Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

piątek, 29 listopada 2013

Rozdział 13

Wracaliśmy do Harry’ego, kiedy nagle zadzwonił telefon. Pokazałam gestem Adamowi, żeby ściszył radio i odebrałam.
- Panna Morgan?
- Tak… - odparłam podejrzliwie. Nie miałam pojęcia, kim jest mężczyzna po drugiej stronie.
- Doskonale się składa – ucieszył się. – Gdzie jesteście?
- Słucham…? – wykrztusiłam totalnie zdezorientowana. – Przepraszam, z kim rozmawiam? – otrząsnęłam się z szoku i w końcu zadałam pytanie, od którego powinnam zacząć.
- A… To Harry nie dzwonił? Nic, trudno. Potrzebuję waszej pomocy, ponoć jesteście w pobliżu – mówił dalej tak, jakbyśmy się znali od lat.
„Wariat” – pomyślałam, jednak nadal zachowałam spokojny ton głosu.
- Przepraszam, ale nadal się pan nie przedstawił…
- Jaki pan….? Dave jestem – mogłam się założyć, że wyszczerzył się do słuchawki. – To co? Wpadniecie? Mam dla was robotę, a Harry twierdzi, że macie wolny termin…
-Yyy… momencik… - zasłoniłam słuchawkę dłonią i zwróciłam się do reszty. – Słuchajcie, dzwoni jakiś wariat i twierdzi, że Harry go do nas odesłał ze sprawą… Co mam mu odpowiedzieć…?
- Spław – mruknęła Anna.
- Zaraz, zaraz… a jak ma na imię? – zainteresował się Adam.
- Dave.
- Nie znam – mruknęły jednocześnie dziewczyny.
- A mnie obiło się o uszy – odparł Adam. – Dasz mi go do telefonu?
Oddałam mu bez żalu słuchawkę. Rozmawiał chwilę, po czym mi ją oddał.
- Ok, kochanie – zwrócił się do Wer - skręcaj na zachód. Mamy robotę do wykonania.
***
Dave okazał się nie za wysokim, długowłosym facetem. Jego aparycja poniekąd pokrywała się z moją opinią, że nie jest do końca normalny psychicznie. Adam, który zrelacjonował nam pokrótce rozmowę, uprzedził nam, że Dave jest specyficzną osobą.
- Rodzice kiedyś z nim pracowali, jak byłem mały – odparł lakonicznie, kiedy zapytałyśmy skąd go zna. – Więc tylko kojarzę, że ktoś taki istnieje…
Dave powitał nas na podjeździe niewielkiego domku z garażem. Miał na sobie znoszoną skórzaną kurtkę i wystrzępione wyblakłe jeansy. Uśmiechnął się na nasz widok i rozłożył ramiona.
- Kochani… Jak dobrze was widzieć… - nim zdążyliśmy uciec, wyściskał nas wszystkich. – Harry bardzo was zachwalał…
- Mmm… w końcu jesteśmy fachowcami… - mruknęła Wer.
- Jesteś łowcą, tak…? – upewniłam się, bo kompletnie nie pokrywał się ze wzorcem łowcy jaki do tej pory sobie wypracowałam.
- Aaa… to musi być nasza kochana Alice… Ten jedwabisty głosik – uniosłam brwi, ale powstrzymałam się od komentarza. – Oczywiście, że jestem łowcą, choć nieco w stanie spoczynku. Zajmuję się raczej… zbieraniem informacji. Ale proszę, wejdźcie do środka.
Mieszkanie wyglądało nawet przytulnie, choć było nieco zagracone. Większą jego powierzchnię zajmowały się wszelkiej maści urządzenia elektroniczne.
- A, to moje małe centrum dowodzenia wszechświatem. Raczej nie dotykajcie, nie wszystkie kable są izolowane.
Odsunęłam się jak najdalej od sprzętu.
- Macie na coś ochotę? Kawa, herbata?
- Nie dziękujemy – odmówiła grzecznie Wer, chyba nie mniej oszołomiona ode mnie. Sposób bycia Dave’a kompletnie zbijał z tropu.
- No siadajcie, siadajcie… Skoro Alice już została rozpoznana, to strzelam, że dwie pozostałe damy to siostry Wilde, równie znane co ich rodzice… Tylko która jest która? – zainteresował się.
- Ja jestem Anna, a to Wer – odezwała się Ann. – A to Adam Ward, narzeczony mojej siostry.
- Proszę, proszę, miłość… cudowna sprawa…
- Ok, dowiemy się w końcu co to za robota? – powoli traciłam cierpliwość.
- Chodzi o moją znajomą – Dave nagle spoważniał. – Polowała w okolicy i od kilku dni nie mam kompletnie z nią kontaktu…
- Jaką sprawą się zajmowała? – zainteresowała się Wer.
- Badała sprawę dziwnych śmierci. Totalny mix. Wilkołak, duch i wampir, wszystko w okolicy. Cassie stwierdziła, że te sprawy są ze sobą powiązane, choć na to nie wyglądało. No i teraz jej nie ma…
Wyglądał na naprawdę załamanego. Musiało mu bardzo na niej zależeć…
- Jest ci bliska, prawda? – Ann widocznie doszła do takiego samego wniosku.
- Tak… ale nie w ten sposób, o którym myślicie. Jest dla mnie jak młodsza siostra… Ok, zajmiecie się tym?
- Tak, jasne – odparł Adam w imieniu nas wszystkich.
- Ok, to zaraz dam wam na nią namiary i jutro zaczniecie poszukiwania…
- Jutro? – zdziwiłam się.
- Tak, dziś przecież imprezujemy – odparł, wprawiając nas w jeszcze większe osłupienie.
- Jaka impreza? – wyjąkałam.
- Twoja urodzinowa! – zawołał i otworzył lodówkę pokazując nam ogromny czekoladowy tort. – Bez obawy, to nie ja piekłem…
Patrzyłam na niego osłupiała. Ja sama zapomniałam, że to dzisiaj… Ostatnio nie miałam głowy do takich rzeczy.
- Skąd wiedziałeś…? – udało mi się wykrztusić.
- Ja wiem wszystko, kochaniutka – puścił mi oko i wręczył nóż. – To co? Kroimy, czy będziemy tak stać…?
***
Kolejną rzeczą, której dowiedziałam się o Davie było to, że jeśli jakaś informacja jest w internecie, to się przed nim nie ukryje. Jeśli jej tam nie ma, również. On wiedział o nas wszystko! Gdyby nie to, że był jaki był, to zaczęłabym się go bać.
- Alice, czemu nie mówiłaś, że masz urodziny? – zapytała Wer, podchodząc do mnie.
- Bo zapomniałam – wyznałam zgodnie z prawdą. – Zresztą ostatnie urodziny, które świętowałam nie skończyły się zbyt pomyślnie…
- Dlaczego… A, tak. Racja, wspomniałaś… - zorientowała się Wer. – W każdym razie życzę ci wszystkiego najlepszego – przytuliła mnie i podeszła do Adama.
Nagle z głośników gruchnęła bliżej nieokreślona muzyka, a obok mnie zmaterializował się Dave.
- To co? Tańczymy?
- Ja nie umiem… - odparłam, ale było za późno.
- Umiesz, umiesz – nie zwracając uwagi na moje protesty pociągnął mnie na środek salonu i targał na wszystkie strony. W żadnym wypadku to nie przypomniało tańca.
Reszta włączyła się do zabawy. Paradoksalnie było to najlepsze przyjęcie urodzinowe, jak miałam. Może dlatego, że było całkowicie niespodziewane.
Nagle Adam wyszedł na zewnątrz przykładając do ucha telefon. Wer natychmiast ruszyła za nim. Po kilku minutach wróciła sama. Miała tak poważną minę, że Dave od razu wyłączył muzykę.
- Gdzie Adam? – zapytała Ann.
- Musiał jechać – westchnęła Wer. – Harry wpadł na trop demonów, które zabiły jego rodziców – odwróciła się i ruszyła na górę. Nam zresztą nie trzeba było więcej wyjaśnień.
Każde z nas przecież zrobiłoby to samo.

***&***

Dave był bardzo związany z Cassandrą, traktował ją jak siostrę. Jako, że wiedziałam jak to jest martwić się o rodzeństwo bardzo zaangażowałam się w tę sprawę. Na początek dostaliśmy zdjęcie, z którego spoglądała uśmiechnięta młoda dziewczyna z brązowymi włosami z wiśniowymi i fioletowymi pasemkami. Była dość ładna i miała śliczne brązowe oczy. Ze zdjęcia można było wywnioskować, że dziewczyna ma silny charakter. Oprócz tego Dave dał nam jej numer telefonu i adres mieszkania, wraz z kluczami. Postanowiłyśmy od razu przeszukać jej kawalerkę. Dom znajdował się na obrzeżach miasta i był mały, więc przeszukanie go nie zajęło nam dużo czasu. Nagle zadzwonił mi telefon.
- Cześć kochanie - usłyszałam w słuchawce głos Adama.
- Cześć, co słychać?
- A nic ciekawego. Dzwonię tylko, żeby ci powiedzieć, że sprawa się trochę skomplikowała i nie dołączę do was dziś.
- Nic się nie stało. Uważaj na siebie kochanie - odparłam.
- Też cię kocham - powiedział i się rozłączył.
Dziewczyny patrzyły na mnie wyczekująco. Nic nie powiedziałam tylko spojrzałam na materiał zebrany przez Cassie. Było tam kilka wycinków z gazet. W jednym artykule pisano o mężczyźnie rozszarpanym przez dzikie zwierze, a w innym o kobiecie, która udławiła się żyletką. Przypadki nie były powiązane, ale działy się w tym mieście i do normalnych nie należały.
- Trzeba zbadać sprawy, które badała Cassandra - stwierdziłam.
- To całkiem sensowny pomysł - stwierdziła Ruda, ale nadal patrzyła na mnie podejrzliwie.
- Mamy trzy dziwne sprawy, które się wcale ze sobą nie łączą - mruknęła Ann, bardziej do siebie niż do nas.
- Dzikie zwierze, połknięte żyletki i nakłucia na szyi - potwierdziłam.
- Wilkołak, duch i wampir? - zdziwiła się Alice.
- Raczej wątpię - stwierdziłam cierpko.
- Więc co?
- To musimy ustalić - wyjaśniła Ann.
Przebrałyśmy się w strój FBI i wraz z Ann poszłyśmy zobaczyć zwłoki. Alice została u Dava i pomagał mu znaleźć jakieś informacje w książkach lub internecie. Cassandra faktycznie miała rację, że coś te sprawy łączy. Każda miała w telefonie komórkowym, które otrzymałyśmy wraz z rzeczami osobistymi ofiar, małe płócienne woreczki z podejrzaną zawartością. Ukryłam je w staniku, bo mój strój niestety nie posiadał kieszeni i wróciłyśmy do Dave'a. Łowca bezbłędnie odkrył z czym mamy do czynienia. Winna okazała się czarownica. Musieliśmy tylko jeszcze odkryć kto nią był. Odkrycie pierwszej i jedynej podejrzanej osoby zajęło Dave'owi z zegarkiem w ręku trzy minuty. W tym czasie odkrył, że wszystkie ofiary znały niejaką Dianę Jackson. Zdążył też sprawdzić, że pracuje w pobliskim pubie i kończy za dziesięć minut zmianę.
- Jest coś czego nie wiesz? - spytałam zaskoczona.
- Bardzo mało informacji można znaleźć na twój temat.
- Cenię swoją prywatność.
- I bardzo dobrze, bo nie wiesz kiedy ktoś może coś wykorzystać przeciw tobie, zapamiętaj to - Dave zachowywał się dość dziwnie.
- Idziesz? - do pokoju weszła Alice.
Łowca spojrzał jeszcze na mnie znacząco.
- Już idę.
Postanowiłyśmy poczekać na Dianę w uliczce za pubem, przez którą musi przejść wracając do domu.


