Łączna liczba wyświetleń

UWAGA!

Uprzejmie informujemy, że blog [zwłaszcza niektóre notki] może zawierać drastyczne sceny pełne przemocy, przekleństwa i innego rodzaju rzeczy nieprzeznaczone dla osób młodocianych.
Przez wzgląd na to, że my niżej podpisane autorki nie chcemy przykładać ręki do demoralizacji młodzieży informujemy, że część treści może być niestosowna dla osób młodszych. Średnia granica wieku to +15, osoby młodsze czytają na własną odpowiedzialność, podobnie jak i starsze o słabszych jednak nerwach.
Z wyrazami szacunku,
autorki: Szalona i Szurnięta
PS: Nie bierzemy też udziału w żadnych konkursach typu Libster Awards, choć bardzo cieszy nas każda nominacja. Po prostu nas to nie interesuje.
S&S

niedziela, 4 listopada 2012

Rozdział 5

 NOTKA DEDYKOWANA STUKNIĘTEJ, DZIĘKI ZA WSPARCIE  :*

Weronika pędziła autostradą 120 na godzinę. Światła latarni błyskały szybko, rzucając pomarańczowe refleksy na moją twarz opartą o szybę. W samochodzie panowało milczenie. Anna drzemała na przednim siedzeniu, GPS migał monotonnie, a ja rozpamiętywałam najgorsze momenty mojego życia.
Teraz marzyłam tylko o jednym: Znaleźć ojca i wreszcie dowiedzieć się o co w tym wszystkim naprawdę chodzi.
Nie wierzyłam by to on zabił moją mamę i George'a. W każdym razie nie z własnej woli. Doszłam już do tego, że najprawdopodobniej opętał go jakiś demon. Tylko dlaczego usiłował mnie dorwać? I czemu nie zrobił tego przez ostatnie dwa lata, kiedy byłam całkowicie bezbronna?
Napis na zielonej tablicy rzucił mi się w oczy. Dobrze znany mi drogowskaz. Choć obiecałam sobie, że omijać będę to miejsce szerokim łukiem, zawołałam nagle:
- Skręć tu!
Weronika bez pytania gwałtownie przyhamowała. Samochodem szarpnęło i wszystkie trzy zawisłyśmy na pasach, a Anna brutalnie została wyrwana ze snu.
- O co chodzi...? - mruknęła sennie.
Droga była słabo oświetlona, więc Weronika włączyła długie światła. Przy drodze pojawiły się pierwsze domy. I tablica. "Lewistown".
Obiecałam sobie, że nigdy tu nie wrócę. Nic mnie już nie łączyło z tym miejscem.
A jednak.
- Za kościołem skręć w drugą ulicę w lewo.
Weronika o nic nie pytała. Posłusznie skręciła we wskazaną ulicę. Anna przyglądała mi się ciekawie z przedniego siedzenia, a ja nerwowo zagryzłam wargę. Czy nie popełniałam błędu?
- Teraz w prawo.
Latarnie się skończyły. Drogę oświetlały jedynie reflektory Impali. Po chwili skończył się także asfalt.
- Dalej nie jadę - oświadczyła Weronika, zatrzymując samochód. - Nie jeżdżę, kiedy nie ma asfaltu...
- To tylko 200 metrów - odparłam. - A droga jest ubita. Burmistrz potrzebował kasy na kampanię wyborczą i zwinął nam asfalt.
Weronika nie pytała. Powoli ruszyła ostrożnie omijając domniemane dziury. Po obiecanych 200 metrach zatrzymała się na niedużym parkingu. Obrośnięty bluszczem mur i lekka czerwona łuna bijąca od palących się zniczy.
- Mamy tu robotę? - mruknęła Weronika. - Mogłaś powiedzieć, sól nam się kończy...
Anna szturchnęła ją łokciem, a ja wysiadłam z samochodu.
- Jak chcecie, to możecie tu zostać. To nie potrwa długo - obiecałam.
Ruszyłam w kierunku bramy. Za sobą usłyszałam trzask zamykanych drzwi.
Nie było to takie łatwe jak przewidywałam. Było ciemno, a ja nie wiedziałam dokładnie gdzie mam szukać. Na lewo od kaplicy... na lewo od kaplicy.... na lewo od...
Po kwadransie, który dziewczyny zniosły cierpliwie w końcu znalazłam. I natychmiast poczułam wstyd.
Uciekłam. Nawet nie poczekałam...
Miałam wrażenie, że anioł nagrobny patrzy na mnie z potępieniem.
- Alice...
Pokręciłam głową. Anna zamilkła.

R.I.P
Susanna Coben 
*14.09.1972r
+11.02.2010r

R.I.P
George Coben
*23.03.1967r
+11.02.2010r

ZMARLI TRAGICZNIE

- Przepraszam, mamo - szepnęłam. - Wybacz, George.
Patrzyłam na nagrobek i zastanawiałam się co ja tutaj robię. Usiłowałam to sobie wytłumaczyć. Może sobie, może mamie i George'owi, a może także dziewczynom.
- Przepraszam, że uciekłam. Przepraszam, że nawet nie poczekałam na wasz pogrzeb. Przepraszam, że zostawiłam to wszystko na głowie waszych przyjaciół. Przepraszam, że musiałam wszystkich okłamać. Przepraszam, że tak długo żyłam w nieświadomości. Przepraszam, że starałam się zapomnieć. Przepraszam, że dopiero teraz... - mówiłam coraz ciszej, aż w końcu ostatnie słowo było ledwo dosłyszalne - Przepraszam.
- Alice... - spróbowała znowu Anna, jednak ja nadal nie reagowałam. Byłam tylko ja i mój wstyd.
- Przepraszam, że jeszcze go nie znalazłam - dodałam jeszcze.
Delikatnym, wręcz czułym ruchem, zgarnęłam z mogiły kilka uschniętych liści. Poczułam się tak, jakbym pogłaskała mamę po włosach. Grób był zadbany, a ja wiedziałam komu powinnam dziękować. Nie tym razem jednak. Trzeba było wracać na autostradę i pędzić do roboty, która czekała kilkadziesiąt kilometrów stąd. A potem poszukać następnej. I następnej. I...
I ojca.
- Chodźcie. Wyprowadzę was znów na autostradę.
Starałam się powstrzymać wypełniające mnie uczucia przed wypłynięciem na zewnątrz. Żal. Ból. Smutek. Gorycz. Złość, a nawet gniew. Chęć zemsty. Zagubienie. Niepokój. Wewnętrzne rozdarcie. 
I wstyd.
Dziewczyny szły za mną poruszone. Płomienie świec i zniczy rzucały światło na nasze twarze i dawały nieco ciepła, kiedy szłyśmy cmentarną alejką w kierunku parkingu. Trafiłyśmy jakoś po ciemku do samochodu i ruszyłyśmy powoli z powrotem. Kiedy dotarłyśmy do asfaltu, Anna spróbowała ponownie:
- Alice... Dlaczego nam nie powiedziałaś?
- Powiedziałam wam. Nie pamiętacie? Zaraz przy pierwszym spotkaniu. Zaraz po tym jak nazwałyście mnie okropną kłamczuchą, czy jakoś tak...
- Nie wzięłyśmy tego na poważnie - mruknęła Weronika. - Nie do końca na poważnie.
- Poza tym... - dodała Anna. - Poza tym nie wiedziałyśmy...
- Że nie zostałam nawet na pogrzebie? To miałaś na myśli? - zapytałam gorzko. - W lewo - dodałam neutralnym głosem.
- Nie - zaprzeczyła Anna. - Po prostu... Że... Że to się stało tak szybko, tak nagle, że nawet... - nie mogła znaleźć słów. 
- Demony się raczej nie cackają z ludźmi. Powinnyście już to wiedzieć.
- Ale...
- Nie chcę o tym rozmawiać - stwierdziłam sucho.
Przez dłuższą chwilę nic nie przerywało ciszy, oprócz moich wskazówek, kiedy przeprowadzałam Weronikę przez miasteczko.
- Ta droga jest zamknięta - zaprotestowała Weronika, kiedy kazałam jej skręcić w prawo.
- Dwie przecznice dalej - mruknęłam ponuro. 
Weronika zwolniła, ponieważ wjechałyśmy w drogę osiedlową. Kiedy minęłyśmy ładny biały domek, odwróciłam głowę. Żadna tego nie zauważyła.
- Alice... - Anna uporczywie chciała przerwać ciszę. 
Miałam na nią wrzasnąć, żeby się zamknęła i przestała w końcu drążyć sprawę, ale zamiast tego z moich ust wyrwał się okrzyk:
- Uważaj!
Na drogę wybiegła kobieta w średnim wieku. Miała rozmazany makijaż i potargane włosy. Weronika gwałtownie wyhamowała, a kobieta dopadła otwartego okna po stronie pasażera.
- Ratunku! Pomocy, moja córka... Ona... Tam... - rozszlochała się spazmatycznie. 
Weronika wysiadła z auta i usiłowała dowiedzieć do się stało, odrywając ją jednocześnie od auta, żeby Anna mogła wysiąść. Ja siedziałam sparaliżowana w środku.
- Spokojnie, proszę pani, co się stało pani córce? - pytała łagodnie Anna, sadzając ją na krawężniku. Kobieta jednak wbiła we mnie rozbiegane spojrzenie.
- Alice...? - zapytała przytomniej.
- Dobry wieczór, pani Preston - wyszeptałam, wysiadając z samochodu.

***&***
- To wy się znacie? - szepnęłam Rudej do ucha.
- To długa historia - odparła bezbarwnym głosem.
- Co dokładnie się stało? - spytała Anna.
- Wy-wy-słałam córkę po-po-po masło - wyjąkała, szlochając - bo zabrakło mi do-do-do o-o-obiadu. - Jej ciałem wstrząsnął kolejny spazm, ale ciagneła opowieść dalej. - A-a-ale Lisa długo nie wra-wra-wracała, więc po-po-poszłam zo-zo-zobaczyć cz-cz-czy nie zagada-da-dała się sy-y-y-ynem są-ą-ąsiada i zna-nalazłam ją w o-o-o-grodzie ma- ma - wzięła głęboki oddech i dokończyła szeptem - martwą.
Zostawiłyśmy Alice z roztrzęsioną panią Preston, a same poszłyśmy sprawdzić ciało. Przeskoczyłyśmy płot i na środku ogrodu ujrzałyśmy ciało blondwłosej młodej dziewczyny. Całe jej ciało było poszarpane, a w otwartej klatce piersiowej brakowało serca. Nad winowajcą nie trzeba było się zastanawiać, to klasyczny, wręcz książkowy przykład ataku wilkołaka. Wróciłyśmy do Alice, która próbowała uspokoić roztrzęsioną kobietę.
- Anie, zaprowadź panią Preston do domu - zaproponowałam.
Anna tylko kiwnęła głową i zabrała załamaną kobietę. Alice załamana usiadła na krawężniku, usiadłam obok.- To wilkołak - odezwałam się.
- Jesteście pewne?
- Tak, brakowało serca.
Ruda ukryła twarz w dłoniach.
- Tak w ogóle to skąd ją znasz? Panią Preston.
- Jej mąż pracował z Georgiem. Przyjaźniła się z moją mamą. Mieszkałam trzy domy wcześniej. A jej córka, Lisa... była moją najlepszą przyjaciółką.

