstrząsnęło. Ona sama patrzyła w krajobraz za oknem zaciskając pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę. We wstecznym lusterku widziałam zaniepokojony wzrok Anny, więc czym prędzej skierowałam wzrok na artykuł.
- „Wczoraj w godzinach wieczornych, w miasteczku Corntown doszło do niespodziewanej śmierci państwa Megan i Dereka Ward” – zaczęłam czytać cicho. Wer jeszcze mocniej wbiła wzrok w szybę. Może mi się zdawało, ale miałam wrażenie, że po jej policzku spływa łza. –„Ich niespodziewana śmierć, zaniepokoiła policję, która wszczęła śledztwo i podejrzewa morderstwo. Co dziwniejsze, ciała Adama, syna państwa Ward nie znaleziono, nie ma także jakichkolwiek informacji o miejscu jego pobytu…”
W tym momencie Ann zahamowała gwałtownie i zjechała na pobocze, nic sobie nie robiąc z trąbienia kierowców jadących za nią. Wer wyprysnęła z samochodu, jeszcze zanim do końca się zatrzymał i zaczęła okładać pobliskie drzewo pięściami, a po chwili zaczęła je jeszcze dodatkowo kopać. Ann wyszła z samochodu, jednak nawet nie próbowała podchodzić do siostry. Stała tylko oparta o maskę Impali i przyglądała jej się z zatroskaniem.
Przeniosłam wzrok z powrotem na gazetę i szybko przebiegłam artykuł wzrokiem. Wynikało z niego, że policja nie znalazła żadnych śladów i śledztwo utknęło w martwym punkcie. Zdaje się, ze to było coś dla nas. Tylko dlaczego tak wstrząsnęło Weroniką?
Odpowiedź była prosta, jednak musiałam się upewnić. Wysiadłam więc z auta i podeszłam do Ann, która nadal przyglądała się Wer, która powoli opadała z sił.
- Ann…
- To byli łowcy – odparła cicho, choć nawet nie zadałam żadnego pytania. – Tak jak nasi rodzice. Często razem pracowali. Ja prawie ich nie pamiętam, bo ostatni raz byliśmy u nich… dawno temu, ale Wer pamięta. Zwłaszcza, że…
Zamilkła, a ja czekałam na ciąg dalszy. Kiedy jednak nie nastąpił, stwierdziłam:
- To straszne… - westchnęłam, choć nie bardzo wiedziałam co powiedzieć. – Musieliście być ze sobą blisko…? – spytałam ciszej.
Ann zacisnęła usta, ale spod drzewa dotarł do nas cichy głos Wer:
- Ja ich szczerze nienawidziłam. Zasłużyli sobie na taką śmierć… jakakolwiek ona była…
Już nie wyżywała się na niewinnym drzewie. Siedziała teraz tylko zmęczona wybuchem, z głową opartą o podkulone kolana.
Spojrzałam na Ann, bo rozumiałam coraz mniej. Jeśli nie to, to co nią tak wstrząsnęło?
- Adam był jej przyjacielem – wyjaśniła mi cicho Ann, zerkając niespokojnie na siostrę. – Bardzo bliskim przyjacielem…
Nie musiała mi tłumaczyć nic więcej.
***&***
Cieszyłam się jak nigdy. Rodzice nareszcie zgodzili się zabrać nas do domu innych łowców. Dwuletnia Anie spała w foteliku, a ja łapczywie chłonęłam rozmazane widoki za oknem Impali taty. Kiedy podróż dobiegła końca, moim oczom ukazał się piękny dom z ogrodem. Z jednej strony otaczał go las. Wyszłam z samochodu i zobaczyłam jak rodzice witają się z parą nieciekawie wyglądających ludzi. To musieli być ci łowcy. Podeszłam bliżej. Miałam przeczucie, że nie są zbyt mili. Nagle usłyszeliśmy płacz Anny. Odwróciłam się szybko kierunku Impali, gotowa interweniować. Pobiegłam w kierunku otwartych drzwi samochodu, tata je tak zostawił. Obok stał przestraszony chłopak. Miał blond włosy i niebieskie oczy. Nachyliłam się do wnętrza samochodu, odpięłam Annę i chwilę głaskałam ją po głowie. Kiedy się uspokoiła, postawiłam ją na ziemi, a ta podreptała do mamy.
- To Weronika – po chwili ciszy wskazał mnie ojciec – a to Anna.
- Nasze córki – dodała mama. – Kochanie – zwróciła się do mnie – to ciocia Megan i wujek Derek.
Sądząc po ich minach nie pasowało im ani nasza obecność, ani nazwanie ich ciocią i wujkiem. Kobieta wyrwana z zamyślenia podeszła do chłopaka, który skulił się lekko i uderzyła go otwartą dłonią w twarz. Wzdrygnęłam się na dźwięk uderzenia.
- Wystraszyłeś Annę – powiedziała kobieta z wyrzutem.
- A to nasz syn, Adam – Derek powiedział to z niechęcią i rozczarowaniem.
- Przepraszam – jęknął chłopiec cicho.
Kobieta podeszła do moich rodziców i zaprosiła ich do środka. Tata wziął Annie na ręce i zniknął z pozostałymi w środku budynku. Na podwórku zostałam tylko ja i Adam, który po chwili pobiegł za pobliską szopę. Pobiegłam za nim. Widziałam, że uderzenie go nie zszokowało, musiało nie być pierwsze. Chociaż miałam dopiero cztery lata, wychowywanie się w rodzinie łowców sprawiło, że więcej rozumiałam. Usiadłam obok chłopaka na trawie. Tępo wpatrywał się w deski szopy. Przytuliłam go, to samo zrobiła mama, kiedy tata jedyny raz mnie uderzył.
- Zagoi się – powiedział chłopak.
Uśmiechnął się do mnie ciepło, a ja tylko mocniej go objęłam.
*
Świadomość spotkania Adama sprawiała, że nie potrafiłam usiedzieć na miejscu. Znałam go już trzy lata i zawsze wyczekiwałam wyjazdu do państwa Ward. Zdążyliśmy zbudować między nami specyficzną więź. Byliśmy przyjaciółmi, rozumieliśmy się bez słów. Z każdą kolejną wizytą bardziej nienawidziłam jego rodziców. Na każdym kroku podkreślali, że Adam jest dla nich jedynie ciężarem,  ogranicza ich. Kiedy tylko to było możliwe, poniżali go albo bili. Moi rodzice jakby tego nie zauważali. Miałam wrażenie, że tylko ja przejmuję się jego losem. Kiedy dotarliśmy na miejsce, od razu wybiegłam z samochodu i pognałam do ogródka. Zauważyłam jak Derek szarpie Adma za włosy. Po chwili uderzył jego głową o pień pobliskiej brzozy i puścił. Moi rodzice dopiero wygramalali się z auta, więc tego nie widzieli. Derek poszedł ich przywitać. Ja natomiast podbiegłam do Adama i mocno go przytuliłam. Rodzice byli przyzwyczajeni, że zawsze czas spędzam z Adamem i już nie pytali czy idę do środka.
- Ale się za mną stęskniłaś – zażartował chłopiec, kiedy dorośli zniknęli w domu.
- Miesiąc to dużo – broniłam się, nie przestając przytulać ośmiolatka.
Adam odwzajemnił uścisk. Był strasznie chudy, mogłam policzyć wszystkie jego kości.
- Idziemy nad rzekę? – spytał nagle, wyswobadzając się z uścisku.
- Mhm, tylko powiem rodzicom – powiedziałam i popędziłam do domu.
Zdjęłam buty w przedpokoju i pomaszerowałam do salonu. Annie bawiła się na ziemi przywiezionymi klockami. Kilka razy rodzice próbowali namówić ją do włóczenia się ze mną, ale ona nie chciała. Zresztą moja siostra raczej nie przepadała za Adamem, nie wiem dlaczego.
- Idę na spacer – powiedziałam.
Rodzice przerwali rozmowę. Wszyscy spojrzeli w moim kierunku.
- Dobrze, kochanie – odparła mama. – Uważaj na siebie.
- Dobrze.
Wybiegłam na dwór w jednym bucie, ubierając na szybko drugiego. Adam stał przy furtce do lasu. Podbiegłam do niego i ruszyliśmy w gąszcz drzew.
- Jak twoja głowa? – zapytałam
- Nie martw się – odparł. – Nie pierwszy i nie ostatni raz.
To ostatnie zdanie słyszałam od niego aż za często.
- Zawsze martwię się o przyjaciół. Jesteś dla mnie jednym z nich.
- A ty dla mnie jedynym.
Zamilkłam. Słychać już było szum pobliskiej rzeki. Po chwili między drzewami ukazała się błękitna wstęga. Zdjęłam sandały i wbiegłam do chłodnej wody. Podciągnęłam wyżej sukienkę bombkę na ramiączkach i ruszyłam w głąb rzeki. Zatrzymałam się dopiero kiedy woda sięgała mi do połowy uda. Adam zdjął buty, podwinął spodnie i dołączył do mnie. Brnęliśmy przez wodę, aż do dużego płaskiego kamienia, który wystawał niedaleko. Usiedliśmy na nim oboje. Nasze stopy nadal pozostawały w wodzie.
- Kiedy znowu przyjedziesz? – spytał Adam.
- Nie wiem, to zależy od rodziców – odparłam smutno.
Położyliśmy się na kamieniu i długo leżeliśmy wpatrując się w niebo. Miałam dopiero siedem, a Adam osiem lat. Byliśmy jednak dojrzalsi od naszych rówieśników. Może z powodu życia w rodzinach łowców lub przymusu radzenia sobie od najmłodszych lat samemu.
- Daj mi tę gazetę – powiedziałam do Alice.
Jeszcze raz przyjrzałam się artykułowi. Starałam się omijać zdjęcie Adama, nie potrafiłam jednak go zignorować i mój wzrok ciągle się na nim zatrzymywał. Dorósł przez te kilka lat, a jego rysy się wyostrzyły. Jednak jego jasne blond włosy i  smutne oczy poznałabym wszędzie. Nagle zauważyłam coś interesującego, mianowicie podpis pod zdjęciem. „Zaginiony Adam Ward (19 lat)”. Dopiero teraz to do mnie dotarło zaginiony, a nie martwy.
- On żyje – szepnęłam.
- Co? – spytała Alice.
- Tu piszą, że nie znaleziono ciała Adama, więc jest szansa, że żyje.
- A może po prostu to coś tak się zabawiło, że nic z niego nie zostało – wtrąciła Anna.
- Zamknij się! – krzyknęłam.
- Wer, uspokój się – Alice położyła mi rękę na ramieniu.
- Przepraszam Ann.
Moja siostra tylko kiwnęła głową.
- Jest szansa, że Adam żyje. Jeśli to prawda to go odnajdę – powiedziałam twardo.
- To zły pomysł – mruknęła Alice.
- Niby czemu? – zapytałam przez zęby.
- A jeśli to podstęp? – odparła Ruda.
Zadrżałam. Nie chciałam się przyznać, ale brałam to pod uwagę. Jednak, jeśli żył, nie mogłam go tak zostawić. Nie mogłam znowu popełnić tego błędu.
- A gdybyś to ty była na moim miejscu? – spytałam.