***&***

Kiedy usłyszałam kroki odetchnęłam głęboko i policzyłam do dziesięciu. Potem odsunęłam się od ściany, akurat kiedy kobieta skręciła w boczną uliczkę, więc stanęłam z nią twarzą w twarz. Wyrwał jej się cichy okrzyk zaskoczenia. Za jej plecami dostrzegłam cień, którym musiała być Wer.
- Przestraszyła mnie pani… - ponieważ nadal nie ustępowałam, próbowała mnie minąć, jednak zagrodziłam jej drogę. – Co pani robi?
- Musimy porozmawiać – odparłam spokojnie.
Odwróciła się, ale Wer pojawiła się nagle u wylotu uliczki. Kobieta obróciła się w moją stronę.
- Co tu się dzieje? – wyglądała na zdenerwowaną.
- Chcemy tylko wyjaśnić jedną sprawę – odparła Wer, przykładając jej do pleców pistolet.
- O co chodzi? – teraz była jedynie przestraszona. – Wezwę policję!
- Przestań… wiedźmo – warknęłam. – Jak powiesz dlaczego zabiłaś tych ludzi, to zapewnimy ci szybką i bezbolesną śmierć…
- Ale… o czym wy mówicie? O co tutaj chodzi? – wyjąkała.
- Nie udawaj – sarknęła Wer. - Żyletki? Atak wilkołaka? Lub wampira? Mówi ci to coś?
- Ja… dobrze. Wiem o co wam chodzi. Ale to nie ja… - westchnęła. – Jesteście łowcami, prawda?
- Brawo, gratuluje spostrzegawczości, wiedźmo – tym razem to ja sarknęłam. – Skoro nie ty, to kto?
- Myślę, że mógł to być… mój były mąż.
- Uważasz tak, bo…? – zapytałam.
- Bo parał się magią. Czarną magią. Dlatego od niego odeszłam…
Ponad jej ramieniem zerknęłam na Wer i kiwnęłam głową. Warto byłby jej posłuchać.
- Okej, zaprowadź nas do domu, to zweryfikujemy twoją prawdomówność. Jeżeli nie znajdziemy dowodów, to opowiesz nam o twoim mężu.
- Byłym mężu – poprawiła mnie. – Dobrze, zaprowadzę was. To niedaleko…
- Tylko bez sztuczek! – ostrzegła Wer, opuszczając nieco pistolet. Teraz celowała w kolana. – Lepiej żebyśmy nie znalazły u ciebie nic podejrzanego.
- Obiecuje, że nie znajdziecie nic gorszego niż preparat na mole… - odparła z godnością i ruszyła w dół uliczką.
 ***
- No dobra, nic tu nie ma – stwierdziłam oczywistość. W domu nie znalazłyśmy nic dziwnego poza kulkami naftaliny. To była jedyna rzecz, która mogłaby wzbudzić czyjekolwiek zainteresowanie. Poza tym dom był sterylnie czysty i urządzony bardzo minimalistycznie.
- Mówiłam – Diana posłała nam kwaśny uśmiech.
- Aha i przepraszam za tę wiedźmę… - mruknęłam. – Nie miałam na myśli nic złego…
- Cóż nie jestem taka pewna – mruknęła, ale uśmiechnęła się do mnie. – Dlaczego szukacie tej wiedźmy?
- Bo zabiła już trzy osoby w okolicy – wyjaśniła Wer. - A na dodatek zniknął łowca, który na nią polował.
- To ciekawe… - zmyśliła się Diana. - Nie zauważyłam w okolicy… A jak się nazywał?
- Nazywała – poprawiłam. – Cassandra Clark. Znasz ją? – zapytałam, bo zbladła nagle.
- To… to moja kuzynka. Mówicie, że zaginęła?
- Spokojnie, na pewno nic jej nie jest – uspokoiła ją od razu Ann, która dołączyła do nas, gdy Diana prowadziła nas do swojego domu.
- To… to na pewno sprawka mojego męża – mocno zacisnęła usta. – Nie wiedziałam, że posunie się do takich rzeczy…
- O co chodzi? – zapytała Wer.
- Byliśmy małżeństwem przez siedem lat, kiedy odkryłam, że zajmuje się magią – wyjaśniła Diana. - I to taką niezbyt bezpieczną. Powiedziałam mu, że jeśli tego nie rzuci to odejdę. Jednak to było dla niego ważniejsze niż ja…
- Nadal go kochasz – zauważyłam. To było widać.
Nie odpowiedziała. Odpowiedź była oczywista.
- Arthur na początku nie przejął się moim odejściem, ale potem zaczął do mnie wydzwaniać, pisać. Musiałam zmienić numer telefonu, maila, adres… wszystko. Uciekłam, ale w końcu mnie znalazł. Myślę, że te zabójstwa… one miały zwrócić moją uwagę, miały być groźbą. Ale mnie nie było wtedy w mieście, więc wiadomość dotarła do mnie z opóźnieniem. Nie zadziałało, ale tajemnicze morderstwa zainteresowały Cassie…
- A twój eks doszedł do wniosku, że ukochana kuzynka to doskonały materiał na szantaż… - dokończyłam.
- Właśnie. Cassie jest dla mnie jak siostra, choć widzę jak słabo ją znam. Nie miałam pojęcia, że jest łowcą, nigdy mi o tym nie mówiła. Podobnie jak dopiero nie dawno dowiedziałam się o jej specyficznych zainteresowaniach…
- Zainteresowaniach? – zdziwiła się Wer.
- Nieważne – zbyła pytanie Diana. – Znajdziecie ją?
- Znajdziemy – obiecała Ann. – A Arthurowi wybijemy z głowy takie podłe szantaże.
- Dziękuję – odpowiedziała kobieta.
Ann i Wer ruszyły do wyjścia. Diana zatrzymała mnie w progu.
- Bardzo zależy mi na tym, aby Cassie nic się nie stało, ale… Nie róbcie mu krzywdy, dobrze? – poprosiła cicho.
- Miłość ma wielką moc – odparłam – ale rzadko ma moc zmieniania złych ludzi w dobrych. Nie ty jedna wierzysz, że masz szansę go zmienić swoją dobrocią…
- Proszę… On…
- Zobaczę, co da się zrobić – obiecałam, choć nie byłam pewna czy dam radę dotrzymać obietnicę.

***&***

Wymyśliłyśmy, że najlepiej jeśli Diana zadzwoni do Arthura i zaproponuje mu rozmowę. Nie był to głupi pomysł, ale nie był też do końca bezpieczny. Czekałyśmy przyczajone, aż przekroczy on próg domu Diany. Wtedy rzuciłam się na niego, a on przyłożył mi pięścią z sygnetem w twarz i polała się krew. Rozciął mi brew, ale ja się nie poddałam i obezwładniłam go, a potem dziewczyny pomogły mi go związać.
- Gdzie jest Cassie? - zapytała Diana drżącym głosem.
- Nic jej nie jest, siedzi zamknięta w bagażniku.
- Zaraz wracam - mruknęła Ann i wyszła.
Zapewne poszła wyciągnąć Cassie z bagażnika.
- Czemu to robisz? - spytała Diana.
- Bo chce byś wróciła - Arthur zaczął się miotać na krześle.
- Powiedziałam ci już co musisz zrobić - mruknęła.
Arthur szepnął coś Dianie na ucho, a ta go rozwiązała.
- Co ty wyprawiasz! - wrzasnęła na nią Ruda.
- Dogadaliśmy się - puściła do niej oczko i pocałowała Arthura.
W tym momencie do pokoju weszła Ann z Cassandrą. Diana od razu przytuliła zdezorientowaną kuzynkę.
- Ty skurwielu! - warknęła tylko ta w kierunku Arthura i wyszła.
Poszłam za nią. Dreptała w kierunku bazy Dave'a.
- Może cię powieść? - spytałam.
- Z chęcią - muszę przyznać, że ślicznie się uśmiechała.
Wsiadłyśmy do Impali i nie czekając na dziewczyny ruszyłam. Cassandra podkręciła radio, kręciła nas ta sama muzyka. Jazda nie zajęła nam długo. Dave bardzo wylewnie powitał Cassie.
- Jesteś śliczna - mrugnęła do mnie.
- Cassie - zbeształ ją Dave, a ja niezbyt ogarniałam o co chodzi.
- No co? - oburzyła się. - Jak ty powiesz komplement komuś kto ci się podoba to jest dobrze, a ja nie mogę?
W tym momencie skapowałam o co chodzi.
- Mam chłopaka - skwitowałam.
- Zadzwoń jak zerwiecie - zażartowała Cassie.
- Z chęcią - puściłam do niej oczko i przytuliłam na pożegnanie.
Później jeszcze tylko zgarnęłam dziewczyny i ruszyłam w drogę do Harry'ego.
*********************************************************************************
Przepraszamy za taką krótką notkę, ale (jak zwykle trzeba się tłumaczyć, bo jesteśmy winne):
1) Tym razem plan wydarzeń rozdziału tworzyła Szal i średnio to przypadło do gustu Szur, która Was za to bardzo przeprasza.
2) Rozpoczął się sezon Skoków Narciarskich, Puchar Świata i te sprawy, co jak to zwykle bywa powoduje u Szur objawy zbliżone do choroby psychicznej.
3) Wena Szal zaginęła w akcji, a Wena Szur ma humory i ciągle zmienia obiekt zainteresowania.
Bardzo serdecznie przepraszamy, S&S

niedziela, 3 listopada 2013

Rozdział 12

- I jak się czujesz?
- Całkiem nieźle – Jack poklepał się po temblaku i uśmiechnął się do mnie szeroko. – A co dla mnie masz?
Minęły dwa dni od naszego polowania na wampiry i Jack nadal dochodził do siebie po bliskim spotkaniu z Angeliką. Udawałam, że nie widzę jego spojrzeń i uśmiechów, ale w końcu musiałam przyznać, przynajmniej sama przed sobą, że nie jest mi tak obojętny jak bym chciała…
- Magiczny rosół Harry’ego – postawiłam miskę na stoliku i usiadłam obok niego na kanapie.  – Jak zjesz, to zmienię ci opatrunek.
- Praktyczniej byłoby to zrobić najpierw… Będziesz mnie karmić?
- Znowu…? – westchnęłam. – Myślę, że dasz już radę…
- Ale ja nie chcę dawać sobie rady – uśmiechnął się do mnie łobuzersko i przyciągnął do siebie.
Wywinęłam się i chwyciłam miskę.
- Nie gadaj tylko jedz…
Posłusznie wykonał polecenie, ale kiedy pochyliłam się żeby odłożyć miskę pociągnął mnie na swoje kolana.
- Co ty…? – nie dał mi dokończyć.
- …wyprawiasz? – zapytałam po chwili lekko zakłopotana. Już drugi raz znienacka mnie pocałował…
- Nie widać?
Odwróciłam wzrok.
- Nie obiecuj sobie zbyt wiele. Ja… ja nie potrafię…
- No dobra – odwrócił mnie w swoją stronę. – Czy jestem dla ciebie za stary?
- Nie. Nie robi mi to różnicy, dopóki nie jesteś starszy od mojego ojca…
- Czy moja aparycja cię odstręcza?
- Wręcz przeciwnie – westchnęłam.
- Czy którakolwiek z moich cech charakteru cię odpycha?
- Oprócz natręctwa? Nie.
- Więc jak on ma na imię? – zapytał niespodziewanie.
Jego pytanie tak mnie zaskoczyło, że aż odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- Roger.
- I?
- I nic – burknęłam.
- Właśnie – uśmiechnął się szeroko i znów mnie do siebie przyciągnął.
Tym razem nie protestowałam. Przecież…żyje się tylko raz, prawda?
***
Obudziłam się z głową na ramieniu Jacka. Musiałam zasnąć, kiedy przeglądaliśmy wieczorem gazety w poszukiwaniu jakiejś roboty. Jego ramię już prawie się zagoiło i lada dzień mieliśmy ruszyć do akcji. Szybki rzut oka na zegar powiedział mi, że jest już prawie rano.
- Jak się spało?
- Za dobrze… Miałam ci zmienić opatrunek…
- To nie ważne – bawił się moimi włosami. To było takie… urocze.
- Poświęciłaś się, żeby nie zatruć mu życia – zauważył nagle po chwili milczenia.
- Możliwe, że to tak wygląda z boku… - westchnęłam. – Ale prawda jest głębsza. Przyjaźniliśmy się od dziecka, wiec był przypomnieniem tego, co ja musiałam dawno temu porzucić. Był wyrzutem sumienia po śmierci Lisy. Byłby nieustanną obawą. Byłby ultimatum dla pierwszego napotkanego demona. Byłby ciągłym wrażeniem, że zniszczyłam mu życie… To idealne życie, które ja musiałam porzucić…
- …bo jesteś łowcą – dokończył, odgarniając mi włosy za ucho. – A łowca może być szczęśliwy tylko z łowcą.
Pocałował mnie w szyję i przysunął mocniej do siebie. Zaplotłam mu ręce na karku i poddałam się pieszczotom.
Jego pocałunki były coraz bardziej sugestywne, a moje opory wydawały się coraz mniej podstawne, kiedy nagle drzwi otworzyły się gwałtownie i Ann wpadła do środka.
- Macie coś…? – zatrzymała się gwałtownie w drzwiach i stanęła jak zamurowana.
- Same nudy – Jack kompletnie niespeszony, wysunął palec spod ramiączka mojego stanika, które strzeliło z cicha. – Myślę, że nie powinniśmy wybrzydzać, więc jak wpadniecie na trop jakiegoś ducha to też dajcie nam znać, ok?
- Jasne… - Ann wycofała się szybko i zamknęła za sobą drzwi.
- Czy to była aluzja? – zapytałam.
- Absolutnie – odparł, bawiąc się brzegiem mojej bluzki. – Ślicznie wyglądasz, kiedy się rumienisz…
- Nie jestem przyzwyczajona…
- Żyje się raz, pamiętasz? – przerwał mi, kładąc palec na ustach. – A ja bardzo bym chciał, żeby to twoje życie działo się gdzieś blisko mojego… Mówię serio – dodał, widząc, że chyba mu nie dowierzam.
- Łowcy nie tworzą szczęśliwych związków…
- A Adam i Wer? A Anna i Robbie? Co zawsze chcesz być outsiderem?
- Chcę pamiętać kim naprawdę jestem – odparłam.
- Łowcą, kochanie, łowcą – pocałował mnie w czoło. – A ja, dopóki będę w pobliżu, nie pozwolę cię skrzywdzić. Bo właśnie tego ci w tym życiu brakuje, prawda? Poczucia bezpieczeństwa.
- I normalności – zgodziłam się. – Zwykłej, codziennej normalności.
- Więc czemu się przed nią bronisz? – tym razem pocałował mnie w nos.
- Bo to nie jest moja normalność…
- Ale może być – pocałował mnie delikatnie, a ja pomyślałam, że to wcale nie głupi pomysł. Że może dam radę…
Może dam radę być szczęśliwa?
***
Telefon zadzwonił, kiedy wspólnie jedliśmy śniadanie. Za każdym razem, kiedy moje spojrzenie krzyżowało się ze wzrokiem Ann, któraś z nas szybko odwracała wzrok. Do Wer musiała już dotrzeć jakaś informacja, bo uśmiechała się do mnie dziwnie.
- Halo? Matt? Gdzie jesteś? – Jack uciszył nas gestem. – W Japonii?! No jasne, wiem… Ale tak zaraz…? Wiesz ile będzie trwać podróż? Jacyś łowcy…? Jak się nazywali? No, dobra… ale… Nie, nic takiego… Po prostu… Dobra, wiem, obiecałem. Nic, będę jak tylko złapię jakiś samolot, ok?
Odłożył telefon na stół i westchnął ciężko.
- Dzwonił mój kumpel. Jest w Japonii i potrzebuje pomocy. Jakaś plaga shojo… Mówił strasznie chaotycznie, zwłaszcza, że dwóch łowców, którzy mu pomagali, nagle zniknęli – podniósł wzrok i spojrzał na Robbiego. – Ci łowcy to twoi bracia.
***
Było jasne, że pojedzie. Robbie. Jego dwaj starsi bracia zniknęli tajemniczo w Japonii, jak mógłby nie jechać?
A Jack? Jack obiecał kiedyś swojemu kumplowi, że mu pomoże, choćby nie wiadomo co. Tym „nie wiadomo co” byłam w tym wypadku ja.
- Nie pojechałbym, gdyby nie to, że… Matt kiedyś uratował mi życie. Jestem mu to winien…
- Rozumiem… - westchnęłam, podając mu pistolet. – Takie jest życie łowcy – bardzo nie chciałam by zabrzmiało to ironicznie, ale niestety nie udało mi się.
- Wrócę tak szybko jak się da – podszedł do mnie i wziął mnie w ramiona. – Tylko nie oglądaj mi się za jakimiś facetami, ok?
- Jasne, pobawię się w Penelopę luby Odysie – uśmiechnęłam się i pocałowałam go w policzek. – Uważaj na siebie. I na Robbiego też. Niech nie robi głupot.
- Martwisz się o niego jak o brata – zauważył.
- Ann, Wer, Adam, Robbie, Harry… Teraz to oni są moją rodziną. Bo innej już nie mam – westchnęłam.
- Obiecuję ci, że wrócę – przyciągnął mnie do siebie i ostatni raz pocałował.
Nie wyszłam na podjazd. Patrzyłam jak dołącza do Robbiego, który właśnie żegnał się z Anną.
„Co jak co, ale do facetów to ja szczęścia nie mam” – westchnęłam w myślach –„Albo to ja ich muszę zostawić, albo oni mnie. Pytanie tylko, co jest gorsze…”
Gdzieś w głębi duszy wiedziałam, co było dla mnie gorsze. Ale teraz za nic bym się do tego nie przyznała…