***&***
Dlaczego złe przeczucia muszą się zawsze spełniać?
Wiedziałam, że nie powinnam tu wracać. Nigdy.
Tutaj. Do domu.
Wszystkie dobre wspomnienia związane z tym miasteczkiem już dawno wyparowały. Zostały tylko te złe. A teraz... Czy nad tym miejscem ciążyło jakieś fatum? A może nade mną? Jak inaczej wytłumaczyć, że ledwo się zjawiłam, po dwóch latach starannego omijania tych okolic... Że ledwo wróciłam, a moja najlepsza przyjaciółka ginie w tragiczny sposób? Przyjaciółka, z którą się nawet nie pożegnałam przed wyjazdem. Jak z wszystkimi, których znałam, zresztą. Przyjaciółka, o której postanowiłam zapomnieć, bo była symbolem tego zwykłego szczęśliwego życia,  którym bezpowrotnie musiałam się pożegnać. Była dla mnie synonimem tego świata, w którym nie ma ani demonów, ani duchów, ani...
Ani wilkołaków.
Czy to był przypadek? Przecież jechałyśmy właśnie do miasta, w którym grasował wilkołak. Obawiam się bliskości Lewistown, ale Weronika bardzo napaliła się na tą robotę. Tylko że po drodze musiał napatoczyć się ten durny drogowskaz...
Nie było żadnych wątpliwości, co do tego, że to wilkołak odpowiadał za śmierć Lisy. Dziewczyny, która niczym sobie na śmierć nie zasłużyła. Była najbardziej niewinną i beztroską osobą jaką znałam. Gdy tylko się wchodziła do pokoju,  na każdej twarzy pojawiał się uśmiech.
Siedziałam z Anną i Weroniką w kuchni, a w salonie policja przeprowadzała dochodzenie. Słyszałam dochodzący zza ściany szloch pani Preston i łagodny głos policjanta.
- Gdzie jest Steven? Już dawno powinien wrócić... Czy jemu też coś się stało? - znów zaniosła się płaczem.
- Cześć, dziewczyny. Możemy pogadać? - do kuchni wsunął się młody policjant.
Wskazałyśmy mu wolne krzesło naprzeciw mnie. Siedziałam gapiąc się bez celu w okno, a Weronika oparła się o kuchenny blat i przyglądała się Annie, która nerwowo krążyła po kuchni.
- Wiecie co tu się stało? - zapytał.
Zerknęłyśmy szybko na siebie i jak na komendę pokręciłyśmy głowami.
- Dobrze, to może od początku... - przyglądał nam się zakłopotany. - Opowiecie mi jak się tu znalazłyście i co widziałyście.
- My... - zaczęła Anna, jednak zaraz jej przerwałam.
- Jechałyśmy z niezapowiedzianą wizytą do państwa Preston. Mieszkałam tu kiedyś, a nasi rodzice byli zaprzyjaźnieni. Postanowiłyśmy się zatrzymać tu na parę dni, w czasie naszej podróży po kraju. To moje przyjaciółki z collage'u - wskazałam na Annę i Weronikę. Kiedy nauczyłam się tak ładnie zmyślać? - Chciałam je przy okazji poznać z Lisą - głos lekko mi się załamał w tym miejscu, więc Weronika podjęła wątek.
- Alice zaprowadziła nas pod dom, kiedy nagle pani Preston wybiegła na ulicę, wołając pomocy. Chodziło o jej córkę. - policjant dokładnie notował wszytko co mówiłyśmy. - Alice została z nią przed domem, a ja z siostrą poszłyśmy sprawdzić co się stało. Znalazłyśmy w ogrodzie martwą dziewczynę z rozszarpaną klatką piersiową... Potem zadzwoniłyśmy na policję.
Policjant zadał nam jeszcze parę pytań, po czym pożegnał się i wrócił do salonu.
- Alice... - zaczęła delikatnie Anna, kiedy siedziałyśmy przez chwilę w milczeniu. - Czy ty chcesz... zająć się tym?
Uniosłam wzrok i na nią spojrzałam.
- Ten potwór rozszarpał moją przyjaciółkę. Jak myślisz?
- Pójdę zameldować nas w jakimś motelu - mruknęła Weronika, odrywając się od blatu. Podeszła do drzwi kuchennych, kiedy nagle te się otworzyły.
- Dobry wieczór, kocha... - pan Preston urwał w pół słowa. - Kim jesteście? I co robicie w moim domu? - zapytał Weronikę, a potem spojrzał na mnie. - Alice?
- Dobry wieczór, panie Preston - odpowiedziałam bezbarwnym głosem.
- Wiecie może co robi wóz policyjny na moim podjeździe? Czyżby moja żona zrobiła jakieś przyjecie bez mojej wiedzy? - zapytał żartobliwie, nawet nie podejrzewając co dzieje się w salonie. Czasem bez zapowiedzi odwiedzali go koledzy z pracy. Na przykład mój ojczym.
Bardzo nie chciałam burzyć spokoju i błogiej nieświadomości, malującej się na jego twarzy. Na szczęście ktoś mnie wyręczył.
- Lepiej będzie, jeśli pójdzie pan do salonu - zaproponowała ostrożnie Anna.
Po chwili dało się się słyszeć kolejne odgłosy rozpaczy. Wstałam i nalałam sobie wody z kranu do szklanki. Nim wypiłam ją do końca, w domu zapadła cisza. Policja już odjechała.
- I co robimy? - szepnęła Anna, a Weronika bezszelestnie wyszła z domu, by znaleźć nam miejsce w motelu, jak mówiła.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo drzwi do kuchni skrzypnęły cicho i do środka ponownie wsunął się pan Preston. Już opanowany i spokojny.
- Jak ma na imię twoja przyjaciółka, Alice? - zapytał po chwili milczenia, umyślnie pomijając bolesny temat.
- Anna. Ta druga to Weronika.
Usiadł obok mnie na krześle i ukrył twarz w dłoniach. Wyglądał, jakby coś w nim pękło  Możliwe, że serce. W końcu odezwał się cicho:
- Zastanawialiśmy się, czy jeszcze cię kiedyś zobaczymy. Zniknęłaś tak nagle... Lisa bardzo za tobą tęskniła. Mówiła o tobie prawie codziennie. Kiedy szła do sklepu mówiła: "Ta sukienka pasowała by na Alice. Kupmy ją, dam ją jej na urodziny... kiedy przyjedzie"
Odwróciłam wzrok. Poczułam się okropnie.
- Nie mogliśmy przewidzieć, że postanowisz nas odwiedzić akurat w takim momencie. To straszne... Najpierw twoi rodzice, a teraz... - głos mu się załamał.
- Pójdziemy już. Ja... sądzę, że zostaniemy na kilka dni. Ja chciałabym... zostać na pogrzebie, jeśli nie będzie to problemem... - mówiłam cicho.
Ojciec Lisy niemal niedostrzegalnie skinął głową.
- Zawsze będziesz u nas mile widziana, Alice. Pogrzeb - przełknął ślinę - będzie pojutrze.
- Dobrze, będziemy - odparłam cicho, wychodząc.
"Tym razem nie ucieknę"
***&***
Rozstałyśmy się z Rudą i poszłyśmy prosto do biblioteki. Nie była ona za duża, ale na szczęście posiadała dział archiwalny, pełen starych gazet, akt i innych takich. Rozsiadłam się wygodnie na obitym krześle i zaczęłam przeglądać pierwszy stos pożółkłych gazet. Nie natrafiłam na żadne rewelacje, sądząc po minie Anie, ona też nic nie znalazła. Przeszłam, więc do kolejnej partii starych dzienników. Jedyne co w nich było godne uwagi to humorystyczne komiksy. W trakcie przeglądania szóstej sterty, zawierającej gazety z przed dwóch lat, trafiłam na artykuł o zabójstwie państwa Coben. "Brutalne morderstwo w restauracji" głosił nagłówek. Przeszukałyśmy wszystko co było w archiwum i nie znalazłyśmy nic niepokojącego, a więc Lisa była pierwsza. Postanowiłyśmy coś zjeść, więc udałyśmy się do pobliskiego Burger Baru. Anna jak zwykle zamówiła jakąś zielenine i latte, a ja cheeseburgera i espresso.
- Dobra to co dalej? - spytałam robiąc łyk kawy.
- Może ten z Raxton się tu przypałętał? - zasugerowała.
- Też o tym myślałam.
- Wasze zamówienia - do stolika podeszła kelnerka z pysznie wyglądającym cheeseburgerem i miską sałatki.
- Trzeba sprawdzić ten trop - mruknęłam po zjedzeniu połowy burgera.
Anna tylko kiwnęła głową, wpatrując się w swojego laptopa.
- W Raxton doszło w sumie do sześciu ataków - powiedziała.
- Nie ma co czekać na kolejny.
Napisałyśmy Alice wiadomość, że czekamy na nią przy bibliotece. Ruda zjawiła się po około piętnastu minutach, nadal była lekko nieobecna.
- I co znalazłyście coś? - spytała.
- To pierwszy atak w tym mieście, podejrzewamy, że to ten sam co w Raxton - wyjaśniła Anna.

- Mniemam, że chcecie jechać to sprawdzić.

Kiwnęłam głową.
- Dobra, jak się czegoś dowiecie, to dajcie znać - powiedziała i sobie poszła.
- Ależ ona rozmowna - sarknęłam.
Przeszłyśmy przez ulicę wprost do zaparkowanej na chodniku Impali. Anna umościła się na miejscu pasażera i puściła "T.N.T" AC/DC. Wyjęłam z bagażnika fałszywe odznaki FBI i zajęła miejsce kierowcy. Po drodze zatrzymałyśmy się na stacji benzynowej i przebrałyśmy się. Dzięki temu wyglądałyśmy na prawdzie agentki FBI. W Raxton od razu udałyśmy się do prosektorium.
- Dzień dobry! Agentka Young i agentka Page - pokazałyśmy z Anną odznaki.
- FBI? Panie pewnie w sprawie tych ataków .
Kiwnęłyśmy głowami.
- Chciałybyśmy zobaczyć zwłoki - powiedziałam.
Zostałyśmy zaprowadzone do kostnicy, gdzie pokazano nam zwłoki. Obrażenia niczym nie różniły się od tych znalezionych na ciele Lisy. Dowiedziałyśmy się jednak, że pan Preston pracuje nad tymi sprawami. Zmyłyśmy się czym prędzej, aby go nie spotkać. W drodze powrotnej przebrałyśmy się dopiero na stacji w Lewistown. Alice czekała na nas przed domem państwa Preston.

- Cześć! Macie coś?
- Pan Preston pracuje w sprawie tych ataków - wyjaśniłam.
- I to tyle newsów - dodała Anie.
Udałyśmy się z Anną do motelu, żeby odpocząć, w czasie kiedy Ruda poszła na pogrzeb Lisy.
***&***

