Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

niedziela, 4 listopada 2012

Rozdział 5

 NOTKA DEDYKOWANA STUKNIĘTEJ, DZIĘKI ZA WSPARCIE  :*

Weronika pędziła autostradą 120 na godzinę. Światła latarni błyskały szybko, rzucając pomarańczowe refleksy na moją twarz opartą o szybę. W samochodzie panowało milczenie. Anna drzemała na przednim siedzeniu, GPS migał monotonnie, a ja rozpamiętywałam najgorsze momenty mojego życia.
Teraz marzyłam tylko o jednym: Znaleźć ojca i wreszcie dowiedzieć się o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.
Nie wierzyłam by to on zabił moją mamę i George'a. W każdym razie nie z własnej woli. Doszłam już do tego, że najprawdopodobniej opętał go jakiś demon. Tylko dlaczego usiłował mnie dorwać? I czemu nie zrobił tego przez ostatnie dwa lata, kiedy byłam całkowicie bezbronna?
Napis na zielonej tablicy rzucił mi się w oczy. Dobrze znany mi drogowskaz. Choć obiecałam sobie, że omijać będę to miejsce szerokim łukiem, zawołałam nagle:
- Skręć tu!
Weronika bez pytania gwałtownie przyhamowała. Samochodem szarpnęło i wszystkie trzy zawisłyśmy na pasach, a Anna brutalnie została wyrwana ze snu.
- O co chodzi...? - mruknęła sennie.
Droga była słabo oświetlona, więc Weronika włączyła długie światła. Przy drodze pojawiły się pierwsze domy. I tablica. "Lewistown".
Obiecałam sobie, że nigdy tu nie wrócę. Nic mnie już nie łączyło z tym miejscem.
A jednak.
- Za kościołem skręć w drugą ulicę w lewo.
Weronika o nic nie pytała. Posłusznie skręciła we wskazaną ulicę. Anna przyglądała mi się ciekawie z przedniego siedzenia, a ja nerwowo zagryzłam wargę. Czy nie popełniałam błędu?
- Teraz w prawo.
Latarnie się skończyły. Drogę oświetlały jedynie reflektory Impali. Po chwili skończył się także asfalt.
- Dalej nie jadę - oświadczyła Weronika, zatrzymując samochód. - Nie jeżdżę, kiedy nie ma asfaltu...
- To tylko 200 metrów - odparłam. - A droga jest ubita. Burmistrz potrzebował kasy na kampanię wyborczą i zwinął nam asfalt.
Weronika nie pytała. Powoli ruszyła ostrożnie omijając domniemane dziury. Po obiecanych 200 metrach zatrzymała się na niedużym parkingu. Obrośnięty bluszczem mur i lekka czerwona łuna bijąca od palących się zniczy.
- Mamy tu robotę? - mruknęła Weronika. - Mogłaś powiedzieć, sól nam się kończy...
Anna szturchnęła ją łokciem, a ja wysiadłam z samochodu.
- Jak chcecie, to możecie tu zostać. To nie potrwa długo - obiecałam.
Ruszyłam w kierunku bramy. Za sobą usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
Nie było to takie łatwe jak przewidywałam. Było ciemno, a ja nie wiedziałam dokładnie gdzie mam szukać. Na lewo od kaplicy... na lewo od kaplicy.... na lewo od...
Po kwadransie, który dziewczyny zniosły cierpliwie w końcu znalazłam. I natychmiast poczułam wstyd.
Uciekłam. Nawet nie poczekałam...
Miałam wrażenie, że anioł nagrobny patrzy na mnie z potępieniem.
- Alice...
Pokręciłam głową. Anna zamilkła.

R.I.P
Susanna Coben 
*14.09.1972r
+11.02.2010r

R.I.P
George Coben
*23.03.1967r
+11.02.2010r

ZMARLI TRAGICZNIE

- Przepraszam, mamo - szepnęłam. - Wybacz, George.
Patrzyłam na nagrobek i zastanawiałam się co ja tutaj robię. Usiłowałam to sobie wytłumaczyć. Może sobie, może mamie i George'owi, a może także dziewczynom.
- Przepraszam, że uciekłam. Przepraszam, że nawet nie poczekałam na wasz pogrzeb. Przepraszam, że zostawiłam to wszystko na głowie waszych przyjaciół. Przepraszam, że musiałam wszystkich okłamać. Przepraszam, że tak długo żyłam w nieświadomości. Przepraszam, że starałam się zapomnieć. Przepraszam, że dopiero teraz... - mówiłam coraz ciszej, aż w końcu ostatnie słowo było ledwo dosłyszalne - Przepraszam.
- Alice... - spróbowała znowu Anna, jednak ja nadal nie reagowałam. Byłam tylko ja i mój wstyd.
- Przepraszam, że jeszcze go nie znalazłam - dodałam jeszcze.
Delikatnym, wręcz czułym ruchem, zgarnęłam z mogiły kilka uschniętych liści. Poczułam się tak, jakbym pogłaskała mamę po włosach. Grób był zadbany, a ja wiedziałam komu powinnam dziękować. Nie tym razem jednak. Trzeba było wracać na autostradę i pędzić do roboty, która czekała kilkadziesiąt kilometrów stąd. A potem poszukać następnej. I następnej. I...
I ojca.
- Chodźcie. Wyprowadzę was znów na autostradę.
Starałam się powstrzymać wypełniające mnie uczucia przed wypłynięciem na zewnątrz. Żal. Ból. Smutek. Gorycz. Złość, a nawet gniew. Chęć zemsty. Zagubienie. Niepokój. Wewnętrzne rozdarcie. 
I wstyd.
Dziewczyny szły za mną poruszone. Płomienie świec i zniczy rzucały światło na nasze twarze i dawały nieco ciepła, kiedy szłyśmy cmentarną alejką w kierunku parkingu. Trafiłyśmy jakoś po ciemku do samochodu i ruszyłyśmy powoli z powrotem. Kiedy dotarłyśmy do asfaltu, Anna spróbowała ponownie:
- Alice... Dlaczego nam nie powiedziałaś?
- Powiedziałam wam. Nie pamiętacie? Zaraz przy pierwszym spotkaniu. Zaraz po tym jak nazwałyście mnie okropną kłamczuchą, czy jakoś tak...
- Nie wzięłyśmy tego na poważnie - mruknęła Weronika. - Nie do końca na poważnie.
- Poza tym... - dodała Anna. - Poza tym nie wiedziałyśmy...
- Że nie zostałam nawet na pogrzebie? To miałaś na myśli? - zapytałam gorzko. - W lewo - dodałam neutralnym głosem.
- Nie - zaprzeczyła Anna. - Po prostu... Że... Że to się stało tak szybko, tak nagle, że nawet... - nie mogła znaleźć słów. 
- Demony się raczej nie cackają z ludźmi. Powinnyście już to wiedzieć.
- Ale...
- Nie chcę o tym rozmawiać - stwierdziłam sucho.
Przez dłuższą chwilę nic nie przerywało ciszy, oprócz moich wskazówek, kiedy przeprowadzałam Weronikę przez miasteczko.
- Ta droga jest zamknięta - zaprotestowała Weronika, kiedy kazałam jej skręcić w prawo.
- Dwie przecznice dalej - mruknęłam ponuro. 
Weronika zwolniła, ponieważ wjechałyśmy w drogę osiedlową. Kiedy minęłyśmy ładny biały domek, odwróciłam głowę. Żadna tego nie zauważyła.
- Alice... - Anna uporczywie chciała przerwać ciszę. 
Miałam na nią wrzasnąć, żeby się zamknęła i przestała w końcu drążyć sprawę, ale zamiast tego z moich ust wyrwał się okrzyk:
- Uważaj!
Na drogę wybiegła kobieta w średnim wieku. Miała rozmazany makijaż i potargane włosy. Weronika gwałtownie wyhamowała, a kobieta dopadła otwartego okna po stronie pasażera.
- Ratunku! Pomocy, moja córka... Ona... Tam... - rozszlochała się spazmatycznie. 
Weronika wysiadła z auta i usiłowała dowiedzieć do się stało, odrywając ją jednocześnie od auta, żeby Anna mogła wysiąść. Ja siedziałam sparaliżowana w środku.
- Spokojnie, proszę pani, co się stało pani córce? - pytała łagodnie Anna, sadzając ją na krawężniku. Kobieta jednak wbiła we mnie rozbiegane spojrzenie.
- Alice...? - zapytała przytomniej.
- Dobry wieczór, pani Preston - wyszeptałam, wysiadając z samochodu.