***&***

Ann stała przy samochodzie Jacka i wtulała się w Robbiego. Czułam się jak intruz, tak podglądając ich zza firanki. Chłopak patrzył tępo w przestrzeń za moją siostrą, gładząc ją po plecach. Na tyle na ile go poznałam, wiedziałam, że bez ważnego powodu nie zostawiłby Ann. Usłyszałam, że Jack właśnie wychodzi, więc również ruszyłam na podwórko.
- Wrócę do ciebie - Robbie pocałował Ann.
- Kocham cię - powiedziała moja siostra i wręczyła mu mały srebrny sztylet, który dostała ode mnie na dziesiąte urodziny.
Nie był to jakiś tam sztylet, był on przekazywany przez łowców, wręczało się go komuś na kim bardzo ci zależało, to duży zaszczyt otrzymać go. Adam dał mi go, kiedy miałam dziesięć lat, stara zasada mówiła, że nie można go przetrzymywać.
- Kocham cię i nie przestanę - chłopak pocałował Ann ostatni raz i wsiadł na miejsce pasażera.
Jeszcze chwilę patrzyłam za znikającym samochodem. Moja siostra usiadła na tarasie.
- Przykro mi - powiedziałam.
- Wiesz, byłam gotowa na to, że jak to łowca zginie gdzieś po drodze, więc łatwiej mi się pogodzić z taką stratą. Najważniejsze, że żyje - uśmiechnęła się.
- Tak, to najważniejsze.
- Wiem, że to nie najlepszy moment, ale dzwonił Steven - Harry pojawił się w drzwiach.
- Co chce? - skojarzyłam, że to musi być jakiś łowca.
- Załatwia robotę, ale znalazł coś czym aktualnie nie może się zająć.
- Zaraz przyjdziemy - powiedziała Ann.
Harry tylko kiwnął głową.
- Dasz radę? - spytałam siostrę.
- Mhm...
Wstała i poszłyśmy do środka. Alice jak zwykle krzątała się w kuchni, a Harry spisywał coś na kartce, rozmawiając przez telefon. Kiedy tylko nas zobaczył, pożegnał się i rozłączył.
- Trzy zgony, w przeciągu miesiąca - zaczął bez owijania w bawełnę.
- Coś szczególnego? - zapytała Alice, wchodząc do salonu z kanapkami.
Ruda wyglądała na rozkojarzoną po odjeździe Jacka. Nie umiałam się pozbyć wrażenia, że miedzy nimi coś było lub nadal jest. Ogarnęłam swój chaos w głowie i skupiłam się na słowach Harry'ego.
- Nie ma powiązań miedzy ofiarami, z wyjątkiem śmierci.
- Jaka to była śmierć? - spytałam.
- Wygląda to na rozszarpanie przez dzikie zwierzę.
- Wilkołak? - spytała Ann.
- Z ciał ofiar nic nie zniknęło, jeśli można to tak nazwać.
- Okey. Wyjedziemy rano? - spytałam.
Ann kiwnęła głową.
- To ja idę do siebie.
Zostawiłam za sobą całe zamieszanie panujące w salonie i poszłam na górę. Nie lubiłam siedzieć bezczynnie, za dużo wtedy myślałam, dlatego ucieszyła mnie wiadomość o tej robocie. Poszłam wziąć prysznic. Stałam pod strumieniami ciepłej wody, śpiewając, ładnych parędziesiąt minut. Kiedy wyszłam, owinięta tylko w ręcznik, Adam czekał na mnie na łóżku. Poklepał miejsce obok siebie. Podeszłam do drzwi i zamknęłam je, a później usiadłam obok Adama. Chłopak pocałował mnie namiętnie i zsunął ręcznik...
***
Leżałam wtulona w Adam i nuciłam Unforgiven. Chłopak oddychał miarowo i głaskał moje plecy.
- Co cię gryzie? - zapytał nagle.
- Nic - skłamałam i, nim zdążył coś odpowiedzieć, pocałowałam go.
Co niby miałam mu powiedzieć? Że martwi mnie nieuchronność przeznaczenia? A może, że miewam koszmary, a jakaś martwa wieszczka powiedziała wprost, że schrzanię sobie i innym życie? Nie, jestem łowcą i muszę myśleć jak łowca. Moje problemy, to moje problemy i kropka. Nikomu nie muszę się zwierzać i tak będzie lepiej. Spojrzałam na zegarek i niechętnie wygramoliłam się z łóżka. Adam obserwowała jak zakładam zwykłe jeansy, czarny T-shirt i zieloną koszulę, a później jak wiążę włosy w kucyk, cały ten czas nie odezwał się ani słowem.
- Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim - powiedział w końcu.
Kiwnęłam głową, przerzuciłam przez ramie jasnobrązową kurtkę i ruszyłam do drzwi.
- Kocham cię - Adam ruszył za mną.
- Wiem - pocałowałam go i zostawiłam w pokoju.
W kuchni Alice już przyrządzała śniadanie. Tym razem naleśniki, a nie, jak to u łowców bywa, jajecznicę.
- Hej - przywitałam się. - Pomóc ci?
- Hej. Możesz zanieść talerze i rozłożyć je na stole.
- Powinnaś powiedzieć, że nie potrzebujesz pomocy - sarknęłam.
- Było nie pytać - pokazała mi język.
Cieszyłam się, że Alice tak dobrze znosi rozstanie z Jackiem. A może tak dobrze maskuje uczucia? Nie byłam pewna, to Ann zawsze umiała odczytywać nastroje, nie ja. Z każdym dniem miałam coraz większe wrażenie, że jestem zupełnie niepotrzebna i nieużyteczna. Nawet nie wiem kiedy przy stole pojawił się Harry, Adam i Ann. Rozmawiali o robocie, ale ja nie umiałam się na tym skupić. Postanowiliśmy wyruszyć zaraz po śniadaniu.

***&***

- Gotowa? – zapytała Wer otwierając drzwi do Impali.
Kiwnęłam głową i wpakowałam się na tylne siedzenie. Ann usiadła obok mnie, a Adam z przodu. Wer oczywiście prowadziła.
- W porządku, Ann? – zapytałam półgłosem, kiedy ruszyliśmy. Z głośników rozlegały się dźwięki rocka.
- Tak, ok – odparła, jednak po jej głosie było słychać, że się martwi. – A ty?
- Co ja?
- Nie udawaj. Ty też zostałaś słomianą wdową…
Zagryzłam wargę i odwróciłam wzrok do okna. Bardzo nie chciałam, żeby ktokolwiek zobaczył mój wyraz twarzy. Bardzo nie chciałam, bo nie miałam pojęcia co wyraża. Skąd miałabym wiedzieć, skoro sama gubiłam się w swoich uczuciach…?
- Wróci – próbowała pocieszyć mnie Anna.
- Wiem – westchnęłam i wspomniałam pożegnanie z Harrym.
- Zacznijcie od wdowy, ale wątpię byście się czegoś od niej dowiedzieli – po raz setny powtarzał nam Harry. Po kilku ostatnich akcjach był nieco nadopiekuńczy. Może dlatego, że co rusz wracaliśmy w opłakanym stanie. Moja noga, ramię Jacka, wcześniej zmaltretowana Wer i pokaleczony Adam… Nic dziwnego, że się o nas martwił. Można by pomyśleć, że jesteśmy amatorami.
- Tutaj macie adres. I odznaki FBI. I…
- Harry… Damy sobie radę – westchnęła Wer. – Nie jesteśmy małymi dziećmi. Chodźcie, zanim zacznie nam tłumaczyć, jak naładować pistolet… - odwróciła się w kierunku auta.
- Alice, poczekaj chwilę – zatrzymał mnie Harry i odciągnął nieco na bok, poza zasięg wzroku pozostałej trójki zgormadzonej już przy Impali.
- Alice.
- Tak, Harry? – niechętnie podniosłam wzrok.
- Jack…
- Wiem, Harry. Już mi to mówiłeś. Ale ja muszę uczyć się na własnych błędach i proszę pozwól mi na to. Ja nie wiem, czy robię dobrze, ale prawdę powiedziawszy nie wiem, co powinnam robić…
- Alice – przerwał mi. – Ja wcale nie o tym chciałem ci powiedzieć.
- A o czym? – zdziwiłam się. Myślałam, że znowu będzie mnie przed nim przestrzegać.
- Znam Jacka od lat i wiem, że nie da się wykończyć byle pijanemu duchowi. I że na pewno wróci. Bo pierwszy raz w życiu widziałem, by jakaś dziewczyna zawróciła mu w głowie na dłużej niż dwa dni. By jakakolwiek dziewczyna zawróciła mu w głowie, bo zazwyczaj jest zupełnie na odwrót. A skoro ci się to udało to musi coś znaczyć… A wierz mi, że znam go bardzo dobrze. Więc głowa do góry, maleńka i czekaj na swego rycerza…
- Nie pocieszyłeś mnie Harry… - westchnęłam i odwróciłam się do Wer stojącej koło Impali i krzyczącej, że jeżeli zaraz się nie ruszę, to odjedzie beze mnie.
- Alice…
- Do zobaczenia, Harry.
- Uważaj na siebie, dziecino.
- Alice?
- Wybacz, Ann. Zamyśliłam się… Chyba lepiej będzie, jeśli się zdrzemnę.
- Możesz spać spokojnie – wtrącił się Adam. – Będziemy najwcześniej za trzy godziny.
- Zatem dobranoc.
- Dobranoc – odpowiedzieli, a ja ułożyłam się do snu.
***
- Alice, wstawaj!
Przeciągnęłam się, czując, że mój kręgosłup nigdy nie będzie już prosty. Wer stała już zwarta i gotowa na chodniku przed dużą ładną willą.
- To tutaj?
- Nie, tak tylko się zatrzymałam, bo spodobał mi się ogródek – sarknęła. – Nie zadawaj głupich pytań.
- Sorry, jeszcze śpię – ziewnęłam i poklepałam się po kieszeniach. – Agentko?
- Nie tym razem. Idę z Adamem do prosektorium, a wy wypytajcie wdowę – poleciła nam Wer i odwróciła się na pięcie. – Nasz motel nazywa się „Złoty albatros”
- Ale albatrosy nie są złote… - wymamrotałam jeszcze nieco rozespana i odwróciłam się do Ann. – A która tak w ogóle jest godzina?
- Po osiemnastej. Rusz się, agentko Holmes.
- Jasne, Watson – mruknęłam i zadzwoniłam do drzwi, które po chwili otworzyła elegancko ubrana kobieta.
- Pani McFlatter?
- Tak, to ja – kiwnęła głową. Miała na sobie czarny żałobny kostium, a przyprószone siwizną włosy miała spięte w kok. Słowem, wyglądała jak typowa nauczycielka matematyki. - W czym mogę pomóc?
- Agentka Watson, agentka Holmes, FBI – przedstawiła nas Ann. - Chciałyśmy zadać pani kilka pytań o męża…
- Proszę wejść.
Usiadłyśmy na kanapie w salonie, a kobieta usadowiła się w fotelu naprzeciw.
- Ładny dom – zauważyłam. – Czy pani mąż miał wrogów?
- Nie, nie sądzę. To znaczy odkąd zaczęło mu się lepiej powodzić w firmie obawiałam się, żeby nie popadł w jakieś kłopoty, ale wszystko było bez zarzutu – nerwowo poprawiła obrusik na stoliku. – Jedynie co, to przez ostanie miesiące był bardzo nerwowy…
- Mówił pani dlaczego? – pytałam dalej.
- Nie. Pytałam, ale twierdził, że to po prostu zmęczenie i kłopoty w pracy. Ale nie wierzyłam mu. Odkąd 10 lat temu został prezesem, firma prosperowała wyśmienicie, nigdy nie mieli żadnych kłopotów. Wszystkie kontrakty kończyły się sukcesem, zyski były ogromne, pracownicy zadowoleni, klienci napływali falami… Był wybawieniem dla tej firmy. Bez niego pewnie niedługo by splajtowała. Nie było nic, czym mógłby się martwić. Dlatego zaniepokoiło mnie to… Jak widać moje obawy były słuszne…
- Niewątpliwie… - powiedziałam ze współczuciem. – Może mi pani powiedzieć, jak dowiedziała się pani o jego śmierci…?
- Zadzwonił, że wróci o dwudziestej drugiej, ale kiedy o północy nadal go nie było, zadzwoniłam do biura. Nie odbierał, więc kiedy nie wrócił przez następną godzinę pojechałam do firmy i znalazłam go w jego gabinecie… - urwała i wyciągnęła haftowaną chusteczkę do nosa. – Cały gabinet był w jego krwi – dodała ciszej, kiedy już się uspokoiła. – Potem zadzwoniłam na policję…
- Dobrze, dziękujemy pani bardzo… - zaczęłam się podnosić. Widziałam, że w tym stanie nic pożytecznego już nam nie powie.
- Chwileczkę – odezwała się nagle Ann. – Mówiła pani, że 10 lat temu pani mąż został prezesem… Jaką funkcję pełnił wcześniej w firmie?
Kobieta spojrzała na nią zaskoczona.
- To… niesamowite, ale wcześniej był jedynie… sekretarzem. Umawiał spotkania, odbierał telefony… miał mnóstwo zajęć, ale głównie nieistotnych. Tym bardziej cieszy mnie jego sukces.
- A pani? – zapytałam. – Pani również pracowała?
- Tak, jako pomoc domowa – odwróciła wzrok. – Kiedy zaczęło nam się lepiej powodzić przestałam pracować i zaczęłam dorabiać pisując artykuły do pism dla kobiet…
- Dobrze, dziękujemy bardzo… I jeszcze raz składamy szczere kondolencje – dodałam, a kobieta odprowadziła nas do drzwi.
Milczałyśmy chwilę, a kiedy oddaliłyśmy się na bezpieczną odległość, Ann nie wytrzymała.
- Serio? Sekretarz został prezesem? A pomoc domowa mieszka w willi wielkości dwóch boisk piłkarskich nie licząc ogromniastego ogrodu?
- Cóż, fart – mruknęłam.
- A firma? Same sukcesy? Zbyt piękne, by było prawdziwe, nie sądzisz?
- Jeszcze nie wiem co sądzę – mruknęłam, bo coś nie dawało mi spokoju. – Dzwoń do Wer, jestem ciekawa, czego się dowiedzieli…
Ann zamruczała coś pod nosem, ale wyciągnęła komórkę. Oddaliła się kilka kroków, a kiedy wróciła miała nietęgą minę.
- Mówią, że nic poza tym co mówił Harry. Wygląda jakby go rozszarpało jakieś dzikie zwierzę, serducho na miejscu inne narządy zresztą też, chociaż ciężko tu mówić o jakimś miejscu, bo jego wnętrzności zmieniły się w mięsną sałatkę…
- Uch, właśnie to sobie wyobraziłam… - skrzywiłam się. – A coś charakterystycznego? Siarka? Ektoplazma? Upuszczona krew?
- Nic. Może to rzeczywiście były jakieś dzikie zwierzęta…? – zapytała bez przekonania.
- Najbliższy las jest 15 mil od jego biura. Szczerze wątpię. Wer mówiła coś jeszcze?
- Spotka się z nami w motelu o 21, bo chcą jeszcze dla pewności popytać o dzikie zwierzątka. Tak dla pewności…
- Jasne – kiwnęłam głową. – Chcesz coś zjeść…?
- Mmm, umieram z głodu.
Siadłyśmy w jakiejś knajpce i zjadłyśmy po burgerze. W motelu, który niczym nie różnił się od innych wymieniliśmy informacje, jednak nie doszliśmy do żadnych konstruktywnych wniosków. Z postanowieniem, żeby następnego dnia poszperać standardowo w bibliotece, rozeszliśmy się do łóżek.
Kiedy już zagrzebałam się w cieplutkiej pościeli, komórka zawibrowała informując mnie o przyjściu SMSa.
„Dobranoc, księżniczko. Karaluchy do poduchy, a szczypawki do zabawki :*"
Uśmiechnęłam się do ekranu i z obrazem ślącej całusy emotikonki przed oczami, zasnęłam.