Cmentarz za dnia wyglądał równie ponuro, co i w nocy. Mijałam groby ludzi, których znałam. Sąsiadów, znajomych, rodziny...
Ludzie powoli się zbierali. Nie było ich wiele. Głównie sąsiedzi i najbliżsi przyjaciele. Z rodziny nie przyjechał praktycznie nikt - mieszkali zbyt daleko, możliwe że nie dotarła do nich jeszcze nawet wiadomość.
Ogółem, na pogrzebie było zaledwie koło 15 osób. Stałam z tyłu, zastanawiając się jak wiele osób przyszło na pogrzeb moich rodziców. Tyle co teraz? A może mniej? Kilka osób pozdrowiło mnie, zdziwieni moim nagłym pojawieniem się z powrotem. Reszta raczej mnie po prostu nie poznała.
Kiedy ceremonia dobiegła końca, poczekałam aż ludzie się rozejdą i podeszłam do grobu.
- Cześć - mruknęłam nieśmiało w kierunku grobu. - Przepraszam, Liso. Wolałabym rozmawiać z tobą w innych okolicznościach, ale... To moja wina. Wybacz mi.
Położyłam na grobie wiązankę lilii i ruszyłam powoli zamyślona w kierunku wyjścia z cmentarza. Nawet nie zauważyłam kiedy wyszłam na parking i... na kogoś wpadłam.
- Hej, uwa... Alice? - ów ktoś złapał mnie za ramiona, bym nie upadła.
Uniosłam wzrok.
- Roger...?
- Alice, co ty tutaj robisz? - zapytał, puszczając mnie.
Odwróciłam wzrok.
- Przyszłam na pogrzeb twojej siostry - odpowiedziałam cicho. Bałam się ponownie spojrzeć w jego piękne orzechowe oczy. Obawiałam się, że zeżre mnie poczucie winy. Jednak zaryzykowałam.
- Alice... - odwrócił głowę i zaczął raz jeszcze. - Czy ty wiesz... Dlaczego zniknęłaś tak nagle? Czy ty wiesz jak Lisa to ciężko znosiła? Telefon głuchy, nikt nic nie wie, rozpłynęłaś się w powietrzu..! Nagle, bez pożegnania.
- Roger...
- I nagle pojawiasz się po dwóch latach, jak gdyby nigdy nic... Bez słowa wyjaśnienia, znikąd... Powiedz co ja mam myśleć o tym? I to właśnie wtedy, gdy... - głos mu się załamał.
Z lekkim wahaniem dotknęłam jego ramienia. Czułam jak napina mięśnie, jakby przygotowywał się do ciosu.
- Roger... - zaczęłam delikatnie. - Ja rozumiem...
- Nie, nie rozumiesz - przerwał mi gniewnie. - Zawsze była nasza trójka: ja, ty i Lisa. Zawsze razem, pamiętasz? Aż nagle... zniknęłaś. Jakby to wszystko co razem przeżyliśmy nic dla ciebie nie znaczyło. I to wtedy, kiedy chcieliśmy być jak najbliżej ciebie, kiedy chcieliśmy cię wspierać... Wiesz jak się czułem? Wiesz jak Lisa się czuła? Kiedy wyjechałem na studia... została sama. A wasze wspólne plany? Miałyście razem studiować pedagogikę... Miałyście wspólnie napisać książkę o naszych przygodach... Co z tymi planami, Alice? Czy wiesz jak nas zawiodłaś...?
- Wiem - szepnęłam, prawie płacząc. Nasza książka... Jakże dziecinne wydawały mi się teraz nasze marzenia...! - Wiem. Nawet nie wiesz ile razy o tym myślałam. Codziennie zastanawiałam się co robicie. Codziennie, dopóki nie doszłam do wniosku, że jeśli nie uda mi się o was zapomnieć to oszaleję - teraz już otwarcie płakałam. - Ale musiałam to zrobić. Ja... Moje stare życie się skończyło. Nic nie było takie jak wcześniej. Wiesz ile razy myślałam o tym, żeby wrócić? Pytanie tylko: do czego?
- Do nas - szepnął, obejmując mnie mocno. Przylgnęłam do niego ściśle, jak za dawnych lat. Kiedy jeszcze nic nie wiedziałam o duchach i demonach. Kiedy miałam dwoje najlepszych przyjaciół pod słońcem.
- Do nas - powtórzył. - Bałem się, Alice. Nie dawałaś znaku życia. Naprawdę się o ciebie martwiłem...
- Nie musiałeś...
- Jesteś moją przyjaciółką. Najlepszą przyjaciółką. I nic tego nie zmieni. Nawet jeśli ty myślałaś, że kiedykolwiek będzie inaczej.
Teraz już kompletnie nie wytrzymałam. Rozszlochałam mu się w ramię, tak jak wtedy kiedy miałam 6 lat i zdechł mój ukochany króliczek. Długo płakałam. Nad sobą, nad życiem, które już bezpowrotnie należało do przeszłości, nad Lisą i moimi rodzicami... Roger w milczeniu to znosił, przytulając mnie jedynie mocno. Nie zasługiwałam na takiego przyjaciela. Może kiedyś, w tym innym życiu. Ale teraz? Teraz nic nie było takie same. A już na pewno nie ja.
- Chodź - powiedział, kiedy się trochę uspokoiłam. - Chodź do nas...
W milczeniu dałam się zaprowadzić do dobrze znanego mi domu. Szliśmy na pieszo, było to całkiem spory kawałek. W sam raz na wieczorny spacer. Nagle poczułam, że przyszedł do mnie SMS.
"Znalazłyśmy coś w Raxton. Zapolujemy, a ty szukaj tego naszego wilkołaka...  Możliwe, że to jednak coś innego. To musi być ktoś z bliskiego otoczenia Lisy" - pisała Weronika.
"Chyba czeka mnie wycieczka do szkoły" - pomyślałam niechętnie. Oznaczało to spotkanie z większą ilością dawnych znajomych niż przewidywałam. Miałam tylko nadzieję, że niewiele osób będzie w stanie mnie rozpoznać. - "Ale to jutro..."
- Wilkołak? Łowy? To jakiś szyfr? - zapytał nagle Roger.
- Znowu zaglądałeś mi przez ramię! - oburzyłam się, w panice szukając jakiejś wymówki. - Miałeś już tego nigdy nie robić...!
- Wybacz, przyzwyczajenie. No więc? Jestem z natury ciekawy, wiesz przecież...
- Yyyy... My... Weronika amatorsko interesuje kryminalistyką. Zaprała się, że dojdzie do tego, kto... - urwałam. - Swoje śledztwo nazywa "łowami", a wilkołak to... przestępca. To rzeczywiście szyfr.
- Alice... Ciągle zapominasz, że wiem kiedy kłamiesz. Jesteś wtedy nienaturalnie pewna siebie. I mówisz poważnie, co zazwyczaj rzadko ci się zdarza. No więc? Przecież to chyba nic złego?
- Ja... - przecież nie mogłam powiedzieć mu prawdy! - Tego nie mógł zrobić człowiek. Żaden człowiek nie mógłby zadać takich ran. Bardziej przypomniało to robotę wilka, ale żadne zwierzę nie wyszarpuje ofierze serca, zostawiając resztę. Ani człowiek, ani zwierz, więc roboczo nazwałyśmy to wilkołakiem.
Mówiłam prawdę, no nie? Prawie.
- Aha - jego mina mówiła, że chyba nie do końca mi uwierzył. - Pojechałaś do babci? - zapytał nagle, jakby chcąc zmienić temat.
- Co?
- Wtedy... po śmierci rodziców. Pojechałaś do babci?
- Ja... tak - skłamałam znowu. Jedna babcia nie żyła, druga przebywała w domu opieki społecznej na drugim krańcu kraju. "Trzeciej babci" nie znałam. - To daleko. Musiałam szybko wyjechać, bo inaczej długo by trwało nim... - urwałam, licząc, że sam sobie dopowie resztę.
Roger skinął głową. Tym razem, nie przyłapał mnie na kłamstwie. Prawie przez całą drogę nic nie mówiliśmy. Kiedy jednak minęliśmy biały domek, spytałam:
- Kto tu teraz mieszka?
Westchnął ciężko.
- Bardzo długo nie mogli go sprzedać. Ale jakieś półtora roku temu kupiło go starsze małżeństwo. Bardzo niesympatyczni - opowiadał. - Wiesz, kiedy jeszcze nikt tam nie mieszkał, często przychodziliśmy tam z Lisą, a potem nowi mieszkańcy bardzo niegrzecznie nas wyprosili. Mówiliśmy im, że w kącie ogrodu zrobiliśmy z naszą przyjaciółką, która kiedyś tu mieszkała, szałas i mamy tam rożne rzeczy. Nie pozwolili nam ich zabrać. Potem tylko zostawili torbę z drobiazgami na schodach, a szałas rozebrali i zrobili tam rabatkę. Chodź, zrobię ci herbaty - powiedział, wpuszczając mnie przez kuchenne drzwi, kiedy stanęliśmy przed jego domem.
Usiadłam przy stole. Roger obrócił się do mnie tyłem, szukając w szafce jakiejś herbaty dla mnie.
- Mam gdzieś twoją ulubioną, z cytryną i limonką. Życzysz sobie? - zapytał, nie odwracając się. Kiedy podnosił ręce do góry, w poszukiwaniu herbaty na górnych półkach, uniesiona koszulka odsłoniła fragment opalonych pleców.
- Jeśli nie sprawi ci to kłopotu...
- O, Roger, jesteś już... - drzwi do kuchni otworzyły się i stanęła w nich pani Preston. - Alice... miło cię widzieć.
Zerwałam się z miejsca.
- Ja... Pani Preston... to może ja już pójdę. Pewnie... Ja nie powinnam teraz - jąkałam się. - Pewnie chcecie teraz być sami...
- Kochanie - pani Preston złapała mnie za ramiona i posadziła z powrotem na krześle, a Roger postawił przede mną moją herbatę. Taką jak lubiłam. Z jedną łyżeczką cukru i dwiema kroplami soku z maliny. - Kochanie, przecież jesteś u siebie. Jesteś dla nas jak córka, a dla Rogera i Lisy jak siostra. I proszę przestań już z tą panią. Przecież nic się nie zmieniło. Nadal jestem twoją "ciocią Amelią"...
- Ja... - nie wiedziałam co powiedzieć. - Ja... chciałam was przeprosić. Że wyjechałam tak bez pożegnania. I teraz zawracam wam głowę, kiedy...
- Przeżywasz śmierć Lisy tak samo jak i my. Wiem o tym, kochanie.
Roger usiadł naprzeciwko mnie i uśmiechnął się pokrzepiająco. Był to jednak smutny uśmiech.
- Tak - westchnęłam. - Chciałbym dorwać tego, kto to zrobił.
- A wiesz jak zabić wilkołaka? - zapytał Roger, nawiązując do naszej wcześniejszej rozmowy.
- Tak, wiem - odparłam nagle poważnie, pragnąc wyjawić im całą prawdę.
Jak inaczej mieli zrozumieć moje dziwne zachowanie? Widziałam, że martwią się o mnie, że wydaje im się, że nie jestem sobą.
Bo nie byłam.
- Chodźmy do salonu - zaproponowała nagle pani Preston. Ciocia Amelia, poprawiłam się w myślach. - Widzę, że chcesz nam coś opowiedzieć.
Kiedy weszliśmy do salonu, główne drzwi otworzyły się i do środka wszedł wujek Steven, wciąż jeszcze w policyjnym mundurze. Widząc, że coś się dzieje, zostawił swoją torbę na komodzie i podszedł do żony.
Prestonowie usiedli na szerokiej kanapie, a ja opadłam na wygodny fotel. Roger nonszalancko oparł się o ścianę koło kominka. Przez chwilę w pomieszczeniu panowała całkowita cisza. W końcu odezwałam się powoli:
- To co teraz wam powiem, zabrzmi kompletnie niedorzecznie, ale proszę wysłuchajcie mnie do końca.
- Kochanie, ostatnio mam wrażenie, że jestem w stanie uwierzyć już we wszystko... - westchnęła ciocia Amelia, a wujek pokiwał głową, potakując jej słowom.
Westchnęłam ciężko.
- Obawiam się, że jednak nie. Wiem, że... wyjechałam nagle. Dziwnie, wręcz okropnie musiało to wyglądać z boku, ale... ale miało to związek z moim ojcem.
- Rozumiem, że nie masz w tym momencie na myśli George'a? - upewnił się wujek Steven. Prestonowie od dawna wiedzieli, że George nie jest moim prawdziwym ojcem.
- Nie. Mam na myśli Michaela.
Zamyśliłam się głęboko, zastanawiając się jak powiedzieć im to, co musiałam im wyjawić.
- Robiłam różne rzeczy, ale to akurat nie jest istotne - podjęłam. - Ważne jest to, że ostatnimi czasy, kiedy poznałam Weronikę i Annę...
-.... które oczywiście nie są twoimi przyjaciółkami z collage'u - wtrącił Roger bezbarwnym głosem. Właśnie taką przerobioną historyjkę, podobną do tej, jaką przedstawiłam policji, postanowiłam również przedstawić wszystkim pozostałym.
- Tak, nie są. Kiedy je poznałam zaczęłam się zajmować czymś bardzo niecodziennym.
- Coś w stylu wycierania potu z czoła zawodników sumo? - Roger próbował rozładować coraz bardziej widoczne napięcie, średniej jakości żartem.
Zawsze tak robił. Im bardziej stresująca była sytuacja tym bardziej abstrakcyjne dowcipy tworzył. Postanowiłam uderzyć w podobny ton.
- Nie wiem, jak wysoko w twoim rankingu dziwnych zajęć plasuje się polowanie na duchy i demony - mruknęłam ponuro.
W salonie zapadła cisza, którą nagle przerwało ciche parsknięcie.
- Żartujesz sobie?
W milczeniu pokręciłam głową.
- To... jest niedorzeczne - stwierdził wujek Steven. - Nie mów mi, Alice, że wierzysz w duchy! Przecież jesteś rozsądną dziewczynką...!
- Problem w tym, że od dawna nie jestem dziewczynką. W każdym razie odkąd odkryłam, jaki świat jest naprawdę. Wiem, że ciężko w to uwierzyć, ale...
- Alice, czy możemy porozmawiać na osobności? - zapytała nagle ciocia Amelia, która do tej pory cały czas milczała.
Skinęłam głową, a ona wstała i w milczeniu wyszła na ganek. Kiedy zamknęłam na sobą drzwi usiadła na ostatnim stopniu schodków. Niepewnie usiadłam obok niej. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w pojawiające się na niebie pierwsze gwiazdy. Nie wiedziałam, że zrobiło się tak późno.
- Twoja mama zawsze miała bujną wyobraźnię - zaczęła. - Z taką pasją opowiadała o tych wszystkich mitach i legendach, o których czytała, że miało się wrażenie, że są prawdziwe. Zawsze kiedy kończyła opowieść, musiałam sobie przypominać, że to tylko wymysły... - pokręciła głową. - Ale nikomu to nie przeszkadzało. Taka po prostu była. Ty też, jak byłaś mała. Nie pamiętasz tego, ale ja tak. Potem z tego wyrosłaś. Na szczęście, jak mówiono.
- Teraz musiałam z tego "wyrośnięcia" znów szybko wyrosnąć... Mama wiedziała. Wiedziała jak świat wygląda na prawdę.
- A więc jest tak okropny, jak mówią legendy? Wampiry wypijające z ludzi krew...? Duchy mszczące się za zbrodnie swoich morderców...? Demony opętujące niczego nieświadomych ludzi...?
- I wilkołaki wyszarpujące serce ze swoich ofiar - dodałam ze ściśniętym gardłem.
Ciocia spojrzała na mnie po raz pierwszy, odkąd usiałyśmy na schodach. Wcześniej wbijała wzrok we własne kolana. Dopiero teraz do mnie dotarło jak bardzo postarzała się przez te dwa lata, kiedy mnie tu nie było. A może tylko przez te ostatnie dni?
- Jak mam ci wierzyć, Alice? Jak? Dlaczego mam nagle przyjąć do wiadomości, że świat, w którym żyję jest inny, niż myślałam przez całe życie? Że tuż pod podszewką mojego życia, czają się potwory rodem z horroru?
- Może dlatego, że parę dni temu, rozerwały tę poszewkę zakrwawionymi pazurami - odparłam cicho. - Moja podszewka pękła dwa lata temu. To, co zabiło mamę i Georga nie było człowiekiem - powstrzymałam się na razie z informacją o demonie.
- Alice... - westchnęła, ale przerwał jej okropny krzyk.
- TATO! PRZESTAŃ! - krzyczał Roger. Nigdy w jego głosie nie słyszałam takiej paniki.
Momentalnie zerwałam się ze schodków i wpadłam z powrotem do salonu. Widok, który zobaczyłam, mroził krew w żyłach.
Roger leżał przerażony pod ścianą za kanapą, z której zostały tylko strzępy. Rozszalała bestia próbowała się do niego dostać, pazurami odrywając resztki kanapy od drewnianego stelażu. Odruchowo chwyciłam jakiś ciężki przedmiot leżący na komodzie.
- Hej, ty! Przestań!
Bestia, która nadal w dużej mierze wyglądała jak pan Preston,  na dźwięk mojego głosu zamarła nagle i obróciła się w moją stronę. Gdy mnie zobaczyła, wyszczerzyła ociekające śliną kły i rzuciła się w moim kierunku. Zrobiłam szybki unik, a wilkołak wpadł na fotel. Mebel przewrócił się pod wpływem impetu, a bestia przekoziołkowała przez pokój, zatrzymując się na ścianie.
Wycelowałam dokładnie i z rozmachem przyłożyłam jej metalowym przedmiotem w głowę, mimowolnie zauważając, że było to srebrne pudełko na listy. O tym, że to srebro, przekonałam się, gdy bestia zawyła z bólu. Wilkołaki nie przepadały za srebrem. Może dlatego, że tylko ono mogło je zabić. Dla pewności przyłożyłam jeszcze ze dwa razy, aż potwór stracił przytomność.
- Potrzebuję mocnego łańcucha, najlepiej srebrnego.
W tym momencie rozległ się łomot. To ciocia Amelia padła zemdlona na podłogę. Przez całą tą, niewyobrażalnie dłużącą mi się chwilę, która jednak trwała zaledwie kilkanaście sekund  stała w progu i przyglądała się temu w niemym przerażeniu.
- Alice... - wyszeptał Roger, powoli wstając z podłogi  Poznałam to jedynie po szuraniu, gdyż nie spuszczałam oka z wilkołaka.
- Łańcuch! - warknęłam, nie wdając się w życzliwości. - Jakikolwiek.
- Jakiś jest w garażu... zaraz wrócę...
Kiedy wyszedł, zauważyłam, że oznaki wilkołactwa znikają. Kły schowały się, mięśnie wróciły do normalnych rozmiarów, a pazury zredukowały się do nie do końca zadbanych paznokci.
- Alice...
Bez słowa wzięłam od Rogera łańcuch i przywiązałam wujka Stevena do resztek kanapy.
- Przepraszam - szepnęłam, ściskając go nim z całych sił w pasie.
Roger przyklęknął przy matce, usiłując ją delikatnie ocucić. W milczeniu weszłam do kuchni i wyciągnęłam z szafki środki opatrunkowe.
- To teraz nieważne - obruszył się Roger, widząc, że chcę mu opatrzyć rozorane pazurami ramię.
- Gangrena to nic miłego - odparłam i zaczęłam przemywać mu ranę wodą utlenioną.
- Roger...? - pani Preston ocknęła się nagle. - Co tu...? - pobladła nagle przypominając sobie wszystko  - O mój Boże...!
- No, więc właśnie czymś takim się teraz zajmuję... - westchnęłam.

***&***
Postanowiłyśmy same z Anną załatwić te sprawę w Raxton. Widać było, że Ruda jest raczej w kiepskim stanie, co czyni ją jeszcze bardziej kiepskim łowcą. Co prawda nie jest najgorsza w te klocki ale nadal wiele jej brakuje. W głośnikach brzmiało "Enter Sandman" Metallicy. Zatrzymałam samochód przy wjeździe do miasta. Otworzyłam bagażnik i podałam Annie pistolet nabity srebrnymi kulami.
- Pamiętaj, celuj w serce - powiedziałam, chowając swój z paskiem spodni.
Kiwnęła głową i zrobiła to samo. Zostawiłyśmy Impalę i ruszyłyśmy w kierunku miasta.
- Gdybyś była wilkołakiem, gdzie byś poszła? - spytała nagle Anie.
- Do najgorszej speluny w mieście.
- Ciekawa teoria.
Nastała chwila ciszy.
- Myślisz, że rodzice żyją? - spytała nagle Anie.
- Nie wiem, ale mam nadzieję, że tak.
- Bardziej w lewo - powiedział tata.

Przesunęłam rękę z pistoletem lekko w lewą stronę.
- Właśnie tak - pochwalił mnie. - Strzelaj.
Nacisnęłam spust i rozległ się dźwięk tłuczonego szła, trafiłam idealnie w szklankę na płocie.
- Moja krew - tata poklepał mnie po plecach.
Starałam się zawsze dorównywać jego oczekiwaniom, chciałam by był ze mnie dumny, chciałam być jak on. Z domu wybiegła bosa Anna w piżamie. Podeszła do taty, który wziął ją na ręce.