- Zignorowałabym to. Zapomniała, uznała za martwego i żyła dalej – odpowiedziała Ruda spokojnie, ale przez jej twarz przemknął cień. Czyżby znów pomyślała o Rogerze?
Ponownie zadrżałam. Miałabym zapomnieć? Zapomnieć o Adamie? Chwilę rozważałam zabranie Impali i odjazd bez dziewczyn. Szybko jednak porzuciłam ten pomysł.
- Masz rację – powiedziałam i podarłam gazetę.
Na ziemię upadł fragment ze zdjęciem Adama. Rozejrzałam się. Dziewczyny patrzyły w innym kierunku, więc szybko podniosłam skrawek i schowałam do kieszeni skórzanej kurtki. Alice i Anna nic nie zauważyły.
- Traktujemy to jako zwykłą robotę? – spytałam Rudą.
- Chyba tak. W końcu to coś dla nas.
Od razu poczułam się lepiej. Co prawda, Ruda sama sobie zaprzeczała, bo niby jak mam zapomnieć pracując nad tą sprawą, ale zabicie tego draństwa dostarczy mi wielkiej satysfakcji.
- To na co czekamy? – spytałam z udawanym brakiem entuzjazmu.
Wsiadłyśmy do Impali. Annie dalej prowadziła, ale tym razem to Alice siedziała z tyłu. Po dziesięciu minutach jazdy zaczęłam rozpoznawać widoki za oknem. Pierwszy raz nie cieszył mnie widok ani wodospadu, ani dwóch zrośniętych dębów. Czułam pustkę, jakby ktoś usunął mi jakiś ważny narząd. Minęłyśmy tablicę z napisem „Corntown” i po chwili znalazłyśmy się na placu średniego rozmiaru pełnym stoisk z domowymi wyrobami. Tak jak to pamiętałam, można było kupić tu świeży chleb, ciasta i inne pyszności, a także figurki wystrugane z drewna, swetry robione na drutach, czy biżuterię. Anna zaparkowała samochód przed ratuszem. Przeszłyśmy kawałek do pobliskiego motelu zarezerwować pokój i przebrać się w stroje FBI.
- Ja pójdę zobaczyć miejsce zbrodni, a wy ciała, ok? – zaproponowałam.
- Pójdę z tobą – powiedziała Alice. – Ann poradzisz sobie sama?
- Jasne – odparła moja siostra.
- Boisz się, że zwieję? – spytałam z wyrzutem.
- Wolę nie zostawiać cię samej – odparła Ruda.
Zdenerwowało mnie zachowanie Alice. Wcale nie miałam zamiaru uciekać, bo niby dokąd? Najpierw muszę dowiedzieć się czegoś, a potem mogę zacząć działać. Rozstałyśmy się z Anną i samochodem pojechałyśmy na obrzeża miasta, do domu państwa Ward. Budynek nie zmienił się zbytnio. Jednak teraz cały teren ogrodzony był policyjną taśmą. Zaparkowałam obok radiowozu. Przeszłyśmy obie pod taśmą.
- Dzień dobry! Agentka Turunen – pokazałam odznakę – i agentka Olzon –wskazałam Rudą.
- Dzień dobry! Czym mogę służyć?
- Chciałyśmy się rozejrzeć – powiedziała Alice.
Funkcjonariusz zaprosił nas do środka. W całym salonie pełno było śladów krwi. Ściany, podłoga, kanapa, dywan, wszystko było nią naznaczone.
- Coś niezwykłego? – zapytałam.
- Nie, jedynie odrobina siarki na dywanie.
Siarka oznaczała, że to faktycznie robota jakiegoś draństwa.
- Rozejrzę się na górze – powiedziałam do Alice i wdrapałam się po schodach.
Szłam aż do końca korytarza i skręciłam na lewo, do małego pokoju. To tu sypiał Adam. Zamknęłam za sobą drzwi i otworzyłam szufladę biurka. Było tam moje zdjęcie, już wiem dlaczego zniknęło z mojego portfela. Podniosłam je, pod nim znajdowała się koperta… była zaadresowana do mnie. Wzięłam ją w ręce i otworzyłam.
„Jeśli to czytasz to oznacza, że jednak wróciłaś. Twój kolega uważał, że jesteś na to zbyt doświadczona. Nie martw się, Adam nadal żyje. Jednak jeśli chcesz, aby tak pozostało, przyjdź do starej hali produkcyjnej. Masz czas do końca miesiąca.”- brzmiał list. Zajrzałam do koperty, był tam jeszcze srebrny pierścionek, taki jak mój. Zdjęłam łańcuszek z szyi i włożyłam go na niego. Teraz miałam dwa. Schowałam list do kieszeni, zawiesiłam naszyjnik i wróciłam do Rudej.
***&***
Kiedy Wer poszła na górę, rozejrzałam się po salonie. Rzeczywiście jedynym śladem była siarka, jednak i ją ciężko było zauważyć. Gdybym nie wiedziała czego szukać, pewnie nawet bym jej nie zauważyła…
- Gdzie znaleziono ciała? – zapytałam towarzyszącego mi policjanta.
- W kuchni – wskazał ręką kierunek.
Kuchnia była otwarta, widać było z niej pół salonu. Przykucnęłam. Choć nie było widać śladów walki, cała kuchnia podobnie jak salon była pełna zaschniętej już krwi. Poza tym nic nadzwyczajnego. Coś jednak wpadło mi do głowy i położyłam się płasko na ziemi. Moja mama miała w kuchni tajną skrytkę, o której nie wiedział nawet George… Ja sama dowiedziałam się o niej przez przypadek, kiedy coś spadło mi za szafkę.
Miałam rację, pod szafką coś było. Nie mogłam jednak wyciągnąć tego w obecności policjanta, więc poprosiłam go, by przyniósł mi latarkę. Na szczęście nie miał jej przy sobie, wiec kiedy zniknął sięgnęłam ręką pod szafkę i wyciągnęłam tajemniczy przedmiot. Schowałam go szybko za pasek, pod kurtkę, bo policjant właśnie wracał z latarką. Poświeciłam dla niepoznaki pod pustą już szafkę.
- Chyba jednak coś mi się wydawało… - mruknęłam, oddając mu latarkę, po czym wstałam i otrzepałam się z kurzu.
Przedmiot uwierał mnie w plecy, więc poczułam ulgę na widok Wer. Ona sama miała niewyraźną minę, którą na mój widok zamaskowała dziwnym uśmiechem.
- Masz coś? – zapytała.
- Nie – odparłam, jednocześnie dając jej do zrozumienia, że coś jest na rzeczy.
Kiedy wyszłyśmy z domu, pokazałam jej przedmiot znaleziony pod szafką. Gwizdnęła z podziwem.
- Nawet nie masz pojęcia, co właśnie trzymasz w rękach… - mruknęła.
- Wiem – stwierdziłam zimno. – Wyobraź sobie, że wiem.
Przed oczami stanęła mi kartka z pamiętnika mamy…
Demona bardzo ciężko się pozbyć – mówił mi Michael. – Można go egzorcyzmować, jednak to go nie zabije, zmusi jedynie do opuszczenia opętanego ciała. Na potężne demony nie działają nawet egzorcyzmy, żaden człowiek nie posiada tak wielkiej siły by egzorcyzmować tak potężne demony jak Lilith lub Azazel…
Potem jednak pokazał mi pewien nóż, sztylet. Nie był duży, ostrze nie było zbyt szerokie, miało jednak charakterystyczne ząbki na ostrzu. Na klindze była inskrypcja po łacinie, którą rozszyfrowałam jako „zła się nie ulęknę, bo Pan jest ze mną”. Kiedy zapytałam, co to, Michael odpowiedział, że jest to jedna z niewielu rzeczy, która może całkowicie unicestwić demona, sprawić by zniknął, a potężniejsze demony zmusić do ucieczki. Nie chciał mi jednak powiedzieć skąd miał ten sztylet…
- Alice? – Wer zamachała mi przed oczami ręką.
- Czy jest więcej takich sztyletów…?
- Z tego co wiem… - zastanowiła się. - Ja znam tylko jeden. Moi rodzice go dostali, nie wiem od kogo… A potem przekazali rodzicom Adama, potrzebny był im do łowów. Niedługo potem się pokłócili i zdaje się, że został u nich…
Kiwnęłam głową zamyślona. To było jednak niemożliwe, by był to ten sam sztylet, który należał do mojego ojca, choć idealnie pasował do opisu mamy…
- W każdym razie, bardzo nam się przyda – mruknęła Wer – bo to…
- Demon – dokończyłyśmy jednym głosem.
Kilka minut później spotkałyśmy się z Ann pod ratuszem. Jej relacja potwierdziła naszą hipotezę. Ciała były zmasakrowane, ale nie było to nic charakterystycznego. W połączeniu ze sztyletem na demony ukrytym pod kuchenną szafką i brak jakikolwiek poszlak wynikiem mógł być jedynie demon. Siarka na miejscu przestępstwa była już ostatnim, bezsprzecznym argumentem.
- Tylko pytanie brzmi, czemu tak nagle zaatakował? – zamyśliła się Ann. – Przecież oni byli bardzo dobrymi łowcami…
- Ale za to okropnymi ludźmi – rzuciła Wer ponuro.
- Obawiam się, że demon nie brał tego pod uwagę… - skomentowałam. – Może po prostu chciał się zabawić? One często atakują bez konkretnego powodu, po prostu z nudy…
- Wątpię – zaprzeczyła gwałtownie Wer. W jej głosie brzmiała pewność. Czyżby jednak było coś, o czym nam nie powiedziała?
- Pewnie zaleźli mu za skórę – zaproponowała Ann. – Przecież to łowcy. Zabili pewnie bez liku jego kolegów i postanowił się zemścić.
- Więc to pewnie nie byle jaki demon, skoro nie dali mu rady – myślałam na głos.
- Chodźmy coś zjeść – zaproponowała nagle Wer, a ja wraz z Anną spojrzałyśmy na nią zdziwione. Wyraziliśmy jednak zgodę na mały posiłek i po chwili już siedziałyśmy w przytulnym barze nad sałatkami i burgerami.
Po posiłku postanowiłyśmy rozejrzeć się jeszcze po mieście i posłuchać plotek. Plotki to bardzo dobre źródło informacji, wbrew pozorom. Zero cenzury. Z tego wszystkiego wyłonił się dość ponury obraz rodziny Ward. Byli zawsze zamknięci w sobie, nie rozmawiali zbyt wiele z sąsiadami. Często nie było ich w domu, a mały Adam zostawał sam. Z tego powodu był bardzo wychudzony, często też można było dostrzec wielkie sińce na jego ciele. Nikt jednak nie mówił głośno o tym, że był bity. W końcu to ich prywatna sprawa…
W efekcie wieczorem znalazłyśmy się w motelu, zmęczone masą informacji, które nijak nie chciały się ze sobą powiązać. Wer była jakaś nieswoja i niespodziewanie spokojna. Położyłyśmy się spać, by następnego dnia od rana rozpocząć śledztwo.
- Wer? – zapytałam jeszcze w ciemności.
- No?
- Nie rób głupstw – poprosiłam.
- Jasne – mruknęła, odwracając się na drugi bok.