***&***
- To wy się znacie? - szepnęłam Rudej do ucha.
- To długa historia - odparła bezbarwnym głosem.
- Co dokładnie się stało? - spytała Anna.
- Wy-wy-słałam córkę po-po-po masło - wyjąkała, szlochając - bo zabrakło mi do-do-do o-o-obiadu. - Jej ciałem wstrząsnął kolejny spazm, ale ciagneła opowieść dalej. - A-a-ale Lisa długo nie wra-wra-wracała, więc po-po-poszłam zo-zo-zobaczyć cz-cz-czy nie zagada-da-dała się sy-y-y-ynem są-ą-ąsiada i zna-nalazłam ją w o-o-o-grodzie ma- ma - wzięła głęboki oddech i dokończyła szeptem - martwą.
Zostawiłyśmy Alice z roztrzęsioną panią Preston, a same poszłyśmy sprawdzić ciało. Przeskoczyłyśmy płot i na środku ogrodu ujrzałyśmy ciało blondwłosej młodej dziewczyny. Całe jej ciało było poszarpane, a w otwartej klatce piersiowej brakowało serca. Nad winowajcą nie trzeba było się zastanawiać, to klasyczny, wręcz książkowy przykład ataku wilkołaka. Wróciłyśmy do Alice, która próbowała uspokoić roztrzęsioną kobietę.
- Anie, zaprowadź panią Preston do domu - zaproponowałam.
Anna tylko kiwnęła głową i zabrała załamaną kobietę. Alice załamana usiadła na krawężniku, usiadłam obok.- To wilkołak - odezwałam się.
- Jesteście pewne?
- Tak, brakowało serca.
Ruda ukryła twarz w dłoniach.
- Tak w ogóle to skąd ją znasz? Panią Preston.
- Jej mąż pracował z Georgiem. Przyjaźniła się z moją mamą. Mieszkałam trzy domy wcześniej. A jej córka, Lisa... była moją najlepszą przyjaciółką.

