Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

środa, 31 października 2012

Rozdział 4

- Zaraz zaśniesz nad kierownicą - powiedziałam łagodnie, acz stanowczo, kiedy Weronika po raz trzeci w ciągu pół godziny wjechała lewymi kołami na sąsiedni pas. Dochodziła trzecia w nocy, więc na szczęście było pusto.
- Wcale nie - odparła, gwałtownie prostując tor jazdy.
- Jasne - mruknęłam. - Pamiętaj, że mogę cię zmienić...
- Anna mnie zmieni - warknęła.
Tak, jasne. Chevrolet Impala. Miłość życia Weroniki Wilde. Żaden chłopak nie ma szans jeśli nie pokocha tego cacka... Co oznacza, że nie mam prawa dotykać kierownicy i skrzyni biegów. Siedzieć też powinnam jak najmniejszą powierzchnią pośladków. Jeszcze parę tygodni w tym samochodzie i nauczę się lewitować...
- Ale ona nie ma prawa jazdy! - próbowałam się oburzyć.
- A ty miałaś jak uciekłaś z domu? - zapytała młodsza połowa rodzeństwa Wilde z przedniego siedzenia.
Zagryzłam wargi. Weronika wykręciła głowę do tylu ciekawa odpowiedzi. Bałam się, że zaraz wpadniemy do rowu, więc odpowiedziałam szybko:
- Nie, ale to coś innego.
Anna nadal przyglądała mi się ciekawie.
- Tak właściwie... - usiłowałam zmienić temat. - To skąd bierzecie pieniądze na sprzęt? No wiecie. Pistolety, worki soli, benzyna, motele... To wszystko kosztuje.
Wcześniej już się dowiedziałam, że status łowcy nie uprawnia do pobierania opłat za "depotworyzację", czy jak tam można nazwać unieszkodliwianie wszelkiej maści monstrów. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie nie wiedzą o istnieniu potworów i łowców i nie mają się dowiedzieć. W każdym razie nie powinni. Tym bardziej intrygowało mnie źródło finansujące moje nowe znajome.
- Karta płatnicza rodziców - stwierdziła krótko Weronika.
W duchu odetchnęłam z ulgą, bo sama w ten sposób finansowałam swoje przeżycie przez ostatnie dwa lata. Myśl, że nie byłam jedyna, zabrzmiała jak całkowite usprawiedliwienie.
- Nie mają nic przeciwko? - zapytałam.
Żadna nic nie odpowiedziała. Dopiero kiedy za zakrętem pojawił się szyld jakiejś stacji benzynowej, Weronika włączyła kierunkowskaz ze słowami:
- Ruda ma rację. Potrzebuję kawy... Nie, nie kawy. Odpoczynku. Zatrzymamy się na pół godzinki i pojedziemy dalej - zadecydowała.
Zaparkowała i wysiadła z samochodu. Anna nadal siedziała w środku i bawiła się końcówkami włosów.
- Powiedziałam coś nie tak? - zapytałam cicho.
Pokręciła powoli głową.
- Nie, to nie ty. Po prostu... Wciąż... To zbyt świeże.
Nie powiedziała nic więcej i szybko dołączyła do Weroniki, która kupowała już jakąś herbatę i ciastka w kasie stacji. Wiedziałam, że nie powinnam dalej dociekać, ale nie mogłam się powstrzymać i zawołałam:
- Anno! Anno, co się stało? - zapytałam, kiedy odwróciła się powoli.
- Nasi rodzice nie żyją - odpowiedziała mi Weronika, podchodząc z trzema kubkami herbaty na tacy. Anna tylko wpatrywała się w milczeniu w czubki swoich tenisówek. - Demon zabił ich parę tygodni temu.