Coś w jej głosie jednak mówiło mi, że nie powinnam jej wierzyć, ale nim zdążyłam to dokładniej rozważyć, zmorzył mnie sen.
***&***
Upewniłam się, że dziewczyny na pewno już śpią i po cichu wygramoliłam z łóżka. Na wszelki wypadek udałam, że idę do kibelka, gdzie przebrałam się. Następnie zabrałam kluczyki i pistolet ze srebrnymi kulami i cichutko wyszłam. Impala nadal stała pod ratuszem. Dzięki temu nie obudził ich dźwięk silnika. Zanim wyjechałam wrzuciłam centa do fontanny na środku placu. Zawsze tak robiłam, kiedy tu byłam. Miało mi to zapewnić powrót do tego miejsca. Zawsze działało. Miałam nadzieję, że i teraz mnie nie zawiedzie.
- Kupimy sobie lody? - spytałam Adama.
Zrobił smutną minę. Pewnie nie miał kasy. Zapłaciłabym za niego, ale wiedziałam, że to go tylko bardziej dobije.
- Nie mam ochoty - odpowiedział - ale jeśli chcesz to możesz sobie kupić.
- Tak tylko pytałam.
Rzadko schodziliśmy do miasta. Rodzina Ward nie cieszyła się tu powszechną sympatią. Od naszego poznania byłam tu z nim drugi raz, a miałam już dziewięć lat. Wiedziałam, gdzie Adam mnie prowadzi. Na środku okrągłego placu stała duża fontanna. Na środku kamiennej misy stał posąg pięknej anielicy. Kobieta wznosiła dłonie ku górze. Usiadłam na kamiennym murku i zamoczyłam dłoń w chłodnej toni.
- Masz - podałam Adamowi centa.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Wrzuć, to na szczęście - powiedziałam.
Zamachnęłam się i rzuciłam monetę przez lewe ramię. Chwilę później usłyszałam plusk i zobaczyłam jak pieniążek opada na dno. Adam wahał się, ale w końcu również pozbył się pieniążka. Robiłam tak co roku, od kiedy pierwszy raz tu przyjechałam. Prosiłam rodziców, żeby się zatrzymali i gnałam wypowiedzieć życzenie. Brzmiało ono zawsze tak samo "Wrócić tu, do Adama". Jak na razie zawsze się spełniało. Nagle Adam chlusnął mnie wodą. Nie byłam mu dłużna. Chwilę później byliśmy cali mokrzy. Na szczęście był środek lata i słońce mocno grzało. Adam oparł dłonie o murek i dopiero teraz zauważyłam dlaczego cały dzień chował lewą do kieszeni. Palce były sine i dziwnie powykrzywiane.
- Masz wybite palce - powiedziałam ze strachem.
Chłopak szybko zabrał dłoń.
- Pokaż - poprosiłam.
Ujęłam jego dłoń w swoje i delikatnie obejrzałam palce.
- Trzeba je nastawić - stwierdziłam.
- Zrób to - zaproponował.
- Ale to będzie boleć - zaprotestowałam..
- Proszę.
- Dobrze - odparłam i szybko ponastawiałam palce.
Adam zacisnął zęby, ale mimo to wyrwał mu się jęk bólu. Po wszystkim wtuliłam się w niego. Oboje mieliśmy łezki w oczach.
- Dziękuję - szepnął mi do ucha.
Jechałam po pustej drodze w stronę opuszczonej fabryki. Na szyi dyndały mi dwa srebrne pierścionki.
Oparłam się plecami o pień brzozy i obserwowałam jak Adam wytapia srebrne kule. Derek kazał mu to zrobić, zanim pójdziemy na miasto. Chłopak ostrożnie i powoli produkował pociski. Jego niebieskie oczy pełne były skupienia. Nagle wpadłam na genialny pomysł.
- Wytopmy sobie dwa pierścienie na znak naszej przyjaźni – zaproponowałam.
- Dobry pomysł – chłopak uśmiechnął się szeroko.
Zaczął coś robić ze srebrem i po jakimś czasie stworzył dwa pierścionki. Wyglądały jak przeplatające się cienkie gałązki. Z przodu każdy miał malutkie serduszko. Byłam pełna podziwu dla jego dzieła. Nikt pewnie by mi nie uwierzył, że stworzył to jedenastolatek. Z kieszeni spodni wyjęłam dwa srebrne łańcuszki. Nawlekałam na nie pierścionki i zawiesiłam jeden na szyi. Właśnie kiedy podawałam drugi Adamowi pojawił się Derek.
- Co ty sobie myślisz?!- podbiegł do Adama i szarpnął go za włosy, aby chłopak wstał. – Miałeś wytapiać kule, a nie bawić się w złotnika! – warknął i kopnął go z kolana w brzuch.
Chłopak zgiął się w pół. Stanęłam między nimi.
- To ja to zrobiłam – powiedziałam twardo.
- Co?! – Derek był wściekły.
Przywarłam bliżej Adama.
- Co się stało? – na podwórku pojawił się mój tata.
- Twoja córka wykorzystała moje srebro na kule do stworzenia tego badziewia – podał mu pierścionek Adama.
- Oddam ci te kule – powiedział mój ojciec, podając mi łańcuszek.
- Dobra – Derek puścił syna i poszedł z tatą do samochodu.
Adam osunął się na ziemię. Uklęknęłam przed nim.
- Przepraszam – głos mi zadrżał.
- Dla tego – zabrał ode mnie wisiorek i zawiesił na szyi – było warto.
Przytulił mnie mocno i pocałował w policzek.
Od tego czasu nie zdejmowałam pierścionka. Ann często pytała po co noszę to badziewie, nie wiedziała, skąd je mam. Nie wiedziała też jak ważna dla mnie jest ta błyskotka. W ciemności zauważyłam zbliżającą się fabrykę. Zaparkowałam Impalę na opuszczonym parkingu i wysiadłam. Upewniłam się, że mam przy sobie naładowaną broń i weszłam do środka. Znalazłam się w wielkiej opuszczonej hali. Wszędzie pełno było sprzętu różnego przeznaczenia. Rozejrzałam się. Na środku stała jakaś postać odwrócona tyłem. Cicho jak mysz ruszyłam w tamtym kierunku. Broń oczywiście miałam w gotowości. Kiedy byłam metr od tej osoby, ona odwróciła się. Zamarłam. Przede mną stał Adam, ale… jego oczy były całe czarne.
***&***
Coś wyrwało mnie nagle z głębokiego snu. Czyżby przyśnił mi się jakiś koszmar…?
Nie, to alarm samochodowy, nie nasz na szczęście. Po chwili jednak do wyjącego alarmu dołączyły wszystkie okoliczne psy, a po chwili kolejny samochód. Obróciłam się na drugi bok, z zamiarem poproszenia Wer, by zamknęła okno (ją także musiał obudzić ten harmider), jednak… Jednak łóżko starszej siostry Wilde było puste.
- Ann! – zerwałam się na równe nogi i włączyłam światło.
- Co jest…? – zmrużyła oczy, oślepiona światłem.
- Tą kretynkę znowu gdzieś wywiało…!
- Może poszła na spacer…? – zaproponowała Ann bez przekonania, wyskakując z łóżka.
Ja już byłam ubrana, chwyciłam kurtkę i podeszłam do drzwi.
- Sprawdzę, czy samochód stoi. A ty poszukaj czegoś… Czegokolwiek – poleciłam jej i wybiegłam.
Pod ratuszem byłam w kilka minut, alarmy już zdążyły ucichnąć, a psy poszły z powrotem spać. Wyjątkowo byłam im wdzięczna za tę pobudkę, bo miałam paskudne podejrzenia co do poczynań Wer. Ona o czymś nam nie powiedziała…
Samochodu oczywiście nie było. Stwierdziłam to już z daleka, wiec pognałam biegiem z powrotem. Przed motelem czekała już na mnie Anna z dwoma świstakiem papieru w ręce i najpotrzebniejszym sprzętem. Podała mi je bez słowa, najpierw skupiłam się na papierach.
Pierwszym z nich było zdjęcie Adama wyrwane z gazety, którą Wer rano czytała w samochodzie. A drugi…
- Cholera! – mruknęłam, po przeczytaniu listu.
- Lepiej się pośpieszmy – zgodziła się Ann, wtykając za pasek spodni pistolet. – To dość daleko… chcesz sztylet? – spytała jeszcze.
- Chcę – mruknęłam i schowałam go za pasek. – Obawiam się, że będziemy go musiały dzisiaj wypróbować…
Pobiegłyśmy przez ciemność, Ann znała drogę. Z jej relacji wiedziałam, że do przebycia miałyśmy kilka kilometrów, co tym tempem powinno nam zająć prawie godzinę. Nie miałyśmy tyle czasu.
- Ann, poczekaj! – zawołałam, nieco zdyszana i przeskoczyłam niski parkan otaczający jakąś posesję. Na trawniku leżały dwa górskie rowery.
- Zwariowałaś?! – krzyknęła szeptem.
- Chcesz odzyskać siostrę, czy tylko jej ciało? – zapytałam bezlitośnie. Te kreatury nie znają litości. Anna wiedziała to tak samo dobrze jak ja.  Podobnie jak i mnie, demony pozbawiły ją rodziców…
Annie już nie  protestowała. Podałam jej ponad parkanem rowery, a potem sama przez niego przeskoczyłam. Wsiadłyśmy na nie i popedałowałyśmy w kierunku fabryki.
- Oddamy je, jak już będzie po wszystkim – uspokoiłam jeszcze Ann, która jednak w milczeniu tylko naciskała mocno pedały.
Do czego to doszło, jeszcze trochę z nimi poprzebywam i zostanę zawodowym złodziejem…! - pomyślałam, pochylając się niżej nad kierownicą.
Nawet nie miałam siły się na nią złościć. Teraz najważniejsze było tylko to, by zdążyć na czas. Nim demon zrobi z Weroniką to samo… 
To samo co z moimi rodzicami.
***&***
- No co, nie strzelisz? – zakpił demon.
- Zostaw go! – krzyknęłam.
- Bo co mi zrobisz? Zabijesz? A jak to niby zrobisz bez szkody dla Adasia? – kpił dalej.
- Czego chcesz?! – warknęłam.
Demon rzucił się na mnie i przygwoździł do ziemi. Pistolet wyleciał mi z dłoni.
- Zabawić się – roześmiał mi się w twarz.
Szybkim ruchem wyswobodziłam się, ale nie na długo. Demon złapał mnie za włosy i rzucił o ścianę. Osunęłam się po niej. Czułam rwący ból w ręce. Chyba złamałam palec. Widziałam jak moja broń ląduje w najciemniejszym kącie fabryki.
- Wiesz, że Adaś długo nie mógł się pozbierać po tym jak go zostawiłaś? – zaczął demon, stając nade mną. – Myślał, że po prostu żałowałaś tego pocałunku i bałaś się spojrzeć mu w twarz.
- Zamknij się! – warknęłam.
Demon kopnął mnie w żebro. Usłyszałam trzask i poczułam przeszywający ból.
