Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

poniedziałek, 9 lipca 2012

Rozdział 2

- "W pobliskiej wiosce, w ciągu tygodnia zaginęło siedmioro dzieci" - czytała Anna na głos.
- Coś dla nas - ucieszyłam się.
Skręciłam w boczną drogę. Podgłośniłam "Hells Bells" AC/DC i zadowolona dodałam gazu. Po chwili minęliśmy tabliczkę z napisem "Swinning Grabs". Miasteczko wyglądało jak większość z tych, które odwiedzałyśmy. Zajechałyśmy do pierwszego lepszego hotelu. Zameldowałam nas i udałyśmy się do pokoju. Był mały i obskurny. Ściany pokryte były starą odchodzącą tapetą, a w dywanie pełno było dziur wypalonych papierosami.
- Jak milusio - sarknęłam - rzucając się na łóżko.
Wbrew pozorom był miękkie, aż za bardzo. Kiedy już się ogarnęłyśmy, poszłyśmy do centrum. Usiadłyśmy na ławeczce w parku i podsłuchiwałyśmy lokalne rozmowy.
- ... dzieciak Thompsonów zaginął, to jakaś klątwa. - mówiła starsza pani.
- ... to twoja wina, że Margaret zaginęła! - krzyczała jakaś kobieta. - Widziała pani moją córkę? - zwróciła się do staruszki.
- Nie, a coś się stało?
- Zniknęła! - kobieta zaczęła szlochać. - Dlaczego ona?!
Nadal z ukrycia przyglądałyśmy się sytuacji. Było to już ósme zniknięcie, codziennie jedno. To dziwne, nic co znałyśmy nie działało w taki sposób. Odmieńce podstawiłyby kopie, demony nie porywają dzieci, pozostają duchy, ale po co?
- Nic tu nie wskóramy - mruknęła Anna, wkładając niesforny kosmyk czarnych włosów za ucho. - Ale mijałyśmy bibliotekę - jej zielononiebieskie oczy zalśniły, uwielbiała czytać.
- Dobry pomysł, pewnie coś tam znajdziemy.
Przeszłyśmy więc przez ulicę i weszłyśmy do niewielkiego gmachu. Wnętrze było zachowane w kolorach bieli i beżu. Wysokie półki pełne książek tworzyły swoisty labirynt.
- Dzień dobry - Anna zrobiła słodki uśmiech do bibliotekarki, na każdego działał.
- Czy mogę służyć, kwiatuszku?
- Potrzebuję książki o historii tego miasteczka.
- Jest w czytelni, ta dziewczyna - palcem wskazała kasztanowe włosy - z niej korzysta.