***&***

Z rana postanowiłyśmy iść do baru coś zjeść, a przy okazji posłuchać plotek. Ta... plotki to idealne źródło informacji, bez cenzury, skrótów i ułagodzeń. Ludzie po prostu są bezlitośni. Adam w tym czasie poszedł na policję, dowiedzieć się czegoś. Usiadłyśmy na rozwalającej się kanapie. Podszedł do nas na oko dwudziestoletni chłopak.
- Co podać? - zapytał z rozbrajającym uśmiechem.
Ann spojrzała na niego i zamrugała zdezorientowana.
- Hamburger z podwójnym serem - powiedziałam.
Chłopak zanotował coś w notesie.
- Tortille - powiedziała Alice, nie odrywając oczu od telefonu, do którego się dziwnie uśmiechała.
- Okey. A dla ciebie ślicznotko? - chłopak puścił oczko do Ann.
- Jestem Ann.
- Paul - chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej, a myślałam, że to już niemożliwe.
- Wezmę sałatkę z kurczakiem.
Chłopak napisała coś szybko na kartce i wyrwał ją.
- Już się robi, a tu masz mój numer.
Odszedł w kierunku baru i zniknął w kuchni.
- Co to było? - zapytała Alice.
- To się nazywa flirt - rzuciłam od niechcenia.
- Wiem jak to się nazywa. A Robbie?
- Co cię to obchodzi?! To moja sprawa!
Ann wściekła się i przeniosła na drugi koniec knajpki.
- Dzięki - warknęłam.
- Tolerujesz to?
- To jej życie.
Wtedy z kuchni wyszedł Paul i przyniósł mi hamburgera, a Alice tortille. Następnie ze zdezorientowaną miną poszedł na drugi koniec, aby postawić przed Ann sałatkę. Następnie usiadł obok niej i ją przytulił. Nie musiałam tam być, aby wiedzieć, że moja siostra płacze.
- Patrz co zrobiłaś! - warknęłam wściekła na Alice.
Zabrałam swojego hamburgera, zapłaciłam za niego w barze i poszłam do auta. Po jakichś dziesięciu minutach przyszła Ann. Miała lekko zaczerwienione oczy.
- Kocham Robbie'ego - powiedziała lekko drżącym głosem.
- Wiem - odparłam.
- Paul trochę go przypomina. Ma podobne podejście do życia i takie same lekko bezczelne spojrzenie. Stwierdziłam, że dobrze mieć kogoś z miejscowych po naszej stronie.
- Nie musisz się tłumaczyć - przytuliłam ją.
- Czekaj, dostałam smsa.
Odsunęłam się, a Ann wyjęła jedną ze swoich komórek.
- Robbie pisze, że sprawa jest dość skomplikowana, ale postara się wrócić jak najprędzej i mnie kocha - streściła na głos Anna. - Odpiszę, że tęsknię i też go kocham.
***
Nie czekałyśmy na Alcie, tylko pojechałyśmy pod motel, gdzie czekał Adama.
- Nic nowego - powiedział od razu.
- U nas też - pocałowałam go.
Coś mi się wydaje, że nasz związek zaczyna przypominać marną komedię romantyczną.
- Ann, co się stało? - Adam też zauważył zaczerwienione oczy mojej siostry.
- Pokłóciłam się z Rudzielcem.
- Nie słuchaj jej, ona jest dziwna.
Właśnie miedzy innymi to kochałam w Adamie, empatię.
- Dzięki - usłyszałam za sobą zgryźliwy głos Rudej.
- Ann, przepraszam. To twoje życie i powinnam mieć je gdzieś - powiedziała Alice.
- Spoko - odparła Ann i poszła do motelu.
Alice ruszyła za nią. Adam pocałowała mnie namiętnie.
- Może mała przejażdżka? - zaproponował.
Kiwnęłam głową, a po chwili już jechaliśmy na jakieś odludzie. Adam zaparkował w pobliżu lasu i wyjął butelkę Jacka Danielsa. Napił się łyczka i podał mi.
- Kocham cię - wymruczałam i zdjęłam z niego koszulę.
- Nigdy mi się to nie znudzi - odparł i zabrała się za zdejmowanie ze mnie ciuchów.

***&***

Naprawdę nie chciałam zranić Ann. Czasem powinnam się ugryźć w język. Ale kiedy widziałam jak flirtuje z Paulem, tym silniej dopadły mnie wątpliwości. Chwilę wcześniej rozmawiałam z Jackiem, który…
Tak naprawdę nie wiedziałam, co do niego czuję. Bałam się, że jest po prostu substytutem…
Substytutem Rogera.
Dziewczyny nie zaczekały na mnie i pojechały do motelu, więc powałęsałam się nieco po mieście. Próbowałam dowiedzieć się czegoś w naszej sprawie, ale nie trafiłam na nic ciekawego. Jedyną zastanawiającą rzeczą było to, że było to miasto ludzi sukcesu. Dobrze prosperujące firmy, wybitni malarze, piosenkarze, aktorzy… Niesamowite historie miłosne rodem z bajki, nagłe bogactwa… Coś mi tu śmierdziało, ale nie wiedziałam co. Postanowiłam wrócić do motelu gdzie zostawiłam dziennik mamy i porządnie go przewertować.
Wpadłam na nich przed motelem, akurat kiedy o mnie rozmawiali. Przeprosiłam Ann, a Wer z Adamem zmyli się gdzieś. Wolałam nie wnikać gdzie i w jakim celu. Zasadniczo domyślałam się w jakim, ale to naprawdę była ostatnia rzecz, która była w centrum mojego zainteresowania.
- Raz jeszcze cię przepraszam, Ann - powiedziałam, kiedy zostałyśmy same. - Ja po prostu... Sama mam problem...
- Spoko, nie musisz się tłumaczyć... Masz coś ciekawego? - zapytała Ann.
- Nie, tylko same sukcesy... Właśnie miałam sprawdzić... - w tym momencie zadzwonił mój telefon.
- Tak? – zapytałam, nie patrząc nawet na wyświetlacz.
- Dostałem ten numer od kogoś, kto obiecał mi pomoc… - usłyszałam znajomo brzmiący głos.
- Z kim rozmawiam…? – coś mi świtało, ale nie potrafiłam go dopasować.
- Mam na imię James. Osoba, która dała mi ten numer miała mi pomóc w sprawie mojej dziewczyny, Angeliki.
O cholera. James. Kompletnie o nim zapomniałam…
- A tak, już pamiętam. Tak, to ja, mam na imię Alice… - wyjaśniłam nerwowo, gorączkowo zastanawiając się co ja mu mam tak właściwie powiedzieć…
- Miałaś mi pomóc… Angelika… Nadal nie wróciła, nie mam pojęcia, gdzie jest…
- Ona nie żyje, James – postanowiłam grać w otwarte karty. – Przykro mi, ale nic nie mogłam zrobić…
- Ale co…
- Nie chcesz wiedzieć… - przerwałam mu. – Nie dzwoń więcej na ten numer – zakończyłam połączenie i odłożyłam telefon na stół.
- Kto to był? – zainteresowała się Ann.
- Skutki uboczne poprzedniej sprawy – zbagatelizowałam, choć znowu dopadły mnie wyrzuty sumienia. Nie dość, że nie udało mi się uratować Angeliki, co zasadniczo było niemożliwe, to na dodatek zbyłam jej chłopaka krótkim „nie żyje”. Ale tak będzie dla niego lepiej. Im mniej wie, tym jest bezpieczniejszy. Już wystarczająco dużo osób pociągnęłam za sobą…
- Mówiłaś, że masz jakiś pomysł – Ann ponownie oderwała mnie od ponurych rozmyślań.
- Nie pomysł, a… - i znów zadzwonił telefon. Prychnęłam zirytowana i znów bez patrzenia odebrałam.
- Co tym razem?! – warknęłam do słuchawki.
- Też cię kocham, dostałaś okres?
- Nie, nie dostałam. Jack, to nie było zabawne – momentalnie się uspokoiłam. – A to nie jest dobry moment na rozmowę…
- Zawsze jest dobry moment, żeby powiedzieć komuś, że się za nim tęskni i że się go kocha. Bo w zasadzie tylko tyle chciałem powiedzieć…
- A… - z wrażenia aż mnie zatkało.
- A poza tym, dziękuję, u mnie wszystko ok – w tle słychać było jakiś szum. -  A, i Robbie was pozdrawia. Matt też. A co u was?
- Mamy do rozwiązania jakąś tajemniczą sprawę i właśnie usiłuję dojść do tego, na co polujemy, ale ciągłe telefony nie dają mi dojść do słowa. Zatem ja też cię kocham, tęsknię i do widzenia. Uważaj na siebie, pa! – rozłączyłam się i natychmiast wyłączyłam telefon.
- Jakaś nerwowa dzisiaj jesteś… - zauważyła Ann.
- Jakoś tak wyszło – mruknęłam. – Miałam zamiar przejrzeć dziennik mamy, bo coś mi świta… - nerwowo kartkowałam notatnik, a Ann zaglądała mi przez ramię. – Bo jak na jedno miasteczko, coś za dużo tutaj szczęścia. I trupów, ostatnio…
- Tutaj! – zawołała nagle Ann, łapiąc mnie za nadgarstek. Moja ręka zawisła nad stroną zatytułowaną „Demon z rozdroży”.
Odetchnęłam głęboko.
- Okej, mamy to. Dzwoń do Wer, a ja czegoś poszukam na ten temat.

***&***

W drodze powrotnej trafiliśmy z Adamem na miejsce zbrodni. Tłum gapiów, policja, czyli to co zwykle. Przedarliśmy się przez tłumi i zobaczyliśmy zmasakrowane ciało, jakby rozszarpane pazurami. Zadzwonił mój telefon.
- Tak?
- Wer, wracajcie. Wiemy co to - powiedziała Ann i się rozłączyła.
Pokiwałam na Adama ręką.
- Facet rzekomo uciekał przed dużymi czarnymi psami, sąsiad myślał, że się upił.
Czarne psy...
- Dziewczyny odkryły co to i ja już chyba też - powiedziałam, kierując się do Impali.
- Więc? - zapytała Adam.
- Sukcesy, dziesięć lat, ogary piekielne... - zaczęłam wymieniać.
- Demony z rozdroży - mruknął Adam i zatrzasnął drzwi.
- Ile razy ma powtarzać, że to nie jest "maluch" - warknęłam.
- Przepraszam kochanie.
Zaśmiałam się i zaparkowałam pod motelem. Ann i Alice już na nas czekały.
- Wskakujcie - krzyknęłam.
- Sprawdziłam mapy miasteczka, jedyne nieasfaltowe rozdroża są przy wjeździe od strony wschodniej - powiedziała Ann.
Z niemałymi trudnościami dotarliśmy do tych przeklętych rozdroży. Wysiadłam i zaczęłam rękami rozgarniać ziemię. Każda minuta była cenna. Natrafiłam na metalową puszkę i podałam ją Ann. Moja siostra spojrzała na zdjęcie.
- Martwy - powiedziała bezbarwnie.
Ta sytuacja powtórzyła się jeszcze cztery razy. Następnie wyjęłam z ziemi szóste, ostatnie pudełko.
- Ta osoba musi jeszcze żyć - stwierdziłam i podałam je Ann.
- Cholera... - zaklęła i upuściła pudełko.