Siedziałam u Adama na łóżku. Kolana miałam pociągnięte pod brodę. Kilka łez spływało po moich policzkach. Tata znowu nie pozwolił mi iść z nimi na łowy. Miałam już dwanaście lat i chyba powinnam zacząć praktyczną część bycia łowcą. Annę rodzice zawieźli do Harry’ego, znajomego starszego łowcy, a ja zostałam z Adamem. Chłopak właśnie wszedł do pokoju. Usiadł obok mnie i pogłaskał po plecach.
- On po prostu nie chce cię stracić – powiedział. – Zależy mu na tobie.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak Adama musiał zaboleć fakt, że przeszkadza mi zainteresowanie i opieka rodziców, coś czego on nigdy nie miał.
- Nie wiem jak ty sobie radzisz – szepnęłam.
Jego dłoń przestała gładzić moje plecy.
- Gdybym cię nie poznał pewnie już dawno byłoby po mnie – delikatnie dotknął mojego policzka.
Kiedy to zrobił, koszulka mu się podniosła i ukazała świeże siniaki na żebrach. Zadziałam impulsywnie i pocałowałam go w usta. Chłopak objął mnie w pasie i odwzajemnił pocałunek. Od dłuższego czasu o tym marzyłam. Nie miałam jednak wystarczająco dużo odwagi. Bałam się, że Adam nie myśli o mnie w ten sposób i tylko popsuję naszą przyjaźń. Kiedy się od siebie oderwaliśmy, do pokoju wpadł mój tata. Nie wiedziałam co tu robi. Już dawno mieli wyjechać. Może czegoś zapomniał.
- Wera, zbieraj się, jedziemy – powiedział.
- Ale mieliście robotę - nic z tego nie rozumiałam.
- Załatwimy to później, a teraz złaź na dół – ojciec był zły.
Przytuliłam Adama i zeszłam za tatą do Impali. Kiedy już ruszyliśmy, dowiedziałam się, że rodzice pokłócili się z państwem Ward.
- Nie mam zamiaru utrzymywać kontaktu z kimś takim – warknął tata, dodając gazu.
Nigdy nie dowiedziałam się o co poszło. To był ostatni raz kiedy widziałam Adama. Właśnie kiedy przemogłam się i go pocałowałam, musieliśmy się rozstać.
- Wiesz, że on jest tutaj – demon wskazał na siebie. – Uwięziony, ale czuje i widzi wszystko.
- Spieprzaj! – warknęłam.
Demon unieruchomił moje nadgarstki i zbliżył twarz bardzo blisko do mojej.
- Może chcesz powtórzyć pocałunek? – spytał bezczelnie się przybliżając.
- Spierdalaj! Nie kręcą mnie takie ciule – odwarknęłam i kopnęłam go w kolano.
Zachwiał się, ale po chwili odzyskał równowagę. Próbowałam doczołgać się do pistoletu, ale od początku wiedziałam, że mam marne szanse. Zdenerwowałam go. Złapał mnie za włosy i z całej siły uderzył moją głową o ścianę. Zabolało i zrobiło mi się ciemno przed oczami. Puścił moje włosy.
- Adaś myślał, że będziesz mądrzejsza i od razu mnie zastrzelisz. Właśnie, dlaczego tego nie zrobiłaś? W końcu nie zależy ci już na nim – nie widziałam go, ale słyszałam jego głos.
Poczułam jak wysuwa z pod mojej bluzki łańcuszek.
- A jednak – zaśmiał się.
- Oddawaj – szarpnęłam łańcuszek.
- Bylibyście śliczną parą, gdybym się nie wtrącił.
Powoli wracał mi wzrok, na razie widziałam zamazane obrazy, ale to i tak lepsze od czarnej plamy. Stał znowu na środku hali i patrzył w moim kierunku. Uśmiechał się perfidnie.
- O czym ty bredzisz? – warknęłam.
- Jeszcze się nie domyśliłaś? - zapytał spokojnie.
Miałam dość tej jego gry. Nie bawiły mnie jego zagadki i niedomówienia.
- Jakbym wiedziała o co ci chodzi, to na pewno bym pytała - odparłam, próbując wstać.
Udało mi się. Wzrok już całkiem mi powrócił. Szybko analizowałam sytuację. Do broni się nie dostanę. Co najwyżej mogę zacząć odmawiać egzorcyzm.
- On cie kocha, słoneczko - wypalił nagle demon.
To było jak grom z jasnego nieba. Kolana się pode mną ugięły. Adam mnie kochał. Mimo, że go porzuciłam, nie ze swojej winy ale porzuciłam.
- Ale to nie przeszkadza mi cię zabić – warknął i rzucił się na mnie.
Nie zdążyłam zareagować. Złapał mnie za gardło i zaczął dusić. Próbowałam się bronić, ale miałam za mało siły. Brakowało mi powietrza, gardło paliło. Nagle napastnik mnie puścił. Zamrugałam i zobaczyłam tak dobrze mi znane niebieskie oczy. Później nastała ciemność.
***&***
Byłam nieźle zasapana kiedy dotarłyśmy w końcu do fabryki. Nikt mnie nie uprzedził, że stoi na wzgórzu. Stromym wzgórzu. Impala stała na pustym parkingu, bez poszanowania jakichkolwiek wytyczonych linii. Rzuciłyśmy rowery na ziemię i pobiegłyśmy do wejścia, w biegu wyciągając pistolety. Nie zdążyłyśmy jednak nawet dotknąć drzwi, gdy otwarły się ona gwałtownie, otworzone zapewne kopniakiem.
Anna stanęła jak zamurowana na widok postaci stojącej w drzwiach, ja jednak zachowałam zimną krew. Z listu znalezionego w kurtce Wer, wynikało, że Adam zapewne jest opętany przez demona, który zabił jego rodziców. Niezależnie od tego kim był dla Wer, teraz nie był sobą.
- Nie strzelaj! – zawołał widząc wymierzoną w siebie lufę pistoletu.
Nie ze mną te numery, ale Ann już biegła w jego stronę, a raczej w stronę siostry, która wisiała bezwładnie w jego ramionach. Chłopak podał jej ją bez wahania, a po jego twarzy przemknął grymas bólu. Pełna niepokoju podbiegłam bliżej.
- Ja… nie dam… mu rady… już… - wyjęczał, a jego oczy nagle stały się czarne.
Nie wiem kiedy pistolet w mojej ręce zamienił się miejscami ze sztyletem, ale demon nie zdążył wypowiedzieć nawet słowa, kiedy z całej siły dźgnęłam go ostrzem w brzuch na wysokości pępka. Demon zdążył się nieco odsunąć, więc cios nie trafił tam, gdzie miał trafić, ale wystarczyło. Głowa odskoczyła mu do tyłu, a demon wyleciał z niego chmurą czarnego dymu. Chłopak z jękiem padł na ziemię.
- Co z Wer…? – wyjęczał, trzymając się za krwawiący brzuch. Rana byłą głęboka, ale w szpitalu powinni go jakość poskładać…
Spojrzałam na dziewczynę, która leżała Ann na kolanach. Młodsza z sióstr nawet nie patrzyła w kierunku Adama.
- Jest nieprzytomna – powiedziałam zgodnie z prawdą i ściągnęłam kurtkę. – Poczekaj, muszę zatamować krwawienie…
- Zajmij się Wer! – zażądał, charcząc.
- Anna się nią zajmie, a ty się za chwilę wykrwawisz… Wierz mi, ona wcale nie będzie z tego zadowolona…
Przyłożyłam mu zwinięty materiał do rany i pomogłam Annie zanieść Weronikę do samochodu. Ułożyłyśmy ją ostrożnie na tylnym siedzeniu. Ann wsiadła na siedzenie kierowcy i spojrzała na mnie wyczekująco. Wytrzeszczyłam na nią oczy.
- A Adam?!
- Poradzi sobie – mruknęła, wkładając kluczyki do stacyjki.
- Wykrwawi się – poprawiłam ją i ruszyłam w jego kierunku by pomóc mu wstać. Podprowadziłam go do samochodu i posadziłam na tylnej kanapie, a sama usadowiłam się z przodu. – Oboje potrzebują szpitala…
Anna westchnęła i spojrzała na Adama nieprzychylnie za pomocą wstecznego lusterka. Odpaliła jednak samochód i skierowała go na główną drogę.
- Mam lepszy pomysł… - mruknęła. – Nie wymaga wymyślania wiarygodnego kłamstwa, dlaczego on ma ciętą ranę brzucha, a ty masz za paskiem zakrwawiony sztylet…
Uśmiechnęłam się krzywo i zapięłam pas, a Anna dodała gazu.
*********************************************************************************
Tego się nie spodziewaliście, ale to znowu my :)
Jako, że napisanie poprzedniej notki zajęło około czterech miesięcy tą macie prawie dzień po dniu :D. Życzymy miłego czytania
Wasze, S&S
P.S. Kolejna powinna być niedługo ;)


W nagrodę za cierpliwość, pod dzisiejszą notką nietypowy bonus - OBRAZEK!
Specjalnie na życzenie Szurniętej, umieszczamy pierścionek Weroniki, cobyście wiedzieli jak wygląda...
Pierścionek Wer
Szal&Szur


piątek, 22 marca 2013

Rozdział 6

NOTKA DEDYKOWANA SPARKLE, DZIĘKI ZA MOTYWACJĘ  :*

Odkąd wyjechałyśmy z Lewistown, siostry nie wracały do tematu Rogera. Raz tylko, podczas jednego z postojów, kilka dni po tym jak, opuściłyśmy miasteczko, Wer zapytała:
- Alice, czy ty i Roger… - zawahała się. – Wiedziałaś?
Pokręciłam głową, ale zaraz potem, po namyśle, pokiwałam nią ponuro.
- Wtedy było za wcześnie. A teraz już nic nie jest takie samo…
Wer już więcej do tego nie wracała. Ja również.
Od paru tygodni wśród potworów panował dziwny spokój. Nie mogłyśmy znaleźć żadnej roboty. Albo doniesienia o wampirach były zwykłymi plotkami nastolatek zakochanych w „Zmierzchu”, albo duchy nawiedzające domy na wzgórzach okazywały się zwykłą „urban legend”. W każdym razie włóczyłyśmy się po kraju bez konkretnego celu już od paru tygodni…
- Gdzie jesteśmy? – zapytałam przeciągając się szeroko, po drzemce na tylnej kanapie Impali. Co jak co, ale fotele, to ten samochód miał wygodne... Obudził mnie dźwięk klaksonu i przekleństwa Wer.
- Na autostradzie – odparła wściekła. Z tego, co zdążyłam się zorientować jakiś baran zajechał jej drogę.
- To widzę – sarknęłam. – Pytam się dokąd jedziemy, widzę, że zmieniłyśmy kierunek…
- Annie coś znalazła w internecie…
Młodsza siostra podała mi wydruk ze strony jakiejś gazety. Nie pytałam, kiedy zdążyła to wydrukować. Spałam dość długo, co odkryłam zerkając szybko na zegarek. Wyprostowałam się zainteresowana, ale na widok nagłówka, mój entuzjazm opadł.
- „Krwawy duch atakuje”? Serio…? – zapytałam z politowaniem. – To na kilometr pachnie jakąś bzdurą i wyssaną z palca historyjką zdesperowanego dziennikarza…
- Czytaj dalej – odparła Anna. – Nie oceniaj książki po okładce, mówią. Artykułu po tytule też nie, jak widać.