***&***

Uniosłam głowę znad opasłego tomiszcza. Nie znalazłam w nim zbyt wiele, ale zawsze coś. Żałowałam, że nie można go było wypożyczyć - było w nim wiele fascynujących informacji, lecz większość z nich była nieprzydatna. Musiałam znaleźć inne źródło. Na razie jednak miałam inny problem.
Stały nade mną dwie dziewczyny. Młodsza, ciemnowłosa miała około 15 lat. Starsza blondynka była w moim wieku. Zaklęłam cicho w duchu, przywołując na twarz uprzejmy uśmiech. Śpieszyło mi się. Nie miałam czasu na pogaduszki i wścibskie spojrzenia.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytałam i zgarnęłam z pozoru niedbałym ruchem notatki, widząc, że młodsza zapuszcza mi do nich żurawia. Doprawdy, ludzie mają tupet...
- Potrzebujemy tej książki - odparła starsza, wskazując gruby tom. - Zdaje się, że interesuje nas podobny temat... - dodała, uśmiechając się lekko.
Zerknęłam szybko na otwartą stronę. Szukałam właśnie informacji o zaginionych dzieciach w okolicy. Usłyszałam o nich w radiu, jadąc autostradą. Nie miałam nic lepszego do roboty, więc zjechałam pierwszym zjazdem i postanowiłam nieco poszperać. Podejrzewałam tu jakieś paranormalne zjawisko, ale na razie nie wiedziałam o co może chodzić... Wcześniej nic takiego się nie zdarzało.
- Już kończę - mruknęłam zgodnie z prawdą. - I tak nie znalazłam tego, czego szukałam. Cóż, muszę poszukać innego źródła...
- Słyszałaś o tych zaginionych dzieciach? - zapytała znienacka młodsza dziewczyna.
- Taaak... - zmarszczyłam brwi, czujna. - To straszne. 
- Nie jesteś tutejsza - domyśliła się starsza. - Prawda?
Skinęłam głową. Miałam zamiar na tym poprzestać, ale patrzyły się na mnie tak przenikliwie, że musiałam dodać tonem wyjaśnienia:
- Jadę do ciotki do Kalifornii. Będę studiować na tamtejszym uniwersytecie.
- A co? - drążyła brunetka. Miałam jej już serdecznie dość. Wredna, wścibska małolata...
- Na wydziale historii otworzyli właśnie specjalny kierunek o mitologii i legendach miejskich. To mój konik. Zbieram właśnie materiały do pracy wstępnej - wyjaśniłam.
- Trochę... paranormalny kierunek... - mruknęła.
Uśmiechnęłam się cierpko.
- Owszem, ale ja to lubię. Moi przyjaciele twierdzą, że czasem biorę to zbyt serio. Ale potwory przecież nie istnieją, prawda? - uśmiechnęłam się słodko, jak zawsze gdy w ten sposób kłamałam.
Roześmiały się razem ze mną nieco wymuszonym śmiechem.
- No, nie wiem... - mruknęła młodsza. - Kilkadziesiąt kilometrów stąd natknęłyśmy się na coś co wzięłabym za atak wampira, gdyby nie to, że nie istnieją...
- Anno, przestań już, bo jeszcze ktoś ci uwierzy... - napomniała ją starsza. - To był najprawdopodobniej jakiś psychol, który wytaczał z ludzi krew. Zdarza się w naszych czasach...
- Ano - stwierdziłam lakonicznie. 
Kilkadziesiąt kilometrów stąd rzeczywiście grasowało coś, co wzięłam za wampira.  Jednak przybyłam do tamtego miasteczka tuż po tym, jak pozbyto się problemu. Bardzo fachowo. Osobiście oglądałam odciętą głowę domniemanego wampira...
- No, dobra, nie będę już tu was przetrzymywać - mruknęłam w końcu, zbierając rzeczy i zmykając księgę. - Miło było poznać! - zawołałam i skierowałam się do wyjścia.
Wsiadłam do stojącego przed biblioteką czarnego Land Rovera, przepakowałam go na drugi kraniec miasteczka i sięgnęłam na tylne siedzenie po laptopa. Wi-fi ciągnęło ledwo-ledwo, ale musiało mi wystarczyć. Pogrzebałam nieco przy historii miasteczka i okolic, posprawdzałam w moim prywatnym bestiariuszu, czy jakaś istota nie pasuje do "objawów", jednak nic nowego nie wymyśliłam. 
Podjechałam do pobliskiej restauracji by coś zjeść i pogadać z ludźmi.
Gdy przysłuchiwałam się jak rozprawiają o zaginięciach dzieci uświadomiłam sobie jedną rzecz.
"Co z tego, że odkryjesz co to za diabelstwo. Nie jesteś swoim ojcem, nie zabijesz tego"
Wiedziałam co należy zrobić z duchem, a co z demonem. Pytanie, czy umiałbym tę wiedzę zastosować w praktyce...?

***&***

- Piszemy artykuł do internetowej gazety miasta - uśmiechnęłyśmy się z Anną. - Czy możemy zająć minutkę?
Starsza pani, którą widziałyśmy w parku poprawiła okulary i spojrzała na nas podejrzliwie.
- No dobrze, ale tylko chwilkę.

- Co pani sądzi o tych porwaniach? - spytała moja siostra bez ogródek.
- Klątwa - mruknęła.
- Słucham? - wyrwało mi się.
- Chodzi o wypadek z przed dwudziestu laty - powiedziała. - Muszę już iść - i sobie poszła.
Znów wylądowałyśmy w bibliotece, tym razem na dziale "Archiwa". Przeszukałyśmy wszystkie akta, gazety itp. z przed dwudziestu lat, ale nie znalazłyśmy nic co by nas zainteresowało. Okazało się jednak, że brakuje kilku gazet, wszystkich z jednego dnia: trzynastego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku.
- Przepraszam – zawołałam bibliotekarkę. – Chyba brakuje gazet z jednego dnia.
- Ta ruda dziewczyna je pożyczyła – oznajmiła mi bibliotekarka.
- Dziękujemy – powiedziała Anna i ruszyła do wyjścia.
Wsiadłyśmy do naszego Chevroleta Impali. Anna od razu wyjęła laptopa i zaczęła szukać jakiś informacji.
- Wiedziałam, że ta ruda jest fałszywa! - wyskoczyła nagle moja siostra.
- Co jest? - spytałam.
- Nie ma takiego kierunku, patrz - odwróciła laptopa w moją stronę.
Szybko ogarnęłam wzrokiem listę kierunków, Anna miała rację.
Dla pewności moja siostra sprawdziła jeszcze inne uniwersytety, na żadnym nie było kierunku o którym wspomniała ruda.
- Może to łowca?
- Wątpię, nie wygląda - stwierdziłam. - Zresztą znamy większość łowców.
Nagle zaburczało mi w brzuchu, moja siostra wybuchnęła śmiechem. Zatrzasnęłam drzwiczki, poklepałam maskę mojej bryki i ruszyłam do baru naprzeciwko. Anna po chwili zrobiła to samo. Przekroczyłyśmy próg i zobaczyłyśmy dziewczynę, której szukałyśmy. Siedziała w rogu, otoczona stertą starych gazet. Podeszłyśmy do niej.