***&***
Dlaczego złe przeczucia muszą się zawsze spełniać?
Wiedziałam, że nie powinnam tu wracać. Nigdy.
Tutaj. Do domu.
Wszystkie dobre wspomnienia związane z tym miasteczkiem już dawno wyparowały. Zostały tylko te złe. A teraz... Czy nad tym miejscem ciążyło jakieś fatum? A może nade mną? Jak inaczej wytłumaczyć, że ledwo się zjawiłam, po dwóch latach starannego omijania tych okolic... Że ledwo wróciłam, a moja najlepsza przyjaciółka ginie w tragiczny sposób? Przyjaciółka, z którą się nawet nie pożegnałam przed wyjazdem. Jak z wszystkimi, których znałam, zresztą. Przyjaciółka, o której postanowiłam zapomnieć, bo była symbolem tego zwykłego szczęśliwego życia,  którym bezpowrotnie musiałam się pożegnać. Była dla mnie synonimem tego świata, w którym nie ma ani demonów, ani duchów, ani...
Ani wilkołaków.
Czy to był przypadek? Przecież jechałyśmy właśnie do miasta, w którym grasował wilkołak. Obawiam się bliskości Lewistown, ale Weronika bardzo napaliła się na tą robotę. Tylko że po drodze musiał napatoczyć się ten durny drogowskaz...
Nie było żadnych wątpliwości, co do tego, że to wilkołak odpowiadał za śmierć Lisy. Dziewczyny, która niczym sobie na śmierć nie zasłużyła. Była najbardziej niewinną i beztroską osobą jaką znałam. Gdy tylko się wchodziła do pokoju,  na każdej twarzy pojawiał się uśmiech.
Siedziałam z Anną i Weroniką w kuchni, a w salonie policja przeprowadzała dochodzenie. Słyszałam dochodzący zza ściany szloch pani Preston i łagodny głos policjanta.
- Gdzie jest Steven? Już dawno powinien wrócić... Czy jemu też coś się stało? - znów zaniosła się płaczem.
- Cześć, dziewczyny. Możemy pogadać? - do kuchni wsunął się młody policjant.
Wskazałyśmy mu wolne krzesło naprzeciw mnie. Siedziałam gapiąc się bez celu w okno, a Weronika oparła się o kuchenny blat i przyglądała się Annie, która nerwowo krążyła po kuchni.
- Wiecie co tu się stało? - zapytał.
Zerknęłyśmy szybko na siebie i jak na komendę pokręciłyśmy głowami.
- Dobrze, to może od początku... - przyglądał nam się zakłopotany. - Opowiecie mi jak się tu znalazłyście i co widziałyście.
- My... - zaczęła Anna, jednak zaraz jej przerwałam.
- Jechałyśmy z niezapowiedzianą wizytą do państwa Preston. Mieszkałam tu kiedyś, a nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni. Postanowiłyśmy się zatrzymać tu na parę dni, w czasie naszej podróży po kraju. To moje przyjaciółki z collage'u - wskazałam na Annę i Weronikę. Kiedy nauczyłam się tak ładnie zmyślać? - Chciałam je przy okazji poznać z Lisą - głos lekko mi się załamał w tym miejscu, więc Weronika podjęła wątek.
- Alice zaprowadziła nas pod dom, kiedy nagle pani Preston wybiegła na ulicę, wołając pomocy. Chodziło o jej córkę. - policjant dokładnie notował wszytko co mówiłyśmy. - Alice została z nią przed domem, a ja z siostrą poszłyśmy sprawdzić co się stało. Znalazłyśmy w ogrodzie martwą dziewczynę z rozszarpaną klatką piersiową... Potem zadzwoniłyśmy na policję.
Policjant zadał nam jeszcze parę pytań, po czym pożegnał się i wrócił do salonu.
- Alice... - zaczęła delikatnie Anna, kiedy siedziałyśmy przez chwilę w milczeniu. - Czy ty chcesz... zająć się tym?
Uniosłam wzrok i na nią spojrzałam.
- Ten potwór rozszarpał moją przyjaciółkę. Jak myślisz?
- Pójdę zameldować nas w jakimś motelu - mruknęła Weronika, odrywając się od blatu. Podeszła do drzwi kuchennych, kiedy nagle te się otworzyły.
- Dobry wieczór, kocha... - pan Preston urwał w pół słowa. - Kim jesteście? I co robicie w moim domu? - zapytał Weronikę, a potem spojrzał na mnie. - Alice?
- Dobry wieczór, panie Preston - odpowiedziałam bezbarwnym głosem.
- Wiecie może co robi wóz policyjny na moim podjeździe? Czyżby moja żona zrobiła jakieś przyjecie bez mojej wiedzy? - zapytał żartobliwie, nawet nie podejrzewając co dzieje się w salonie. Czasem bez zapowiedzi odwiedzali go koledzy z pracy. Na przykład mój ojczym.
Bardzo nie chciałam burzyć spokoju i błogiej nieświadomości, malującej się na jego twarzy. Na szczęście ktoś mnie wyręczył.
- Lepiej będzie, jeśli pójdzie pan do salonu - zaproponowała ostrożnie Anna.
Po chwili dało się się słyszeć kolejne odgłosy rozpaczy. Wstałam i nalałam sobie wody z kranu do szklanki. Nim wypiłam ją do końca, w domu zapadła cisza. Policja już odjechała.
- I co robimy? - szepnęła Anna, a Weronika bezszelestnie wyszła z domu, by znaleźć nam miejsce w motelu, jak mówiła.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo drzwi do kuchni skrzypnęły cicho i do środka ponownie wsunął się pan Preston. Już opanowany i spokojny.
- Jak ma na imię twoja przyjaciółka, Alice? - zapytał po chwili milczenia, umyślnie pomijając bolesny temat.
- Anna. Ta druga to Weronika.
Usiadł obok mnie na krześle i ukrył twarz w dłoniach. Wyglądał, jakby coś w nim pękło  Możliwe, że serce. W końcu odezwał się cicho:
- Zastanawialiśmy się, czy jeszcze cię kiedyś zobaczymy. Zniknęłaś tak nagle... Lisa bardzo za tobą tęskniła. Mówiła o tobie prawie codziennie. Kiedy szła do sklepu mówiła: "Ta sukienka pasowała by na Alice. Kupmy ją, dam ją jej na urodziny... kiedy przyjedzie"
Odwróciłam wzrok. Poczułam się okropnie.
- Nie mogliśmy przewidzieć, że postanowisz nas odwiedzić akurat w takim momencie. To straszne... Najpierw twoi rodzice, a teraz... - głos mu się załamał.
- Pójdziemy już. Ja... sądzę, że zostaniemy na kilka dni. Ja chciałabym... zostać na pogrzebie, jeśli nie będzie to problemem... - mówiłam cicho.
Ojciec Lisy niemal niedostrzegalnie skinął głową.
- Zawsze będziesz u nas mile widziana, Alice. Pogrzeb - przełknął ślinę - będzie pojutrze.
- Dobrze, będziemy - odparłam cicho, wychodząc.
"Tym razem nie ucieknę"
***&***
Rozstałyśmy się z Rudą i poszłyśmy prosto do biblioteki. Nie była ona za duża, ale na szczęście posiadała dział archiwalny, pełen starych gazet, akt i innych takich. Rozsiadłam się wygodnie na obitym krześle i zaczęłam przeglądać pierwszy stos pożółkłych gazet. Nie natrafiłam na żadne rewelacje, sądząc po minie Anie, ona też nic nie znalazła. Przeszłam, więc do kolejnej partii starych dzienników. Jedyne co w nich było godne uwagi to humorystyczne komiksy. W trakcie przeglądania szóstej sterty, zawierającej gazety z przed dwóch lat, trafiłam na artykuł o zabójstwie państwa Coben. "Brutalne morderstwo w restauracji" głosił nagłówek. Przeszukałyśmy wszystko co było w archiwum i nie znalazłyśmy nic niepokojącego, a więc Lisa była pierwsza. Postanowiłyśmy coś zjeść, więc udałyśmy się do pobliskiego Burger Baru. Anna jak zwykle zamówiła jakąś zielenine i latte, a ja cheeseburgera i espresso.
- Dobra to co dalej? - spytałam robiąc łyk kawy.
- Może ten z Raxton się tu przypałętał? - zasugerowała.
- Też o tym myślałam.
- Wasze zamówienia - do stolika podeszła kelnerka z pysznie wyglądającym cheeseburgerem i miską sałatki.
- Trzeba sprawdzić ten trop - mruknęłam po zjedzeniu połowy burgera.
Anna tylko kiwnęła głową, wpatrując się w swojego laptopa.
- W Raxton doszło w sumie do sześciu ataków - powiedziała.
- Nie ma co czekać na kolejny.
Napisałyśmy Alice wiadomość, że czekamy na nią przy bibliotece. Ruda zjawiła się po około piętnastu minutach, nadal była lekko nieobecna.
- I co znalazłyście coś? - spytała.
- To pierwszy atak w tym mieście, podejrzewamy, że to ten sam co w Raxton - wyjaśniła Anna.

- Mniemam, że chcecie jechać to sprawdzić.

Kiwnęłam głową.
- Dobra, jak się czegoś dowiecie, to dajcie znać - powiedziała i sobie poszła.
- Ależ ona rozmowna - sarknęłam.
Przeszłyśmy przez ulicę wprost do zaparkowanej na chodniku Impali. Anna umościła się na miejscu pasażera i puściła "T.N.T" AC/DC. Wyjęłam z bagażnika fałszywe odznaki FBI i zajęła miejsce kierowcy. Po drodze zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej i przebrałyśmy się. Dzięki temu wyglądałyśmy na prawdzie agentki FBI. W Raxton od razu udałyśmy się do prosektorium.
- Dzień dobry! Agentka Young i agentka Page - pokazałyśmy z Anną odznaki.
- FBI? Panie pewnie w sprawie tych ataków .
Kiwnęłyśmy głowami.
- Chciałybyśmy zobaczyć zwłoki - powiedziałam.
Zostałyśmy zaprowadzone do kostnicy, gdzie pokazano nam zwłoki. Obrażenia niczym nie różniły się od tych znalezionych na ciele Lisy. Dowiedziałyśmy się jednak, że pan Preston pracuje nad tymi sprawami. Zmyłyśmy się czym prędzej, aby go nie spotkać. W drodze powrotnej przebrałyśmy się dopiero na stacji w Lewistown. Alice czekała na nas przed domem państwa Preston.