***&***

Tej nocy spałam bardzo źle. Dręczyły mnie koszmary. Ale nie ja jedna miałam problemy ze snem tej nocy. Ann rzucała się po łóżku prze całą noc. Nic dziwnego, w ostatnim pudełku zakopanym na rozdrożach znalazłyśmy kości obowiązkowe kości czarnego kota, ziemię cmentarną i zdjęcie Paula. Pytanie brzmiało, czego mógł pragnąć taki chłopak jak on i jak dawno temu zawarł pakt…
- Nic mu nie będzie – uspakajała ją Wer. Postanowiłyśmy następnego dnia złapać demona w pułapkę i zmusić go do zerwania paktu. Ta akcja wymagała pewnych przygotowań, więc postanowiliśmy się przespać i rano przystąpić do działania…
Tak, przespać…
Kiedy w końcu udało mi się zasnąć, śniła mi się mama. Takiego snu nie miałam bardzo dawno. Stała naprzeciw mnie w swojej ulubionej sukience w żółte kwiaty i ogromnym słomkowym kapeluszu i uśmiechała się ciepło.
- Uważaj na siebie, Alice. Pamiętaj, że nie możesz wszystkich uratować. Pamiętaj, że czasem trzeba ponieść ofiarę… Dużą ofiarę. Bo nic nie jest za darmo, kochanie…
Chciałam podejść bliżej, poprosić, by wyjaśniła coś więcej, ale rozpłynęła się we mgle. Pobiegłam w tamtym kierunku, chcąc ją odszukać, kiedy nagle wpadłam w czyjeś ramiona. Kiedy podniosłam głowę, mój wzrok padł na twarz Rogera.
- Szukałem cię. Gdzie byłaś?
- Ja… - nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Martwiłem się. A ty znowu mnie zostawiłaś. Nie rób tak więcej, Alice. Przecież wiesz, jak bardzo cię kocham. Wiesz to, prawda? – przyglądał mi się natarczywie.
- Roger, ja…
- Kochasz…?
Gwałtownie usiadłam na łóżku. Była piąta trzydzieści. Chwilę oddychałam ciężko, próbując pozbyć się sprzed oczu obrazu pełnej zawodu twarzy chłopaka. Co się ze mną dzieje? Skąd te wyrzuty sumienia…? Przecież nie robię nic złego…prawda?
I słowa mamy… Ofiara? Jaka ofiara? I kogo miałabym ratować…?
Wstałam z łóżka i podreptałam do łazienki, żeby wziąć prysznic. To mi od razu pomogło. Kiedy wyszłam z łazienki, przygotowałam śniadanie i otworzyłam dziennik mamy, żeby zacząć przygotowania do dzisiejszej akcji. Musieliśmy narysować Diabelską Pułapkę, tak, aby demon tego nie zauważył. Na nie asfaltowym podłożu będzie to trudne…
Postanowiłam, ze rozwiązanie tego problemu odłożę na później, kiedy reszta już się obudzi i zaczęłam przygotowywać pistolet z solnymi nabojami, wodę święconą i teksty egzorcyzmów. Po chwili doszłam do wniosku, że nasz sztylet na demony też może się przydać… Kiedy kończyłam spisywać egzorcyzmy, reszta powoli zaczęła się zbierać. Po kilku minutach byli już gotowi do pracy. Schowałam dziennik mamy do torby i uśmiechnęłam się do nich.
- To co? Gotowi skopać tyłek wrednemu demonowi o czerwonych oczach…
- Przestań oglądać tyle telewizji, dziecko – ostudziła mnie rozespana jeszcze Wer. – Lepiej zastanów się, co zrobimy z Diabelską Pułapką…
- Myślę, że najlepiej będzie, jeśli zajmiemy się tym na miejscu – zauważył Adam.
- Właśnie – zgodziłam się. – Więc zbieramy manatki i w drogę. Mamy robotę do wykonania…

***&***

Kolejny raz rozejrzałam się po otoczeniu. W ostateczności mój pomysł nie był taki zły. Odkopaliśmy kawałek żwirowej drogi i położyliśmy na niej kawałek cienkiej, kwadratowej deski z wymalowaną Diabelską Pułapką i zasypaliśmy na powrót żwirem. Mam nadzieję, że zadziała. Następnie Ann wrzuciła do puszki po kawie kości czarnego kota, trochę ziemi cmentarnej i swoje zdjęcie, wydarte z fałszywki FBI. Zakopała to na środku i czekała. Zza zakrętu wyszedł przystojny mężczyzna. Spojrzał na nas z uśmiechem i "błysnął" czerwonymi oczyma. Szedł w naszym kierunku i zatrzymał się gwałtownie, na zakopanej pułapce.
- Czemu ten chłopak podpisał pakt? - Ann wyjęła zdjęcie Paula.
- Mój faworyt. Słodziak oddał duszę za ozdrowienie ciężko chorego brata.
- Zwróć mu duszę, a brata zostaw w spokoju, albo rozwalę ci te twoją śliczną mordę! - wysapała Ann.
- Ach te siostry Wilde, jesteście prawie tak nieznośne jak bracia Winchester - odparł znudzony demon.
- Jak kto? - zapytałam zdezorientowana.
- Nieważne. Dobra, ale pakt trzeba przypieczętować - puścił do mnie oko.
Ann podeszła i zawarła umowę pocałunkiem.
- Jeszcze kiedyś do mnie przyjdziecie - powiedział, a Ann dźgnęła go sztyletem.
*********************************************************************************
Przepraszam  za kilka dni poślizgu.
Była bardzo zajęta (tłumaczą się winni), na obronę powiem, że do dziś nie miałam nawet czasu dla Supernatural
Szur :*
Mamy nadzieję, że rozdział się podoba :)
Następny jeszcze w tym miesiącu (najpóźniej ostatniego)
Wasze, S&S
P.S.
Kto ogląda dziewiąty sezon na bieżąco?
Powiem szczerze, że moim skromnym zdaniem jest genialny (jak całe Supernatural) ^^
Czekam, aż Ezekiel wróci do swojego naczynia i mam nadzieję, że będzie istotną postacią
Kevin... i nic dodać nic ująć :*
Dean <3
Sorki, że się tak wybebeszam, już kończę
Piszcie swoje opinie w komentarzach, bo jestem ciekawa
Obsesyjna, Szurnięta :*
PS2: A tutaj jeszcze bonusik od nas w postaci zdjęcia sztyletu, który Ann przekazała Robbiemu. Jest to sztylet przekazywany między łowcami z rąk do rąk. Ponoć nie należy prztrzymywac go zbyt długo, bo ciąży na nim klątwa, ale mało kto daje temu wiarę. Jednak, wiadomo, lepiej dmuchać na zimne... :)
Sztylet łowców
Szalona, S&S

poniedziałek, 30 września 2013

Rozdział 11

Harry opatrzył udo Alice i od razu dał jej szlaban na łowy na dwa tygodnie. Czułam się trochę winna jej stanu, ale uważałam, że i tak potrzebuje przerwy. Nie żartowałam mówiąc jej, że wątpienie w siebie to "gwóźdź do trumny" dla łowcy. Miałam nadzieję, że weźmie to sobie do serca. Jak na razie Harry nie miał dla nas żadnej roboty. Postanowiłam, więc sama coś dla nas znaleźć. Zaczęłam od przeszukania sieci.
- W kilku internetowych gazetach pisano o dziwnych zabójstwach w White Bluff w stanie Tennessee. Zginęły trzy kobiety o podobnym rysopisie, podejrzewają seryjnego mordercę - powiedziałam na głos.
- Seryjni mordercy to nie nasza działka - mruknęła Alice.
Ruda była zła, że nie będzie mogła z nami jechać.
- Jeszcze nie skończyłam czytać - zaznaczyłam twardo. - Dziwnym trafem wszystkie były pozbawione całej krwi.
- Wampir - mruknęła Ann.
- Najprawdopodobniej - powiedział Robbie. - To ja idę nas spakować - dodał.
Ann kiwnęła głową.
- W końcu będę mogła użyć mojego prezentu na szóste urodziny - zażartowałam.
- Ja też - Ann wyszczerzyła zęby.
- Super, czy tylko ja nie dostałem maczety na urodziny? - spytał Adam.
- Jeśli cię to pocieszy, to ja też nie dostałam - mruknęła Alice.
Westchnęłam głośno.
- Alice, nie bocz się. Kilka dni przerwy dobrze ci zrobi - powiedziałam.
- Ta... a ty byś się cieszyła, gdybyś nie mogła pomóc.
- Nie, ale jeśli byłoby to dla mojego dobra to bym została - odparłam  spokojnie.
Adam objął mnie od tyłu i zaczął całować po karku. Straciłam przez to koncentrację.
- Już jestem! - Robbie właśnie zbiegał po schodach z czarną torbą podróżną.
- Dobrze, że nas nie rozpakowałam - mruknęłam do Adama, który nadal całował mój kark.
- Trzymaj się Alice - powiedział Adam, przestał mnie obejmować i ruszył do drzwi.
- Nie rób głupstw - przytuliłam Rudą i poszłam za Adamem.
Po chwili do Impali przyszła Ann z Robbiem. Postanowiliśmy jechać jednym autem. Adam prowadził, ja siedziałam na miejscu pasażera z przodu, a Ann i Robbiem miziali się z tyłu. Po jakichś dziewięciu godzinach jazdy byliśmy na miejscu. Zaparkowaliśmy pod motelem, w którym wynajęliśmy dwa pokoje.
- Dobra to Robbie pójdzie zobaczyć zwłoki - zaczęłam rozdzielać zadania. - Ja pójdę do rodziny pierwszej ofiary, Ann do drugiej, a Adam trzeciej.
- Okey - wszyscy przytaknęli.
Rozdzieliliśmy się więc. Przypadła mi rodzina niejakiej Katherine Shadows. Mieszkała z siostrą w małym parterowym domku, pomalowanym na niebiesko. Zapukałam do drzwi. Otworzyła mi młoda kobieta o kasztanowych włosach i błękitnych oczach.
- Dzień dobry. Agentka Page - pokazałam fałszywą odznakę FBI.
- Dzień dobry. W czym mogę pomóc.
- Pani Stacy Shadows? - kobieta kiwnęła głową. - Przyszłam porozmawiać o pani siostrze.
Kobieta wpuściła mnie do środka i zaparzyła herbatę.
- Więc, co chce pani wiedzieć? - Stacy usiadła na przeciwko mnie.
- Jaka była Katherine?
- Moja siostra była dość nietypową osobą. Nigdy nie lubiła się stroić, wolała grzebać w silnikach, ale nie była brzydka. Słuchała klasycznego rocka i wolała hamburgery od kolacji przy świecach.
- Mhm... - tylko tyle udało mi się wykrztusić, miałam wrażenie, że Stacy mówi o mnie. - Mogłaby pani dać mi jakieś zdjęcie siostry?
- Oczywiście.
Kobieta wyjęła z pod stołu portfeli i dała mi małe legitymacyjne zdjęcie.
- Dziękuję za pomoc - powiedziałam i skierowałam się do drzwi. - Jeszcze jedno pytanie - przypomniałam sobie przekraczając próg. - Czy pani siostra miała wrogów?
- Nie, była lubiana.
- Dziękuję to wszystko.
Skierowałam się do motelu. Po drodze wyjęłam z kieszeni zdjęcie Katheriny i z wrażenia aż przysnęłam. Na fotografii była uśmiechnięta blondynka z jasnobrązowymi oczami. Miała w oczach taki charakterystyczny błysk. Wiedziałam, że gdybym wyjęła swoje zdjęcie, znalazłabym duże podobieństwo. Przyspieszyłam kroku i po chwili byłam już w motelu. W pokoju była Ann, chłopcy jeszcze nie wrócili.
- Nie uwierzysz - mruknęła i podałam mi zdjęcie.
Na nim była uśmiechnięta blondynka w koszulce z napisem "ACDC".
- Niech zgadnę - zaczęłam. - Słucham rocka i lubi samochody.
Ann kiwnęła głową. Super, zawsze myślałam, że jestem oryginalna, a tu się okazało, że jestem tylko jedną z wielu. Po chwili do pokoju wpadł Adam.
- Czyżby kolejna kopia mnie? - spytałam rozżalona.
- Blondynka, uwielbiała rocka, i swój samochód - powiedział i mnie przytulił.
Dotknął moje policzka.
- Kochanie, jesteś jedyna w swoim rodzaju - wyszeptał.
- Nie, ale dzięki temu możemy go złapać - w mojej głowie już zrodził się plan.
W tym momencie wszedł Robbie i usiadł obok Ann na kanapie.
- Mamy trzy ofiary. Każda jest ubogą wersją Wer - zaczął. - Ciała nie mają w sobie ani kropli krwi i każde ma dwa małe ukłucia na szyi.
- Gdzie znaleziono ciała?
- W różnych miejscach, ale każda z ofiar była w dniu śmierci w pubie "Hardcore".
- To wiemy gdzie zacząć - uśmiechnęłam się tryumfalnie.