***&***

"... dwa dni później kobieta popełniła samobójstwo, rzucając się pod rozpędzony pociąg..."
To było to! Dwadzieścia lat temu w pobliżu miasteczka doszło do kraksy kolejowej. Zginęło dziesięcioro dzieci. Dwa dni później, matka jednego z nich popełniła samobójstwo.
Właśnie zbliżała się dwudziesta rocznica jej śmierci.
- To musi być... - wymruczałam do siebie, kiedy nagle poczułam na sobie czyjś wzrok.
- Mściwy duch - powiedziała młodsza, siadając naprzeciw mnie. - Prawda? - wbiła we mnie lodowate spojrzenie orzechowych oczu.
Siostra (zakładam, że była to siostra) usiadła obok niej. Miałam wrażenie, że mnie sprawdzają.
- O czym wy mówicie?! - zirytowałam się. - Duchy nie istnieją. Za to wy chyba mnie śledzicie.
- Oszustka - wysyczała w moim kierunku starsza.
- Kłamczucha - dodała młodsza, Anna.
- Ciężko studiować kierunek, który nie istnieje - stwierdziły obie z triumfem.
- Jeszcze nie - mruknęłam i zapytałam głośniej. - Czego chcecie?
- Kim jesteś? Czemu badasz tą sprawę? I co tu robisz?
Westchnęłam zirytowana.
- Po pierwsze, musicie coś zamówić, bo barmanka zaraz zabije was wzrokiem. Po drugie, nie rozmawiam z ludźmi, którzy na mnie naskakują, nie przedstawiając się najpierw. Po trzecie, co was to obchodzi?
Nie zdążyły nic odpowiedzieć, bo barmanka rzeczywiście podeszła i patrzyła na nie wyczekująco. Z ociąganiem zamówiły sałatkę i burgera, po czym znów wbiły we mnie wzrok. W milczeniu mieszałam zimną kawę, ostentacyjnie je ignorując.
- Jestem Weronika, a to moja siostra Anna - starsza w końcu nie wytrzymała. - Zadowolona, Ruda?
Posłałam jej najpiękniejszy moich uśmiechów zarezerwowany dla prawdziwych przystojniaków i takich małych żmijek jak ona. Niby jeden uśmiech, a dwie diametralnie różne reakcje...
- Owszem. Tak na marginesie mam na imię Alice, Blondi - mruknęłam. - A odpowiadając na wasze pytania: Jestem zwykłą dziewczyną, będącą przejazdem w tym uroczym miasteczku. Sprawą się zajęłam, bo się nudzę. Coś jeszcze? Numer dowodu osobistego? Imiona rodziców? Numer pesel, grupa krwi?
- To ostatnie może się przydać... - mruknęła młodsza.
- Jakoś ci nie wierzę... Nie wyglądasz na zwykłą dziewczynę. Zwykła dziewczyna w twoim wieku, o tej porze roku siedziałaby na tyłku w ciepłym domku i kuła do egzaminów...
Westchnęłam zrezygnowana.
- Przejrzałaś mnie - jęknęłam przesadnie zbolałym głosem. - Zwiałam z domu. Ale jestem dorosła i nikt mi nic nie może zrobić...
Jak ja uwielbiam irytować ludzi... Miałam wrażenie, że starsza dziewczyna zaraz wbije mi trzymany w ręce widelec w pierś i przekręci jeszcze parę razy, żeby bardziej bolało... No dobra, może przesadzam. Jednak w końcu by chyba nie wytrzymała...?
- Chcecie znać prawdę? - zapytałam niespodziewanie. - Tylko najpierw jedno pytanko: Wierzycie w duchy?
Spojrzały na siebie, a potem na mnie z politowaniem.
- Pytanie! O duchach wiemy wszystko!