***&***

Tuż przed świtem postanowiłyśmy zatrzymać się na leśnym parkingu i trochę się przespać. Mieliśmy kilka kilometrów do jakiegoś niedużego miasteczka, ale chciałyśmy sobie zrobić mały piknik. Znalazłyśmy wkrótce ustronne miejsce i zaległyśmy na pokrytej rosą trawie.
Siostry milczały niemal przez całą drogę. Nie poruszałam już tematu, nie chciałam ich urazić. Wrodzona ciekawość  jednak nie pozwalała mi długo siedzieć cicho.
W milczeniu jadłyśmy kanapki, kiedy zapytałam łagodnie:
- Wasi rodzice byli łowcami, prawda?
W milczeniu jednocześnie skinęły głowami. Żadnej innej reakcji z ich strony nie było.
- Jak to... - chciałam zapytać, ale w połowie wypowiedzi, zmieniłam zdanie. - Rozumiem was.
- Nie rozumiesz - warknęła Weronika. - Nie rozumiesz - podkreśliła twardo.
- Pójdę po drewno - odarłam ugodowo. - Zrobimy sobie ognisko, bo jakoś chłodno się zrobiło...
Rzeczywiście. Mimo iż wstawał nowy dzień, mokra trawa i chłodne poranne powietrze, sprawiło, że na naszej skórze pojawiła się gęsia skórka.
Wstałam, otrzepałam spodnie i ruszyłam w kierunku drzew. Czy powiedziałam coś nietaktownego? Bo przecież je rozumiałam. Doskonale je rozumiałam. Dwa lata... czym są dwa lata? Pamiętam jakby to było wczoraj. Telefon matki, a nad ranem telefon policji. I ten artykuł w gazecie. "Tajemnicze zabójstwo w znanej restauracji..." Długo wierzyłam, że to zrobił mój ojciec. Ale potem dowiedziałam się, że to nie był on. Nie do końca on.
Doskonale rozumiałam, co teraz czuły.
Las był bardzo gęsty, więc nagle zrobiło się niezwykle ciemno, prawie jak w środku nocy. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, że tak naciskałam na dziewczyny, ale...
Nagle za swoimi plecami usłyszałam warczenie, a potem moja lewa ręka eksplodowała bólem. Zadziałałam instynktownie. Wyszarpnęłam zza paska swój pistolet i strzeliłam psu między oczy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Gdzieś niedaleko usłyszałam tupot i po chwili obok mnie pojawiły się dziewczyny. Musiały usłyszeć strzał - nie zdążyłam odejść daleko.
- Co się stało?
- Pies mnie zaatakował.
- Czemu go zabiłaś? - zapytała z wyrzutem Anna.
Spojrzałam na nią z lekką niechęcią.
- Mówiłam. Zaatakował mnie. Po za tym był wściekły. Muszę się szybko dostać do szpitala...
- Racja - mruknęła Weronika, pomagając mi wstać. - Ugryzł cię?
- Nie wiem - jęknęłam i dałam poprowadzić się w kierunku samochodu.
Szybko dojechałyśmy do szpitala w pobliskim miasteczku. Anna posadziła mnie na krzesełku w poczekalni, a Weronika poszła zorientować się w sytuacji. Po początkowym oszołomieniu, trochę już oprzytomniałam. Miałam podrapaną całą lewą rękę. Lewy policzek też trochę mnie piekł. Spojrzałam na siebie. Bluzkę miałam w strzępach, a na żebrach widniały ciemnoczerwone pręgi.
"Jak ta bestia zrobiła to w tak krótkim czasie...?!"
- Kapiesz na podłogę - mruknęła Anna.
Wzruszyłam ramionami.
- Mamy iść na drugie piętro i poczekać przed gabinetem numer trzy - Weronika wróciła do nas i wspólnie z Anną pomogły mi się wdrapać na drugie piętro.
Na drugim piętrze od razu w oczy rzuciła mi się sala pełna dzieci. Wszystkie leżały nieruchomo w łóżeczkach i spały. Najmłodsze miało około 2 lat, najstarsze maksymalnie 11. Wszystkich było około 20.
- Co tu się stało? - wymamrotałam do siebie. - "Przecież to nie jest oddział dziecięcy..."
- Ha, ażbyśmy to wiedzieli! - odpowiedział mi przystojny młody mężczyzna, otwierając drzwi do gabinetu. - To panią pogryzł pies?
- Jak widać - odparłam.
- Zapraszam.
Weszłam do gabinetu, zostawiając dziewczyny na korytarzu. Lekarz obejrzał moje rany.
- Wygląda mi to raczej na zadrapania niż ugryzienie - zawyrokował. - Ale mówiła pani, że pies był wściekły, więc na wszelki wypadek poproszę pielęgniarkę, by dała pani zastrzyk... Trzeba będzie złapać to biedne zwierzę...
- Już nie trzeba - mruknęłam.