- Cześć! Macie coś?
- Pan Preston pracuje w sprawie tych ataków - wyjaśniłam.
- I to tyle newsów - dodała Anie.
Udałyśmy się z Anną do motelu, żeby odpocząć, w czasie kiedy Ruda poszła na pogrzeb Lisy.
***&***

Cmentarz za dnia wyglądał równie ponuro, co i w nocy. Mijałam groby ludzi, których znałam. Sąsiadów, znajomych, rodziny...
Ludzie powoli się zbierali. Nie było ich wiele. Głównie sąsiedzi i najbliżsi przyjaciele. Z rodziny nie przyjechał praktycznie nikt - mieszkali zbyt daleko, możliwe że nie dotarła do nich jeszcze nawet wiadomość.
Ogółem, na pogrzebie było zaledwie koło 15 osób. Stałam z tyłu, zastanawiając się jak wiele osób przyszło na pogrzeb moich rodziców. Tyle co teraz? A może mniej? Kilka osób pozdrowiło mnie, zdziwieni moim nagłym pojawieniem się z powrotem. Reszta raczej mnie po prostu nie poznała.
Kiedy ceremonia dobiegła końca, poczekałam aż ludzie się rozejdą i podeszłam do grobu.
- Cześć - mruknęłam nieśmiało w kierunku grobu. - Przepraszam, Liso. Wolałabym rozmawiać z tobą w innych okolicznościach, ale... To moja wina. Wybacz mi.
Położyłam na grobie wiązankę lilii i ruszyłam powoli zamyślona w kierunku wyjścia z cmentarza. Nawet nie zauważyłam kiedy wyszłam na parking i... na kogoś wpadłam.
- Hej, uwa... Alice? - ów ktoś złapał mnie za ramiona, bym nie upadła.
Uniosłam wzrok.
- Roger...?
- Alice, co ty tutaj robisz? - zapytał, puszczając mnie.
Odwróciłam wzrok.
- Przyszłam na pogrzeb twojej siostry - odpowiedziałam cicho. Bałam się ponownie spojrzeć w jego piękne orzechowe oczy. Obawiałam się, że zeżre mnie poczucie winy. Jednak zaryzykowałam.
- Alice... - odwrócił głowę i zaczął raz jeszcze. - Czy ty wiesz... Dlaczego zniknęłaś tak nagle? Czy ty wiesz jak Lisa to ciężko znosiła? Telefon głuchy, nikt nic nie wie, rozpłynęłaś się w powietrzu..! Nagle, bez pożegnania.
- Roger...
- I nagle pojawiasz się po dwóch latach, jak gdyby nigdy nic... Bez słowa wyjaśnienia, znikąd... Powiedz co ja mam myśleć o tym? I to właśnie wtedy, gdy... - głos mu się załamał.
Z lekkim wahaniem dotknęłam jego ramienia. Czułam jak napina mięśnie, jakby przygotowywał się do ciosu.
- Roger... - zaczęłam delikatnie. - Ja rozumiem...
- Nie, nie rozumiesz - przerwał mi gniewnie. - Zawsze była nasza trójka: ja, ty i Lisa. Zawsze razem, pamiętasz? Aż nagle... zniknęłaś. Jakby to wszystko co razem przeżyliśmy nic dla ciebie nie znaczyło. I to wtedy, kiedy chcieliśmy być jak najbliżej ciebie, kiedy chcieliśmy cię wspierać... Wiesz jak się czułem? Wiesz jak Lisa się czuła? Kiedy wyjechałem na studia... została sama. A wasze wspólne plany? Miałyście razem studiować pedagogikę... Miałyście wspólnie napisać książkę o naszych przygodach... Co z tymi planami, Alice? Czy wiesz jak nas zawiodłaś...?
- Wiem - szepnęłam, prawie płacząc. Nasza książka... Jakże dziecinne wydawały mi się teraz nasze marzenia...! - Wiem. Nawet nie wiesz ile razy o tym myślałam. Codziennie zastanawiałam się co robicie. Codziennie, dopóki nie doszłam do wniosku, że jeśli nie uda mi się o was zapomnieć to oszaleję - teraz już otwarcie płakałam. - Ale musiałam to zrobić. Ja... Moje stare życie się skończyło. Nic nie było takie jak wcześniej. Wiesz ile razy myślałam o tym, żeby wrócić? Pytanie tylko: do czego?
- Do nas - szepnął, obejmując mnie mocno. Przylgnęłam do niego ściśle, jak za dawnych lat. Kiedy jeszcze nic nie wiedziałam o duchach i demonach. Kiedy miałam dwoje najlepszych przyjaciół pod słońcem.
- Do nas - powtórzył. - Bałem się, Alice. Nie dawałaś znaku życia. Naprawdę się o ciebie martwiłem...
- Nie musiałeś...
- Jesteś moją przyjaciółką. Najlepszą przyjaciółką. I nic tego nie zmieni. Nawet jeśli ty myślałaś, że kiedykolwiek będzie inaczej.
Teraz już kompletnie nie wytrzymałam. Rozszlochałam mu się w ramię, tak jak wtedy kiedy miałam 6 lat i zdechł mój ukochany króliczek. Długo płakałam. Nad sobą, nad życiem, które już bezpowrotnie należało do przeszłości, nad Lisą i moimi rodzicami... Roger w milczeniu to znosił, przytulając mnie jedynie mocno. Nie zasługiwałam na takiego przyjaciela. Może kiedyś, w tym innym życiu. Ale teraz? Teraz nic nie było takie same. A już na pewno nie ja.
- Chodź - powiedział, kiedy się trochę uspokoiłam. - Chodź do nas...
W milczeniu dałam się zaprowadzić do dobrze znanego mi domu. Szliśmy na pieszo, było to całkiem spory kawałek. W sam raz na wieczorny spacer. Nagle poczułam, że przyszedł do mnie SMS.
"Znalazłyśmy coś w Raxton. Zapolujemy, a ty szukaj tego naszego wilkołaka...  Możliwe, że to jednak coś innego. To musi być ktoś z bliskiego otoczenia Lisy" - pisała Weronika.
"Chyba czeka mnie wycieczka do szkoły" - pomyślałam niechętnie. Oznaczało to spotkanie z większą ilością dawnych znajomych niż przewidywałam. Miałam tylko nadzieję, że niewiele osób będzie w stanie mnie rozpoznać. - "Ale to jutro..."
- Wilkołak? Łowy? To jakiś szyfr? - zapytał nagle Roger.
- Znowu zaglądałeś mi przez ramię! - oburzyłam się, w panice szukając jakiejś wymówki. - Miałeś już tego nigdy nie robić...!
- Wybacz, przyzwyczajenie. No więc? Jestem z natury ciekawy, wiesz przecież...
- Yyyy... My... Weronika amatorsko interesuje kryminalistyką. Zaprała się, że dojdzie do tego, kto... - urwałam. - Swoje śledztwo nazywa "łowami", a wilkołak to... przestępca. To rzeczywiście szyfr.
- Alice... Ciągle zapominasz, że wiem kiedy kłamiesz. Jesteś wtedy nienaturalnie pewna siebie. I mówisz poważnie, co zazwyczaj rzadko ci się zdarza. No więc? Przecież to chyba nic złego?
- Ja... - przecież nie mogłam powiedzieć mu prawdy! - Tego nie mógł zrobić człowiek. Żaden człowiek nie mógłby zadać takich ran. Bardziej przypomniało to robotę wilka, ale żadne zwierzę nie wyszarpuje ofierze serca, zostawiając resztę. Ani człowiek, ani zwierz, więc roboczo nazwałyśmy to wilkołakiem.
Mówiłam prawdę, no nie? Prawie.
- Aha - jego mina mówiła, że chyba nie do końca mi uwierzył. - Pojechałaś do babci? - zapytał nagle, jakby chcąc zmienić temat.
- Co?
- Wtedy... po śmierci rodziców. Pojechałaś do babci?
- Ja... tak - skłamałam znowu. Jedna babcia nie żyła, druga przebywała w domu opieki społecznej na drugim krańcu kraju. "Trzeciej babci" nie znałam. - To daleko. Musiałam szybko wyjechać, bo inaczej długo by trwało nim... - urwałam, licząc, że sam sobie dopowie resztę.
Roger skinął głową. Tym razem, nie przyłapał mnie na kłamstwie. Prawie przez całą drogę nic nie mówiliśmy. Kiedy jednak minęliśmy biały domek, spytałam:
- Kto tu teraz mieszka?
Westchnął ciężko.
- Bardzo długo nie mogli go sprzedać. Ale jakieś półtora roku temu kupiło go starsze małżeństwo. Bardzo niesympatyczni - opowiadał. - Wiesz, kiedy jeszcze nikt tam nie mieszkał, często przychodziliśmy tam z Lisą, a potem nowi mieszkańcy bardzo niegrzecznie nas wyprosili. Mówiliśmy im, że w kącie ogrodu zrobiliśmy z naszą przyjaciółką, która kiedyś tu mieszkała, szałas i mamy tam rożne rzeczy. Nie pozwolili nam ich zabrać. Potem tylko zostawili torbę z drobiazgami na schodach, a szałas rozebrali i zrobili tam rabatkę. Chodź, zrobię ci herbaty - powiedział, wpuszczając mnie przez kuchenne drzwi, kiedy stanęliśmy przed jego domem.
Usiadłam przy stole. Roger obrócił się do mnie tyłem, szukając w szafce jakiejś herbaty dla mnie.
- Mam gdzieś twoją ulubioną, z cytryną i limonką. Życzysz sobie? - zapytał, nie odwracając się. Kiedy podnosił ręce do góry, w poszukiwaniu herbaty na górnych półkach, uniesiona koszulka odsłoniła fragment opalonych pleców.
- Jeśli nie sprawi ci to kłopotu...
- O, Roger, jesteś już... - drzwi do kuchni otworzyły się i stanęła w nich pani Preston. - Alice... miło cię widzieć.
Zerwałam się z miejsca.
- Ja... Pani Preston... to może ja już pójdę. Pewnie... Ja nie powinnam teraz - jąkałam się. - Pewnie chcecie teraz być sami...
- Kochanie - pani Preston złapała mnie za ramiona i posadziła z powrotem na krześle, a Roger postawił przede mną moją herbatę. Taką jak lubiłam. Z jedną łyżeczką cukru i dwiema kroplami soku z maliny. - Kochanie, przecież jesteś u siebie. Jesteś dla nas jak córka, a dla Rogera i Lisy jak siostra. I proszę przestań już z tą panią. Przecież nic się nie zmieniło. Nadal jestem twoją "ciocią Amelią"...