- To dobrze, bo ja też - mruknęłam z ulgą, bo to wiele ułatwiało. Nie mogłam jednak odpuścić sobie małej złośliwości. - Ale spuście nieco z tonu moje drogie, chyba, że kręci was długoterminowe zwiedzanie pobliskiego domu wariatów...
Zignorowałam ich chęć wydłubania mi oczu. W ich mniemaniu świetnie ukrywały swoje uczucia, ale zbyt wiele razy to robiłam, by nie widzieć, jak bardzo tego pragną... Tak, wiem. Znów koloryzuję. Ale tylko trochę...!
- Skoro wierzycie w duchy, to o demonach też pewnie wiecie to i owo - podwójne prychnięcie pod drugiej stronie stołu było aż nadto wymowne. - Więc w skrócie moja historia wygląda tak: tatusia nie znałam, ale dwa lata temu coś, co ponoć nim było, chciało mnie zabić - wyjaśniłam przesadnie lekkim tonem. - Nie było mnie pod ręką, więc zabiło moją mamusię i ojczyma. Zwiałam, nie wiedząc co mnie goni. Dowiedziałam się po drodze.
- Czyli nie jesteś łowcą? - upewniła się Weronika.
- Pierwsze słyszę - mruknęłam zgodnie z prawdą. - To jakaś subkultura?
Anna pacnęła się dłonią w czoło, a Weronika przyglądała mi się z niedowierzaniem.
- To jakim cudem przeżyłaś, skoro masz na karku jakiegoś wściekłego demona?
- Dowiedziałam się tego i tamtego - widząc ich miny, dodałam. - Nie jestem głupia. Wiem, że gdyby chciał mnie dorwać to, już bym była martwa, a nawet gorzej, ale na razie uciekanie się sprawdza, więc kurczowo trzymam się myśli, że to działa... Dowiem się wreszcie co to za łowcy...? - zapytałam zniecierpliwiona.
- To ludzie, którzy zabijają demony, duchy i inne takie... - wyjaśniła krótko Anna. - My na przykład jesteśmy łowcami - dodała dumnym tonem, jakby to miało jakieś znaczenie.
- No i co? - mruknęłam niedbale, choć nagle mnie oświeciło. - Mój ojciec też był. Wielkie mi rzeczy... Ale zdaje się, że mamy tu mściwego ducha, więc na razie darujcie sobie swoją rodzinną historię, choć nie twierdzę, że mnie nie interesuję. Lubię opowieści. Mama mi zawsze opowiadała na dobranoc jakąś bajeczkę, nawet jak byłam duża - moja paplanina wyraźnie je irytowała, ale ze mną nie ma tak łatwo. - To co robimy z mściwym duchem, moje drogie?
Sprawdzałam je. Wiem co się robi. Inna sprawa, że nigdy tego nie robiłam...
- To co z każdym innym duchem - Weronika odbiła piłeczkę, mrużąc przy tym oczy.
- Oooo... ale to zależy od sytuacji, nieprawdaż? Czasem wystarczy mu tylko uświadomić, że nie żyje... Choć w tym wypadku to raczej mija się z celem.
- Może po prostu zróbmy to co zawsze i pójdźmy go spalić?! - Anna nie wytrzymała naszej małej, niewinnej gry.
- Pytanie gdzie jest grób.
- Na pobliskim cmentarzu, za miasteczkiem na północ, pod płotem. - powiedziałam lekko, dokańczając kawę. - Proboszcz jest konserwatystą, przynajmniej w stosunku do samobójców. Grób nieco się rozwala i jest porośnięty bluszczem. Aż dziw bierze, że nie roi się tam od piołunu... To co? Idziemy ubić gada i rozstajemy się w pokoju, czy macie jeszcze ochotę na pogawędkę...?