- Jutro są moje czwarte urodzinki - powiedziała zaspana.
- Wiem, dlatego trzeba upiec tort - połaskotałam ją po stopie.
- A mamusia wróci do jutra? - spytała mała.
Mamy nie było od tygodnia, ghule w jakimś małym miasteczku.
- Na pewno, zawsze wraca na czas - przytulił ją tata.
- Oboje wracacie - szepnęłam tak cicho, że nie usłyszał.
Wróciłam do strzelania, ale moje myśli zaprzątała mama, zawsze bałam się, że pewnego dnia ona, albo tata nie wróci. Co wtedy zrobimy? Moje myśli przerwał dzwonek do drzwi. Pobiegłam za tatą, który poszedł otworzyć. W progu stała mama, cała i zdrowa.- Zawsze wracali - szepnęłam do siebie.
Przestałam o tym myśleć, musiałam skupić się na robocie. Mijałyśmy właśnie najgorszą część miasta. Niebo już dawno pociemniało, a latarnie były rzadkością. Nagle coś się na mnie rzuciło. Poczułam rozdzierający ból w ramieniu. Usłyszałam strzał i wilkołak zawył. Przeturlałam się na bok, niestety Anna nie trafiła w serce i teraz bestia rzuciła się na nią. Sięgnęłam po broń, ale jej tam nie było. Cholera musiałam ja zgubić podczas starcia. Złapałam pobliski kamień i rąbnęłam nim wilkołaka w łeb. Odwróciła się, ale nie zaatakował, nie zdążył. Obejrzałam się, aby zobaczyć kto oddał strzał. Kawałek dalej stał młody chłopak. Miał brązowe włosy, lekko wystające z pod szarej czapki i był wysoki. Lekkie mięśnie rysowały się pod bluzką w paski. Podbiegł do Anny. Ja również.
- Nic ci nie jest? - zwrócił się do mojej siostry.
- Chyba nie, mów mi Anna.
- Robbie - chłopak uśmiechnął się.
- Miło spotkać innego łowcę, jestem Weronika - wtrąciłam się, czując się ignorowana.
- Miło mi.
Wstałam, oceniłam stan rany na ramieniu i postanowiłam zostawić ich samych.
- Zaczekam przy wozie - powiedziałam odchodząc.
Po pięciu minutach Robbie odprowadził Anne do samochodu. Zobaczyłam jak wymieniają się numerami telefonów, dobrze, że nie wszystkich, trochę by im to zajęło. Po chwili siostra wcisnęła się obok, na miejsce pasażera. Kiedy odjeżdżałyśmy, pomachała jeszcze chłopakowi, nim zniknął za zakrętem. Zatrzymałyśmy się dopiero pod domem państwa Preston, mając nadzieję, że Ruda jest w środku. Chciałyśmy zapukać, ale drzwi były otwarte, więc weszłyśmy do środka. Salon wyglądał jak pobojowisko.
- Roger...? - pani Preston odezwała się nagle. - Co tu...?O mój Boże...!
- No, więc właśnie czymś takim się teraz zajmuję... - westchnęła Alice.
- Już po sprawie - powiedziałam.
Alice dopiero teraz nas zauważyła.
- Co tu się stało? - spytała Anna.
- Ja też złapałam wilkołaka... - odezwała się smutno Ruda.
Mój wzrok padł na skutego pana Preston i od razu po kojarzyłam fakty.
- A...A...Ale co tu... O co w tym wszystkim chodzi? - pytali zdezorientowani. - I kim wy tak na prawdę, u diabła, jesteście?
- Więc od czego by tu zacząć? Jesteśmy łowcami - popatrzyli na mnie zdezorientowani. - Polujemy na zjawy, duch, demony, wilkołaki i długo by jeszcze wymieniać.
- W sąsiednim mieście grasował wilkołak i to on musiał pana zarazić - wtrąciła Anna.

- Pamiętam, że coś mnie lekko ugryzło, kiedy wracałem z Roxton, byłem tam w sprawie tych zabójstw.
- I nigdzie pan tego nie zgłosił - zapytałam.

- To nie było nic wielkiego, nie było potrzeby.
Kiwnęłam tylko głową.
- I co z tym zrobić? - spytała pani Preston.
Wyjęłam zza pasa pistolet i położyłam go na stoliku po mojej lewej stronie.
- Srebrna kulka, prosto w serce - szepnęłam dość głośno by mnie usłyszeli.
Kobieta zaniosła się płaczem.
***&***

- Am, nie płacz - odezwał się cicho wujek Steven. 
Siedział w poszarpanym policyjnym mundurze, przywiązany topornym łańcuchem do resztek kanapy. Wyglądało to bardzo surrealistycznie. I strasznie.
- Ale... Steve... - chlipała cicho. - To... Nie ma innego sposobu...?
- Nie - mruknęła szorstko Weronika. 
- Jest... - zaczęłam w tym samym momencie, a dziewczyny spojrzały na mnie zdziwione. - To znaczy... To tylko mit. 
- O czym ty mówisz? - zapytała Anna.
Westchnęłam.
- Mówi się o antidotum na wilkołactwo. Wypite przez pełnią, osłabia objawy likantropii, a co najważniejsze, pomaga wilkołakowi zachować jasny umysł. Mówiąc najkrócej, jest on świadomy tego co robi i może się powstrzymać  jeśli ma wystarczająco silną wolę.
- A jak...? - zapytał Roger, jednak nim dokończył pytanie pokręciłam smutno głową.
- Po pierwsze, nigdy nie spotkałam się z takim przypadkiem. Po drugie, składniki są bardzo rzadkie i ciężko je zdobyć. Szukanie ich przed każdą pełnią... I największą wadą tego specyfiku jest to, że nawet jeśli wykażemy silną wolę raz, albo nawet kilka razy, organizm w końcu przyzwyczai się do antidotum. A potem będzie tylko gorzej - dodałam ponuro.
- Czyli nic nie da się zrobić? - zapytał znowu, patrząc tępym wzrokiem na leżący na stoliku pistolet.
- Nawet jeśli antidotum istnieje naprawdę, byłoby to tylko odsuwanie w czasie nieuniknionego - wyręczyła mnie Anna, podsumowując.
- Więc... - mojemu przyjacielowi załamał się głos. Parę dni temu stracił ukochaną siostrę, a teraz jeszcze miał się godzić na śmierć ojca. To było zbyt wiele.
- W porządku, kochani - wujek Steven odezwał się schrypniętym głosem. - To... dobre wyjście. Ja... Ja nie mógłbym żyć, wiedząc, że zabiłem własną córkę i o mało nie pozbawiłem życia swojego syna... Proszę, zróbcie to. Teraz.
Spojrzałam na pistolet. Wiedziałam, że nie będę miała siły tego zrobić.
- Dacie mi jeszcze chwilkę z żoną?
Skinęliśmy głowami i wyszliśmy na dwór. Tylko Roger został minutkę dłużej, by również pożegnać się z ojcem. Gdy wyszedł, usiadł koło mnie na schodach, a Weronika z siostrą odeszły kawałek dalej, rozmawiając cicho.
- Ładna noc - szepnął po chwili.
Pokręciłam głową.
- Przestań.
W odpowiedzi ukrył twarz w dłoniach.
- Tata... on chyba chce, żebyś to ty... - urwał.
- Nie... - pokręciłam głową gwałtownie. - Nie, ja nie dam rady... Ja... On dla mnie jest jak ojciec, przecież wiesz.
- Ufa ci. Nikomu innemu nie pozwoli tego zrobić.
- Roger... Ja...
- Poczekaj. Ja najpierw powinienem cie przeprosić. Byłem na ciebie zły, bo nie wiedziałem... Nie miałem pojęcia jak to jest. Ty też przez to przechodziłaś, prawda?
Skinęłam głową.
- Właśnie tego chciałam wam oszczędzić... - szepnęłam.
- Alice? - Weronika stanęła koło nas. - Chyba... Chyba już czas.
Wstaliśmy i weszliśmy do środka. Weronika i Anna stanęły z tyłu, a Roger ścisnął moją dłoń w pokrzepiającym uścisku.
- Gdzie ciocia? - wydusiłam z siebie, bo w salonie został tylko wujek Steve.
- Musiała... Powiedziała, że nie da rady. Roger, czy ty...
- Zostanę z tobą do końca, tato.
Chłopak podszedł do ojca i usiadł koło niego. Kątem oka zauważyłam, jak Anna dyskretnie wysuwa się z salonu. Weronika ruszyła za nią, jednak spojrzałam na nią błagalnie i zatrzymała się w pół kroku.
- Alice? - zapytał wujek Steve. Nie musiał mówić nic więcej.
- Ja... Ja nie dam rady. Nie potrafię. Wer...? - spojrzałam na koleżankę, ta jednak pokręciła głową.
- Wybacz, Alice. Nie tym razem - nim zdążyłam ją powstrzymać, wyszła z salonu.
- Alice... proszę.
Spojrzałam na nich. Wujek Steve patrzył na mnie błagalnie, tak jak ja przed chwilą na Wer. Roger zdawał się być pogrążony w myślach. 
Drżącymi rękami chwyciłam pistolet. Ręce dygotały mi tak bardzo, że nie byłam w stanie wycelować. 
- Alice, kochanie, wszystko jest dobrze - uspokajał mnie pan Preston. - Będzie dobrze, nie musisz się martwić...
Poczułam, że po twarzy zaczynają spływać łzy. Wzięłam głęboki, opanowując drżenie rąk. Wierzchem dłoni otarłam łzy, żeby cokolwiek widzieć.
Wycelowałam. Zamknęłam oczy. 
- Dziękuję, Alice.
Strzeliłam.

***&***

- Możemy jechać? - zapytałam, wkładając swój plecak na tylne siedzenie.
Był bardzo wczesny ranek. Nie pamiętałam, co działo się przez ostatnie parę godzin. Nie chciałam pamiętać.
- Jasne, jeśli tylko chcesz - odparła Weronika.
- Wszystko OK? - upewniła się Anna.
- Nie - usłyszałam za swoimi plecami. - Znowu chciałaś uciec bez pożegnania.
Obróciłam się. Roger stał oparty o drzewo, z rękami wciśniętymi w kieszenie dżinsów. Z plecami usłyszałam, jak dziewczyny wsiadają do samochodu. Trzasnęły drzwiczki Impali.
- Roger, to nie jest dobry pomysł...
- Bo? - zapytał podchodząc do mnie.
- Bo nie jestem tą samą osobą, którą znałeś. 
- Ja teraz też nie. Wierz mi.
Zamknęłam oczy. Poczułam, jak Roger otacza mnie ramionami w mocnym uścisku.
- Dlaczego życie nie może być takie proste jak kiedyś - westchnęłam. - Wiesz co jest najgorsze? Kiedy już raz wdepniesz w to bagno, nie ma odwrotu. Musisz iść dalej, albo wessie cię i przerobi na dżem truskawkowy.
- Mówisz mi to, bo...?
- Bo ty jeszcze w nie nie wdepnąłeś, Roger. Masz jeszcze szansę na normalne życie. Ja nie. Dlatego lepiej będzie, jeśli... Jeśli o mnie zapomnisz. Nie kontaktuj się ze mną więcej, Roger - powiedzenie tego sprawiło mi wielką trudność, ale nie tak wielką jak odsunięcie się od niego.
- Alice...
- Żegnaj - ruszyłam w kierunku Impali, ale Roger podbiegł do mnie i złapał mnie w ramiona.
- Nie rób tego - ostrzegłam go, choć podświadomie tego właśnie pragnęłam. Żeby było jak dawniej.
- Dlaczego?
- Bo nie będę w stanie odjechać - szepnęłam.
- Więc zostań - odpowiedział, przysuwając mnie do siebie i całując.
Przylgnęłam do niego całym ciałem, oddając pocałunek, jednak po chwili zdrowy rozsądek zwyciężył i odsunęłam się łagodnie.
- Nie mogę - szepnęłam, odwracając się.
- Alice...
Tym razem już się nie zatrzymałam.
- Zapomnij. Tak będzie lepiej - z tymi słowami wsiadłam do auta. - Jedź - mruknęłam do Wer.
Dziewczyny nie skomentowały niczego. A ja, choć wiedziałam, że powiedziałam mu prawdę, nie mogłam powstrzymać łez.
*********************************************************************************
A mówiłyśmy, że NN będzie szybciej niż poprzednia ^^
Dziękujemy wytrwałym czytelnikom (jak widać jeszcze nie wyginęli) :*
Chciałybyśmy polecić bloga o adresie http://glonomozdzek.blogspot.com/ , dopiero się rozkręca ale z jakim rozmachem :p

To tyle tego dobrego, następna NN będzie szybko (mamy nadzieję xD)

S&S

środa, 31 października 2012

Rozdział 4

- Zaraz zaśniesz nad kierownicą - powiedziałam łagodnie, acz stanowczo, kiedy Weronika po raz trzeci w ciągu pół godziny wjechała lewymi kołami na sąsiedni pas. Dochodziła trzecia w nocy, więc na szczęście było pusto.
- Wcale nie - odparła, gwałtownie prostując tor jazdy.
- Jasne - mruknęłam. - Pamiętaj, że mogę cię zmienić...
- Anna mnie zmieni - warknęła.
Tak, jasne. Chevrolet Impala. Miłość życia Weroniki Wilde. Żaden chłopak nie ma szans jeśli nie pokocha tego cacka... Co oznacza, że nie mam prawa dotykać kierownicy i skrzyni biegów. Siedzieć też powinnam jak najmniejszą powierzchnią pośladków. Jeszcze parę tygodni w tym samochodzie i nauczę się lewitować...
- Ale ona nie ma prawa jazdy! - próbowałam się oburzyć.
- A ty miałaś jak uciekłaś z domu? - zapytała młodsza połowa rodzeństwa Wilde z przedniego siedzenia.
Zagryzłam wargi. Weronika wykręciła głowę do tylu ciekawa odpowiedzi. Bałam się, że zaraz wpadniemy do rowu, więc odpowiedziałam szybko:
- Nie, ale to coś innego.
Anna nadal przyglądała mi się ciekawie.
- Tak właściwie... - usiłowałam zmienić temat. - To skąd bierzecie pieniądze na sprzęt? No wiecie. Pistolety, worki soli, benzyna, motele... To wszystko kosztuje.
Wcześniej już się dowiedziałam, że status łowcy nie uprawnia do pobierania opłat za "depotworyzację", czy jak tam można nazwać unieszkodliwianie wszelkiej maści monstrów. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie nie wiedzą o istnieniu potworów i łowców i nie mają się dowiedzieć. W każdym razie nie powinni. Tym bardziej intrygowało mnie źródło finansujące moje nowe znajome.
- Karta płatnicza rodziców - stwierdziła krótko Weronika.
W duchu odetchnęłam z ulgą, bo sama w ten sposób finansowałam swoje przeżycie przez ostatnie dwa lata. Myśl, że nie byłam jedyna, zabrzmiała jak całkowite usprawiedliwienie.
- Nie mają nic przeciwko? - zapytałam.
Żadna nic nie odpowiedziała. Dopiero kiedy za zakrętem pojawił się szyld jakiejś stacji benzynowej, Weronika włączyła kierunkowskaz ze słowami:
- Ruda ma rację. Potrzebuję kawy... Nie, nie kawy. Odpoczynku. Zatrzymamy się na pół godzinki i pojedziemy dalej - zadecydowała.
Zaparkowała i wysiadła z samochodu. Anna nadal siedziała w środku i bawiła się końcówkami włosów.
- Powiedziałam coś nie tak? - zapytałam cicho.
Pokręciła powoli głową.
- Nie, to nie ty. Po prostu... Wciąż... To zbyt świeże.
Nie powiedziała nic więcej i szybko dołączyła do Weroniki, która kupowała już jakąś herbatę i ciastka w kasie stacji. Wiedziałam, że nie powinnam dalej dociekać, ale nie mogłam się powstrzymać i zawołałam:
- Anno! Anno, co się stało? - zapytałam, kiedy odwróciła się powoli.
- Nasi rodzice nie żyją - odpowiedziała mi Weronika, podchodząc z trzema kubkami herbaty na tacy. Anna tylko wpatrywała się w milczeniu w czubki swoich tenisówek. - Demon zabił ich parę tygodni temu.