Lekarz spojrzał na mnie dziwnie, ale nic nie powiedział. Zajął się tylko opatrywaniem ran.
- A co z tymi dziećmi, panie doktorze? Co im się stało? To jakaś śpiączka?
Pokręcił głową.
- Nie wiem. Nie mamy pojęcia. Prawie codziennie jakieś dziecko wpada w ten rodzaj śpiączki. Zaczęło się to jakiś miesiąc temu. Po prostu... nagle się nie budzą. I z każdym dniem tracą energię.
- Czy to... śmiertelne?
- Nie wiem co to jest, ale jeśli się długo nie będą budzić to... - urwał zmartwiony.
Nie musiał kończyć. To nie była zwykła śpiączka. Długotrwała mogła spowodować śmierć.
- Dobrze, to wszystko - odezwał się, wracając do oficjalnego tonu. - Proszę teraz jeszcze pójść na pierwsze piętro po zastrzyk do siostry Nancy i nie nadwyrężać się zbytnio, dobrze?
- Oczywiście. Dziękuję, doktorze - odpowiedziałam. - Zostaniemy tu chyba przez parę dni... Gdyby było coś co mogę zrobić dla tych dzieci, to...
- Zobaczymy. Proszę, to moja wizytówka, gdyby coś było potrzeba...
Schowałam wizytówkę do kieszeni, pożegnałam się i wyszłam. Zeszłam piętro niżej po zastrzyk przeciwko wściekliźnie i poczekałam na moje znajome.
- Dowiedziałyście się czegoś? - zapytałam.
- Aha - Anna skinęła głową. - Dzieciom nic nie jest, pomijając fakt, że się nie budzą, ale z każdym dniem są coraz słabsze. Zaczęło się od siedmiolatka. Potem zachorowała jego czteroletnia siostrzyczka, a następnie kolega z klasy i jego starszy brat.
Wyszłyśmy ze szpitala, wymieniając się informacjami i usiadłyśmy na ławce na ryneczku. Potem Anna i Weronika rozeszły się w przeciwne kierunki, by zebrać jeszcze jakieś wiadomości, a ja zostałam na ławeczce z kilkoma lokalnymi gazetami na kolanach (miałam się nie przemęczać, prawda?). Historia zachorowań była tam dość dokładnie przytoczona.
- I co? - zapytała Weronika, gdy się znowu spotkałyśmy, jakąś godzinę później.
- Ja już nic nowego się nie dowiedziałam... - mruknęła Anna, siadając koło mnie na ławce.
- A ja odkryłam pewną rzecz - powiedziałam. - Mianowicie. Większość dzieci, które zachorowały to siedmio-, ośmio- i dziewięciolatkowie. Chodzą wspólnie do szkoły. Reszta chorych dzieci to ich rodzeństwo, lub bliska rodzina, sąsiedzi.
- I jaki z tego wniosek? - mruknęła Weronika.
- Idziemy do szkoły! - zawołałam wesoło, zbierając się powoli z ławki.
W szkole nie dowiedziałyśmy się niczego konstruktywnego. Porozmawiałyśmy z wychowawczynią jednej z klas, miłą blondynką o imieniu Amy. Dzieci ją ubóstwiały. Ona je z resztą też. Prócz tego, że była wychowawcą, uczyła angielskiego we wszystkich młodszych klasach. Nie dowiedziawszy się niczego nowego, więc wyszłyśmy zrezygnowane w poszukiwaniu jakiegoś lokum. To był długi dzień, ale zbliżał się już ku końcowi.
Znaleźliśmy miejsce w motelu i poszłyśmy spać. Kiedy już zasypiałam, usłyszałam senny głos Anny:
- To nie jest naturalna śpiączka. Musimy się dowiedzieć, co ją wywołało.
Obudziłam się nad ranem. Śnił mi się jakiś koszmar. Nie pamiętałam czego dotyczył, ale tknięta przeczuciem odpaliłam laptopa i zaczęłam szukać. Moje poszukiwania obudziły Weronikę.
- Co ty robisz? Jest piąta rano...
- Szukam - mruknęłam opryskliwie. Nagle mój wzrok spoczął na jakimś artykule. - Hej, spójrz na to!
Weronika usiadła na moim łóżku i zajrzała mi przez ramię.
- "Strzyga. Wysysa energię życiową, jej głównymi ofiarami są dzieci." To może być to! - zawołała.
- "Atakuje nocą" - dodałam. - Zgadza się. Dzieci zasypiały normalnie, ale nie budziły się już nad ranem i cały czas tracą energię, bo strzyga cały czas czerpie z nich energię...
- Co się dzieje? - ziewnęła Anna, która obudziły nasze dyskusje.
- To strzyga! - zawołałyśmy jednocześnie z Weroniką.
- Super! Czeka nas niedługo małe polowanko, w takim razie?
- Jest jeden problem - mruknęłam, czytając dalej artykuł. - "Strzyga może przybierać za dnia dowolną postać" - podniosłam wzrok znad laptopa. - To może być każdy. Dosłownie każdy.