***&***

Otworzyłam bagażnik. Wręczyłam Alice i Annie pistolety z solą. Zastanawiałam się chwilę czy to dobry pomysł zabierać nową, ale stwierdziłam, że nie mam na to czasu. Wsadziłam sztylet z żelaza za pasek spodni, wyjęłam jeszcze jeden pistolet i zamknęłam klapę.
- Dobra to plan jest taki - zaczęłam - ty i Alice odnajdujecie grób, palicie zwłoki i po sprawie.
- A ty? - spytała ruda, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Ja zajmę się duchem i porwanymi dzieciakami, tak zwana brudna robota - puściłam jej oczko.
Patrzyłam jeszcze chwilę jak odjeżdżają w kierunku cmentarza, po czym ruszyłam na starą stację kolejową. Miałam nadzieję, że Anna i nowa uporają się szybko i będzie po sprawie, ale z doświadczenia wiedziałam, że może być inaczej. Ostrożnie stąpałam po rozpadającym się peronie. Powoli się ściemniało, zrobiło się chłodno. Musiałam jak najszybciej znaleźć dzieci. Zauważyłam zejście do tunelu. Wzięłam głęboki wdech i ostrożnie zaczęłam schodzić po rozpadających schodach. Jeden odłamek spadł i upadł, huk rozszedł się echem po tunelu. No to element zaskoczenia mam z głowy. Wyczułam za sobą ruch. Nie zdążyłam się odwrócić. Duch popchnął mnie i sturlałam się na sam dół. Wszystko mnie bolało, mimo to szybko się podniosłam. Przede mną stała blada kobieta w zakrwawionej białej sukience. Dlaczego to zawsze jest biała sukienka, nie mogą być jeansy i T-shirt? Wycelowałam i strzeliłam, zjawa rozpłynęła się w powietrzu. Obok zauważyłam żelazne, masywne drzwi. Popchnęłam je i moim oczom ukazało się małe pomieszczenie, było puste. Nagle usłyszałam świst i uderzyłam o ścianę, pistolet wypadł mi z ręki. Duch stanął nade mną i wbił swoje długie pazury w moje udo. Mimo bólu zareagowałam szybkim kontraatakiem. Wbiłam mój sztylet w jej pierś, co poskutkowało kolejnym rozpłynięciem.
- Pospieszyłyby się - mruknęłam, myśląc o Annie i Alice.
Podniosłam broń i skupiona ruszyłam w głąb tunelu. Im dalej brnęłam w ciemność tym wyraźniejsze stawały się odgłosy walenia w drzwi. Pobiegłam w tamtym kierunku. Przez kratkę w suficie wpadało trochę księżycowego światła. Stałam przed parą drewnianych drzwi. Zza nich dochodziły głosy przerażonych dzieci. Odsunęłam zasuwę i otworzyłam drzwi.
- Spokojnie - powiedziałam. - Chodźcie za mną.
Kiedy wyszły, upewniłam się, że to już wszystkie i pobiegliśmy w kierunku wyjścia. Zdążyliśmy dotrzeć tylko do żelaznych drzwi, bo natrętny duch wrócił.
- Wejdźcie tam, zamknijcie się od środka i dopóki nie pozwolę nie wychodźcie, rozumiecie - dzieciaki kiwnęły głowami.
Usłyszałam skrzypnięcie zamykanej zasuwy. Zjawę tylko to rozwścieczyło. Rzuciła się na mnie, wytrącając mi pistolet.
- Cholera, znowu - zaklęłam.
Rzuciłam w nią sztyletem, ale zdążyła zrobić unik. Tym sposobem zostałam bez broni. Duch zaczął mnie dusić, wbijając jednocześnie pazury w moją szyję. Próbowałam rozluźnić jej uściska, ale był za mocy, czułam krew spływającą po moich i jej palcach. Powoli obraz zaczął mi się rozpływać. I nagle zjawa stanęła w ogniu i zniknęła.
- W samą porę - burknęłam.
Wstałam, zakręciło mi się w głowie. Upadłam i odczekałam chwilkę. Później podeszłam do kryjówki dzieci.
- Już jesteście bezpieczne - krzyknęłam do nich.
Adrenalina opadła, więc ból, który wcześniej ignorowałam zaatakował mnie znienacka. Zacisnęłam zęby, ktoś musiał te dzieciaki odprowadzić. Wyszły po kolei. Najstarszy, około dziesięcioletni brunet, trzymał na rękach, może dwuletnie dziecko. Zabrałam je od niego i ruszyliśmy do miasta. Lekko kulałam, ale dawałam radę. Po jakimś czasie dotarliśmy do parku w centrum. Stąd każde z dzieci poszło do swojego domu, odprowadziłam je wzrokiem. Wszędzie słychać było radosne okrzyki. Zakamuflowałam się w wozie. Starłam krew z szyi, opatrzyłam udo i czekałam na dziewczyny. Dla umilenia czasu włączyłam sobie Metallicę.