***&***

Tuż przed świtem postanowiłyśmy zatrzymać się na leśnym parkingu i trochę się przespać. Mieliśmy kilka kilometrów do jakiegoś niedużego miasteczka, ale chciałyśmy sobie zrobić mały piknik. Znalazłyśmy wkrótce ustronne miejsce i zaległyśmy na pokrytej rosą trawie.
Siostry milczały niemal przez całą drogę. Nie poruszałam już tematu, nie chciałam ich urazić. Wrodzona ciekawość  jednak nie pozwalała mi długo siedzieć cicho.
W milczeniu jadłyśmy kanapki, kiedy zapytałam łagodnie:
- Wasi rodzice byli łowcami, prawda?
W milczeniu jednocześnie skinęły głowami. Żadnej innej reakcji z ich strony nie było.
- Jak to... - chciałam zapytać, ale w połowie wypowiedzi, zmieniłam zdanie. - Rozumiem was.
- Nie rozumiesz - warknęła Weronika. - Nie rozumiesz - podkreśliła twardo.
- Pójdę po drewno - odarłam ugodowo. - Zrobimy sobie ognisko, bo jakoś chłodno się zrobiło...
Rzeczywiście. Mimo iż wstawał nowy dzień, mokra trawa i chłodne poranne powietrze, sprawiło, że na naszej skórze pojawiła się gęsia skórka.
Wstałam, otrzepałam spodnie i ruszyłam w kierunku drzew. Czy powiedziałam coś nietaktownego? Bo przecież je rozumiałam. Doskonale je rozumiałam. Dwa lata... czym są dwa lata? Pamiętam jakby to było wczoraj. Telefon matki, a nad ranem telefon policji. I ten artykuł w gazecie. "Tajemnicze zabójstwo w znanej restauracji..." Długo wierzyłam, że to zrobił mój ojciec. Ale potem dowiedziałam się, że to nie był on. Nie do końca on.
Doskonale rozumiałam, co teraz czuły.
Las był bardzo gęsty, więc nagle zrobiło się niezwykle ciemno, prawie jak w środku nocy. Miałam lekkie wyrzuty sumienia, że tak naciskałam na dziewczyny, ale...
Nagle za swoimi plecami usłyszałam warczenie, a potem moja lewa ręka eksplodowała bólem. Zadziałałam instynktownie. Wyszarpnęłam zza paska swój pistolet i strzeliłam psu między oczy. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Gdzieś niedaleko usłyszałam tupot i po chwili obok mnie pojawiły się dziewczyny. Musiały usłyszeć strzał - nie zdążyłam odejść daleko.
- Co się stało?
- Pies mnie zaatakował.
- Czemu go zabiłaś? - zapytała z wyrzutem Anna.
Spojrzałam na nią z lekką niechęcią.
- Mówiłam. Zaatakował mnie. Po za tym był wściekły. Muszę się szybko dostać do szpitala...
- Racja - mruknęła Weronika, pomagając mi wstać. - Ugryzł cię?
- Nie wiem - jęknęłam i dałam poprowadzić się w kierunku samochodu.
Szybko dojechałyśmy do szpitala w pobliskim miasteczku. Anna posadziła mnie na krzesełku w poczekalni, a Weronika poszła zorientować się w sytuacji. Po początkowym oszołomieniu, trochę już oprzytomniałam. Miałam podrapaną całą lewą rękę. Lewy policzek też trochę mnie piekł. Spojrzałam na siebie. Bluzkę miałam w strzępach, a na żebrach widniały ciemnoczerwone pręgi.
"Jak ta bestia zrobiła to w tak krótkim czasie...?!"
- Kapiesz na podłogę - mruknęła Anna.
Wzruszyłam ramionami.
- Mamy iść na drugie piętro i poczekać przed gabinetem numer trzy - Weronika wróciła do nas i wspólnie z Anną pomogły mi się wdrapać na drugie piętro.
Na drugim piętrze od razu w oczy rzuciła mi się sala pełna dzieci. Wszystkie leżały nieruchomo w łóżeczkach i spały. Najmłodsze miało około 2 lat, najstarsze maksymalnie 11. Wszystkich było około 20.
- Co tu się stało? - wymamrotałam do siebie. - "Przecież to nie jest oddział dziecięcy..."
- Ha, ażbyśmy to wiedzieli! - odpowiedział mi przystojny młody mężczyzna, otwierając drzwi do gabinetu. - To panią pogryzł pies?
- Jak widać - odparłam.
- Zapraszam.
Weszłam do gabinetu, zostawiając dziewczyny na korytarzu. Lekarz obejrzał moje rany.
- Wygląda mi to raczej na zadrapania niż ugryzienie - zawyrokował. - Ale mówiła pani, że pies był wściekły, więc na wszelki wypadek poproszę pielęgniarkę, by dała pani zastrzyk... Trzeba będzie złapać to biedne zwierzę...
- Już nie trzeba - mruknęłam.
Lekarz spojrzał na mnie dziwnie, ale nic nie powiedział. Zajął się tylko opatrywaniem ran.
- A co z tymi dziećmi, panie doktorze? Co im się stało? To jakaś śpiączka?
Pokręcił głową.
- Nie wiem. Nie mamy pojęcia. Prawie codziennie jakieś dziecko wpada w ten rodzaj śpiączki. Zaczęło się to jakiś miesiąc temu. Po prostu... nagle się nie budzą. I z każdym dniem tracą energię.
- Czy to... śmiertelne?
- Nie wiem co to jest, ale jeśli się długo nie będą budzić to... - urwał zmartwiony.
Nie musiał kończyć. To nie była zwykła śpiączka. Długotrwała mogła spowodować śmierć.
- Dobrze, to wszystko - odezwał się, wracając do oficjalnego tonu. - Proszę teraz jeszcze pójść na pierwsze piętro po zastrzyk do siostry Nancy i nie nadwyrężać się zbytnio, dobrze?
- Oczywiście. Dziękuję, doktorze - odpowiedziałam. - Zostaniemy tu chyba przez parę dni... Gdyby było coś co mogę zrobić dla tych dzieci, to...
- Zobaczymy. Proszę, to moja wizytówka, gdyby coś było potrzeba...
Schowałam wizytówkę do kieszeni, pożegnałam się i wyszłam. Zeszłam piętro niżej po zastrzyk przeciwko wściekliźnie i poczekałam na moje znajome.
- Dowiedziałyście się czegoś? - zapytałam.
- Aha - Anna skinęła głową. - Dzieciom nic nie jest, pomijając fakt, że się nie budzą, ale z każdym dniem są coraz słabsze. Zaczęło się od siedmiolatka. Potem zachorowała jego czteroletnia siostrzyczka, a następnie kolega z klasy i jego starszy brat.
Wyszłyśmy ze szpitala, wymieniając się informacjami i usiadłyśmy na ławce na ryneczku. Potem Anna i Weronika rozeszły się w przeciwne kierunki, by zebrać jeszcze jakieś wiadomości, a ja zostałam na ławeczce z kilkoma lokalnymi gazetami na kolanach (miałam się nie przemęczać, prawda?). Historia zachorowań była tam dość dokładnie przytoczona.
- I co? - zapytała Weronika, gdy się znowu spotkałyśmy, jakąś godzinę później.
- Ja już nic nowego się nie dowiedziałam... - mruknęła Anna, siadając koło mnie na ławce.
- A ja odkryłam pewną rzecz - powiedziałam. - Mianowicie. Większość dzieci, które zachorowały to siedmio-, ośmio- i dziewięciolatkowie. Chodzą wspólnie do szkoły. Reszta chorych dzieci to ich rodzeństwo, lub bliska rodzina, sąsiedzi.
- I jaki z tego wniosek? - mruknęła Weronika.
- Idziemy do szkoły! - zawołałam wesoło, zbierając się powoli z ławki.
W szkole nie dowiedziałyśmy się niczego konstruktywnego. Porozmawiałyśmy z wychowawczynią jednej z klas, miłą blondynką o imieniu Amy. Dzieci ją ubóstwiały. Ona je z resztą też. Prócz tego, że była wychowawcą, uczyła angielskiego we wszystkich młodszych klasach. Nie dowiedziawszy się niczego nowego, więc wyszłyśmy zrezygnowane w poszukiwaniu jakiegoś lokum. To był długi dzień, ale zbliżał się już ku końcowi.
Znaleźliśmy miejsce w motelu i poszłyśmy spać. Kiedy już zasypiałam, usłyszałam senny głos Anny:
- To nie jest naturalna śpiączka. Musimy się dowiedzieć, co ją wywołało.
Obudziłam się nad ranem. Śnił mi się jakiś koszmar. Nie pamiętałam czego dotyczył, ale tknięta przeczuciem odpaliłam laptopa i zaczęłam szukać. Moje poszukiwania obudziły Weronikę.
- Co ty robisz? Jest piąta rano...
- Szukam - mruknęłam opryskliwie. Nagle mój wzrok spoczął na jakimś artykule. - Hej, spójrz na to!
Weronika usiadła na moim łóżku i zajrzała mi przez ramię.
- "Strzyga. Wysysa energię życiową, jej głównymi ofiarami są dzieci." To może być to! - zawołała.
- "Atakuje nocą" - dodałam. - Zgadza się. Dzieci zasypiały normalnie, ale nie budziły się już nad ranem i cały czas tracą energię, bo strzyga cały czas czerpie z nich energię...
- Co się dzieje? - ziewnęła Anna, która obudziły nasze dyskusje.
- To strzyga! - zawołałyśmy jednocześnie z Weroniką.
- Super! Czeka nas niedługo małe polowanko, w takim razie?
- Jest jeden problem - mruknęłam, czytając dalej artykuł. - "Strzyga może przybierać za dnia dowolną postać" - podniosłam wzrok znad laptopa. - To może być każdy. Dosłownie każdy.

***&***
Z samego rana postanowiłyśmy zorientować się w sytuacji. Stwierdziłyśmy, że pomocny może być doktor, którego poznałyśmy dzień wcześniej. Zauważyłam, iż najbardziej nadaje się do tego Alice. Anna musiała pomyśleć o tym samym.
- Alice, powinnaś pogadać z doktorkiem - mruknęła do niej Anna.
- Czemu ja? - żachnęła się Ruda.
- Bo to ty wpadłaś mu w oko - mrugnęłam do niej.
- A ty się dobrze czujesz? - spytała nagle zirytowana.
- Po za tym, że poluję na paranormalne zjawy, to tak.
- Super - mruknęła. - Jakieś jeszcze dobre pomysły? Ja nie jestem Miss Agent, ok?
Alice jeszcze dobre pięć minut próbowała odciągnąć nas od tego pomysłu, z marnym skutkiem. W końcu obrażona wyszła porozmawiać z  doktorem Fray. Ja i Anna również postanowiłyśmy odwiedzić szpital, jednak najpierw udałyśmy się do pobliskiego spożywczaka. Wielu łowców nie zdaje sobie sprawy jak wiele informacji można zdobyć w takim miejscu. Niestety tym razem nic nowego nie dowiedziałyśmy się. W szpitalu, kiedy minęliśmy rozmawiającego z Rudą doktorka, dowiedziałyśmy się od pielęgniarki, że dziś na oddział trafiło nowe dziecko.
- Musimy się pospieszyć - mruknęła Anna.
- Ta... i w końcu zabić to draństwo - powiedziałam wychodząc przesuwnymi drzwiami.
Jakaś kobieta chaotycznie przetrzepywała kieszenie.- Gdzie ja mam te klucze? - mówiła do siebie. - Kochanie zaczekaj tutaj, chyba zostawiłam je na górze.
- To moja wina - szepnęła mała, jednak matka już jej nie usłyszała.
Podeszłam do niej. Była drobna, wyglądała na nie więcej niż dziewięć lat.
- Hej, co się stało? - zapytałam małą, opierając się o murek.
- I tak mi nie uwierzycie - jęknęła. - Nikt mi nie uwierzy.
- Powiedz, wierzymy w wiele rzeczy, Anna na przykład nadal wierzy w wróżkę zębuszkę.
Dziewczynka spojrzała z niedowierzaniem na Anie, która właśnie piorunowała mnie wzrokiem.
- Mój młodszy braciszek zachorował, a to tylko i wyłącznie moja wina - powiedziała i oparła się o murek obok mnie.
- Słuchaj ja też jestem starszą siostrą i wiem jak się czujesz, ale to nie twoja wina - poklepałam ją po plecach.
- Właśnie, że to moja wina! Gdybym zamknęła okno, potwór by jej nie dopadł.
- Co ty powiedziałaś? - spytała Anna trochę za głośno.
- To przez potwora Andy zachorował - powiedziała cicho.
- Penny, jedziemy - kobieta od kluczy wróciła i dziewczynka pobiegła do samochodu.
Poczekałyśmy, aż się oddalą.
- To mamy kolejny cel - mruknęłam.
- Nie rób z niej przynęty - odburknęła mi Anna.
Miałam już rzucić cięto ripostę, kiedy zauważyłam naburmuszoną Alice, wychodzącą ze szpitala.
- I czego się dowiedziałaś? - zapytałam Rudą.
- A więc... - warknęła gniewnie -... jego e-mail to seksownydoktorek@hotmail.com, oprócz tego mam jego numer telefonu, a i jeszcze umówiliśmy się na kolację o ósmej.
Wybuchnęłyśmy z Anną śmiechem.
- Kończmy robotę, bo chcę czym prędzej wyjeżdżać - dodała Ruda dobitnie.
Chwilę zajęło nam ustalenie adresu małej Penny, ale przecież nie ma rzeczy niemożliwych. Podjechałyśmy po jej dom i zastanawiałyśmy jak to wszystko zorganizować.
- Przecież nie wejdziemy i nie powiemy prawdy - powiedziałam do Alice.
- Czemu?
- Jak ty przetrwałaś? - westchnęła poirytowana.
- Patrzcie - przerwała nam Anna.
Spojrzałyśmy za jej wzrokiem i zauważyłyśmy, że matka dziewczynki gdzieś jedzie. To znacznie ułatwiało sprawę. Przestałam więc się kłócić z Rudą i naładowałam swój pistolet poświęconymi, srebrnymi kulkami. Reszta zrobiła to samo, pozostało nam tylko czekać.
Rodzice jak zwykle byli na łowach, a cały dom i Anie na mojej głowie. Sprawdziłam wszystkie drzwi prowadzące na zewnątrz i okna, sól była prawidłowo rozsypana. Następnie zabrałam pistolet ze srebrnymi kulami i poszłam do kuchni. Postawiłam garnek z wodą na makaron i przeszłam do salonu, gdzie czteroletnia Anna oglądała kreskówki. Nagle rozległo się pukanie do drzwi, spojrzałam zza firanki i zobaczyłam tatę. Szybko otworzyłam drzwi.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - zaczął na mnie krzyczeć. - A gdybym był opętany?! Masz pilnować Anny.
Gdyby ojciec wiedział jak bardzo ja chcę ją chronić. Może wtedy ufałby mi bardziej. Położyłam się spać, wciąż zła na niego. Obudziłam się tknięta dziwnym przeczuciem i pobiegłam do pokoju Anie. Nad jej łóżkiem unosiła się ciemna postać. Sięgnęłam po leżący na półce pistolet i strzeliłam do niej, nie udało mi się jednak jej zlikwidować. Uciekła.
Przy jednym z okien coś się poruszyło. Wysiadłyśmy i pobiegłyśmy w tamtym kierunku. Niestety strzyga zdążyła już dostać się do sypialni dziewczynki. Zaczęła wysysać z niej energię, a wtedy ja strzeliłam. W tym samym czasie zrobiły to Anna i Alice. To zabiło strzygę. Penny upadła na poduszkę i spała dalej. To również ułatwiło nam całą akcje. Posprzątałyśmy resztki strzygi i wróciłyśmy do Impali. Kiedy przejeżdżałyśmy obok szpitala, usłyszałyśmy podniecone szepty pielęgniarek, robiących sobie przerwę na papierosa, na temat cudowne ozdrowienia dzieci.