Westchnęłam wciąż nieprzekonana i zagłębiłam się w lekturze.
„Miasteczko Summerside przeżywa ostatnio chwile grozy, rodem z horroru. Choć wydaje się to nieprawdopodobne, w ciągu ostatniego tygodnia zaginęło parę osób, których zwłoki odnaleziono wczoraj bestialsko zmasakrowane. Wszystkie znajdowały się w okolicy opuszczonego od lat domu, który mieszkańcy miasteczka omijają z daleka. Twierdzą, że jest nawiedzony. Po dłuższych poszukiwaniach udało mi się ustalić, że w domu tym mieszkał kiedyś Tom Brunter, rzeźnik, który w latach sześćdziesiątych został oskarżony o brutalne morderstwa, a następnie skazany na śmierć. Przed wykonaniem wyroku jednak popełnił samobójstwo – powiesił się w swoim domu, do którego pozwolono mu wrócić – było to jego ostatnie życzenie. Niedawno minęła 50 rocznica jego śmierci. Czy te zdarzenia są ze sobą powiązane? Czyżby Rzeźnik z Summerside powrócił by dalej terroryzować to spokojne miasteczko? Czy mieszkańcy żyli w złudnym spokoju przez pół wieku, by ponownie poczuć powiew grozy na plecach? Policja prowadzi śledztwo, ale na razie nic jeszcze nie wiadomo o ostatnich morderstwach…”
Artykuł był podpisany nazwiskiem V.Mertigo. Złożyłam kawałek papieru i oddałam Annie.
- Chyba nie macie zamiaru jechać do tego Summer-coś-tam?
- Niby dlaczego nie? – zapytała Wer, bez włączania kierunkowskazu zjeżdżając na lewy pas i wyprzedzając tira. – Duch, tajemnicze morderstwa… to coś dla nas, no nie?
- Jak dla mnie to bujda – wyraziłam swoją opinię. – No, proszę was… „Rzeźnik z Summerside”…? Ok, to jeszcze ma jaki taki sens, ale „powiew grozy na plecach”? Gość naoglądał się za dużo horrorów, a teraz usiłuje zarobić na chleb, szukając sensacji tam gdzie jej nie ma…
- Ale coś w tym jest – upierała się Anna. - Ciała wyglądały na pocięte rzeźnickim nożem, po za tym znajdowały się w pobliżu jego domu… I wierz mi, widziałam zdjęcia. To nie wygląda na dzieło człowieka.
- Pozwolę sobie wam przypomnieć ostatniego „ducha” – mruknęłam. – Facet wykupił chyba cały zapas ketchupu w mieście, żeby wyglądało to realistycznie…
- Alice, do jasnej cholery! – zirytowała się Wer, co poskutkowało głośnym trąbieniem z Mercedesa jadącego prawym pasem. – Ugryzło cię coś, czy jak?! Mamy robotę, jak okaże się, że to bujda to jedziemy dalej, a jak nie, to rozwalimy to cholerstwo i przynajmniej uratujemy kilku ludziom życie…
- Wybaczcie… - mruknęłam, bo miały rację. – Chyba trochę ostatnio straciłam humor. Zobaczymy o co chodzi, zabijemy krwawego rzeźnika i powinno mi się poprawić…
- Wszystko ok? – zaniepokoiła się Annie.
- Nie bardzo – przyznałam. – Ale jak pozbędę się kilku duchów, powinno mi się poprawić – powtórzyłam, uśmiechając się krzywo.
- No, to jedziemy z tym koksem! – zawołała radośnie Wer, włączając wyjątkowo kierunkowskaz i zjeżdżając z autostrady. 
Kiedy minęłyśmy tablicę z napisem „Summerside 60km”, westchnęłam cicho i zagapiłam się w okno. Może to rzeczywiście była prawda… Musiałam się na czymś wyżyć, żeby zapomnieć o tym, co wydarzyło się w Lewistown. Krwiożerczy duch nadawał się do tego idealnie… Pytanie tylko, czy czas naprawdę leczy rany?
***&***
W miasteczku znalazłyśmy niejakiego Victora Mertigo, który był autorem artykułu, na który trafiłyśmy, a raczej Anna trafiła w necie. Facet wyglądał na około trzydzieści lat, miał hiszpańskie korzenie i co chwilę wprowadzał jakieś hiszpańskie słówka. Opowiedział nam prawie całą historię swojego życia nim oznajmił, że informacje czerpał z biblioteki publicznej w Summerside. Zmarnowałam jakieś dwie godziny życia na słuchanie opowieści o babci Grecie i jej króliku. W ostateczności pożegnałyśmy się z Victorem i poszłyśmy do biblioteki, ulubionego miejsca Alice i Anie, ja tam chyba wolę Burgerbary. Oczywiście, aby dowiedzieć się czegoś istotnego musiałyśmy się przekopać przez masę kronik i starych dzienników i tym podobnej nudnej makulatury. Jak zwykle odpadłam najwcześniej, po prostu literki zaczęły mi się zlewać w wielkie czarne plamy. Na szczęście Anna przy wsparciu Alice znalazła coś interesującego. W jednym z artykułów z czasu, kiedy Tom zakładał sklep, było napisane, że pracowała tam niejaka Sally Newton. Okazało się, że kobieta choć starsza trzyma się dość dobrze i miesza dość niedaleko. Postanowiłyśmy z braku lepszych pomysłów ją odwiedzić. Mieszkała w małym domku, o ścianach pomalowanych na zielono, z ogródkiem warzywnym. Przedstawiłyśmy się jako fascynatki historii paranormalnych. Siwowłosa kobietka chwilę wahała się czy wpuścić nas do środka, jednak ostatecznie to zrobiła. W środku pachniało kotem i to nie jednym... Sally zrobiła nam herbatę i zaczęła odpowiadać na pytania Alice.
- Pracowała pani w sklepie rzeźnika Toma, prawda? – zapytała łagodnie.
- Tak, ale to był strasznie skryty człowiek – odparła starsza pani. – Wy też jesteście w sprawie tych morderstw? – zapytała nagle przerażona.
- Nie, nie do końca – uspokoiła ją Anna.
- Proszę nam powiedzieć – kontynuowała Alice – o nim coś więcej. Chciałybyśmy napisać artykuł do gazety, z którą współpracujemy, ale coś bardziej realistycznego niż to co ukazało się w miejscowym dzienniku – skrzywiła się. – Mogłaby pani nam pomóc?

- Cóż, zbyt wiele wam o nim nie powiem.- westchnęła starsza pani. – Mówiłam, był bardzo skryty. Wyjątkowo dbał o swoją prywatność. Mieszkał w domu na wzgórzu, ludzie mówią, że teraz ten dom jest nawiedzony. Tuż obok miał rzeźnię, w której pracował, a codziennie rano przywoził do sklepu swoje wyroby. Był naprawdę dobrym rzeźnikiem – ludzie uwielbiali kupować jego wyroby. Zaraz na początku zatrudnił mnie do pomocy. Byłam wtedy młodziutką dziewczyną – kobieta odwróciła się i podała mi zdjęcie, na którym stała przy płocie w jasnej sukience i dwoma długimi warkoczami zaplecionymi na głowie. – Pracowałam u niego kilka lat, zanim stał się tym potworem… a może zawsze nim był? Nikt tego nie wie. Nagle ludzie zaczęli znikać w tajemniczych okolicznościach i znajdowano ich zmasakrowane ciała wokół miasteczka. Głownie przy domu Toma…
- Czy jest ktoś jeszcze, kto znał go nieco bliżej, co najmniej tak jak pani…? – dopytywała się Alice, bo dużo się nie dowiedziałyśmy.
- Nie… - staruszka pokręciła głową. – Nikt… Choć…
- Tak? – zapytałam niecierpliwie, kiedy się zamyśliła.
- Pół roku przed tymi morderstwami zatrudnił do pomocy takiego jednego chłopaka. Miał wielu klientów i nie dawał rady, a chłopak był kimś w rodzaju czeladnika, Tom uczył go fachu… Pomagał mu w rzeźni. Ja tam nigdy nie byłam, a on przebywał tam niemal codziennie. On mógłby coś więcej wiedzieć…
- Jak się nazywa? – spytała Anna.
- Terry Mingan. Ale on wam nie pomoże – dodała pani Newton. – Tom zabił go, gdy wydało się, że to on odpowiedzialny jest za te morderstwa. Pewnie z zemsty, bo to Terry dostarczył najwięcej dowodów…
- Dziękujemy bardzo - powiedziałam i wstałam.
Dziewczyny spojrzały na mnie zdziwione.
- Będziemy się już zbierać - dodałam. - Ale bardzo dziękujemy za pomoc.
- Naprawdę nam pani pomogła - powiedziała Alice i dołączyła do nas.
Przeszłam przez ulicę i oparłam się o maskę Impali.
- Co to było? - spytała Alice.
- I tak niczego się nie dowiedziałyśmy, a poza tym mam ochotę na hamburgera.
- A ty tylko o żarciu - warknęła do mnie. - Ja jadę dowiedzieć się czegoś o tym Terrym.
***&***
Porzuciłam Annę i Wer i wróciłam do biblioteki. Tym razem szukałam informacji o zamordowanym chłopaku, Terrym. Nie było tego wiele, parę wzmianek w gazetach o jego śmierci, nekrolog, jakieś wspomnienia. Zainteresowała mnie drobna notka, z dziennika wydanego parę lat po jego śmierci, jakoby ktoś go widział, ale bez konkretów.
Więcej dowiedziałam się od ludzi. Na początku reagowali strachem, potem opryskliwie nazywali mnie pismakiem (czy ja wyglądam na dziennikarkę…?), ale kiedy udawało mi się ich przekonać, że nie mam zamiaru pisać artykułu do gazety, w końcu zaczynali coś mówić. Po kilku takich rozmowach, głównie ze starszymi mieszkańcami miasteczka, sytuacja chłopakach rysowała się tak:
Terry był młody i zdolny, bardzo szybko się uczył. Kiedy mrukliwy rzeźnik go zatrudnił, bardzo szybko wszystkiego się nauczył, a Tom pozwolił mu często przebywać w swoim otoczeniu, co było bardzo dziwne, gdyż mało komu pozwalał się zbliżać do swojego domu i rzeźni. Jedna kobieta, która wtedy mogła mieć około siedmiu lat, powiedziała mi, że w jego wzroku było coś przerażającego. Inni jednak nie potwierdzali jej relacji, mówili, że Terry był bardzo miłym chłopcem. Najciekawsze było jednak to, że Terry był ostatnią ofiarą starego rzeźnika. To morderstwo akurat nie było zbrodnią doskonałą i Tom wpadł w ręce policji, a potem popełnił samobójstwo.
W mojej głowie powoli zaczynała kształtować się wizja tego, co się tu działo. Nie byłam jednak jeszcze pewna, więc postanowiłam udać się w jeszcze jedno miejsce.
Z naszym duchem-nie-duchem związane były trzy miejsca. Jego dom i rzeźnia – tam udały się Wer i Ann, oraz jego sklep. Postanowiłam się tam rozejrzeć.