***&***

W milczeniu prowadziłam samochód. Z płyty leciały moje ulubione piosenki country, a poza tym panowała śmiertelna cisza.
- Możesz to wyłączyć? - zirytowała się Anna. - Jak można czegoś takiego słuchać?!
- Mam też metal i rock - uśmiechnęłam się do mojego odbicia we wstecznym lusterku. - Byłam ciekawa jak długo wytrzymasz...
Prychnęła, a ja włączyłam radio.
- Nadal nie rozumiem jak udało ci się przeżyć...
- Tata - mruknęłam. - Pośrednio przez mamę. Był, jak to mówicie, Łowcą. Nie wiedziałam o tym, mama trzymała to przede mną w tajemnicy, ale prowadziła dziennik. Był częściowo zaszyfrowany, jeszcze nie rozszyfrowałam go do końca, ale zaraz na początku dowiedziałam się, że te wszystkie opowieści to prawda...
- Jakie opowieści? - zapytała zainteresowana, gdy skręcałam na parking przed cmentarzem.
Westchnęłam.
- Kiedyś myślałam, że mama po prostu maniakalnie interesuje się legendami i mitami. A ona po prostu chciała wiedzieć jak przeżyć. I opowiadała mi o duchach, demonach, wampirach, wilkołakach, strzygach, wiedźmach... A ja jej wierzyłam. Teraz ta wiedza bardzo mi się przydaje, ale...
- ...ale nie umiesz zastosować jej w praktyce - uśmiechnęła się Anna, po raz pierwszy chyba bez cienia złośliwości. - Możemy ci to pokazać z Weroniką. Lekcja pierwsza: Palenie ciała, aby pozbyć się ducha... - dodała wysiadając z samochodu.
- Wykopać, posolić, polać benzyną, spalić, nie dać się złapać policji i cieszyć się sukcesem - mruknęłam. - Ciężko cokolwiek skopać...
- Zobaczymy.
Przeszłyśmy przez bramę cmentarną. Anna niosła worek z solą i jedną łopatę. Ja niosłam drugą i kanister z benzyną.
- Czuję się jak hiena cmentarna... - mruknęłam, kiedy rozłożyłyśmy się w okół interesującego nas grobu. Tablica poinformowała nas, że spoczywa tu niejaka Gloria McFlayer. - Wybacz, Glorio, to nie będzie przyjemne...
Kopałyśmy przez chwilę w milczeniu. Tylko Anna pomstowała pod nosem, że brak w tej kompani jakiegoś faceta. W duchu się z nią zgodziłam - przydał by się jakiś wół do czarnej roboty...
- Ten wampir w Longline Villidge to wasza sprawka? - zagaiłam.
- Yhy - sapnęła.
- Bardzo fachowo odrąbana głową. Wręcz podręcznikowo...
- Normalna sprawa. To o nim mówiłaś, prawda?
- Mmm. Byłyście tam wcześniej niż ja. Coś was zatrzymało?
- Nic takiego. Zombie trochę zbyt głośno harcowało w miasteczku, parę kilometrów stąd. Nikt nawet nie zginął do tej pory.
Znów pracowałyśmy w ciszy. Nagle Anna poderwała głowę i krzyknęła:
- Padnij!
George był policjantem. Często zabierał mnie swoje na ćwiczenia. Odruch miałam wyrobiony.
Padałam na płask i stoczyłam się do rozkopanego do połowy grobu. Uderzyłam o coś twardego łokciem, prawdopodobnie o wieko trumny. Tuż nad moją głową przeleciał solny pocisk i trafił w pierś zakrwawioną kobietę w białej sukience.
Kiedy gramoliłam się z powrotem na powierzchnię usłyszałam sarkanie Anny.
- Zawsze te białe sukienki. Mogliby się zdobyć na coś bardziej oryginalnego... Czemu mnie nie ostrzegłaś?
- Cooo?!
- Migotanie lampy. Urządzenia elektryczne wariują przy paranormalnych istotach...
- Seeerioooo...? - sarknęłam. - Może gdyby pot nie zalewał mi oczu, zauważyłabym ten niewielki szczegół, zwłaszcza, że lampa stoi ZA moimi plecami - odparowałam. - Jesteśmy blisko. Stłukłam sobie łokieć o wieko trumny...
Gloria więcej nasz nie niepokoiła. Weronika musiała jej zorganizować niezłą zabawę na nawiedzonym peronie. Podważyłyśmy wieko trumny wytrychem, by posypać kości solą. Kościotrup wyszczerzył się do nas w upiornym uśmiechu.
- Dobrze, że nie śmierdzi zgnilizną... - mruknęłam.
- Ostatnio nie miałyśmy takiego szczęścia - burknęła Anna, chlustając benzyną na trumnę. Potem podała mi płonącą zapałkę. - Czyń honory.
Bez żalu wrzuciłam zapałkę do dołu. Chwilę parzyłyśmy, jak grób ogarniają płomienie.
- Dobra, chodźmy - mruknęłam. - Pozostały tylko dwa punkty: nie dać się złapać i cieszyć się. Z tym ostatnim poczekamy na twoją siostrę.
Nic ciekawego już się nie wydarzyło. Pomijając fakt, że jeleń wyskoczył mi na drogę i rozwalił mojego ukochanego Land Rovera. Dalszą drogę pokonałyśmy na piechotę, zostawiając moje autko w rowie.
"Rano się tym zajmę" - obiecałam sobie.