***&***

No i pojechali. Beze mnie.
Pomachałam im przez okno póki nie zniknęli za zakrętem. Potem utykając mocno wróciłam na kanapę i włączyłam wiadomości. Na jednym z lokalnych programów nadawali komunikat o ostatnim morderstwie popełnionym w White Bluff.  Najzabawniejsze było to, że nikt nawet nie pomyślał o wampirach, mimo wciąż aktualnej globalnej fascynacji „Zmierzchem”. Gdy ludzie czegoś nie chcą widzieć, to po prostu tego nie zauważają…
Oglądałam serwis za serwisem, jednak nic nie przykuło mojej uwagi. Zrezygnowana wyłączyłam telewizor i zerknęłam na zegarek. Było już późno. Usiadłam, a rana na udzie dała o sobie znać piekącym bólem. Mimowolnie syknęłam.
- A ty chciałaś z nimi jechać… - w drzwiach salonu stał Harry i przyglądał mi się ni to z politowaniem, ni to ze współczuciem.
- Masz coś przeciwbólowego? – zapytałam, a on bez słowa podał mi paracetamol i szklankę wody. – Jutro będę jak nowa – mruknęłam, połknąwszy tabletkę.
- Jasne. A mnie wyrosną skrzydełka i aureola. Przez dwa tygodnie masz siedzieć na tyłku i oglądać durne seriale. Ewentualnie możesz mi pomóc segregować stare papierzyska…
- Jutro – ziewnęłam. Skutkiem ubocznym leku było to, że działał też nasennie. – Bo inaczej umrę z nudów…
Ostatkiem świadomości zarejestrowałam, że Harry przykrywa mnie kocem, który zsunął się na podłogę.
Następnego dnia rano zajęłam się segregacją sterty papierów. Dzieliłam je na rachunki, książki, gazety, listy i „inne-ważne”, „inne-bardzo ważne”, „inne-SUPERHIPER ważne” oraz „inne-zupełnie nieważne”. Była to totalnie nudna robota, ale przynajmniej ciekawsza od gapienia się bez celu w ścianę.
- Puścić ci jakąś muzykę? – Harry zajrzał do salonu z telefonem przyciśniętym do ucha.
- Jakbyś mógł… - mruknęłam, a po chwili z radia popłynęły dźwięki hardrocka. Gustuję w nieco innej muzyce, ale w zasadzie, czemu nie? Kiedy skończył gadać przez telefon, podkręcił dźwięk tak, że cały dom dudnił od muzyki.
- Czy wszyscy łowcy chcą ogłuchnąć…?! – zawołałam, próbując przekrzyczeć radio, ale mój głos i tak nie dotarł do Harry’ego. Westchnęłam i wróciłam do pracy.
Późnym popołudniem, kiedy Harry gotował kolację zadzwonił telefon.
- Tak? O, cześć…! No, powiedzmy… W Tennessee?
Zaciekawiona, wstałam z kanapy i podeszłam bliżej. Noga już nie doskwierała tak bardzo jak wczoraj. Rana ładnie się goiła, a tabletki przeciwbólowe działały.
- Ale ja już wysłałem tam łowców… Jeszcze jedno mówisz? Nie, to za daleko, nie dadzą rady… Czwórka, ale… Tak, dużo, nie mogę ich rozdzielić. A sam nie dasz rady…? Ja? Nie, sorry Jack, ale za stary na to jestem… Zresztą, muszę trwać na posterunku – zaśmiał się ponuro. – Jakiś łowca, mówisz…? – zerknął na mnie szybko. – Nie, nie sądzę… Ale dobra, jak chcesz, to przyjedź…
Odłożył słuchawkę i spojrzał na mnie ostro.
- Nawet o tym nie myśl, Alice.
- Za ile tu będzie? – zainteresowałam się.
- Jutro rano – mruknął. – Mówię serio, twoja noga…
- Ma się całkiem dobrze – przerwałam mu, choć właśnie w tym momencie rana za promieniowała ostrym bólem. Musiałam się skrzywić, bo Harry pokiwał głową.
- Właśnie widzę, że ma się świetnie. Zostajesz. W. Domu. Bez dyskusji.
- Jeszcze zobaczymy – mruknęłam i ruszyłam z powrotem do salonu.
- Jakbym słyszał Mike’a… - usłyszałam za sobą cichy głos Harry’ego. Zatrzymałam się w pół kroku.
- Nigdy nie odpuścił sobie łowów… - wyjaśnił, widząc moje zainteresowanie. – Nigdy. Tylko raz…
- Kiedy? – zapytałam natychmiast.
- Zadzwoniłem do niego, jakieś dwadzieścia lat temu i spytałem czy nie ma ochoty zapolować na kitsune. Wiesz, co mi odpowiedział?
- „Przykro mi, ale nie dziś. Dziś spędzam wieczór z kobietą, którą kocham. Jeżeli coś jest ważniejsze od polowania to tylko to, tylko ona” – odparłam, przymykając oczy.
- Ta kobieta miała na imię Susanna – dodał Harry.
- I była moją matką. Wiem, była przy tej rozmowie. Wtedy uświadomiła sobie, jak wiele Michael dla niej poświęca. I jak bardzo ją kocha.
- Jesteś do niego bardzo podobna, Alice – powiedział po chwili ciszy. – Nawet nie wiesz jak bardzo. Masz szansę stać się łowcą równie dobrym jak on. Tylko daj się zregenerować ciału po ostatniej akcji. Naprawdę nie mam ochoty zeskrobywać z asfaltu twoich resztek, bo nie dasz rady zwiać spragnionemu wampirowi…
- Okej, powiedzmy, że mnie przekonałeś. Ale ta sprawa jeszcze będzie podlegać dyskusji.
- Idź spać, Alice. Dobranoc.
- Dobranoc, Harry.
W nocy śniła mi się mama. Słyszałam jej głos, opowiadający mi o tacie…
Odpowiedział mu wtedy: „Przykro mi, ale nie dziś. Dziś spędzam wieczór z kobietą, którą kocham. Jeżeli coś jest ważniejsze od polowania to tylko to, tylko ona” i patrzył przy tym mi prosto w oczy. Dopiero wtedy zrozumiałam jak bardzo mnie kocha i jak wiele dla mnie poświęca. Dlatego ja też się dla niego poświęciłam. Żeby mógł dalej ratować świat. Żebyśmy same mogły być bezpieczne. Żeby nie musiał się o nas martwić każdego dnia. Żeby wiedział, że ja kocham go tak bardzo, że jestem poświęcić dla tej miłości wszystko. Nawet ją samą…
Budzik zadzwonił o siódmej. Zmieniłam opatrunek i pomogłam Harry’emu zrobić śniadanie dla trzech osób. Noga prawie nie bolała i to bez środków przeciwbólowych. Nie chciałam żeby bolała. Więc nie bolała. Doskonale wiedziałam, że większość tego bólu jest tylko w mojej głowie. Więc tylko ode mnie zależy, jak bardzo będzie boleć.
Przed dziewiątą żwir na podjeździe zaskrzypiał pod kołami czerwonego forda mustanga.
- Sami Jeźdźcy Apokalipsy nie powstydziliby się takiego wozu… - mruknął Harry, wychodząc naprzeciw młodemu mężczyźnie, który wysiadł z pojazdu.
Był przed trzydziestką i miał przydługawe jasne włosy oraz parodniowy zarost. Jeansowa kurtka podkreślała jego granatowe oczy. Zostałam w środku i nastawiłam wodę na herbatę. Harry wpadł na pomysł, by poczęstować gościa śniadaniem, bo przyjeżdżał z daleka.
- Jechałeś całą noc? – usłyszałam głos Harry’ego, kiedy weszli do środka.
- Zatrzymałem się tylko na kawę, koło czwartej rano… - miał ciepły, głęboki głos. I naprawdę niesamowicie niebieskie oczy. – Nie mówiłeś, że masz gościa…- wbił we mnie spojrzenie, ale ja już otrząsnęłam się z szoku.
- Alice Morgan, miło mi. Słodzisz? – moja ręka zawisła obok półki, na której stał cukier.
- Nie, dziękuję. Jack Kingsley, cała przyjemność po mojej stronie… - z ociąganiem przeniósł wzrok na Harry’ego. – Mówiłeś, że nie masz pod ręką żadnych łowców?
- Bo ona jest tu na rekonwalescencji – burknął Harry, posyłając mi ostre spojrzenie. – Nigdzie nie jedziesz, Alice!
- Ale… - chciałam zaprotestować.
- Powiedziałem. Nie mam zamiaru mieć cię na sumieniu.
Jack roześmiał się.
- Gdybym cię nie znał Harry, to pomyślałbym, że to twoja córka, skoro się o nią tak troszczysz…
- Gdyby to była moja córka, to nie wpuściłbym cię za próg… - mruknął Harry, a ja uniosłam brwi. – Ale Alice to rozważna dziewczynka, prawda?
Westchnęłam.
- Słabo mnie jeszcze znasz, Harry.
Usiedliśmy do stołu i zaczęliśmy jeść. Harry i Jack wymieniali się informacjami, a ja przysłuchiwałam się im w milczeniu. Zauważyłam, że mężczyzna co jakiś czas zerka w moim kierunku.
Po posiłku, Harry poszedł na piętro po jakieś dokumenty, a ja wstałam, żeby pozmywać. Czułam jego wzrok wbijający się w moje plecy.
- Co ci się stało w nogę?
Z lekkim zażenowaniem przypomniałam sobie, że mam na sobie króciutkie, obcisłe spodenki, bo to była jedyna para spodni, które mogłam założyć, ze względu na obandażowane udo.
- Miałam bliskie spotkanie z nożem na ostatniej akcji – odparłam.
- Co konkretnie?
- Duszek – wzruszyłam ramionami.- Byłam trochę nie w formie. Chwila nieuwagi i masz…
- Taka robota – zgodził się. – Boli?
- Nie bardzo – zakręciłam kran i usiadłam obok niego. – Przynajmniej nie tak bardzo jak wcześniej… - zetknęliśmy się kolanami, pewnie przypadkowo. Odsunęłam się dyskretnie.
- Znalazłem! – do kuchni wrócił Harry. Jack oderwał ode mnie wzrok. – Masz mapę tego budynku, stan na 1967 rok. Duże to gniazdo?
- Coś około 4 wampirów… Wiem, wiem… niewielkie, ale jeśli wierzyć temu, co mówią ludzie, to wyrządziły sporo szkód… Dobra, ja się będę powoli zbierał… Mogę jeszcze przed drogą skorzystać z toalety?
- Jest tam gdzie zawsze – uśmiechnął się Harry. – A ty tu zostajesz…!
Słyszałam, jak żegnają się w przedpokoju, kiedy mój wzrok padł na blat stołu. Zegarek.
- Pojechał już?! – zawołałam, wpadając na Harry’ego w drzwiach kuchni.
- Właśnie wsiada do auta…
Wyminęłam go i wypadłam na podwórko.
- Jack! Zegarek! – potknęłam się o kamień i prawie na niego wpadłam. Złapał mnie za łokieć ręki, w której trzymałam zegarek.
- Wiedziałem, że go zauważysz… - uśmiechnął się łobuzersko.  – Wskakujesz?
- Ale… - patrzyłam na niego osłupiała.
- No, dalej, zanim Harry zauważy, że robimy go w konia i da ci dożywotni szlaban…
- Ale… - chciałam zaprotestować, ale czy jemu można było odmówić…?
Dwa kilometry dalej zadzwonił telefon.
- Alice, ja cię zabiję!
- To nie moja wina. To był jego pomysł – odparłam, a Jack puścił do mnie oko.
- Jeśli ci się coś stanie, to tak ci przetrzepię tyłek, że przez tydzień nie usiądziesz…
- Spokojnie, Harry, nic mi nie będzie – uspokoiłam go i się rozłączyłam. – To dokąd jedziemy?

***&***

Pierwszy raz nie czułam się zła będąc przynętom. Podjechaliśmy do pubu, ale Ann i chłopcy zostali w samochodzie. Weszłam do środka. Spodobał mi się wystrój, plakaty zespołów i zdjęcia odpicowanych bryk. Usiadłam przy barze i zamówiłam Jacka Danielsa z Colą. Z głośników leciało Motorhead.
- Cześć - obok usiadł na oko dwudziestolatek z rozczochranymi brązowymi włosami.
- Cześć - posłałam mu promienny uśmiech.
- Nie widziałem cię tu wcześniej.
- Niedawno przyjechałam. Siostra chce się tu przeprowadzić - upiłam łyk drinka.
- To fajnie - chłopak miał taki cwaniacki uśmiech. - Zapomniałem się przedstawić jestem Dylan.
- Weronika - uścisnęłam mu dłoń, spojrzał na moją dłoń.
- Ładne imię. Jesteś zaręczona?
- Nie - już wcześniej Adam powiedział, że w takiej sytuacji mam skłamać.
Uważał, że inaczej plan może się nie udać. Chłopak uśmiechnął się jeszcze szerzej. Mój telefon zawibrował. To był sms od Ann. "I jak tam?". Nie odpisałam i schowałam komórkę.
- Zaraz wrócę - wskazałam WC.
- Dobrze - Dylan dalej się uśmiechał.
W ubikacji od razu zadzwoniłam do Ann.
- Jakiś facet się przysiadł, ale nic się nie dziej - wyjaśniłam.
- Dobra, to wracaj. Spróbujemy jutro.
- Zaraz wyjdę - odparłam i się rozłączyłam.
Wyszłam z ubikacji i poczułam bolesne uderzenie w tył głowy.
***
Ocknęłam się w jakimś pokoju. Leżałam na dużym łożu z baldachimem. Pościel była satynowa w kolorze czerwieni. Ściany miały odcień kawy z mlekiem. Wstałam z łóżka i od razu tego pożałowałam. Głowa pulsowała tępym bólem. Podeszłam do drzwi i szarpnęłam za klamkę, tak jak podejrzewałam były zamknięte. Kopnęłam w nie i usłyszałam szczęk przekręcanego zamka. Do pokoju wszedł Dylan. Rzuciłam się na niego z pięściami, ale zakręciło mi się w głowie. Upadłabym, ale Dylan zdążył mnie złapać.
- Nie pamiętasz mnie - stwierdził smutno, pomagając usiąść mi z powrotem na łóżku.
- O co ci chodzi?! - warknęłam. - Poznałam cie w pubie!
Próbowałam obmyślić plan ucieczki, ale szanse były minimalne.
- Nie Weroniko Wilde. Poznałaś mnie siedem lat temu w szkole w Lawrence.
Przez chwile próbowałam skojarzyć Lawrence. Mieszkaliśmy tam dwa tygodni, nim mam kupiła dom w Summerlin South w Nevadzie. Dopiero teraz wspomnienia wróciły.
- Pamiętam cię. Robiliśmy wspólnie projekt.
- Tak spędziliśmy razem tydzień majstrując przy silnikach i dźwiękach rocka. Byłaś fascynująca, tak inna od pozostałych dziewczyn. Później zniknęłaś z mojego życia. Ale ciebie nie dało się zapomnieć.
- O czym ty bredzisz?
- Zakochałem się, a ty mnie zostawiłaś. Później próbowałem cię odnaleźć, ale zamiast na ciebie, trafiłem na wampira. Zamienił mnie w jednego z nich w zeszył miesiącu. Nie mogłem o tobie zapomnieć, więc szukałem dziewczyn podobnych do ciebie. Miałem nadzieję, że jako łowca zainteresujesz się tą sprawą - mówił z goryczą w głosie.
- I co ci to dało? - spytałam zła.
- Mam ciebie tu, teraz.
Moja złość wzrosła. Zabił trzy niewinne kobiety dla niczego.
- Po co ci ja? Skoro jest pełno podobnych do mnie dziewczyn. Jak te, które zabiłeś! - ostatnie zdanie wysyczałam.
- To były tylko marne podróbki. Jesteś jednorazowa, nie da się ciebie podrobić. Uwierz, żadna z nich nie mówiła z taką pasją o samochodach i nie czuła rocka. Żadna nie zdobyła mojego serca...