Musiałam trochę popytać, ale w końcu ustaliłam miejsce, w którymś kiedyś stał sklep. Był to nieduży, piętrowy budynek. Na dole pewnie znajdował się sklep, o czym świadczyły duże okna na parterze, a na piętrze magazyn, chłodnia. Po samym sklepie nie został niemalże nawet ślad, bowiem w jego miejscu powstał urząd gminy. Pracowało w nim pół miasteczka.
Z kolejnych rozmów przeprowadzonych z mieszkańcami dowiedziałam się, że po śmierci Terry’ego budynek został przekazany gminie.
- Po śmierci Terry’ego? – zdziwiłam się.
-  No tak – odparł mój rozmówca. – Tom planował uczynić chłopaka swoim spadkobiercą, dać mu w spadku rzeźnię i sklep, ale potem coś mu odbiło i chciał to zmieniać… No a potem znaleźli Terry’ego martwego.
- Aha – mruknęłam. W tym momencie coś zaczynało mi się nie zgadzać. Zapisał mu w testamencie niemal wszystko co miał…? To trochę niepodobne do seryjnego mordercy… Jakkolwiek szalony by nie był…
- Niech mi pan tylko jeszcze powie – wróciłam do rzeczywistości – kto jeszcze mógłby mi pomóc…
Mężczyzna roześmiał się.
- Niemal każdy w tym budynku! Każdy ze starszych mieszkańców go znał, a ci młodsi znają go z opowiadań rodziców dziadków… albo z opowiadań o nich.
- To znaczy? – zapytałam, bo zrobił tajemniczą minę i nie chciał mówić dalej.
- No wie pani. Rodziny ofiar starego Toma. Ale proszę ich nie niepokoić, to dla nich wciąż wielka tragedia…
Ton jego głosu sugerował cos wręcz odwrotnego, jakby pragnął bym zaczęła wyciągać stare brudy na światło dzienne, ale cóż, tacy są sąsiedzi…
- Zaraz, zaraz… - nagle coś wpadło mi do głowy. – Mówi pan o ofiarach sprzed 50 lat, prawda?
Facet rozejrzał się dookoła podejrzliwie.
- Owszem, o tych starych, ale… - zniżył głos do szeptu. – ale o tych nowych też.
- To znaczy? – westchnęłam, próbując ukryć zniecierpliwienie. Czy on koniecznie musiał dawkować napięcie…?
- Wierzy pani w duchy? – zapytał.
- Jak mam dobry dowód – odparłam, zgodnie z prawdą. Nie wierzę w duchy, które nie istnieją. A ostatnio mnie i dziewczynom zdarzały się głównie takie…
- Tom wrócił – szepnął mój rozmówca. – Wrócił by dokończyć dzieła. Odsyła na tamten świat tych, których nie zdążył odesłać 50 lat temu. Ich, a także ich rodziny.
- Czy coś łączy ofiary? Te stare lub nowe? A najlepiej ich wszystkich…?
- Stare ofiary to głównie stali klienci jego sklepu. A nowi… - przełknął gorączkowo ślinę – to pracownicy urzędu gminy i ich rodziny.
- Ach tak… - westchnęłam do siebie i podziękowałam za rozmowę. Robiło się coraz ciekawiej. Może sklep, a teraz urząd gminy, był jakoś przeklęty?
Coś ciągle mi nie pasowało, ale tak czy siak, najpierw powinnam rozejrzeć się w tym tajemniczym budynku…
***&***
Stałyśmy przed domem na wzgórzu. Ściany sypały się, szyby w oknach były powybijane, brakowało dachówek. Na razie nie wchodziłyśmy, tylko obserwowałyśmy z daleka.
- Ten dom jest nawiedzony - usłyszałyśmy za sobą.
Obejrzałyśmy się i zobaczyłyśmy dwójkę dzieciaków na rowerach. Wyglądali na braci.
- Jak to? - zapytałam.
- Nie wiecie? To dom starego rzeźnika i on go nawiedza - powiedział starszy.
Spojrzałyśmy na siebie z Ann znacząco.
- Ale przecież duchy nie istnieją - powiedziała spokojnie Anna.
- Ale uparte - mruknął drugi chłopiec.
- To dlaczego ludzie tam giną, lub wybiegają z krzykiem? - mruknął starszy.
- Nie warto z nimi dyskutować - zwrócili się do siebie i odjechali.
Anna stała chwilę oszołomiona.
- Słodkie dzieciaki - powiedziałam. - Może podejdźmy bliżej - zaproponowałam.
Siostra tylko kiwnęła potakująco. Zaczęłyśmy się wspinać na wzgórze po rozpadających się kamiennych stopniach. Musiałyśmy uważać, bo niektóre były dość mocno zniszczone. Kiedy w końcu dotarłyśmy na szczyt okazało się, że cały dom jest oklejony policyjną taśmą. Cóż za złośliwość losu.
- To co robimy? - spytała Ann.
- I tak miałyśmy odwiedzić komisariat - powiedziałam podając jej fałszywą odznakę FBI.
Jak dobrze, że moja siostra wygląda na starszą niż jest. Znowu musiałyśmy pokonać rozpadające się schody. Później wsiadłyśmy do Impali i przy dźwiękach ACDC wróciłyśmy do miasteczka. Przebrałyśmy się w motelu i ruszyłyśmy na komisariat.
- Dzień dobry.
- Dzień dobry - odparłyśmy pokazując odznaki.
- Czego FBI tutaj szuka? - zapytał szeryf.
- Chciałyśmy zobaczyć ciała ofiar oraz wejść na teren dawnej rzeźni - powiedziałam.
- Dobrze chodźcie za mną.
Szeryf Andersen zaprowadził nas do policyjnej kostnicy. Założyłyśmy odzież ochronną i zajęłyśmy się oględzinami ciał. Anna rozcięła klatkę piersiową jednej z ofiar i dokładnie obejrzała serce. Nie wiem po co. Kiedy skończyła wyjęłam obejrzane wcześniej serce i odwróciłam się w jej kierunku.
- Będziesz moja walentynką? - zapytałam z niewinnym uśmieszkiem.
- Przestań! To nie jest śmieszne.
Z kostnicy wyszłyśmy po godzinie. Wszystkie ofiary miały podcięte gardła, a kilka miało również pocięte ręce i nogi.
- To teraz dom rzeźnika? - spytałam Ann, kiedy byłyśmy już w motelu.
W końcu mogłam przebrać się w swoje swobodne ciuchy.
- Może najpierw porozmawiamy z Alice - zaproponowała moja siostra.
Wzięłam komórkę i wykręciłam numer Rudej.
- Gdzie jesteś? - spytałam nim zdążyła coś powiedzieć.
- W Urzędzie Gminy, a co?
Nie odpowiedziała tylko się rozłączyłam.
- I? - spytała Anna.
- Musimy odwiedzić Urząd Gminy.
Poszłyśmy na piechotę. Zajęło nam to kilkanaście minut. Alice, kiedy tylko mnie zobaczyła od razu się wydarła.
- Co ty sobie myślisz?! Zero kultury!
- Przepraszam, nie lubię marnować kasy na telefonie.
Ruda odburknęła coś jeszcze, ale jej nie słuchałam.
- Dowiedziałaś się czegoś? - spytała moja siostra.
- Tak jakby - mruknęła. - Tom uczynił Terry'ego swoim spadkobiercą, a potem chłopak został jego ostatnią ofiarą. Po tym zabójstwie Tom został złapany. Swoją drogą, to morderstwo było nieco inne od wcześniejszych, może dlatego, udało się go złapać.... - zamyśliła się. - No, a po za tym Terry był miłym, ale zamkniętym w sobie młodym chłopakiem. Nic nadzwyczajnego. Mimo to, coś mi się tu mocno nie zgadza... - westchnęła.
Postanowiłyśmy jeszcze chwilę popytać pracowników, ale nie dowiedziałyśmy się nic nowego.
***&***
- No, więc wygląda na to – westchnęłam, opierając się o maskę Impali, za co zostałam niemalże zabita wzrokiem Wer – że Tom był seryjnym mordercą. Zabijał ludzi, którzy odwiedzali jego sklep i ich rodziny. Jego pomocnik, Terry, nakrył go, a Tom go zabił, mimo iż wcześniej chciał go uczynić swoim spadkobiercą. Jednak policja wpadła na jego ślad i go złapali. A on popełnił samobójstwo. A teraz wrócił i dokańcza swoje dzieło – mówiłam z coraz mniejszym przekonaniem. – Czy wam też się wydaje, że to się kupy nie trzyma…? – jęknęłam.
- Jak dla mnie brzmi całkiem sensownie – mruknęła Ann. – Nie takie rzeczy się widziało, co nie, Wer? – szturchnęła siostrę łokciem.
- No, ale skoro Rudej coś nie gra… - odparła.
- Nie jestem ruda – warknęłam. – No, nie wiem. Duch zabija znajomych Terry’ego, to wygląda jakby się mścił, za to, że przez niego wpadł. Ale z drugiej strony… - westchnęłam. – To wszystko wydaje mi się mocno naciągane…
- Marudzisz… - machnęła ręką Wer. – ale w zasadzie masz rację. Coś tu zgrzyta. Chodźmy rozejrzeć się jeszcze w domu, może tam coś znajdziemy… - wskoczyła na fotel kierowcy.
- Dom jest zaplombowany – zgłosiłam obiekcje.
- To już mamy załatwione – uspokoiła mnie Ann.
- Nie obijamy się tak jak ty – dogryzła mi Wer, ale zignorowałam ją i bez słowa wsiadłam na tylną kanapę.
Droga zajęła nam tylko kilka minut, dom na wzgórzu nie był daleko. Wer zaparkowała na dole i rozpoczęłyśmy wędrówkę po rozwalających się schodach. Wkrótce byliśmy na górze.
- Chyba powinnyśmy się rozdzielić – stwierdziła Wer.
- Ok, to ja z Alice pójdę do domu, a ty do rzeźni – zaproponowała Ann. – Ruda, pasuje ci to?
- Pod jednym warunkiem – odparłam.
- No?
- Nie jestem ruda – wycedziłam, obróciłam się na pięcie i ruszyłam w kierunku domu. Zatrzymałam się dopiero na ganku.
Anna dogoniła mnie szybko, odprowadzając siostrę wzrokiem.
- Coś ty taka nie w sosie? – spytała.
- Po prostu nie jestem ruda – mruknęłam. Miałam dość tłumaczenia im tego po raz setny.
Anna wytrzeszczyła na mnie oczy.
- A przepraszam bardzo, jaki to jest kolor? – zapytała, podtykając mi pod nos kosmyk moich własnych włosów.
- Kasztanowy – odparłam z godnością.
- Tyś chyba w życiu kasztana na oczy nie widziała – mruknęła Ann pod nosem.
Westchnęłam, jednak zignorowałam tę uwagę.
- Zdaje się, że mamy problem – wskazałam na drzwi. – Czy w czasie mojego nic nie robienia załatwiłyście klucz? – zapytałam z przekąsem.
Ann westchnęła.
- Dostałyśmy zgodę na wejście do domu…
-…ale klucza już nie – dokończyłam, podchodząc do drzwi, by przyjrzeć się zamkowi.