- Ja... - nie wiedziałam co powiedzieć. - Ja... chciałam was przeprosić. Że wyjechałam tak bez pożegnania. I teraz zawracam wam głowę, kiedy...
- Przeżywasz śmierć Lisy tak samo jak i my. Wiem o tym, kochanie.
Roger usiadł naprzeciwko mnie i uśmiechnął się pokrzepiająco. Był to jednak smutny uśmiech.
- Tak - westchnęłam. - Chciałbym dorwać tego, kto to zrobił.
- A wiesz jak zabić wilkołaka? - zapytał Roger, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy.
- Tak, wiem - odparłam nagle poważnie, pragnąc wyjawić im całą prawdę.
Jak inaczej mieli zrozumieć moje dziwne zachowanie? Widziałam, że martwią się o mnie, że wydaje im się, że nie jestem sobą.
Bo nie byłam.
- Chodźmy do salonu - zaproponowała nagle pani Preston. Ciocia Amelia, poprawiłam się w myślach. - Widzę, że chcesz nam coś opowiedzieć.
Kiedy weszliśmy do salonu, główne drzwi otworzyły się i do środka wszedł wujek Steven, wciąż jeszcze w policyjnym mundurze. Widząc, że coś się dzieje, zostawił swoją torbę na komodzie i podszedł do żony.
Prestonowie usiedli na szerokiej kanapie, a ja opadłam na wygodny fotel. Roger nonszalancko oparł się o ścianę koło kominka. Przez chwilę w pomieszczeniu panowała całkowita cisza. W końcu odezwałam się powoli:
- To co teraz wam powiem, zabrzmi kompletnie niedorzecznie, ale proszę wysłuchajcie mnie do końca.
- Kochanie, ostatnio mam wrażenie, że jestem w stanie uwierzyć już we wszystko... - westchnęła ciocia Amelia, a wujek pokiwał głową, potakując jej słowom.
Westchnęłam ciężko.
- Obawiam się, że jednak nie. Wiem, że... wyjechałam nagle. Dziwnie, wręcz okropnie musiało to wyglądać z boku, ale... ale miało to związek z moim ojcem.
- Rozumiem, że nie masz w tym momencie na myśli George'a? - upewnił się wujek Steven. Prestonowie od dawna wiedzieli, że George nie jest moim prawdziwym ojcem.
- Nie. Mam na myśli Michaela.
Zamyśliłam się głęboko, zastanawiając się jak powiedzieć im to, co musiałam im wyjawić.
- Robiłam różne rzeczy, ale to akurat nie jest istotne - podjęłam. - Ważne jest to, że ostatnimi czasy, kiedy poznałam Weronikę i Annę...
-.... które oczywiście nie są twoimi przyjaciółkami z collage'u - wtrącił Roger bezbarwnym głosem. Właśnie taką przerobioną historyjkę, podobną do tej, jaką przedstawiłam policji, postanowiłam również przedstawić wszystkim pozostałym.
- Tak, nie są. Kiedy je poznałam zaczęłam się zajmować czymś bardzo niecodziennym.
- Coś w stylu wycierania potu z czoła zawodników sumo? - Roger próbował rozładować coraz bardziej widoczne napięcie, średniej jakości żartem.
Zawsze tak robił. Im bardziej stresująca była sytuacja tym bardziej abstrakcyjne dowcipy tworzył. Postanowiłam uderzyć w podobny ton.
- Nie wiem, jak wysoko w twoim rankingu dziwnych zajęć plasuje się polowanie na duchy i demony - mruknęłam ponuro.
W salonie zapadła cisza, którą nagle przerwało ciche parsknięcie.
- Żartujesz sobie?
W milczeniu pokręciłam głową.
- To... jest niedorzeczne - stwierdził wujek Steven. - Nie mów mi, Alice, że wierzysz w duchy! Przecież jesteś rozsądną dziewczynką...!
- Problem w tym, że od dawna nie jestem dziewczynką. W każdym razie odkąd odkryłam, jaki świat jest naprawdę. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale...
- Alice, czy możemy porozmawiać na osobności? - zapytała nagle ciocia Amelia, która do tej pory cały czas milczała.
Skinęłam głową, a ona wstała i w milczeniu wyszła na ganek. Kiedy zamknęłam na sobą drzwi usiadła na ostatnim stopniu schodków. Niepewnie usiadłam obok niej. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w pojawiające się na niebie pierwsze gwiazdy. Nie wiedziałam, że zrobiło się tak późno.
- Twoja mama zawsze miała bujną wyobraźnię - zaczęła. - Z taką pasją opowiadała o tych wszystkich mitach i legendach, o których czytała, że miało się wrażenie, że są prawdziwe. Zawsze kiedy kończyła opowieść, musiałam sobie przypominać, że to tylko wymysły... - pokręciła głową. - Ale nikomu to nie przeszkadzało. Taka po prostu była. Ty też, jak byłaś mała. Nie pamiętasz tego, ale ja tak. Potem z tego wyrosłaś. Na szczęście, jak mówiono.
- Teraz musiałam z tego "wyrośnięcia" znów szybko wyrosnąć... Mama wiedziała. Wiedziała jak świat wygląda na prawdę.
- A więc jest tak okropny, jak mówią legendy? Wampiry wypijające z ludzi krew...? Duchy mszczące się za zbrodnie swoich morderców...? Demony opętujące niczego nieświadomych ludzi...?
- I wilkołaki wyszarpujące serce ze swoich ofiar - dodałam ze ściśniętym gardłem.
Ciocia spojrzała na mnie po raz pierwszy, odkąd usiałyśmy na schodach. Wcześniej wbijała wzrok we własne kolana. Dopiero teraz do mnie dotarło jak bardzo postarzała się przez te dwa lata, kiedy mnie tu nie było. A może tylko przez te ostatnie dni?
- Jak mam ci wierzyć, Alice? Jak? Dlaczego mam nagle przyjąć do wiadomości, że świat, w którym żyję jest inny, niż myślałam przez całe życie? Że tuż pod podszewką mojego życia, czają się potwory rodem z horroru?
- Może dlatego, że parę dni temu, rozerwały tę poszewkę zakrwawionymi pazurami - odparłam cicho. - Moja podszewka pękła dwa lata temu. To, co zabiło mamę i Georga nie było człowiekiem - powstrzymałam się na razie z informacją o demonie.
- Alice... - westchnęła, ale przerwał jej okropny krzyk.
- TATO! PRZESTAŃ! - krzyczał Roger. Nigdy w jego głosie nie słyszałam takiej paniki.
Momentalnie zerwałam się ze schodków i wpadłam z powrotem do salonu. Widok, który zobaczyłam, mroził krew w żyłach.
Roger leżał przerażony pod ścianą za kanapą, z której zostały tylko strzępy. Rozszalała bestia próbowała się do niego dostać, pazurami odrywając resztki kanapy od drewnianego stelażu. Odruchowo chwyciłam jakiś ciężki przedmiot leżący na komodzie.
- Hej, ty! Przestań!
Bestia, która nadal w dużej mierze wyglądała jak pan Preston,  na dźwięk mojego głosu zamarła nagle i obróciła się w moją stronę. Gdy mnie zobaczyła, wyszczerzyła ociekające śliną kły i rzuciła się w moim kierunku. Zrobiłam szybki unik, a wilkołak wpadł na fotel. Mebel przewrócił się pod wpływem impetu, a bestia przekoziołkowała przez pokój, zatrzymując się na ścianie.
Wycelowałam dokładnie i z rozmachem przyłożyłam jej metalowym przedmiotem w głowę, mimowolnie zauważając, że było to srebrne pudełko na listy. O tym, że to srebro, przekonałam się, gdy bestia zawyła z bólu. Wilkołaki nie przepadały za srebrem. Może dlatego, że tylko ono mogło je zabić. Dla pewności przyłożyłam jeszcze ze dwa razy, aż potwór stracił przytomność.
- Potrzebuję mocnego łańcucha, najlepiej srebrnego.
W tym momencie rozległ się łomot. To ciocia Amelia padła zemdlona na podłogę. Przez całą tą, niewyobrażalnie dłużącą mi się chwilę, która jednak trwała zaledwie kilkanaście sekund  stała w progu i przyglądała się temu w niemym przerażeniu.
- Alice... - wyszeptał Roger, powoli wstając z podłogi  Poznałam to jedynie po szuraniu, gdyż nie spuszczałam oka z wilkołaka.
- Łańcuch! - warknęłam, nie wdając się w życzliwości. - Jakikolwiek.
- Jakiś jest w garażu... zaraz wrócę...
Kiedy wyszedł, zauważyłam, że oznaki wilkołactwa znikają. Kły schowały się, mięśnie wróciły do normalnych rozmiarów, a pazury zredukowały się do nie do końca zadbanych paznokci.
- Alice...
Bez słowa wzięłam od Rogera łańcuch i przywiązałam wujka Stevena do resztek kanapy.
- Przepraszam - szepnęłam, ściskając go nim z całych sił w pasie.
Roger przyklęknął przy matce, usiłując ją delikatnie ocucić. W milczeniu weszłam do kuchni i wyciągnęłam z szafki środki opatrunkowe.
- To teraz nieważne - obruszył się Roger, widząc, że chcę mu opatrzyć rozorane pazurami ramię.
- Gangrena to nic miłego - odparłam i zaczęłam przemywać mu ranę wodą utlenioną.
- Roger...? - pani Preston ocknęła się nagle. - Co tu...? - pobladła nagle przypominając sobie wszystko  - O mój Boże...!
- No, więc właśnie czymś takim się teraz zajmuję... - westchnęłam.