*********************************************************************************

Powrót smoka ;)
Od teraz po zaaklimatyzowaniu się w nowych (Szur) i starych (Szal) szkołach NN będą pojawiać się częściej ^^
Na razie nasze bohaterki zajmują się zwykłymi zajęciami, o ile można tak nazwać likwidowanie demonów, duchów i innego ustrojstwa :p
Dziękujemy cierpliwym czytelnikom, którzy nas nie opuścili (o ile tacy jeszcze są). Ta nocia jest dla was :*

S&S

niedziela, 19 sierpnia 2012

Rozdział 3

"Mój biedny, kochany Land Roverek..." - marudziłam w myślach. W sumie już z przyzwyczajenia.
Z kasety rozbrzmiewały w samochodzie puszczone na cały regulator piosenki "Metallici", a Weronika postukiwała palcami w kierownicę do rytmu. Anna jak zwykle czytała gazetę i przeglądała najnowsze wiadomości w internecie w poszukiwaniu nowej roboty (skąd ona łapie Wi-Fi?!?). Ekran rzucał na jej twarz niebieskie światło. Wyglądało to upiornie w zapadającym właśnie półmroku.
Już po paru dniach wspólnej podróży odkryłam kilka wcale nie zaskakujących, ale niesamowitych faktów. Mianowicie.
Z rodzeństwem Wilde (tak, dowiedziałam się jak się nazywają) nigdy nie można się nudzić.
Rodzeństwo Wilde pracuje 24h na dobę.
Rodzeństwo Wilde dałoby się za siebie posiekać.
Rodzeństwo Wilde słucha tylko i wyłącznie ostrej muzyki.
Rodzeństwo Wilde wkrótce będzie potrzebowało laryngologa (głowa już mi pękała, ale siedziałam cicho i udawałam, że mnie nie ma).
Młodsza połowa rodzeństwa Wilde potrafi być naprawdę wredna.
Starszej połowie nie należy o tym mówić.
Starsza połowa może wyprowadzić naprawdę mocny cios, kiedy usłyszy coś złego o młodszej połowie.
Obie połowy, tworzące całość rodzeństwa Wilde uważają mnie za amatora-teoretyka (i mają rację), co powoduje, że nie mają do mnie za grosz zaufania i pilnują mnie jak małego dziecka (nie mają racji).
Młodsza połowa dodatkowo...
- Ruda, śpisz? - mruknęła Anna z przedniego siedzenia.
... ma irytujący zwyczaj nazywania mnie Rudą. Zupełnie bez powodu i bez sensu dodatkowo (nie jestem i nigdy nie byłam ruda. A być nie zamierzam).
- Tak - warknęłam przekornie.
W bocznym lusterku widziałam jak przewraca oczami.
- Ruda, nadal boczysz się o ten samochód? - włączyła się Weronika, specjalnie akcentując przezwisko.
- Ruda owszem, ale Alice ma ważniejsze sprawy na głowie - sarknęłam. - Dokąd właściwie jedziemy?
- Przed siebie, gdzie nas nogi poniosą... - odpowiedziała Weronika i w tym momencie koło zaczęło wydawać dziwne dźwięki. Weronika czym prędzej zatrzymała się na poboczu.
- Coś czuję, że daleko nas nie poniosą... - mruknęłam, kiedy wychodziła z samochodu sprawdzić co się stało.
Przez szybę zobaczyłam Weronikę oglądającą cały samochód z dokładnością zegarmistrza i czym prędzej sięgnęłam po mapę.
- Za 100 metrów jest parking leśny - mruknęłam na wszelki wypadek i sięgnęłam po gazetę w oczekiwaniu na werdykt Weroniki.

***&***

Nie podobało mi się to, wcale, a wcale. No, ale cóż. Przebita opona to nie problem, ale cztery przebite opony już tak. Ojciec dawno by już klął i zrzucał winę na wszystkich do okoła, ze mną na czele. Zawsze tak robił, ja jednak była inna. Rozejrzałam się. Nic, cisza. Anna próbowała złapać internet, nic. Alice jak gdyby nigdy nic czytała gazetę.
- Strasznie cicho, jak na okolice lasu, co nie? - zauważyłam.
Ruda podniosła wzrok znad gazety.
- Na razie martwmy się oponami - mruknęła i wróciła do lektury.
Zero instynktu przetrwana, jak ona przeżyła z demonem na karku?
- Będziemy tu musiały spędzić noc - mruknęłam niechętnie.
- Chyba cie... - zaczęła Alice
- Mówi się trudno - przerwała jej Anna.
Rozejrzałam się ponownie, słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Co by teraz zrobił tata? Nie zdążyłam nad tym pomyśleć, bo z lasu wybiegła przerażona kobieta, miała ciemnobrązowe włosy i była chuda jak patyk.

- POMOCY! - krzyczała głośno.
Wpadła na mnie i powaliła na ziemię, cała się trzęsła.
- Spokojnie - powiedziała Anna - jesteś już bezpieczna.
Dziewczyna wstała, otrzepała się i oparła o bagażnik.
- Co się stało? - spytałam, wstając.
- Ten potwór porwał mojego chłopaka i jego brata - powiedziała drżącym głosem.
- Jak wyglądał? - ruda włączyła się do rozmowy.
Dziewczyna głośno przełknęła ślinkę.
- Był wysoki, bardzo wysoki i strasznie chudy, - dziewczyna zatrzymała się, by zaczerpnąć oddech - jego twarz była zniekształcona, a skóra miała szary kolor.
- Wendigo - rzuciłyśmy równo z Anną.
Alice spojrzała na nas ze zrozumieniem. Wyjęłyśmy nasz dziennik. Z jednej ze stron spoglądał na nas brzydki chudy stwór, nabazgrany kiedyś przez Annę. Obok był szkic Anasazi, symbolu chroniącego przed Wendigo. Dziewczyna stała przerażona przy mojej Impali i spoglądała na nas niepewnie. Podeszłam do niej, uśmiechnęłam się, żeby dodać jej otuchy.

- Pokażesz nam, gdzie rozbiliście obóz? - spytałam jej.

Kiwnęła głową. Ruda podeszła do mnie.
- Jak to zabić? - szepnęła.
- Spalić - odpowiedziałam, wyjmując dezodorant i miotacz płomieni.
Ruszyłyśmy za Evą (dowiedziałyśmy się jak ma na imię) do pobojowiska jakie zostało po obozie. Oczywiście wcześniej ponarzekałam, że muszę zostawić moje biedne autko. Na miejscu wyryłyśmy na ziemi odpowiedzni symbol dookoła namiotu i ustaliłyśmy warty, było za późno na inne działania.

Byłam pierwsza na warcie. Reszta zasnęła i słychać był tylko pohukiwania sowy. Nagle w karzakach coś trzasnęło, wysunęłam się po za symbol i poczułam tępy ból głowy, a potem straciłam przytomność


***&***

- Widziałaś Weronikę? - ze snu wyrwał  mnie zaniepokojony głos Anny.
Przetarłam oczy i rozejrzałam się nieco jeszcze nieprzytomnie dookoła.
- Tak, zanim zasnęłam - mruknęłam. - Nie przypominam sobie bynajmniej by o niej śniła... Czemu mnie budzisz, do jasnej Anielki?! - zawołałam nagle spoglądając na wyświetlacz komórki. - Jest środek nocy! Miałaś mnie obudzić dopiero o 4 rano...
- Weronika zniknęła - przerwała moją litanię wyrzutów chłodno. - Miałam zacząć wartę o pierwszej, obiecała, że mnie obudzi. Nie ma jej. To do niej niepodobne...
Wyglądała na naprawdę zaniepokojoną. Wstałam, już na dobre obudzona.
- Gdzie latarka?
Anna podała mi ją bez słowa i wyszłyśmy z namiotu wprost w ciemny las. Szłyśmy w milczeniu. Tuż za namiotem nieopodal kępy krzaków znak wyryty przez siostry był nieco zasypany, zniekształcony.
Nie było wątpliwości. Wendigo porwało Weronikę.
- Dlaczego wyszła poza znak? - mruknęłam do siebie półgłosem.
- Widocznie miała powód - odparła Anna, gotowa bronić honoru siostry.
- Wiem. Przecież nie jest głupia. Nie po to rysowałyśmy...
- MY rysowałyśmy - przerwała mi Anna. Już miałam coś odwarknąć, kiedy za naszymi plecami coś zaszurało.
- Coś się stało? - nasza, prowadzona półgłosem, rozmowa obudziła Evę.
- Zostań tutaj - mruknęłam tylko tonem wyjaśnienia. Anna zerkała w kierunku lasu, chcąc jak najszybciej ruszyć na odsiecz siostrze.
- Sama?! - wyszeptała przerażona kobieta.
Zerknęłyśmy na siebie z Anną. Nie mogłyśmy jej tu samej zostawić. Z drugiej strony żadna z nas nie mogła tutaj z nią zostać...
- Trzymaj się blisko nas... - westchnęłam i ruszyłyśmy w las.
Połamane gałązki, przetarta ściółka leśna wskazywały nam drogę. Szłyśmy szybko, przystając tylko czasami, gdy nie byłyśmy pewne którędy iść. Widziałam jak Anna mimowolnie przyspiesza kroku. Już po chwili musiałam lekko truchtać by móc dotrzymać jej kroku. Za plecami słyszałam ciche posapywanie Evy.
- Zwolnij - zawołałam półgłosem. - Nic jej nie będzie, a my musimy się zastanowić...
- Ale...
Widziałam jak Anna martwi się o siostrę, a jednocześnie usiłuje tego nie pokazywać. Ze zdziwieniem odkryłam, że sama zdążyłam się już przywiązać do tych dziewczyn. Nie nazwałabym tego przyjaźnią (a raczej zdecydowanie nie nazwałabym tego nawet dobrą znajomością), ale sama też zaczynałam się martwić.
- Tutaj - szepnęła nagle Anna.
Rzeczywiście. Podczas całej naszej dyskusji nie zauważyłyśmy, że stoimy tuż przy wejściu do skalistej, obszernej jamy. Podałam Evie trzecią latarkę.
- Powinnyśmy się rozdzielić...
- Nie! - jęknęła rozpaczliwie kobieta. - Nie zostawiajcie mnie samej!
- Spokojnie - uspokoiłam ją. - Pójdziesz z Anną. Musimy zaciągnąć wendigo w ślepy zaułek i spalić...
- No, co ty nie powiesz... - mruknęła Anna pod nosem. - Dasz sobie sama radę...? - zapytała głośniej z ironią.
- Będziemy cały czas w zasięgu głosu - odparłam wymijająco. Nie miałam pojęcia, czy dam sobie radę.
Tuż za wejściem droga rozwidlała się. Wbrew pozorom, podziemia były bardzo duże i rozczłonkowane. Wybrałam lewy korytarz i rzuciłam ostatnie spojrzenie moim towarzyszkom. Eva wyglądał na przerażoną, a po Annie nie było nic widać. Jak zwykle.
"Twardzielka" - westchnęłam w duchu.
Nie, żebym się bała, ale zwiedzanie ciemnego tunelu, siedziby wendigo to nie jest coś, co chciałabym robić w środku nocy. Naprawdę. Żeby dodać sobie animuszu zaczęłam powtarzać w myślach, co wiem o tej istocie. Wbrew pozorom było tego całkiem sporo. Poprzedniego wieczoru uzupełniłam swój osobisty bestiariusz o nieznane mi dotąd informacje na temat wendigo. Oczywiście w tajemnicy przed dziewczynami.
W momencie, kiedy po raz trzeci powtarzałam początek mojej mantry ("Wendigo, to ludzie, którzy żywili się ludzkim mięsem, tak zwani kanibale. Magazynują swoje ofiary na zapas, żeby..."), usłyszałam po swojej prawej stronie, stłumiony grubą warstwą skał, krzyk Evy. Obróciłam się na pięcie i wpadłam w pierwszy prowadzący w tamtą stronę korytarz. Pobłądziłam trochę, więc na Annę i Evę wpadłam dopiero po kilkudziesięciu sekundach.
Dobiegłam do końca korytarza. Tuż przed moim nosem przebiegły dziewczyny, a zaraz za nimi wysoka i chuda sylwetka wendigo.
- Musimy go złapać w pułapkę! - zawołała Anna, która jakimś cudem mnie zauważyła.
Wysunęłam się na korytarza i spróbowałam odciągnąć uwagę potwora. Kiedy w końcu zwrócił się w moim kierunku rzuciłam się biegiem w przeciwną stronę. Za sobą słyszałam jego ciężkie kroki (nie był zbyt szybki) i truchtającą Annę. Eva została gdzieś z tyłu.
Nagle korytarz rozszerzył się i wpadłam do większej komnaty.

***&***

Kiedy odzyskałam przytomność pierwsze co poczułam to odór zgnilizny. Powoli otworzyłam oczy i się rozejrzałam, bestii nie było. Znajdowałam się w jakiejś jaskini, wszędzie pełno było krwi. Ostrożnie sprawdziłam więzy, były luźne. Szarpnęłam raz i drugi, aż w końcu lina puściłam. Wylądowałam na nogach i zorientowałam się, ze mam skręconą kostkę. Kuśtykając dotarłam do dwóch związanych chłopaków, byli nieprzytomni, ale żyli. Nic dziwnego Wendigo robił zapasy na kolejne lata życia. Każda minuta była na wagę złota, ale ja nie do końca wiedziałam co mam robić. Spróbowałam ocucić dwójkę, nie udało mi się.
- Cholera - zaklęłam cicho.
Za sobą usłyszałam hałas i ryczenie potwora, do groty wpadła ruda, Anna i Eva, cała przestraszona. Za nimi przyczłapał Wendigo. Anna wznieciła płomień w jego kierunku i stwór spłonął. Odetchnęłam z ulgą. Przytuliłam mocno siostrę. Eva rzuciła się do nieprzytomnych chłopaków. O dziwo ci się ocknęli.
- Dobra zwijamy się - mruknęła ruda.
Ruszyliśmy więc do obozu, okazało się, że po za moją skręconą kostką nie ma większych obrażeń. Na szczęście nasi towarzysze byli bardziej rozsądni i zabrali komplet zapasowych opon, które nam podarowali. Wymieniłam opony i ruszyliśmy przed siebie. Znowu nam się upiekło. Puściłam Back in Black ACDC i podkręciłam na cały regulator.
*********************************************************************************
Uff... udało nam się ^^
Strasznie ciężko pisze się kiedy się z Szal mijamy...