Anna bez słowa zdarła policyjną taśmę, a ja po dokładnym obejrzeniu drzwi sięgnęłam do kieszeni spodni i wyciągnęłam starą spinkę.
- Nawet nie wiesz jak wiele drzwi otworzył już ten „klucz” – pomachałam jej nią przed nosem i pochyliłam się do zamka.
- Żartujesz sobie? – usłyszałam głos mojej towarzyszki, po chwili milczenia.
- A wy niby jak to robicie? – zerknęłam na nią przez ramię, wciąż gmerając w zamku.
- Z buta…? Łomem…?
Wywróciłam oczami, tak żeby nie zauważyła, a zamek w końcu puścił.
- Mój mały skarb! – zawołałam, całując spinkę.
- Planujesz wyprawę do Góry Przeznaczenia? – sarknęła Anna, zaglądając do wnętrza domu ponad moim ramieniem.
- Mam do niej sentyment – odparłam. – Dostałam ją od mamy – dodałam ciszej, ostrożnie chowając ją do kieszeni jeansów.
Rozejrzałam się kontrolnie dookoła, wyciągnęłam zza pasa pistolet nabity solą (po tak długim czasie spędzonym z Wer i Ann, niemal zawsze noszę go przy sobie) i ostrożnie weszłam do środka.
W pomieszczeniu panował półmrok, ale od razu dało się zauważyć, że od wielu lat nikogo tu nie było. Wszystko było pokryte grubą warstwą kurzu, szyby były matowe, w kątach uwite były duże pajęczyny. Po za tym, dom był praktycznie nietknięty. Sława nawiedzonego domu, a może także i prawdziwy duch, skutecznie odstraszała ewentualnych złodziei.
Ann stanęła obok mnie, również z pistoletem w dłoni i rozejrzała się czujnie, gotowa do strzału.
- Pójdę na górę – zaproponowała, jednak złapałam ją za ramię.
- Lepiej się nie rozdzielajmy.
- Boisz się? – zakpiła.
Posłałam jej zirytowane spojrzenie.
- Nie o to chodzi…
- Więc o co? – zapytała niecierpliwie.
- O…  UWAŻAJ! – krzyknęłam, gdy za jej plecami pojawił się duch rzeźnika.
Anna padła na ziemię, a ja wystrzeliłam solny pocisk. Duch zniknął. Przynajmniej na chwilę.
- Właśnie o tym – dokończyłam spokojniej.
- Nie jestem małym dzieckiem! – zirytowała się. – Myślisz, że się na tym nie znam…?!
Ja jednak słuchałam jej tylko jednym uchem.
- Masz latarkę? – zapytałam, podchodząc do ściany.
- A po co ci? – zdziwiła się, jednak sięgnęła po przyczepioną do paska spodni małą latarkę.
- Po to – oświetliłam ścianę.
Z całej jej powierzchni została zdrapana tapeta, obrazki leżały potrzaskane na podłodze, meble gwałtownie odsunięte. Pustą przestrzeń wypełniono napisami. Jednym napisem.
„morderca”
„morderca”
„MORDERCA”
„MORDERCA”
Wydrapane głęboko w tynku, tak głęboka, że widać było cegły. Nachlapane niedbale farbą, choć równie dobrze mogła to być krew. Duże, małe… Na ścianie nie było nawet skrawka wolnego miejsca.
- Skąd wiedziałaś? – spytała Ann, w skupieniu oglądając to niesamowite dzieło.
- On mi pokazał – obróciłam się.
Ann podążyła za moim wzrokiem i pociągnęła za spust. Zdążyłam jednak podbić jej rękę i kula trafiła w sufit.
- Zwariowałaś?! – krzyknęła, ładując ponownie nerwowo broń.
Duch zafalował i zniknął.
- Poczekaj, on chce nam coś pokazać… - powstrzymałam ją.
- To może być pułapka! – zaoponowała Annie.
- Gdyby była, to już byłybyśmy martwe! – zirytowałam się.
- Nie sądzę, znam się na mojej robocie! – krzyknęła Ann, a za jej plecami pojawił się duch.
Musiała zauważyć coś w moim wzroku, bo błyskawicznie odwróciła się i byłaby nacisnęła spust, ale zdążyłam powalić ją na ziemię.
- Co robisz, kretynko?! – wrzasnęła Ann, próbując wyrwać się z uścisku, ale byłam silniejsza, choć jej samej siły nie brakowało. Przygniotłam ją jeszcze bardziej do ziemi, a na podłodze tuż przed moim nosem, litera po literze pojawiał się napis.
- Nie ruszaj się – wycedziłam przez zęby, wpatrując się w pojawiające się litery. Bałam się, że jeśli będzie się za bardzo wiercić, zmiecie włosami przesłanie Toma.
- Co ty… - Ann nadal się rzucała. – Jeśli przez ciebie zginiemy, to będę cię torturować w piekle…
Tom skończył pisać i po prostu zniknął, a ja puściłam Ann i odturlałam się na bok. Dziewczyna zerwała się na równe nogi i rozejrzała się zdezorientowana.
- Gdzie on się podział…?
Bez słowa wskazałam napis na podłodze.
- „To on. Powstrzymajcie go…”? – przeczytała Annie na głos.
- To nie Tom jest mordercą – kiwnęłam głową.
- Więc kto?
Westchnęłam.
- Przecież wiesz… Chodźmy, Wer chyba może mieć kłopoty…
Ann kiwnęła głową i ruszyła biegiem w kierunku rzeźni.
***&***
To miejsce było okropne. Pełno krwi, zaschniętej i świeżej. Na wszelki wypadek wyjęłam pistolet naładowany solą. Rozejrzałam się ostrożnie. W kącie zauważyłam jakiś kształt. Ruszyłam w tamtym kierunku. W kącie była skulona Sally.
- To on - wychrypiała, wskazując za mnie palcem.
Szybko odwróciłam się na piecie i ujrzałam ducha Terry'ego z wielkim, rzeźniczym nożem. Zamachnął się na mnie ale zdążyłam zrobić unik. Jednak udało mu się wytrącić mi broń. Cofnęłam się i złapałam jakiś pręt leżący na ziemi. Zaatakowałam nim ducha, jednak nic to nie dało.
- Czy nikt już nie używa żelaza? - mruknęłam do siebie i zrobiłam kolejny unik.
Duch ciął mnie ostrzem po ramieniu. Zatoczyłam się i w ostatniej chwili schyliłam aby uniknąć kolejnego ciosu. Nagle usłyszałam wystrzał i Terry zniknął. W drzwiach rzeźni zauważyłam Alice i Ann. Odetchnęłam z ulgą. 
- Zostań tu na straży - powiedziała Ruda, otaczając Sally kręgiem z soli.
- My zajmiemy się grobem - dodała Ann i obie wybiegły.
Zawsze to ja zostaję w najgorszym miejscu. Następnym razem się na to nie zgodzę. Podniosłam z ziemi pistolet i czekałam na powrót Terry'ego. Duch mnie nie zawiódł i już po kilku minutach pojawił się ponownie. Trafiłam go solą, co dało mi kilka minut ponownego czekania i tak kilka razy.
***&***

Przybiegłyśmy w samą porę. Jeszcze trochę, a duch przerobiłby Wer na czekoladki…
Biegłyśmy szybko do samochodu, gorączkowo zastanawiając się, jak szybko znaleźć grób Terry’ego. Kiedy dopadłyśmy samochodu, Ann zaklęła siarczyście.
- Cholera, Wer ma kluczyki…!
Samochód na szczęście był otwarty, więc chwyciłyśmy sprzęt, ale nie miałyśmy jak go odpalić.
- Może potrafisz zrobić takie machniom z kabelkami? – zapytała z nadzieją Ann.
- Czy ja wyglądam na złodzieja…? – zapytałam. – A poza tym Wer by mnie zabiła za gmeranie przy samochodzie. Chodź, na piechotę będzie szybciej.
- No to gazu - zgodziła się Anna.
Ruszyłyśmy biegiem w kierunku centrum. Nie było to daleko, ale z kanistrem pełnym paliwa w plecaku, nie biegło mi się zbyt dobrze. Annie z łopatą pewnie też nie..
Nagle, po paru minutach biegu, wpadłyśmy na kogoś z impetem.
- Co wy tu robicie? I po co wam łopata? – zdziwił się Victor.
- Gdzie jest pochowany Terry Mingan?! – zapytałam bez ogródek.
- Został skremowany – wykrztusił zszokowany dziennikarz. – Po co wam łopata?
- Cholera…! – jęknęła Ann.
- Nie przeklinaj – mruknęłam pod nosem z przyzwyczajenia. – Cały?
- A niby jak by go mieli skremować? W połowie? – wytrzeszczył na nas oczy. – Czy wy się dobrze czujecie?
- Tak… - mruknęłam, myśląc gorączkowo.
- Więc po co wam ta łopata?
- Do jednej cholery, czego się czepiasz tej łopaty! – zirytowała się Annie. – Na rynku zakopany jest skarb, może być…?!
- Annie, spokojnie – mruknęłam.
- Jak mam być spokojna, skoro jakiś wściekły duch zaraz zatłucze mi siostrę, a ja muszę tu gadać z jakimś półgłówkiem…!
- Annie – skarciłam ją wzrokiem. – Może coś po nim zostało? – dopytywałam się dalej. -Ząb mleczny? Pukiel włosów…?
- No, tak, zgadza się – ożywił się. – W tablicy pamiątkowej zamurowano pukiel jego włosów. Skąd wiedz-….?
- Masz samochód? – przerwałam mu.
- Stoi za rogiem.
- Zawieź nas tam.
Był zbyt oszołomiony, by protestować. Kiedy jednak ruszył, zaczął domagać się wyjaśnień.
- To długa historia – ucięłam.
Victor gwałtownie zatrzymał samochód na środku drogi. Zawisłyśmy wraz z Anną na pasach.
- Co ty…?!
- Nie jadę dalej dopóki mi nie powiedzie po co wam ten pukiel włosów.
- Musimy go spalić – wyjaśniłam krótko.
- Po co?
- Żeby Terry przestał zabijać – odparła Ann.
- Ale on nie żyje od 50 lat! – zawołał Victor.
- No właśnie.
Samochód powoli zaczął toczyć się do przodu.
- Sugerujecie, że duch zabija mieszkańców miasteczka…?
- Mógłbyś przyśpieszyć…? – zaproponowałam.
Samochód zaczął toczyć się szybciej.
- I że tym duchem jest Terry, a nie Tom…?
- Trochę nam się śpieszy… - mruknęła Ann.
Victor dodał nieco gazu.
- I że mamy w związku z tym zniszczyć pamiątkową tablicę…?
- Do jasnej cholery, jak zaraz nie dodasz porządnie gazu, to będziesz miał na sumieniu moją siostrę…! – nie wytrzymała Ann.
Ten argument widocznie podziałał, bo już chwilę później byliśmy na miejscu. Wyskoczyłyśmy szybko z samochodu i podbiegłyśmy do tablicy wmurowanej w ścianę budynku. Dopiero po chwili dotarło o mnie, że jesteśmy przed sklepem Toma.
Rozejrzałyśmy się dookoła, na szczęście w pobliżu nie było nikogo.