***&***
Z samego rana postanowiłyśmy zorientować się w sytuacji. Stwierdziłyśmy, że pomocny może być doktor, którego poznałyśmy dzień wcześniej. Zauważyłam, iż najbardziej nadaje się do tego Alice. Anna musiała pomyśleć o tym samym.
- Alice, powinnaś pogadać z doktorkiem - mruknęła do niej Anna.
- Czemu ja? - żachnęła się Ruda.
- Bo to ty wpadłaś mu w oko - mrugnęłam do niej.
- A ty się dobrze czujesz? - spytała nagle zirytowana.
- Po za tym, że poluję na paranormalne zjawy, to tak.
- Super - mruknęła. - Jakieś jeszcze dobre pomysły? Ja nie jestem Miss Agent, ok?
Alice jeszcze dobre pięć minut próbowała odciągnąć nas od tego pomysłu, z marnym skutkiem. W końcu obrażona wyszła porozmawiać z  doktorem Fray. Ja i Anna również postanowiłyśmy odwiedzić szpital, jednak najpierw udałyśmy się do pobliskiego spożywczaka. Wielu łowców nie zdaje sobie sprawy jak wiele informacji można zdobyć w takim miejscu. Niestety tym razem nic nowego nie dowiedziałyśmy się. W szpitalu, kiedy minęliśmy rozmawiającego z Rudą doktorka, dowiedziałyśmy się od pielęgniarki, że dziś na oddział trafiło nowe dziecko.
- Musimy się pospieszyć - mruknęła Anna.
- Ta... i w końcu zabić to draństwo - powiedziałam wychodząc przesuwnymi drzwiami.
Jakaś kobieta chaotycznie przetrzepywała kieszenie.- Gdzie ja mam te klucze? - mówiła do siebie. - Kochanie zaczekaj tutaj, chyba zostawiłam je na górze.
- To moja wina - szepnęła mała, jednak matka już jej nie usłyszała.
Podeszłam do niej. Była drobna, wyglądała na nie więcej niż dziewięć lat.
- Hej, co się stało? - zapytałam małą, opierając się o murek.
- I tak mi nie uwierzycie - jęknęła. - Nikt mi nie uwierzy.
- Powiedz, wierzymy w wiele rzeczy, Anna na przykład nadal wierzy w wróżkę zębuszkę.
Dziewczynka spojrzała z niedowierzaniem na Anie, która właśnie piorunowała mnie wzrokiem.
- Mój młodszy braciszek zachorował, a to tylko i wyłącznie moja wina - powiedziała i oparła się o murek obok mnie.
- Słuchaj ja też jestem starszą siostrą i wiem jak się czujesz, ale to nie twoja wina - poklepałam ją po plecach.
- Właśnie, że to moja wina! Gdybym zamknęła okno, potwór by jej nie dopadł.
- Co ty powiedziałaś? - spytała Anna trochę za głośno.
- To przez potwora Andy zachorował - powiedziała cicho.
- Penny, jedziemy - kobieta od kluczy wróciła i dziewczynka pobiegła do samochodu.
Poczekałyśmy, aż się oddalą.
- To mamy kolejny cel - mruknęłam.
- Nie rób z niej przynęty - odburknęła mi Anna.
Miałam już rzucić cięto ripostę, kiedy zauważyłam naburmuszoną Alice, wychodzącą ze szpitala.
- I czego się dowiedziałaś? - zapytałam Rudą.
- A więc... - warknęła gniewnie -... jego e-mail to seksownydoktorek@hotmail.com, oprócz tego mam jego numer telefonu, a i jeszcze umówiliśmy się na kolację o ósmej.