Dziękujemy Ameli Pommeblue i Zwierzakowi za komentarze oraz Sparkle za wszechobecne wsparcie :)

Wakacyjne, S&S
PS od Szalonej: Hurrrrra!!! Cywilizacja! Dom! Komputer i INTERNET! Normalne łóżko, normalne posiłki i DACH NAD GŁOWĄ. Słowem wyjaśnienia: przez dwa tygodnie spałam w lesie pod namiotem. Jest mnie trochę mniej, bo komary żarły jak głupie... Mam nadzieję, że to wytłumaczy dłuuuugą przerwę ;)

poniedziałek, 9 lipca 2012

Rozdział 2

- "W pobliskiej wiosce, w ciągu tygodnia zaginęło siedmioro dzieci" - czytała Anna na głos.
- Coś dla nas - ucieszyłam się.
Skręciłam w boczną drogę. Podgłośniłam "Hells Bells" AC/DC i zadowolona dodałam gazu. Po chwili minęliśmy tabliczkę z napisem "Swinning Grabs". Miasteczko wyglądało jak większość z tych, które odwiedzałyśmy. Zajechałyśmy do pierwszego lepszego hotelu. Zameldowałam nas i udałyśmy się do pokoju. Był mały i obskurny. Ściany pokryte były starą odchodzącą tapetą, a w dywanie pełno było dziur wypalonych papierosami.
- Jak milusio - sarknęłam - rzucając się na łóżko.
Wbrew pozorom był miękkie, aż za bardzo. Kiedy już się ogarnęłyśmy, poszłyśmy do centrum. Usiadłyśmy na ławeczce w parku i podsłuchiwałyśmy lokalne rozmowy.
- ... dzieciak Thompsonów zaginął, to jakaś klątwa. - mówiła starsza pani.
- ... to twoja wina, że Margaret zaginęła! - krzyczała jakaś kobieta. - Widziała pani moją córkę? - zwróciła się do staruszki.
- Nie, a coś się stało?
- Zniknęła! - kobieta zaczęła szlochać. - Dlaczego ona?!
Nadal z ukrycia przyglądałyśmy się sytuacji. Było to już ósme zniknięcie, codziennie jedno. To dziwne, nic co znałyśmy nie działało w taki sposób. Odmieńce podstawiłyby kopie, demony nie porywają dzieci, pozostają duchy, ale po co?
- Nic tu nie wskóramy - mruknęła Anna, wkładając niesforny kosmyk czarnych włosów za ucho. - Ale mijałyśmy bibliotekę - jej zielononiebieskie oczy zalśniły, uwielbiała czytać.
- Dobry pomysł, pewnie coś tam znajdziemy.
Przeszłyśmy więc przez ulicę i weszłyśmy do niewielkiego gmachu. Wnętrze było zachowane w kolorach bieli i beżu. Wysokie półki pełne książek tworzyły swoisty labirynt.
- Dzień dobry - Anna zrobiła słodki uśmiech do bibliotekarki, na każdego działał.
- Czy mogę służyć, kwiatuszku?
- Potrzebuję książki o historii tego miasteczka.
- Jest w czytelni, ta dziewczyna - palcem wskazała kasztanowe włosy - z niej korzysta.

***&***

Uniosłam głowę znad opasłego tomiszcza. Nie znalazłam w nim zbyt wiele, ale zawsze coś. Żałowałam, że nie można go było wypożyczyć - było w nim wiele fascynujących informacji, lecz większość z nich była nieprzydatna. Musiałam znaleźć inne źródło. Na razie jednak miałam inny problem.
Stały nade mną dwie dziewczyny. Młodsza, ciemnowłosa miała około 15 lat. Starsza blondynka była w moim wieku. Zaklęłam cicho w duchu, przywołując na twarz uprzejmy uśmiech. Śpieszyło mi się. Nie miałam czasu na pogaduszki i wścibskie spojrzenia.
- Mogę w czymś pomóc? - zapytałam i zgarnęłam z pozoru niedbałym ruchem notatki, widząc, że młodsza zapuszcza mi do nich żurawia. Doprawdy, ludzie mają tupet...
- Potrzebujemy tej książki - odparła starsza, wskazując gruby tom. - Zdaje się, że interesuje nas podobny temat... - dodała, uśmiechając się lekko.
Zerknęłam szybko na otwartą stronę. Szukałam właśnie informacji o zaginionych dzieciach w okolicy. Usłyszałam o nich w radiu, jadąc autostradą. Nie miałam nic lepszego do roboty, więc zjechałam pierwszym zjazdem i postanowiłam nieco poszperać. Podejrzewałam tu jakieś paranormalne zjawisko, ale na razie nie wiedziałam o co może chodzić... Wcześniej nic takiego się nie zdarzało.
- Już kończę - mruknęłam zgodnie z prawdą. - I tak nie znalazłam tego, czego szukałam. Cóż, muszę poszukać innego źródła...
- Słyszałaś o tych zaginionych dzieciach? - zapytała znienacka młodsza dziewczyna.
- Taaak... - zmarszczyłam brwi, czujna. - To straszne. 
- Nie jesteś tutejsza - domyśliła się starsza. - Prawda?
Skinęłam głową. Miałam zamiar na tym poprzestać, ale patrzyły się na mnie tak przenikliwie, że musiałam dodać tonem wyjaśnienia:
- Jadę do ciotki do Kalifornii. Będę studiować na tamtejszym uniwersytecie.
- A co? - drążyła brunetka. Miałam jej już serdecznie dość. Wredna, wścibska małolata...
- Na wydziale historii otworzyli właśnie specjalny kierunek o mitologii i legendach miejskich. To mój konik. Zbieram właśnie materiały do pracy wstępnej - wyjaśniłam.
- Trochę... paranormalny kierunek... - mruknęła.
Uśmiechnęłam się cierpko.
- Owszem, ale ja to lubię. Moi przyjaciele twierdzą, że czasem biorę to zbyt serio. Ale potwory przecież nie istnieją, prawda? - uśmiechnęłam się słodko, jak zawsze gdy w ten sposób kłamałam.
Roześmiały się razem ze mną nieco wymuszonym śmiechem.
- No, nie wiem... - mruknęła młodsza. - Kilkadziesiąt kilometrów stąd natknęłyśmy się na coś co wzięłabym za atak wampira, gdyby nie to, że nie istnieją...
- Anno, przestań już, bo jeszcze ktoś ci uwierzy... - napomniała ją starsza. - To był najprawdopodobniej jakiś psychol, który wytaczał z ludzi krew. Zdarza się w naszych czasach...
- Ano - stwierdziłam lakonicznie. 
Kilkadziesiąt kilometrów stąd rzeczywiście grasowało coś, co wzięłam za wampira.  Jednak przybyłam do tamtego miasteczka tuż po tym, jak pozbyto się problemu. Bardzo fachowo. Osobiście oglądałam odciętą głowę domniemanego wampira...
- No, dobra, nie będę już tu was przetrzymywać - mruknęłam w końcu, zbierając rzeczy i zmykając księgę. - Miło było poznać! - zawołałam i skierowałam się do wyjścia.
Wsiadłam do stojącego przed biblioteką czarnego Land Rovera, przepakowałam go na drugi kraniec miasteczka i sięgnęłam na tylne siedzenie po laptopa. Wi-fi ciągnęło ledwo-ledwo, ale musiało mi wystarczyć. Pogrzebałam nieco przy historii miasteczka i okolic, posprawdzałam w moim prywatnym bestiariuszu, czy jakaś istota nie pasuje do "objawów", jednak nic nowego nie wymyśliłam. 
Podjechałam do pobliskiej restauracji by coś zjeść i pogadać z ludźmi.
Gdy przysłuchiwałam się jak rozprawiają o zaginięciach dzieci uświadomiłam sobie jedną rzecz.
"Co z tego, że odkryjesz co to za diabelstwo. Nie jesteś swoim ojcem, nie zabijesz tego"
Wiedziałam co należy zrobić z duchem, a co z demonem. Pytanie, czy umiałbym tę wiedzę zastosować w praktyce...?

***&***

- Piszemy artykuł do internetowej gazety miasta - uśmiechnęłyśmy się z Anną. - Czy możemy zająć minutkę?
Starsza pani, którą widziałyśmy w parku poprawiła okulary i spojrzała na nas podejrzliwie.
- No dobrze, ale tylko chwilkę.

- Co pani sądzi o tych porwaniach? - spytała moja siostra bez ogródek.
- Klątwa - mruknęła.
- Słucham? - wyrwało mi się.
- Chodzi o wypadek z przed dwudziestu laty - powiedziała. - Muszę już iść - i sobie poszła.
Znów wylądowałyśmy w bibliotece, tym razem na dziale "Archiwa". Przeszukałyśmy wszystkie akta, gazety itp. z przed dwudziestu lat, ale nie znalazłyśmy nic co by nas zainteresowało. Okazało się jednak, że brakuje kilku gazet, wszystkich z jednego dnia: trzynastego marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego roku.
- Przepraszam – zawołałam bibliotekarkę. – Chyba brakuje gazet z jednego dnia.
- Ta ruda dziewczyna je pożyczyła – oznajmiła mi bibliotekarka.
- Dziękujemy – powiedziała Anna i ruszyła do wyjścia.
Wsiadłyśmy do naszego Chevroleta Impali. Anna od razu wyjęła laptopa i zaczęła szukać jakiś informacji.
- Wiedziałam, że ta ruda jest fałszywa! - wyskoczyła nagle moja siostra.
- Co jest? - spytałam.
- Nie ma takiego kierunku, patrz - odwróciła laptopa w moją stronę.
Szybko ogarnęłam wzrokiem listę kierunków, Anna miała rację.
Dla pewności moja siostra sprawdziła jeszcze inne uniwersytety, na żadnym nie było kierunku o którym wspomniała ruda.
- Może to łowca?
- Wątpię, nie wygląda - stwierdziłam. - Zresztą znamy większość łowców.
Nagle zaburczało mi w brzuchu, moja siostra wybuchnęła śmiechem. Zatrzasnęłam drzwiczki, poklepałam maskę mojej bryki i ruszyłam do baru naprzeciwko. Anna po chwili zrobiła to samo. Przekroczyłyśmy próg i zobaczyłyśmy dziewczynę, której szukałyśmy. Siedziała w rogu, otoczona stertą starych gazet. Podeszłyśmy do niej.

***&***

"... dwa dni później kobieta popełniła samobójstwo, rzucając się pod rozpędzony pociąg..."
To było to! Dwadzieścia lat temu w pobliżu miasteczka doszło do kraksy kolejowej. Zginęło dziesięcioro dzieci. Dwa dni później, matka jednego z nich popełniła samobójstwo.
Właśnie zbliżała się dwudziesta rocznica jej śmierci.
- To musi być... - wymruczałam do siebie, kiedy nagle poczułam na sobie czyjś wzrok.
- Mściwy duch - powiedziała młodsza, siadając naprzeciw mnie. - Prawda? - wbiła we mnie lodowate spojrzenie orzechowych oczu.
Siostra (zakładam, że była to siostra) usiadła obok niej. Miałam wrażenie, że mnie sprawdzają.
- O czym wy mówicie?! - zirytowałam się. - Duchy nie istnieją. Za to wy chyba mnie śledzicie.
- Oszustka - wysyczała w moim kierunku starsza.
- Kłamczucha - dodała młodsza, Anna.
- Ciężko studiować kierunek, który nie istnieje - stwierdziły obie z triumfem.
- Jeszcze nie - mruknęłam i zapytałam głośniej. - Czego chcecie?
- Kim jesteś? Czemu badasz tą sprawę? I co tu robisz?
Westchnęłam zirytowana.
- Po pierwsze, musicie coś zamówić, bo barmanka zaraz zabije was wzrokiem. Po drugie, nie rozmawiam z ludźmi, którzy na mnie naskakują, nie przedstawiając się najpierw. Po trzecie, co was to obchodzi?
Nie zdążyły nic odpowiedzieć, bo barmanka rzeczywiście podeszła i patrzyła na nie wyczekująco. Z ociąganiem zamówiły sałatkę i burgera, po czym znów wbiły we mnie wzrok. W milczeniu mieszałam zimną kawę, ostentacyjnie je ignorując.
- Jestem Weronika, a to moja siostra Anna - starsza w końcu nie wytrzymała. - Zadowolona, Ruda?
Posłałam jej najpiękniejszy moich uśmiechów zarezerwowany dla prawdziwych przystojniaków i takich małych żmijek jak ona. Niby jeden uśmiech, a dwie diametralnie różne reakcje...
- Owszem. Tak na marginesie mam na imię Alice, Blondi - mruknęłam. - A odpowiadając na wasze pytania: Jestem zwykłą dziewczyną, będącą przejazdem w tym uroczym miasteczku. Sprawą się zajęłam, bo się nudzę. Coś jeszcze? Numer dowodu osobistego? Imiona rodziców? Numer pesel, grupa krwi?
- To ostatnie może się przydać... - mruknęła młodsza.
- Jakoś ci nie wierzę... Nie wyglądasz na zwykłą dziewczynę. Zwykła dziewczyna w twoim wieku, o tej porze roku siedziałaby na tyłku w ciepłym domku i kuła do egzaminów...
Westchnęłam zrezygnowana.
- Przejrzałaś mnie - jęknęłam przesadnie zbolałym głosem. - Zwiałam z domu. Ale jestem dorosła i nikt mi nic nie może zrobić...
Jak ja uwielbiam irytować ludzi... Miałam wrażenie, że starsza dziewczyna zaraz wbije mi trzymany w ręce widelec w pierś i przekręci jeszcze parę razy, żeby bardziej bolało... No dobra, może przesadzam. Jednak w końcu by chyba nie wytrzymała...?
- Chcecie znać prawdę? - zapytałam niespodziewanie. - Tylko najpierw jedno pytanko: Wierzycie w duchy?
Spojrzały na siebie, a potem na mnie z politowaniem.
- Pytanie! O duchach wiemy wszystko!
- To dobrze, bo ja też - mruknęłam z ulgą, bo to wiele ułatwiało. Nie mogłam jednak odpuścić sobie małej złośliwości. - Ale spuście nieco z tonu moje drogie, chyba, że kręci was długoterminowe zwiedzanie pobliskiego domu wariatów...
Zignorowałam ich chęć wydłubania mi oczu. W ich mniemaniu świetnie ukrywały swoje uczucia, ale zbyt wiele razy to robiłam, by nie widzieć, jak bardzo tego pragną... Tak, wiem. Znów koloryzuję. Ale tylko trochę...!
- Skoro wierzycie w duchy, to o demonach też pewnie wiecie to i owo - podwójne prychnięcie pod drugiej stronie stołu było aż nadto wymowne. - Więc w skrócie moja historia wygląda tak: tatusia nie znałam, ale dwa lata temu coś, co ponoć nim było, chciało mnie zabić - wyjaśniłam przesadnie lekkim tonem. - Nie było mnie pod ręką, więc zabiło moją mamusię i ojczyma. Zwiałam, nie wiedząc co mnie goni. Dowiedziałam się po drodze.
- Czyli nie jesteś łowcą? - upewniła się Weronika.
- Pierwsze słyszę - mruknęłam zgodnie z prawdą. - To jakaś subkultura?
Anna pacnęła się dłonią w czoło, a Weronika przyglądała mi się z niedowierzaniem.
- To jakim cudem przeżyłaś, skoro masz na karku jakiegoś wściekłego demona?
- Dowiedziałam się tego i tamtego - widząc ich miny, dodałam. - Nie jestem głupia. Wiem, że gdyby chciał mnie dorwać to, już bym była martwa, a nawet gorzej, ale na razie uciekanie się sprawdza, więc kurczowo trzymam się myśli, że to działa... Dowiem się wreszcie co to za łowcy...? - zapytałam zniecierpliwiona.
- To ludzie, którzy zabijają demony, duchy i inne takie... - wyjaśniła krótko Anna. - My na przykład jesteśmy łowcami - dodała dumnym tonem, jakby to miało jakieś znaczenie.
- No i co? - mruknęłam niedbale, choć nagle mnie oświeciło. - Mój ojciec też był. Wielkie mi rzeczy... Ale zdaje się, że mamy tu mściwego ducha, więc na razie darujcie sobie swoją rodzinną historię, choć nie twierdzę, że mnie nie interesuję. Lubię opowieści. Mama mi zawsze opowiadała na dobranoc jakąś bajeczkę, nawet jak byłam duża - moja paplanina wyraźnie je irytowała, ale ze mną nie ma tak łatwo. - To co robimy z mściwym duchem, moje drogie?
Sprawdzałam je. Wiem co się robi. Inna sprawa, że nigdy tego nie robiłam...
- To co z każdym innym duchem - Weronika odbiła piłeczkę, mrużąc przy tym oczy.
- Oooo... ale to zależy od sytuacji, nieprawdaż? Czasem wystarczy mu tylko uświadomić, że nie żyje... Choć w tym wypadku to raczej mija się z celem.
- Może po prostu zróbmy to co zawsze i pójdźmy go spalić?! - Anna nie wytrzymała naszej małej, niewinnej gry.
- Pytanie gdzie jest grób.
- Na pobliskim cmentarzu, za miasteczkiem na północ, pod płotem. - powiedziałam lekko, dokańczając kawę. - Proboszcz jest konserwatystą, przynajmniej w stosunku do samobójców. Grób nieco się rozwala i jest porośnięty bluszczem. Aż dziw bierze, że nie roi się tam od piołunu... To co? Idziemy ubić gada i rozstajemy się w pokoju, czy macie jeszcze ochotę na pogawędkę...?