***&***
Postanowiłyśmy same z Anną załatwić te sprawę w Raxton. Widać było, że Ruda jest raczej w kiepskim stanie, co czyni ją jeszcze bardziej kiepskim łowcą. Co prawda nie jest najgorsza w te klocki ale nadal wiele jej brakuje. W głośnikach brzmiało "Enter Sandman" Metallicy. Zatrzymałam samochód przy wjeździe do miasta. Otworzyłam bagażnik i podałam Annie pistolet nabity srebrnymi kulami.
- Pamiętaj, celuj w serce - powiedziałam, chowając swój z paskiem spodni.
Kiwnęła głową i zrobiła to samo. Zostawiłyśmy Impalę i ruszyłyśmy w kierunku miasta.
- Gdybyś była wilkołakiem, gdzie byś poszła? - spytała nagle Anie.
- Do najgorszej speluny w mieście.
- Ciekawa teoria.
Nastała chwila ciszy.
- Myślisz, że rodzice żyją? - spytała nagle Anie.
- Nie wiem, ale mam nadzieję, że tak.
- Bardziej w lewo - powiedział tata.

Przesunęłam rękę z pistoletem lekko w lewą stronę.
- Właśnie tak - pochwalił mnie. - Strzelaj.
Nacisnęłam spust i rozległ się dźwięk tłuczonego szła, trafiłam idealnie w szklankę na płocie.
- Moja krew - tata poklepał mnie po plecach.
Starałam się zawsze dorównywać jego oczekiwaniom, chciałam by był ze mnie dumny, chciałam być jak on. Z domu wybiegła bosa Anna w piżamie. Podeszła do taty, który wziął ją na ręce.