Wybuchnęłyśmy z Anną śmiechem.
- Kończmy robotę, bo chcę czym prędzej wyjeżdżać - dodała Ruda dobitnie.
Chwilę zajęło nam ustalenie adresu małej Penny, ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Podjechałyśmy po jej dom i zastanawiałyśmy jak to wszystko zorganizować.
- Przecież nie wejdziemy i nie powiemy prawdy - powiedziałam do Alice.
- Czemu?
- Jak ty przetrwałaś? - westchnęła poirytowana.
- Patrzcie - przerwała nam Anna.
Spojrzałyśmy za jej wzrokiem i zauważyłyśmy, że matka dziewczynki gdzieś jedzie. To znacznie ułatwiało sprawę. Przestałam więc się kłócić z Rudą i naładowałam swój pistolet poświęconymi, srebrnymi kulkami. Reszta zrobiła to samo, pozostało nam tylko czekać.
Rodzice jak zwykle byli na łowach, a cały dom i Anie na mojej głowie. Sprawdziłam wszystkie drzwi prowadzące na zewnątrz i okna, sól była prawidłowo rozsypana. Następnie zabrałam pistolet ze srebrnymi kulami i poszłam do kuchni. Postawiłam garnek z wodą na makaron i przeszłam do salonu, gdzie czteroletnia Anna oglądała kreskówki. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, spojrzałam zza firanki i zobaczyłam tatę. Szybko otworzyłam drzwi.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - zaczął na mnie krzyczeć. - A gdybym był opętany?! Masz pilnować Anny.
Gdyby ojciec wiedział jak bardzo ja chcę ją chronić. Może wtedy ufałby mi bardziej. Położyłam się spać, wciąż zła na niego. Obudziłam się tknięta dziwnym przeczuciem i pobiegłam do pokoju Anie. Nad jej łóżkiem unosiła się ciemna postać. Sięgnęłam po leżący na półce pistolet i strzeliłam do niej, nie udało mi się jednak jej zlikwidować. Uciekła.
Przy jednym z okien coś się poruszyło. Wysiadłyśmy i pobiegłyśmy w tamtym kierunku. Niestety strzyga zdążyła już dostać się do sypialni dziewczynki. Zaczęła wysysać z niej energię, a wtedy ja strzeliłam. W tym samym czasie zrobiły to Anna i Alice. To zabiło strzygę. Penny upadła na poduszkę i spała dalej. To również ułatwiło nam całą akcje. Posprzątałyśmy resztki strzygi i wróciłyśmy do Impali. Kiedy przejeżdżałyśmy obok szpitala, usłyszałyśmy podniecone szepty pielęgniarek, robiących sobie przerwę na papierosa, na temat cudowne ozdrowienia dzieci.

*********************************************************************************

Powrót smoka ;)
Od teraz po zaaklimatyzowaniu się w nowych (Szur) i starych (Szal) szkołach NN będą pojawiać się częściej ^^
Na razie nasze bohaterki zajmują się zwykłymi zajęciami, o ile można tak nazwać likwidowanie demonów, duchów i innego ustrojstwa :p
Dziękujemy cierpliwym czytelnikom, którzy nas nie opuścili (o ile tacy jeszcze są). Ta nocia jest dla was :*

S&S