***&***

W końcu zobaczyłam Annę i Alice. Wyglądały na zmęczone, dlaczego szły na piechotę?
- Wcale nie umiesz prowadzić! - krzyczała moja siostra.
- Nie moja wina, że ten jeleń wyskoczył!
I co teraz? Czy ta ruda do nas dołączy? Nie wiem czy to dobry pomysł, lubię swobodę jaka panuje między mną a siostrą. Czy przy rudej będzie można ją zachować? Takie pytania kłębiły się w mojej głowie.
- To gdzie dalej? - spytała Anna, wsiadając do Impali.
- Przed siebie - odpowiedziałam jej. - Alice wsiadasz?
- A co z moim autem?
- Olej je! Albo jedziesz z nami, albo podaj się na tacy temu demonowi - powiedziałam.
- Właśnie, chcesz zostać jego deserem? - zawtórowała mi siostra.
- Niech będzie - ruda się poddała i wsiadła do tyłu. 
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć - mruknęłam podkręcając "Highway to Hell".
Taa i wszystko po staremu, no może z wyjątkiem Alice...
*************************************************************************************
I pojawił się drugi rozdział :)
Mamy nadzieję, że nie za krótki xD
Na razie skupiamy się na zwykłych "robotach", ale później mamy nadzieję wprowadzić troszkę bardziej skomplikowane wątki ;)
Życzymy miłego czytania
S&S

sobota, 7 lipca 2012

Rozdział 1

- Tak, słucham? - schodząc na dół na uroczystą kolację, usłyszałam jak mama odbiera telefon. Zatrzymałam się w połowie schodów, poprawiając sukienkę, zaciekawiona kto dzwoni. Byłam pewna, że to do mnie. Co prawda urodziny miałam dopiero następnego dnia, ale przyjecie było dzisiaj. Lisa na przykład zawsze dzwoniła dzień wcześniej....
Na twarzy mamy zamarł uśmiech i pojawiło się lekkie niedowierzanie. Gdy odpowiadała, głos lekko jej drżał.  Z salonu wychynął zaniepokojony George.
- Jesteś pewien, że... Ale jutro? Razem z Alice? - zerknęła szybko w moim kierunku, jakby wolała, żebym tego nie słyszała. - Dobrze, zadzwonię potem... Co? Ale... Nie... No dobrze, już dobrze, zgoda...
Z cierpiętniczą miną odłożyła słuchawkę. Oparła się ciężko o stolik, na którym stał telefon i długo milczała.
- Kto dzwonił? - wyszeptałam, obawiając się podnieść głos.
W odpowiedzi pokręciła jedynie głową, a George podszedł i ją objął. W końcu udało jej się wyszeptać:
- Tata. Chce nas zobaczyć.

***&***

Następnego dnia wieczorem po raz ostatni widziałam mamę i Georga. 
Nie poszłam na spotkanie z tatą. Mama mi na to nie pozwoliła. Choć po telefonie wydawała się zaniepokojona, nic nie wskazywało na to, że nagle zmieni zdanie. Ale nagle, niemal bez powodu, kazała mi zostać w domu. Na nic zdały się łzy i błagania.
Kiedy zamykali za sobą drzwi, siedziałam obrażona w swoim pokoju. Nie mogłam zrozumieć zachowania mamy. Zawsze bardzo podziwiała tatę, pragnęła wychować mnie na jego wzór. Wiedziała, że spotkanie go jest moim największym marzeniem, w moim wyobrażeniach był prawdziwym bohaterem. W końcu tak przedstawiała mi go mama. A teraz, kiedy miałam go już zobaczyć, i to zobaczyć po raz pierwszy w życiu...
- Boję się o ciebie - powiedziała przepraszającym tonem, kiedy zamykała za sobą drzwi.
To były praktycznie jej ostatnie słowa. Już nigdy jej nie zobaczyłam. Ani jej, ani Georga. Po prostu nie wrócili. A ja musiałam uciekać, nie wiedząc nawet czego mam się bać.
I tak wygląda moje życie. Życie, które zmieniło się diametralnie w dniu moich 16 urodzin.

***&***

Co może zrobić nastoletnia dziewczyna, która musi uciekać z domu, bo grozi jej niebezpieczeństwo? Która nie wie dokąd iść, jak sobie poradzić? Która nawet nie wie, czego ma się bać, nie wie, komu może zaufać?
Musi uwierzyć. Uwierzyć w to, co dotąd wydawało jej się nierealne. W to, co było mitem i legendą.
W to, co było zbyt straszne, by mogło być prawdziwe.
A jednak.