- Jutro są moje czwarte urodzinki - powiedziała zaspana.
- Wiem, dlatego trzeba upiec tort - połaskotałam ją po stopie.
- A mamusia wróci do jutra? - spytała mała.
Mamy nie było od tygodnia, ghule w jakimś małym miasteczku.
- Na pewno, zawsze wraca na czas - przytulił ją tata.
- Oboje wracacie - szepnęłam tak cicho, że nie usłyszał.
Wróciłam do strzelania, ale moje myśli zaprzątała mama, zawsze bałam się, że pewnego dnia ona, albo tata nie wróci. Co wtedy zrobimy? Moje myśli przerwał dzwonek do drzwi. Pobiegłam za tatą, który poszedł otworzyć. W progu stała mama, cała i zdrowa.- Zawsze wracali - szepnęłam do siebie.
Przestałam o tym myśleć, musiałam skupić się na robocie. Mijałyśmy właśnie najgorszą część miasta. Niebo już dawno pociemniało, a latarnie były rzadkością. Nagle coś się na mnie rzuciło. Poczułam rozdzierający ból w ramieniu. Usłyszałam strzał i wilkołak zawył. Przeturlałam się na bok, niestety Anna nie trafiła w serce i teraz bestia rzuciła się na nią. Sięgnęłam po broń, ale jej tam nie było. Cholera musiałam ja zgubić podczas starcia. Złapałam pobliski kamień i rąbnęłam nim wilkołaka w łeb. Odwróciła się, ale nie zaatakował, nie zdążył. Obejrzałam się, aby zobaczyć kto oddał strzał. Kawałek dalej stał młody chłopak. Miał brązowe włosy, lekko wystające z pod szarej czapki i był wysoki. Lekkie mięśnie rysowały się pod bluzką w paski. Podbiegł do Anny. Ja również.
- Nic ci nie jest? - zwrócił się do mojej siostry.
- Chyba nie, mów mi Anna.
- Robbie - chłopak uśmiechnął się.
- Miło spotkać innego łowcę, jestem Weronika - wtrąciłam się, czując się ignorowana.
- Miło mi.
Wstałam, oceniłam stan rany na ramieniu i postanowiłam zostawić ich samych.
- Zaczekam przy wozie - powiedziałam odchodząc.
Po pięciu minutach Robbie odprowadził Anne do samochodu. Zobaczyłam jak wymieniają się numerami telefonów, dobrze, że nie wszystkich, trochę by im to zajęło. Po chwili siostra wcisnęła się obok, na miejsce pasażera. Kiedy odjeżdżałyśmy, pomachała jeszcze chłopakowi, nim zniknął za zakrętem. Zatrzymałyśmy się dopiero pod domem państwa Preston, mając nadzieję, że Ruda jest w środku. Chciałyśmy zapukać, ale drzwi były otwarte, więc weszłyśmy do środka. Salon wyglądał jak pobojowisko.
- Roger...? - pani Preston odezwała się nagle. - Co tu...?O mój Boże...!
- No, więc właśnie czymś takim się teraz zajmuję... - westchnęła Alice.
- Już po sprawie - powiedziałam.
Alice dopiero teraz nas zauważyła.
- Co tu się stało? - spytała Anna.
- Ja też złapałam wilkołaka... - odezwała się smutno Ruda.
Mój wzrok padł na skutego pana Preston i od razu po kojarzyłam fakty.
- A...A...Ale co tu... O co w tym wszystkim chodzi? - pytali zdezorientowani. - I kim wy tak na prawdę, u diabła, jesteście?
- Więc od czego by tu zacząć? Jesteśmy łowcami - popatrzyli na mnie zdezorientowani. - Polujemy na zjawy, duch, demony, wilkołaki i długo by jeszcze wymieniać.
- W sąsiednim mieście grasował wilkołak i to on musiał pana zarazić - wtrąciła Anna.

- Pamiętam, że coś mnie lekko ugryzło, kiedy wracałem z Roxton, byłem tam w sprawie tych zabójstw.
- I nigdzie pan tego nie zgłosił - zapytałam.

- To nie było nic wielkiego, nie było potrzeby.
Kiwnęłam tylko głową.
- I co z tym zrobić? - spytała pani Preston.
Wyjęłam zza pasa pistolet i położyłam go na stoliku po mojej lewej stronie.
- Srebrna kulka, prosto w serce - szepnęłam dość głośno by mnie usłyszeli.
Kobieta zaniosła się płaczem.
***&***

- Am, nie płacz - odezwał się cicho wujek Steven. 
Siedział w poszarpanym policyjnym mundurze, przywiązany topornym łańcuchem do resztek kanapy. Wyglądało to bardzo surrealistycznie. I strasznie.
- Ale... Steve... - chlipała cicho. - To... Nie ma innego sposobu...?
- Nie - mruknęła szorstko Weronika. 
- Jest... - zaczęłam w tym samym momencie, a dziewczyny spojrzały na mnie zdziwione. - To znaczy... To tylko mit. 
- O czym ty mówisz? - zapytała Anna.
Westchnęłam.
- Mówi się o antidotum na wilkołactwo. Wypite przez pełnią, osłabia objawy likantropii, a co najważniejsze, pomaga wilkołakowi zachować jasny umysł. Mówiąc najkrócej, jest on świadomy tego co robi i może się powstrzymać  jeśli ma wystarczająco silną wolę.
- A jak...? - zapytał Roger, jednak nim dokończył pytanie pokręciłam smutno głową.
- Po pierwsze, nigdy nie spotkałam się z takim przypadkiem. Po drugie, składniki są bardzo rzadkie i ciężko je zdobyć. Szukanie ich przed każdą pełnią... I największą wadą tego specyfiku jest to, że nawet jeśli wykażemy silną wolę raz, albo nawet kilka razy, organizm w końcu przyzwyczai się do antidotum. A potem będzie tylko gorzej - dodałam ponuro.
- Czyli nic nie da się zrobić? - zapytał znowu, patrząc tępym wzrokiem na leżący na stoliku pistolet.
- Nawet jeśli antidotum istnieje naprawdę, byłoby to tylko odsuwanie w czasie nieuniknionego - wyręczyła mnie Anna, podsumowując.
- Więc... - mojemu przyjacielowi załamał się głos. Parę dni temu stracił ukochaną siostrę, a teraz jeszcze miał się godzić na śmierć ojca. To było zbyt wiele.
- W porządku, kochani - wujek Steven odezwał się schrypniętym głosem. - To... dobre wyjście. Ja... Ja nie mógłbym żyć, wiedząc, że zabiłem własną córkę i o mało nie pozbawiłem życia swojego syna... Proszę, zróbcie to. Teraz.
Spojrzałam na pistolet. Wiedziałam, że nie będę miała siły tego zrobić.
- Dacie mi jeszcze chwilkę z żoną?
Skinęliśmy głowami i wyszliśmy na dwór. Tylko Roger został minutkę dłużej, by również pożegnać się z ojcem. Gdy wyszedł, usiadł koło mnie na schodach, a Weronika z siostrą odeszły kawałek dalej, rozmawiając cicho.
- Ładna noc - szepnął po chwili.
Pokręciłam głową.
- Przestań.
W odpowiedzi ukrył twarz w dłoniach.
- Tata... on chyba chce, żebyś to ty... - urwał.
- Nie... - pokręciłam głową gwałtownie. - Nie, ja nie dam rady... Ja... On dla mnie jest jak ojciec, przecież wiesz.
- Ufa ci. Nikomu innemu nie pozwoli tego zrobić.
- Roger... Ja...
- Poczekaj. Ja najpierw powinienem cie przeprosić. Byłem na ciebie zły, bo nie wiedziałem... Nie miałem pojęcia jak to jest. Ty też przez to przechodziłaś, prawda?
Skinęłam głową.
- Właśnie tego chciałam wam oszczędzić... - szepnęłam.
- Alice? - Weronika stanęła koło nas. - Chyba... Chyba już czas.
Wstaliśmy i weszliśmy do środka. Weronika i Anna stanęły z tyłu, a Roger ścisnął moją dłoń w pokrzepiającym uścisku.
- Gdzie ciocia? - wydusiłam z siebie, bo w salonie został tylko wujek Steve.
- Musiała... Powiedziała, że nie da rady. Roger, czy ty...
- Zostanę z tobą do końca, tato.
Chłopak podszedł do ojca i usiadł koło niego. Kątem oka zauważyłam, jak Anna dyskretnie wysuwa się z salonu. Weronika ruszyła za nią, jednak spojrzałam na nią błagalnie i zatrzymała się w pół kroku.
- Alice? - zapytał wujek Steve. Nie musiał mówić nic więcej.
- Ja... Ja nie dam rady. Nie potrafię. Wer...? - spojrzałam na koleżankę, ta jednak pokręciła głową.
- Wybacz, Alice. Nie tym razem - nim zdążyłam ją powstrzymać, wyszła z salonu.
- Alice... proszę.
Spojrzałam na nich. Wujek Steve patrzył na mnie błagalnie, tak jak ja przed chwilą na Wer. Roger zdawał się być pogrążony w myślach. 
Drżącymi rękami chwyciłam pistolet. Ręce dygotały mi tak bardzo, że nie byłam w stanie wycelować. 
- Alice, kochanie, wszystko jest dobrze - uspokajał mnie pan Preston. - Będzie dobrze, nie musisz się martwić...
Poczułam, że po twarzy zaczynają spływać łzy. Wzięłam głęboki, opanowując drżenie rąk. Wierzchem dłoni otarłam łzy, żeby cokolwiek widzieć.
Wycelowałam. Zamknęłam oczy. 
- Dziękuję, Alice.
Strzeliłam.