- Ann, daj łopatę.
- Czy wy chcecie…? – Victor poszedł do na pełen wątpliwości.
- Tak – mruknęłam, poprawiając chwyt.
- Poczekaj – złapał mnie za ramię i wyjął mi z ręki łopatę.
- Dżentelmen w każdym calu – mruknęłam pod nosem, a dziennikarz zamachnął się łopatą.
Uderzył nią w tablicę parę razy, kiedy nagle rozległ się dźwięk syreny alarmowej.
- Kto zakłada alarm na tablicę pamiątkową?! – wykrzyknęła Anna, a ja schyliłam się i z pomiędzy okruchów płyty wyciągnęłam pukiel blond włosów. Z kieszeni wyciągnęłam zapalniczkę…
- Stać, ręce do góry! – ktoś wrzasnął mi wprost do ucha i wytrącił z ręki zapalniczkę. Pukiel włosów udało mi się chować do kieszeni.
- Jesteście zatrzymani pod zarzutem zniszczenia mienia publicznego – na moich nadgarstkach zamknęły się zimne kajdanki, podobnie jak i na rękach Victora i Anny.
- Super – mruknęła ta ostatnia.
- Wszystko co powiecie, może być użyte przeciwko wam! – wrzeszczał dalej policjant.
- Spokojnie, doskonale pana słyszę – wymamrotałam pod nosem i zastałam pociągnięta w kierunku komisariatu policji.
- Przepraszam, w kieszeni kurtki znajdą panowie moją odznakę. Agentka Delson, FBI… - spróbowała Anna, jednak została zignorowana.
Kilka minut później siedzieliśmy już wszyscy troje w areszcie.
- Super – sarknęła Ann. – Ciekawe czy Wer jeszcze żyje… - mimo iż mówiła to z przekąsem, widziałam, że szczerze martwi się o siostrę.
- Zaraz to załatwię – westchnęłam.
Podeszłam do pilnującego nas policjanta i pociągnęłam nosem. To było to. Zrobiłam najniewinniejszą miną jaką miałam w swoim repertuarze.
- Przepraszam, czy mogę prosić pana o małą przysługę…? – zapytałam. Młody policjant spojrzał na mnie nieprzychylnie, ale kiedy zatrzepotałam rzęsami, wyraz jego twarzy nieco złagodniał.
- Czy byłoby kłopotem, gdyby pożyczył mi pan jednego papierosa…? Od pół roku próbuję rzucić, ale wie pan, stres i tak dalej… - spojrzałam na niego błagalnie. – Chyba umrę jeśli zaraz nie zapalę…
Policjant zerknął na mnie, ale chyba także już długo zmagał się z nałogiem, bo zapytał:
- Mogą być bez filtra?
Skrzywiłam się delikatnie.
- Chyba nie mam dużego wyboru.
Rozejrzał się dookoła i po chwili podał mi zapalonego papierosa. Zaciągnęłam się głęboko i stłumiłam atak kaszlu. Jak ludzie mogą palić takie świństwo…?
Wypaliłam pół papierosa, a niedopałek schowałam do kieszeni z puklem włosów Terry’ego. Podziękowałam policjantowi pięknym uśmiechem, a kiedy odwrócił się na chwilę z pomocą Victora i Anny rozdmuchaliśmy niedopałek i spaliliśmy włosy.
- Mam nadzieję, że zdążyliśmy – westchnęła Anna.
- Ja też – mruknęłam. – Ktoś w końcu musi nas stąd wyciągnąć.
***&***
Dziewczyny wybiegły w pośpiechu, a ja sprawdziłam co z Sally. Na szczęście nie była mocno ranna.
- Kiedy poszłyście, udałam się do domu Toma - zaczęła opowiadać po trzecim usunięciu Terry'ego. - Trochę poszperałam w jego pokoju i znalazłam białą kopertę ukrytą pod obluzowaną deską w podłodze. Przeczytałam go.
Przerwałam jej strzałem, to duch znowu się pojawił.
- Niech pani kontynuuje - poprosiłam.
- Pisał w nim, że Terry zwariował, że to chłopak jest sprawcą tych wszystkich mordów. Żałował, że nauczył go sprawnego posługiwania się nożem. Postanowił to zakończyć i go zabił. Policja nie wierzyła w winę Terry'ego, więc Tom popełnił samobójstwo.
- To przykre - powiedziałam.
Nigdy nie wiedziałam jak w takich momentach rozmawiać z ludźmi, to Anna się na tym znała. Dlatego nie powiedziałam nic, więcej. Znowu pojawił się duch. Pociągnęłam za spust, ale nic się nie stało. No ładnie i po nabojach. Terry podszedł bliżej kręgu i próbowała jakoś ominąć zabezpieczenie. Otworzył okno, a wiatr, chociaż niewielki, powoli zaczął rozdmuchiwać kryształki soli. Kiedy krąg już prawie został przecięty, duch zapalił się i zniknął w płomieniach. Wypuściłam powietrze.
- To już koniec - powiedziałam spokojnie do Sally.
- Naprawdę?
- Tak. W końcu jesteśmy profesjonalistkami.
Pomogłam kobiecie wstać i wyprowadziłam ją z domu. Dużym problemem były krzywe, zniszczone schody, ale udało nam się je pokonać. Odwiozłam kobietę do domu i wybrałam numer Anny. Jej komórka milczała. Zaczęłam się martwić i zadzwoniłam do Rudej. Ona również nie odbierała. Dziwne. Nagle, przejeżdżając obok rynku, zauważyłam tłum. Wysiadłam z samochodu i ruszyłam w tamtym kierunku. Na środku placu leżała roztrzaskana kamienna tabliczka.
- To te dwie wariatki to zrobiły - jakaś kobieta mówiła drugiej.
- Wiedziałam, że z tą rudą jest coś nie tak. Dobrze, że je złapali.
Nagle wszystko zrozumiałam. Ann i Alice dały się złapać, ale po co niszczyły tabliczkę?
***&***

- No, więc dowiem się wreszcie o co dokładnie tutaj chodzi? – dopytywał się Victor. – Chyba należą mi się jakieś wyjaśnienia…
- Dzięki za podwózkę – mruknęła Ann.
Była już spokojniejsza, choć nadal nie wiedziałyśmy jeszcze co się dzieje z Wer. Nie mogłyśmy nawet zadzwonić, bo zabrali nam telefony. Próbowała raz jeszcze powołać się na swoją fałszywą odznakę, ale znów została zignorowana.
- Nie żartujcie, pytam serio…
- Piszesz artykuły do gazet science-fiction? – spytałam.
- Nie, a co?
- Więc ta wiedza nie jest ci potrzebna.
- Wierz mi, będzie lepiej, jeśli pozostaniesz w stanie błogiej nieświadomości  - dodała Ann. – I dla ciebie i dla nas.
- Duchy istnieją, prawda? – nie dawał za wygraną.
Westchnęłam.
- Dobrze ci radzę, zostaw to.
W końcu udało się nam go przekonać. W celi zapadła na chwilę cisza. Ann w końcu ją przerwała.
- Alice?
- Tak? – podniosłam głowę.
- Przepraszam – powiedziała cicho.
- Za co?
- Nie powinnam była się z tobą kłócić – wyjaśniła. – Miałaś rację. Widocznie masz lepszy instynkt niż ja…
- Miałaś do tego prawo – odparłam. – W końcu jesteś łowcą dłużej niż ja…
- Kim są łowcy? – wtrącił się Victor, ale zignorowaliśmy go.
- Ja po prostu nie chcę, żeby ludzie traktowali mnie jak małe dziecko, bo nim nie jestem. Znam się na tej robocie tak samo dobrze jak Wer, a jednak nigdzie nie puszcza mnie samą.
- Martwi się o ciebie – powiedziałam, uśmiechając się do niej. – Ciesz się, że ją masz. Nawet nie wiesz, jak bardzo ci jej zazdroszczę…
- No dobra, dziewczynki wyłazić… - Te łzawe wynurzenia przerwał nam dziarski głos samej Wer. – A ten co tu robi? – zdziwiła się na widok dziennikarza.
- Przyczepił się po drodze – stwierdziła Ann. Myślałam, że przytuli siostrę, ale tylko przepchnęła się obok niej w drzwiach. – Co tak długo? Wiesz jak nam się tu nudziło?
- Mogłabym zapytać o to samo… - mruknęła blondynka, patrząc na mnie wymownie. – Zapałki wam zamokły?
- Nie, skończyły mi się papierosy – sarknęłam i przeszłam obok niej, ignorując jej zdziwioną minę.
Wyszłyśmy przed komisariat i już miałyśmy wsiąść do Impali, kiedy Victor dogonił nas i złapał mnie za rękaw.
- Jakbyście znalazły coś ciekawego to… - wcisnął mi do ręki kawałek papieru. – To mój numer telefonu. Wierzcie mi, nie takie rzeczy już widziałem…
- Spoko – mruknęłam i wsiadłam na tylną kanapę.
- Ty to masz powodzenie – gwizdnęła Wer, odpalając silnik.
- Daruj sobie – jęknęłam.
- Więc wygląda na to  - wtrąciła Ann – że to Terry był sadystycznym zabójcą, a Tom go nakrył i zabił. Potem go złapali, popełnił samobójstwo i zaczął straszyć w domu, by odstraszyć ludzi od Terry’ego…
- Racja. A teraz po 50 latach, chłopak powrócił i mścił się na znajomych Toma – dodałam, kiedy przejeżdżaliśmy koło domu rzeźnika. – Poczekaj chwilę.
Wysiadłam z samochodu, nim jeszcze na dobre się zatrzymał i pobiegłam po schodach na górę. Drzwi były otwarte. Ledwo weszłam do środka, nieopodal zamigotał duch Toma. Uśmiechnęłam się do niego.
- Możesz odejść, Terry już nikogo nie skrzywdzi – powiedziałam.
Tom w odpowiedzi wskazał palcem podłogę. Tuż obok poprzedniego napisu, na kurzu pojawiło się jeszcze jedno słowo: „Dziękuję”. Gdy podniosłam wzrok, ducha już nie było.
Kiedy wróciłam do samochodu, dziewczyny spojrzały na mnie pytającym wzrokiem.
- Odszedł – powiedziałam krótko.
Wer kiwnęła głową i włożyła kluczyki do stacyjki.
- Wer? – coś nagle wpadło mi do głowy.
- No?
- Może dasz Annie poprowadzić?
Blondynka spojrzała na siostrę, po czym wzruszyła ramionami.
- W zasadzie, czemu nie.
Kiedy zamieniły się miejscami, Ann odnalazła we wstecznym lusterku mój wzrok i puściła mi oko.
- Tylko nie przekraczaj setki – ostrzegła jeszcze Wer, nim ruszyłyśmy w dalszą drogę.
*********************************************************************************
Uff... to znowu my :)
Nie gniewajcie się na nas, ale zapowiadałyśmy, że mogą być dłuższe przerwy.
Wiecie szkoła, zadania, brak weny i inne przeciwności losu...
Na szczęście kolejny rozdział mamy już dokładnie obmyślony :D
Życzymy miłego czytania ^^
Do zobaczenia
Wasze, S&S