***&***

Telefon.
Telefon, którego nie miałam ochoty odebrać. Dzwonił jednak tak natarczywie, że tknięta jakimś przeczuciem, podniosłam słuchawkę.
- Cokolwiek ci opowiadałam, było prawdą - usłyszałam cichy, nerwowy szept mamy. - Pamiętaj o tym i nie daj się zabić. Kocham cię, córeczko... 
Chciałam o coś zapytać, nie rozumiałam o czym mówi, jednak przerwała połączenie. Wydawało mi się, że w tle słyszę krzyki mojego ojczyma. Przerażone krzyki. Nigdy wcześniej nie słyszałam, by George był przerażony.
Aż do teraz.

***&***

- Mamo, opowiedz mi o tacie, proszeeeeeeę....! - wołałam, kiedy byłam mała.
- Czemu sama go nie zapytasz?
Kręciłam wtedy zirytowana głową.
- Przecież wiesz, że mówię o tacie, a nie o Georgu...
- Alice!
-... to znaczy wujku Georgu - poprawiałam się natychmiast.
Mama głaskała mnie wtedy po głowie, przykrywała mocniej kołdrą, którą potem i tak rozgrzebywałam i zaczynała kolejną opowieść.
- Twój tata jest bardzo odważnym człowiekiem. Prowadzi bardzo niebezpieczne życie. Dlatego nie mógł z nami zostać, bo bał się, że stanie się nam krzywda. On nas nie zostawił. On po prostu nie mógł z nami zostać, a my nie mogłyśmy z nim odejść...
- Dlatego wyszłaś za Georga... - dodawałam.
- Wyszłam za Georga, bo go kocham - prostowała zawsze mama, nie zwracając uwagi na to, że zwracam się do ojczyma po imieniu. To była nasza mała umowa, której mama nie do końca akceptowała. George twierdził, że te wszystkie "wujki i taty" go krępują. - Nosisz zatem nazwisko Michaela, bo jest wspaniałym człowiekiem. Naprawdę wspaniałym.
- A kim on był?
Mama milczała.
- Proszę... Powiedz! Proszeeeeę....! - błagałam ją, podskakując nerwowo pod kołdrą.
- Mike zajmuje się... on... on chroni ludzi - wymamrotała w końcu z ociąganiem.
- Przed czym? Mamooooo...! - zawołałam z zawodem, widząc, że wychodzi z mojego pokoju, unikając odpowiedzi.
Jednak kiedy gasiła światło ręka jej zadrżała. Zatrzymała się w progu z ręką na kontakcie.
- Przed tym, przed czym sami nie mogą się obronić. I przed tym, o czym nawet nie mają pojęcia.

***&***

Mity, legendy, niestworzone historie o duchach i nie tylko. Znałam je wszystkie doskonale.
Mama wykładała historię na uniwersytecie. Specjalizowała się w lokalnych mitach i podaniach, jednak prywatnie interesowała się WSZYSTKIMI niesamowitymi legendami. Im bardziej były nieprawdopodobne, z tym większą energią mama usiłowała je zgłębiać. Często namawiała mnie do pomocy, udając, że wszystkie potwory i niesamowite stworzenia, które w nich występowały, są prawdziwe. Tak było jej łatwiej pracować.
Gdy byłam mała wierzyłam w każde jej słowo. Kiedy jednak poszłam do szkoły uświadomiłam sobie, że to wszytko wymysły i opowiadając o demonach i duchach tylko narażę się na śmieszność. Miałam pretensje do mamy, że nie wyprowadziła mnie z błędu. Że nie przekonała mnie, tak jak inni rodzice swoje dzieci, ze to tylko fantazja, bajka, mit.
Teraz wiem, że mama miała rację.

***&***

Zawsze uważałam, że moi rodzice są niezniszczalni. Uważałam ich za bohaterów. Pośrednio miałam rację. Byli łowcami, ratowali świat od potworów. Wierzyłam, że nic im się nie może stać. Zawsze wracali, aż do pewnego deszczowego wieczora.

***&***

Jeden telefon i moje życie zupełnie legło w gruzach. Cały czas, w mojej głowie, echem odbijały się słowa ojca. Zadzwonił i kazał nam uciekać. Potem usłyszałam krzyk matki, a ojciec się rozłączył. Powinniśmy udać się do Harry'ego, ale robota była ważniejsza.

**********************************************************************************
Udało nam się sklecić pierwszy rozdział :)
To dopiero namiastka tego co mamy nadzieję wrzucać później xD
Dziękujemy za komentarze ^^
Wasze, S&S (Stuknienta nie pomaga nam prowadzić akurat tego bloga).

P.S.
Alice (Szalona)
Weronika (Szurnięta)