***&***

- Możemy jechać? - zapytałam, wkładając swój plecak na tylne siedzenie.
Był bardzo wczesny ranek. Nie pamiętałam, co działo się przez ostatnie parę godzin. Nie chciałam pamiętać.
- Jasne, jeśli tylko chcesz - odparła Weronika.
- Wszystko OK? - upewniła się Anna.
- Nie - usłyszałam za swoimi plecami. - Znowu chciałaś uciec bez pożegnania.
Obróciłam się. Roger stał oparty o drzewo, z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsów. Z plecami usłyszałam, jak dziewczyny wsiadają do samochodu. Trzasnęły drzwiczki Impali.
- Roger, to nie jest dobry pomysł...
- Bo? - zapytał podchodząc do mnie.
- Bo nie jestem tą samą osobą, którą znałeś. 
- Ja teraz też nie. Wierz mi.
Zamknęłam oczy. Poczułam, jak Roger otacza mnie ramionami w mocnym uścisku.
- Dlaczego życie nie może być takie proste jak kiedyś - westchnęłam. - Wiesz co jest najgorsze? Kiedy już raz wdepniesz w to bagno, nie ma odwrotu. Musisz iść dalej, albo wessie cię i przerobi na dżem truskawkowy.
- Mówisz mi to, bo...?
- Bo ty jeszcze w nie nie wdepnąłeś, Roger. Masz jeszcze szansę na normalne życie. Ja nie. Dlatego lepiej będzie, jeśli... Jeśli o mnie zapomnisz. Nie kontaktuj się ze mną więcej, Roger - powiedzenie tego sprawiło mi wielką trudność, ale nie tak wielką jak odsunięcie się od niego.
- Alice...
- Żegnaj - ruszyłam w kierunku Impali, ale Roger podbiegł do mnie i złapał mnie w ramiona.
- Nie rób tego - ostrzegłam go, choć podświadomie tego właśnie pragnęłam. Żeby było jak dawniej.
- Dlaczego?
- Bo nie będę w stanie odjechać - szepnęłam.
- Więc zostań - odpowiedział, przysuwając mnie do siebie i całując.
Przylgnęłam do niego całym ciałem, oddając pocałunek, jednak po chwili zdrowy rozsądek zwyciężył i odsunęłam się łagodnie.
- Nie mogę - szepnęłam, odwracając się.
- Alice...
Tym razem już się nie zatrzymałam.
- Zapomnij. Tak będzie lepiej - z tymi słowami wsiadłam do auta. - Jedź - mruknęłam do Wer.
Dziewczyny nie skomentowały niczego. A ja, choć wiedziałam, że powiedziałam mu prawdę, nie mogłam powstrzymać łez.
*********************************************************************************
A mówiłyśmy, że NN będzie szybciej niż poprzednia ^^
Dziękujemy wytrwałym czytelnikom (jak widać jeszcze nie wyginęli) :*
Chciałybyśmy polecić bloga o adresie http://glonomozdzek.blogspot.com/ , dopiero się rozkręca ale z jakim rozmachem :p

To tyle tego dobrego, następna NN będzie szybko (mamy nadzieję xD)

S&S

14 komentarzy:

  1. Bardzo fajne. Widzę znaczną poprawę jeśli chodzi o podobieństwo. Nie mogę się doczekać NN.

    Zwierzak

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heh, dzięki ;)
      Ale bardzo lakoniczne te Twoje komentarze... XD
      Szal
      S&S

      Usuń
    2. No właśnie, wysiliłbyś się trochę xD
      Szur ^^

      Usuń
  2. Chlip, chlip. jakie to wzruszające. Pogodzić się z tym, że za kilka sekund trzeba odejść. Chlip...chlip.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podrzucę Ci paczkę chusteczek :(
      Thx za kom ;)
      Szur :*

      Usuń
  3. Thx ;**
    I love it ! Czekam na NN *.*

    OdpowiedzUsuń
  4. GDZIE JEST NOTATKA! GDZIE JEST NOTATKA!

    OdpowiedzUsuń
  5. [SPAM]
    Zastanawiałaś się kiedyś, jak wygląda piekło? Jak spędzają czas demony, duchy, diabły? Teraz masz odpowiedź! Każdy z nich ogląda innych z ukrycia, a potem wymierza mu śmiertelny cios. Gdzie trafisz po śmierci? To zależy tylko od ciebie. Daj się porwać diablicom z Demonicznej Ocenialni.

    OdpowiedzUsuń
  6. wow.
    Świetne. Macie talent.
    Czekam na kolejny
    Zapraszam również do siebie http://heros-i-heroska.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raz jeszcze dzięki XD
      Nie wiem, czy to talent czy raczej uwielbienia dla braci Winchester ;)
      Na NN trzeba będzie trochę poczekać, ale to raczej wina Szur... Wpadniemy oczywiście, przynajmniej ja, bo po tytule pachnie mi Percy'm Jacksonem^^ albo inną mitologią... :)
      Szalona
      S&S

      Usuń