***&***

Otworzyłam bagażnik. Wręczyłam Alice i Annie pistolety z solą. Zastanawiałam się chwilę czy to dobry pomysł zabierać nową, ale stwierdziłam, że nie mam na to czasu. Wsadziłam sztylet z żelaza za pasek spodni, wyjęłam jeszcze jeden pistolet i zamknęłam klapę.
- Dobra to plan jest taki - zaczęłam - ty i Alice odnajdujecie grób, palicie zwłoki i po sprawie.
- A ty? - spytała ruda, patrząc na mnie podejrzliwie.
- Ja zajmę się duchem i porwanymi dzieciakami, tak zwana brudna robota - puściłam jej oczko.
Patrzyłam jeszcze chwilę jak odjeżdżają w kierunku cmentarza, po czym ruszyłam na starą stację kolejową. Miałam nadzieję, że Anna i nowa uporają się szybko i będzie po sprawie, ale z doświadczenia wiedziałam, że może być inaczej. Ostrożnie stąpałam po rozpadającym się peronie. Powoli się ściemniało, zrobiło się chłodno. Musiałam jak najszybciej znaleźć dzieci. Zauważyłam zejście do tunelu. Wzięłam głęboki wdech i ostrożnie zaczęłam schodzić po rozpadających schodach. Jeden odłamek spadł i upadł, huk rozszedł się echem po tunelu. No to element zaskoczenia mam z głowy. Wyczułam za sobą ruch. Nie zdążyłam się odwrócić. Duch popchnął mnie i sturlałam się na sam dół. Wszystko mnie bolało, mimo to szybko się podniosłam. Przede mną stała blada kobieta w zakrwawionej białej sukience. Dlaczego to zawsze jest biała sukienka, nie mogą być jeansy i T-shirt? Wycelowałam i strzeliłam, zjawa rozpłynęła się w powietrzu. Obok zauważyłam żelazne, masywne drzwi. Popchnęłam je i moim oczom ukazało się małe pomieszczenie, było puste. Nagle usłyszałam świst i uderzyłam o ścianę, pistolet wypadł mi z ręki. Duch stanął nade mną i wbił swoje długie pazury w moje udo. Mimo bólu zareagowałam szybkim kontraatakiem. Wbiłam mój sztylet w jej pierś, co poskutkowało kolejnym rozpłynięciem.
- Pospieszyłyby się - mruknęłam, myśląc o Annie i Alice.
Podniosłam broń i skupiona ruszyłam w głąb tunelu. Im dalej brnęłam w ciemność tym wyraźniejsze stawały się odgłosy walenia w drzwi. Pobiegłam w tamtym kierunku. Przez kratkę w suficie wpadało trochę księżycowego światła. Stałam przed parą drewnianych drzwi. Zza nich dochodziły głosy przerażonych dzieci. Odsunęłam zasuwę i otworzyłam drzwi.
- Spokojnie - powiedziałam. - Chodźcie za mną.
Kiedy wyszły, upewniłam się, że to już wszystkie i pobiegliśmy w kierunku wyjścia. Zdążyliśmy dotrzeć tylko do żelaznych drzwi, bo natrętny duch wrócił.
- Wejdźcie tam, zamknijcie się od środka i dopóki nie pozwolę nie wychodźcie, rozumiecie - dzieciaki kiwnęły głowami.
Usłyszałam skrzypnięcie zamykanej zasuwy. Zjawę tylko to rozwścieczyło. Rzuciła się na mnie, wytrącając mi pistolet.
- Cholera, znowu - zaklęłam.
Rzuciłam w nią sztyletem, ale zdążyła zrobić unik. Tym sposobem zostałam bez broni. Duch zaczął mnie dusić, wbijając jednocześnie pazury w moją szyję. Próbowałam rozluźnić jej uściska, ale był za mocy, czułam krew spływającą po moich i jej palcach. Powoli obraz zaczął mi się rozpływać. I nagle zjawa stanęła w ogniu i zniknęła.
- W samą porę - burknęłam.
Wstałam, zakręciło mi się w głowie. Upadłam i odczekałam chwilkę. Później podeszłam do kryjówki dzieci.
- Już jesteście bezpieczne - krzyknęłam do nich.
Adrenalina opadła, więc ból, który wcześniej ignorowałam zaatakował mnie znienacka. Zacisnęłam zęby, ktoś musiał te dzieciaki odprowadzić. Wyszły po kolei. Najstarszy, około dziesięcioletni brunet, trzymał na rękach, może dwuletnie dziecko. Zabrałam je od niego i ruszyliśmy do miasta. Lekko kulałam, ale dawałam radę. Po jakimś czasie dotarliśmy do parku w centrum. Stąd każde z dzieci poszło do swojego domu, odprowadziłam je wzrokiem. Wszędzie słychać było radosne okrzyki. Zakamuflowałam się w wozie. Starłam krew z szyi, opatrzyłam udo i czekałam na dziewczyny. Dla umilenia czasu włączyłam sobie Metallicę.

***&***

W milczeniu prowadziłam samochód. Z płyty leciały moje ulubione piosenki country, a poza tym panowała śmiertelna cisza.
- Możesz to wyłączyć? - zirytowała się Anna. - Jak można czegoś takiego słuchać?!
- Mam też metal i rock - uśmiechnęłam się do mojego odbicia we wstecznym lusterku. - Byłam ciekawa jak długo wytrzymasz...
Prychnęła, a ja włączyłam radio.
- Nadal nie rozumiem jak udało ci się przeżyć...
- Tata - mruknęłam. - Pośrednio przez mamę. Był, jak to mówicie, Łowcą. Nie wiedziałam o tym, mama trzymała to przede mną w tajemnicy, ale prowadziła dziennik. Był częściowo zaszyfrowany, jeszcze nie rozszyfrowałam go do końca, ale zaraz na początku dowiedziałam się, że te wszystkie opowieści to prawda...
- Jakie opowieści? - zapytała zainteresowana, gdy skręcałam na parking przed cmentarzem.
Westchnęłam.
- Kiedyś myślałam, że mama po prostu maniakalnie interesuje się legendami i mitami. A ona po prostu chciała wiedzieć jak przeżyć. I opowiadała mi o duchach, demonach, wampirach, wilkołakach, strzygach, wiedźmach... A ja jej wierzyłam. Teraz ta wiedza bardzo mi się przydaje, ale...
- ...ale nie umiesz zastosować jej w praktyce - uśmiechnęła się Anna, po raz pierwszy chyba bez cienia złośliwości. - Możemy ci to pokazać z Weroniką. Lekcja pierwsza: Palenie ciała, aby pozbyć się ducha... - dodała wysiadając z samochodu.
- Wykopać, posolić, polać benzyną, spalić, nie dać się złapać policji i cieszyć się sukcesem - mruknęłam. - Ciężko cokolwiek skopać...
- Zobaczymy.
Przeszłyśmy przez bramę cmentarną. Anna niosła worek z solą i jedną łopatę. Ja niosłam drugą i kanister z benzyną.
- Czuję się jak hiena cmentarna... - mruknęłam, kiedy rozłożyłyśmy się w okół interesującego nas grobu. Tablica poinformowała nas, że spoczywa tu niejaka Gloria McFlayer. - Wybacz, Glorio, to nie będzie przyjemne...
Kopałyśmy przez chwilę w milczeniu. Tylko Anna pomstowała pod nosem, że brak w tej kompani jakiegoś faceta. W duchu się z nią zgodziłam - przydał by się jakiś wół do czarnej roboty...
- Ten wampir w Longline Villidge to wasza sprawka? - zagaiłam.
- Yhy - sapnęła.
- Bardzo fachowo odrąbana głową. Wręcz podręcznikowo...
- Normalna sprawa. To o nim mówiłaś, prawda?
- Mmm. Byłyście tam wcześniej niż ja. Coś was zatrzymało?
- Nic takiego. Zombie trochę zbyt głośno harcowało w miasteczku, parę kilometrów stąd. Nikt nawet nie zginął do tej pory.
Znów pracowałyśmy w ciszy. Nagle Anna poderwała głowę i krzyknęła:
- Padnij!
George był policjantem. Często zabierał mnie swoje na ćwiczenia. Odruch miałam wyrobiony.
Padałam na płask i stoczyłam się do rozkopanego do połowy grobu. Uderzyłam o coś twardego łokciem, prawdopodobnie o wieko trumny. Tuż nad moją głową przeleciał solny pocisk i trafił w pierś zakrwawioną kobietę w białej sukience.
Kiedy gramoliłam się z powrotem na powierzchnię usłyszałam sarkanie Anny.
- Zawsze te białe sukienki. Mogliby się zdobyć na coś bardziej oryginalnego... Czemu mnie nie ostrzegłaś?
- Cooo?!
- Migotanie lampy. Urządzenia elektryczne wariują przy paranormalnych istotach...
- Seeerioooo...? - sarknęłam. - Może gdyby pot nie zalewał mi oczu, zauważyłabym ten niewielki szczegół, zwłaszcza, że lampa stoi ZA moimi plecami - odparowałam. - Jesteśmy blisko. Stłukłam sobie łokieć o wieko trumny...
Gloria więcej nasz nie niepokoiła. Weronika musiała jej zorganizować niezłą zabawę na nawiedzonym peronie. Podważyłyśmy wieko trumny wytrychem, by posypać kości solą. Kościotrup wyszczerzył się do nas w upiornym uśmiechu.
- Dobrze, że nie śmierdzi zgnilizną... - mruknęłam.
- Ostatnio nie miałyśmy takiego szczęścia - burknęła Anna, chlustając benzyną na trumnę. Potem podała mi płonącą zapałkę. - Czyń honory.
Bez żalu wrzuciłam zapałkę do dołu. Chwilę parzyłyśmy, jak grób ogarniają płomienie.
- Dobra, chodźmy - mruknęłam. - Pozostały tylko dwa punkty: nie dać się złapać i cieszyć się. Z tym ostatnim poczekamy na twoją siostrę.
Nic ciekawego już się nie wydarzyło. Pomijając fakt, że jeleń wyskoczył mi na drogę i rozwalił mojego ukochanego Land Rovera. Dalszą drogę pokonałyśmy na piechotę, zostawiając moje autko w rowie.
"Rano się tym zajmę" - obiecałam sobie.


***&***

W końcu zobaczyłam Annę i Alice. Wyglądały na zmęczone, dlaczego szły na piechotę?
- Wcale nie umiesz prowadzić! - krzyczała moja siostra.
- Nie moja wina, że ten jeleń wyskoczył!
I co teraz? Czy ta ruda do nas dołączy? Nie wiem czy to dobry pomysł, lubię swobodę jaka panuje między mną a siostrą. Czy przy rudej będzie można ją zachować? Takie pytania kłębiły się w mojej głowie.
- To gdzie dalej? - spytała Anna, wsiadając do Impali.
- Przed siebie - odpowiedziałam jej. - Alice wsiadasz?
- A co z moim autem?
- Olej je! Albo jedziesz z nami, albo podaj się na tacy temu demonowi - powiedziałam.
- Właśnie, chcesz zostać jego deserem? - zawtórowała mi siostra.
- Niech będzie - ruda się poddała i wsiadła do tyłu. 
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć - mruknęłam podkręcając "Highway to Hell".
Taa i wszystko po staremu, no może z wyjątkiem Alice...
*************************************************************************************
I pojawił się drugi rozdział :)
Mamy nadzieję, że nie za krótki xD
Na razie skupiamy się na zwykłych "robotach", ale później mamy nadzieję wprowadzić troszkę bardziej skomplikowane wątki ;)
Życzymy miłego czytania
S&S