***&***

Oszalałam. Naprawdę oszalałam.
Jechałam z obcym, starszym ode mnie facetem, nie wiadomo dokąd, przy czym miałam spędzić z nim siedem godzin w samochodzie. Sama. Dodatkowo miałam polować na wampiry z otwartą raną na udzie.
Zdaje się, że Virginia nie potraktowała nożem mojego uda, a mózg.
- Co tak milczysz? – zagaił Jack, kiedy tępo wpatrywałam się w przednią szybę.
- Nie zaliczam się do gadatliwych osób.
- Zauważyłem – uśmiechnął się zniewalająco, a jego ręka spoczęła na moim kolanie. Uśmiechnął się zaraz przepraszająco i zmienił bieg.
- Zrobiłeś to specjalnie – zmrużyłam oczy.
- A chciałabyś żeby to było specjalnie…? – nie uznałam za stosowne reagować na tę zaczepkę.
„W co ja się wpakowałam…?!”
- Przepraszam – odezwał się po chwili i wyglądał na naprawdę skruszonego. – Mam po prostu taki nawyk…
- …żeby łapać dopiero co poznane dziewczyny za kolana? – zadrwiłam.
Roześmiał się.
- To duże uproszczenie, ale muszę przyznać ci rację. Mam po prostu naturę podrywacza… Musisz mi to wybaczyć.
- Nic nie muszę – mruknęłam. – Ale muszę ci zaufać na tyle by mieć pewność, że mogę się bezpiecznie zdrzemnąć…
- Śpij spokojnie, mam zajęte ręce – wskazał na kierownicę. – Nogi zresztą też. Twoja cnota jest bezpieczna…
- To nie było zabawne – skrzywiłam się i odwróciłam do niego plecami. Po chwili już spałam.
Obudziłam się, gdy Jack wyłączył silnik. Staliśmy na parkingu przed jakimś klubem nocnym. Przeciągnęłam się by odegnać resztki snu i sprawdziłam szybko jak się ma noga. Miała się dobrze. Goiła się zadziwiająco szybko.
- To tutaj? – zapytałam.
- Nie, ale muszę zaspokoić swoje rozszalałe żądze – zakpił. – A skoro ty nie chcesz mi pomóc…
Prychnęłam i wysiadłam z auta. Bez pytania otworzyłam bagażnik i poszukałam broni dla siebie. Mały poręczny pistolet…
- Maczeta będzie bardziej praktyczna – poradził mi Jack, przyglądając mi się z kpiącym uśmiechem. Oparł się o otwartą klapę bagażnika i patrzył mi na ręce. – Osikowe kołki są obok apteczki… - nabijał się dalej.
- Spadaj – mruknęłam. – Zawsze noszą przy sobie pistolet. Zwłaszcza, że… - sięgnęłam głębiej i wyciągnęłam fiolkę z ciemnoczerwonym płynem – naboje można napełnić tym.
- Krew umarlaka lepiej działa dożylnie – kłócił się dalej.
- Lepszy rydz niż nic – odgryzłam się, sprawnie napełniając naboje czerwonym płynem. – Powinnam może o czymś wiedzieć?
- Musimy znaleźć gniazdo. Jest ich czwórka, ofiary wypatrują w tym barze…
- …chciałeś powiedzieć klubie nocnym.
- Powiedzmy. Gustują w zajętych dziewczynach, więc idealnie nadajesz się na przynętę…
- Dzięki, problem w tym, że nie jestem zajęta… - mruknęłam. Dla pewności napełniłam jeszcze trzy strzykawki krwią umarlaka. Nie miałam pewności, że naboje zadziałają.
- Uff, już się bałem, że powiesz, że nie jesteś dziewczyną… Ten problem da się łatwo rozwiązać… - uśmiechnął się, zatrzasnął bagażnik i przyciągnął mnie do siebie, obejmując w pasie. – Prawda, kochanie?
Strząsnęłam z siebie jego rękę i wywróciłam oczami.
- Myślę, że to nie będzie konieczne… jest tam tylne wyjście? – zapytałam, chowając strzykawki do kieszeni, a pistolet za pasek.
- Nie, tylko tędy się da wyjść.
- Czekaj tu, myślę, że to potrwa z pół godziny…
Nie czekając na jego odpowiedź, weszłam do baru.
Miał rację, to nie był klasyczny klub nocny. Nigdzie nie widziałam półnagich panienek, więc nie było źle. Było za to ciemno, pełno dymu i pachniało piwem oraz ciężkimi perfumami, a dookoła było mnóstwo typów spod ciemnej gwiazdy. Usiadłam przy barze i zamówiłam sok pomarańczowy.
Sączyłam powoli napój przez słomkę rozglądając się po sali. Nagle, prawie znikąd obok mnie pojawił się przystojny ciemnowłosy chłopak.
- Dwa razy martini, poproszę – rzucił w kierunku barmana.
Zapłacił i chwycił kieliszki. Kiedy jednak obracał się by odejść w kierunku stolika, zahaczył łokciem o moje ramię i zawartość kieliszków wylała się na moją bluzkę.
- Przepraszam cię najmocniej…! – zawołał natychmiast. – Ja… Ja nie wiem jak to się stało…
„Ale ja wiem” – pomyślałam. - „Klasyczny sposób na podryw. Tylko dlaczego kupował dwa drinki…?”
- Nic się nie stało – uśmiechnęłam się, macając się po kieszeniach kurtki. – Masz może chusteczki…?
Chłopak obszukał kieszenie i wręczył mi paczkę.
- Proszę… Raz jeszcze przepraszam. Chcesz może drinka w ramach rekompensaty?
- Nie, dzięki, mam dość drinków na razie – uśmiechnęłam się przepraszająco.
Chłopak zamówił jeszcze raz dwa martini.
- Moja dziewczyna mnie zabije… mówiłem jej, że zaraz wrócę… - mruknął, przypatrując się barmanowi, który przygotowywał napoje.
- Dziewczyna? - wyrwało mi się. Wyglądało na to, że się pomyliłam i to nie był jednak wampir… A zaczynało się tak klasycznie…
- Tak, a co?
- Nic, szkoda po prostu… - uśmiechnęłam się nieco wymuszenie.
Nie poznałam jego reakcji, bo wziął swoje drinki i tym razem o wiele ostrożniej zaniósł je do stolika. Odprowadziłam go wzrokiem. Stolik był pusty. Chłopak postawił drinki na blacie, usiadł i rozglądał się zdezorientowany. Po paru minutach wyciągnął telefon i próbował się do kogoś dodzwonić. Bez skutku.
Odczekałam jeszcze chwilę i podeszłam do niego.
- Coś się stało? – zapytałam.
Spojrzał na mnie zdezorientowany.
- My się znamy…? – jego wzrok padł na mokrą plamę na mojej bluzce. – A no tak, znamy się. Raz jeszcze przepraszam. Nie, nic się nie stało. Tylko moja dziewczyna gdzieś zniknęła bez słowa…
- Jak wyglądała? – zapytałam.
- Miała długie blond włosy i zielone oczy. Na sobie miała czerwoną skórzaną kurtkę i czarne jeansy. Nazywa się Angelika Marrow.
- Przykro mi, ale jej nie widziałam. Tak na marginesie mam na imię Alice.
- James. Widocznie znudziła się i poszła do domu – w jego głosie nie było ani krzty przekonania.
- Poczekaj chwilę… - mruknęłam i podeszłam do ochroniarza stojącego przy drzwiach. James zaciekawiony poszedł za mną.
- Czy wychodziła tędy niedawno długowłosa blondynka w czerwonej kurtce? Z jakimś facetem? – zapytałam.
- Facetem?! – wyrwało się Jamesowi.
Ochroniarz zmarszczył brwi.
- Tak, kilkanaście minut temu.
- A jak wyglądał ten facet? – dopytywałam się dalej.
- Chudy, wysoki, blady. Czarna skórzana kurtka , ciemne włosy i oczy. Tatuaż na nadgarstku, ale nie wiem co dokładnie… Czemu cię tak interesuje? – zapytał nagle podejrzliwie.
- Już nic, dziękuję… - odeszłam kawałek dalej.
- Co jest?! Co to za facet? Znasz go? – James zasypał mnie gradem pytań. – O co w ogóle chodzi?
Westchnęłam.
- Twoja dziewczyna jest w niebezpieczeństwie. Daj mi swój numer, zadzwonię, jak się czegoś dowiem…
- Ale…
- Zaufaj mi – spojrzałam mu w oczy. – Musisz mi zaufać.
- Kim ty w ogóle jesteś…? – zapytał, wręczając mi kartkę z numerem.
- To bardzo dobre pytanie… - odparłam szybko i wyszłam z baru.
Jack czekał w samochodzie. Wsiadłam na siedzenie pasażera i zapięłam pas.
- Poszukajmy motelu. Miałeś rację. Rybka złapała się na inną przynętę…
Jack uśmiechnął się triumfująco.
- Widzisz, kotku? Mówiłem, że musimy iść razem. Już zamówiłem pokój – dodał ruszając. - Wolisz spać od ściany, czy od brzegu? – wyszczerzył do mnie żeby w łobuzerskim uśmiechu.
- Pytanie brzmi, czy ty wozisz ze sobą śpiwór i materac… - uśmiechnęłam się podobnym uśmiechem i wpisałam numer Jamesa do komórki. Jack nie odzywał się przez resztę drogi.

***&***

- ... żadnej z nich nie miałem takiej ochoty ugryźć - warknął i wgryzł się w moją szyję.
Próbowałam się bronić. Uderzałam go pięściami w plecy, ale on nadał pił moją krew. Powoli obraz zaczął mi się rozmazywać. Nagle Dylan oderwał się od mojej szyi i pogłaskał mnie po policzku. Jednak nie było to takie przyjemne, jak kiedy robił to Adam.
- Nie bój się. Nie zabiję cię.
- Więc co zrobisz?! - warknęłam.
- Zamienię cię w wampira i uczynię swoją kobietą.
- Po moi trupie! - do pomieszczenia wpadł Adam i obezwładnił Dylana.
Za nim wbiegła Ann z Robbiem, który od razu pomógł Adamowi. Moja siostra podeszła do mnie.
- Ale nas przestraszyłaś - powiedziała.
- To nie moja wina.
Po chwili Dylan siedział przywiązany do krzesła.
- To za Wer - Adam przyłożył mu w szczękę.
- A kim ty niby jesteś? - Dylan nie przejął się uderzeniem.
- Moim narzeczonym - podeszłam do Adama i się w niego wtuliłam.
Ostrożnie dotknął mojej szyi.
- Nie! - zawył Dylan.
- Przykro mi, że wybrałeś zły sposób aby mnie zdobyć - powiedziałam. - Żegnaj.
W tym momencie Robbie odciął mu głowę maczetą.
- Sam chciałem to zrobić - mruknął Adam z wyrzutem.
- Sorki. Zapomniałem się.

***&***

Myślałam, że żartuje. Ale on naprawdę załatwił pokój z łóżkiem małżeńskim. Jeszcze śmiał twierdzić, że innych nie było!
- Jesteś zboczony – mruknęłam, układając się do snu.
- Jak będę mieć w nocy koszmary, to mogę przyjść się przytulić? – zażartował, układając na podłodze koce tak, by choć trochę imitowały materac.
- Pod warunkiem, że będą ci się śnić wampiry – ziewnęłam i zgasiłam światło. – Dobranoc!
- Dobranoc, kochanie…
Westchnęłam, a w mojej głowie pojawiła się dziwna myśl: „W zasadzie, co ci szkodzi…?”
***
Cały następny dzień poświeciłam na doprowadzanie mojej nogi do jak najlepszego stanu. Z dnia na dzień naprawdę wyglądała coraz lepiej. Koło siedemnastej, Jack wrócił do pokoju i zaproponował obiad w restauracji.
- Nie daj się prosić, to przecież nie randka… - zaczął mnie przekonywać, zanim jeszcze zdążyłam zaprotestować.
- Czy ja powiedziałam nie? Możemy iść jak tak bardzo ci zależy.
W restauracji usiedliśmy w jakimś kącie i zamówiliśmy dwie małe pizze. Kiedy czekaliśmy na zamówienie, Jack znowu zaczął mi się przypatrywać z uśmiechem.
- Co się tak gapisz? – mruknęłam w końcu zniecierpliwiona.
- Bo jesteś ładna.
Wywróciłam oczami.
- Super. Oświecę cię: nie jaj jedna.
- Fakt, ale muszę przyznać, że masz w sobie coś charakterystycznego… Coś niesamowitego… Wyjątkowego nawet…
- oklepany tekst – mruknęłam. – Wysil się bardziej.
Westchnął.
- Naprawdę jesteś taka oziębła? A jeśli to nie podryw? Jeśli się naprawdę zakochałem? Wiesz jak bardzo mnie ranisz? – jego glos stawał się coraz bardziej piskliwy, aż do drażniącego uszy falsetu.
Roześmiałam się naprawdę szczerze. Po chwili sam do mnie dołączył
- Nie ma co, to było dobre… - otarłam łzę z kąta oka, bo aż popłakałam się ze śmiechu. – Ale znając życie, są laski, które się dają nabrać na takie teksty…
- Tak, ale muszę się pilnować, żeby nie zacząć wydawać ultradźwięków. Wtedy mógłbym poderwać co najwyżej delfina…
Znów zaniosłam się śmiechem, więc wyciągnęłam chusteczki, by otrzeć kolejną falę łez.
- Dobra, a na poważnie… Serio nie jesteś zajęta?
Westchnęłam.
- Daruj sobie. Naprawdę sobie daruj…
- Dlaczego? – drążył, widocznie zaciekawiony. – Nie jestem w  twoim typie?
Westchnęłam.
- Nie o to chodzi. Nie jestem po prostu taką dziewczyną. Mam swoje ideały i wartości i…
„…i co?” – odezwał się jakiś cichy głosik.
- I co z tego? – zapytał Jack. – Zresztą pytałem z czystej ciekawości. Bo to aż dziwne, żeby taka ładna dziewczyna nie miała chłopaka…
- Nie ty pierwszy mi to mówisz… - zasępiłam się. – Ale zazwyczaj ta ciekawość ma bardzo przewidywalne podłoże…
- Nie tym razem – powiedział wyjątkowo poważnie.
Kelnerka przyniosła pizze i zaczęliśmy w milczeniu jeść.
- Masz ser na… - wyciągnął rękę w moim kierunku i nagle się zreflektował. – Mogę?
Skinęłam głową, a on ścignął ser z mojego policzka. Uśmiechnęłam się.
- Takie trudne?
- Bardzo – skrzywił twarz w udawanym grymasie. – Zdaje się że wykorzystałem roczny zapas kurtuazji…
- Dobra, dosyć tego dobrego… - powiedziałam, zerkając na zegarek. – Czas na nas.
Zapłaciliśmy, to znaczy, Jack zapłacił i pojechaliśmy pod klub. Mężczyzna zamknął samochód, objął mnie opiekuńczo i weszliśmy do środka. Usiedliśmy przy jednym z dwuosobowych stolików i złapaliśmy się za ręce.
- Dziwnie się czuję – mruknęłam, pochylając się w jego kierunku.
- Co, nigdy nie byłaś na randce? – zapytał, tak wypowiadając słowa, by z daleka brzmiały jak namiętne wyznanie.
- Zasadniczo to nie…
- Przysuń się bliżej… - powiedział nie dając mi dokończyć.
- Po co?- zdziwiłam się.
- Jak cię pocałuję, będzie bardziej naturalnie.
- Ale… - nie dał mi dokończył i delikatnie mnie pocałował.
„Cholera,…”
Cholera, spodobało mi się. Zgodnie z poleceniem przysunęłam się bliżej, ale Jack właśnie się odsunął i zapytał:
- Chcesz coś do picia?
- Tak, jakiegoś drinka. Wybierz coś, kochanie – odparłam.
Tak jak wcześniej ustaliliśmy, mieliśmy powtórzyć sytuację z wczoraj. Jack jedynie miał sobie odpuścić oblewanie innych lasek moim drinkiem. Odprowadziłam go zakochanym, jak miałam nadzieję, wzrokiem. Zniknął w tłumie, ale miał mi dać trochę czasu. Wyciągnęłam telefon i udałam, że piszę SMSa. Kiedy skończyłam, schowałam telefon do kieszeni, wypychając z niej jednocześnie paczkę chusteczek. Kiedy się po nią schyliłam, obok mnie, zupełnie znikąd pojawił się chłopak pasujący do wczorajszego opisu ochroniarza.
- To chyba twoje – uśmiechnął się i podał mi chusteczki.
- Dziękuję.
- Mogę się przysiąść? – zapytał.
- Mój chłopak właśnie kupuje nam drinki… - udawałam niepewną.
- Spokojnie, nic się nie stanie. Zresztą tam jest okropna kolejka, a mnie naprawdę podoba się twoja bluzka.
Miałam na sobie T-shirt Jacka z napisem ”Metallica”. Sądząc po stroju, wampir słuchał bardzo podobnej muzyki.
- Słuchasz? – zapytałam.
- Aha. Masz swoją ulubioną piosenkę?
- Mmm… „Nothing else matter” – palnęłam pierwszy tytuł, który przyszedł mi do głowy, błogosławiąc jednocześnie Wer.
- Serio? To się świetnie składa… - ucieszył się. – Mój kumpel gra właśnie w niedalekim pubie covery Metallici, między innymi tę piosenkę… Chcesz może wpaść?
- Ale mój chłopak… On nie słucha takiej muzyki… - wyraziłam obawę.
- Możesz pójść bez niego.
- Ale…
- Hej, raz się żyje… zostaw mu wiadomość i chodź…
Muszę przyznać, że roztaczał niesamowity urok. Gdybym nie wiedziała, kim jest to chyba dałabym się nabrać mimo tego, że jego podryw zaliczał się do raczej kiepskich.Ale mimo iż to wiedziałam, musiałam dać się nabrać…
- Okej… tylko mu napiszę… - wyjęłam długopis i nabazgrałam na serwetce wiadomość, jednocześnie wysyłając wcześniej przygotowanego SMSa. Chłopak objął mnie w pasie i wyszliśmy z baru.
- Jak masz na imię?
- Alice – szepnęłam, udając nieśmiałą panienkę.
- Jestem Tom. Jesteś bardzo ładna, wiesz?
- Dziękuję – powinnam zostać aktorką, bo nawet udało mi się zarumienić. – Daleko idziemy?
- Nie, to tuż za rogiem…
Szliśmy w milczeniu kilka minut. Przytulał mnie do siebie coraz mocniej, chciał mieć pewność że mu nie zwieję. Przysunął twarz do mojej szyi.
- Ładnie pachniesz…
- To pewnie nowe perfumy… Podobają ci się? Mój chłopak mówi, że są strasznie duszące…
- Nie… są naprawdę ładne… to tutaj. Wewnątrz jest o wiele przytulniej niż się zdaje.
To zapewnieni było konieczne. Staliśmy przed starym, obdrapanym i opuszczonym magazynem. Byłam pewna, że w środku wcale nie było lepiej.
- Wejdź, jest otwarte – puścił mnie przodem.
Weszłam przez drzwi w półmrok.
- To na pewno tutaj…?
- Chłopcy, kolacja…! – zawołał Tom, zatrzaskując za sobą drzwi. Zrobił krok do przodu by mnie unieruchomić i nadział się prosto na strzykawkę z krwią umarlaka.
- Niespodzianka! – szepnęłam, uśmiechając się szeroko. Zachłysnął się, a jego uścisk natychmiast zleżał.
- Łapy precz od mojej dziewczyny! – warknął Jack wpadając do środka i ścinając mu głowę, która potoczyła się gdzieś do jakiegoś ciemnego kąta.
W tym momencie do pomieszczenia wpadły trzy kolejne wampiry i rzuciły się na nas – jednak na Jacka, a dwa na mnie.
- Łowcy! – warknął jednej z nich przygniatając mnie do ściany. Wbiłam mu w brzuch drugą strzykawkę  i dla pewności przyłożyłam pięścią w nos. Jack, który rozprawił się już ze swoim przeciwnikiem, podbiegł i ściął mu głowę.
- Gdzie ten trzeci? – zapytał, a ja zauważyłam cień sylwetki za jego plecami. Rzuciłam się na niego, przewracając go na ziemię.
Wampir rzucił się na nas więc wbiłam mu w serce ostatnią strzykawkę. Jack błyskawicznie zebrał się z ziemi i zakończył łaskawie jego żywot.
- No, załatwione – otarł z czoła krew i rozejrzał się dookoła. – Tak na marginesie dzięki za uratowanie życia.
- Do usług – mruknęłam.
- Idziemy? – wyciągnął w moim kierunku rękę.
- Jeszcze moment… - weszłam do następnego pomieszczenia i zauważyłam Angelikę. Leżała nieprzytomna na środku pomieszczenia.
- Angelika? – uklęknęłam obok niej. Nagle otworzyła oczy.
- Angelika? – zapytałam ponownie. W jej wzroku było coś dziwnego.
- Kim jesteś…? – zapytała i pociągnęła nosem, a jej wzrok spoczął na mojej ranie.
- Ja… - nie zdążyłam odpowiedzieć, bo wylądowałam nagle parę metrów dalej, przygnieciona ciałem Jacka, a na moją twarz prysnęła jego ciepła krew.
- Jack!
Wyszarpnęłam zza paska pistolet i wystrzeliłam kilkakrotnie w kierunku Angeliki. Krew a nabojach nie miała takiej mocy jak podana dożylnie, ale choć trochę ją oszołomiła. Wystarczyło bym chwyciła maczetę.
- Przepraszam, James – szepnęłam, kiedy długie blond włosy wylądowały w powiększającej się kałuży krwi.
Wróciłam do mojego towarzysza.
- Jack…?
Żył. Ale miał paskudnie rozorane ramię.
- Ugryzła cię? – zapytałam. Szybko ściągnęłam koszulkę i zapięłam kurtkę pod samą szyję.
- Masz bardzo ładny stanik… - wymamrotał. – Czy to moja koszulka z Metallicą…?
- Czyli nic ci nie jest – stwierdziłam, robiąc z koszulki prowizoryczny opatrunek. – Dzięki za uratowanie życia – dodałam.
- Do usług – uśmiechnął się z wysiłkiem. – Nie dasz mi się wykrwawić, co?
- Nie dam. Wracamy do Harry’ego. Jak mi wykitujesz po drodze, to cię zabiję – zagroziłam, przerzucając jego rękę przez swój bark i ostrożnie prowadząc na zewnątrz.
- A jak nie to dostanę jakąś nagrodę?
- A co byś chciał? – podtrzymywałam rozmowę, żeby nie zemdlał. Posadziłam go na tylnej kanapie.
- Myślę, że za ten wysiłek, który włożę w przeżycie, powinnaś przynajmniej dać się zaprosić na randkę…
- Przynajmniej…?
- Muszę mieć dla czego żyć, co nie? – uśmiechnął się i zamknął oczy.
- Będziemy u Harry’ego za siedem godzin. Wytrzymaj.
- Alice? – zapytał słabo.
- No?
- Wiesz, że wcale cię nie musiałem całować?
- Wiem.
- I?
- I nic. Tak tylko mówię, żebyś wiedziała, że…
- Że? – zapytałam, kiedy zamilkł.
Jack jednak już odpłynął.
***
Pierwsze, co zrobił Harry to na mnie nawrzeszczał. Potem zajął się Jackiem. Rana nie była zbyt groźna, ale chłopak stracił dużo krwi. Opatrzył go i zaaplikował kroplówkę. Ja w tym czasie wzięłam prysznic, by zmyć z siebie krew.
- Jak noga? – zapytał Harry.
- Dobrze, prawie już się zagoiła.
- Po kilku dniach? – zdziwił się.
- Zawsze się szybko regenerowałam – wzruszyłam ramionami. – Co z nim?
- Wyliże się z tego.
- A gdzie reszta? – zaniepokoiłam się.
- Adam dzwonił pół godziny temu, że właśnie wyjeżdżają. Powinni być wieczorem.
Pokiwałam głową.
- Jaki jest Jack? – zapytałam nagle.
- Taki jak widzisz – odparł Harry. – Nic dodać nic ująć. A co?
- Gdybyś był moim ojcem, naprawdę byś go nie wpuścił?
- Naprawdę. A co się stało…? – zapytał podejrzliwie.
- Nic, pójdę się przespać, jechałam całą noc…
Poszłam na górę, do jednego z wolnych pokoi. Położyłam się na łóżku i zamknęłam oczy. To było parę bardzo dziwnych dni. A najdziwniejsze było to, że…
Nie dokończyłam myśli. Po prostu zasnęłam.
  
***&***

Adam ostrożnie ucałował moją ranę. Przesunęłam dłonią po jego plecach. Chłopak wziął mnie na ręce i zaniósł do Impali.
- Co to w ogóle było? - zapytała Ann, kiedy już wyruszyliśmy.
- Ile słyszeliście?
- Tylko, że uczyni cię swoją kobietą - powiedział Robbie. - Chyba naczytał się za dużo "Zmierzchu".
Zaśmiałam się.
- Chodziliśmy z nim do szkoły w Lawrence - wyjaśniłam. - I chłopak się nieszczęśliwie zakochał.
- To smutne - powiedziała Ann, ziewając.
Resztę trasy pokonałam śpiąc. Obudził mnie dopiero spanikowany głos Alice.
- Ona nie zamieni się w wampira, co nie? - pytała cicho.
- Aleś ty niedouczona - mruknęłam.
- A ty nierozważna - Ruda mnie objęła.
- Też się cieszę, że cię widzę.
Adam usiadł obok i głaskał moje odkryte ramię. 
- Głodna? - spytał Harry niosąc hamburgera.
- Jak wilk.
***
Było już późno. Adam spał wtulony w mój bok, a ja nie potrafiłam zasnąć. Czułam się winna, w końcu to przez miłość do mnie Dylana spotkał taki los. Czy gdybym była kimś innym, lub gdyby mnie nie poznał, czy nadal byłby zwykłym chłopakiem? Zamknęłam oczy i próbowałam zasnąć. Udało mi się dopiero po pierwszej. Jednak to nie był spokojny sen. Miałam koszmar. Stałam nad przepaścią. Adam stał po drugiej stronie. Coś na mnie polowało, wyczuwałam to. Adam pomachał mi i skoczył. Bałam się, że zginie, ale on wylądował obok mnie. Wtedy z mgły wyłonił się demon i wręczył mi pistolet. Nawet nie wiem czemu, strzeliłam prosto w serce Adama. Obudziłam się zalana potem.
*********************************************************************************
To znowu my :) Notki zdaje się, będą pojawiać się w miarę regularnie: ostatni dzień miesiąca. Prawdopodobnie. Taki przynajmniej jest plan :)
Notka taka sobie. Jaka jest, każdy widzi. Bestiariusz i inne zakładki uzupełnimy już wkrótce.
Dla ciekawskich, których interesuje ilość nawiązań, o które pytałam pod ostatnią notką: odpowiedź pojawi się wkróce pod rozdziałem 10.
Ogłoszeń koniec :)
Pozdrawiamy, 
Szalona i Szurnięta
PS: Jeśli macie jakieś propozycje co do tego, co chcielibyście jeszcze dodać do bloga (jakie akcesoria, zakaładki), żeby był bardziej przejrzysty, to piszcie w komentarzach :)
PS2: Zachęcam do zaglądania do zakładek. Nie opisujemy dokładnie potworów w notkach, bo jest to zrobione w "Bestiariuszu". A z zakładki "Łowcy..." można się dowiedzieć kilku ciekawych rzeczy o bohaterach, o których nie wspominamy w rozdziałach :) Zatem, zapraszam XD.
S&S